Ogrodnik nie zawsze przesadza, czyli o konstrukcji bomby domowej

(Tak by the by, i żeby żyło się lepiej, to obrazki są powiększalne. Bez użycia staromodnej lornety, wystarczy kliknąć w wybrany egzemplarz)

Człowiek ma taki głupi zwyczaj, że czeka, aż owoc dojrzeje. Uważa, że dopiero owoc dojrzały ma odpowiednią wielkość, barwę, no i smak.
Sójki nie mają tak niedorzecznych pretensji, więc finał mojego oczekiwania na właściwy termin zbioru truskawek jest taki, że sójki są obżarte po same wąsy, a ja głodna i zła. Tak wyglądały tuż, tuż przed idealnym momentem do zbioru:

truskawka

A na pamiątkę po nich mam zdjęcie, piórko z niebieskim lusterkiem i diaboliczny chichot dobiegający z krzaków za płotem.

Sójka to piękna i sprytna złodziejka. Zimą przylatuje do ogrodu, by opędzlować jabłka, które specjalnie dla niej zostawiam na drzewie, a gdy ściśnie poważny mróz i jabłka zamienią się w kamienie, wtedy sójka wpada na podwórko gangiem liczącym do 13 sztuk i przemocą odbiera słoninę sikorkom. Co bardziej agresywna sztuka potrafi oderwać spory kawałek wieprzowej skórki przygwożdżony do daszka studni i z nim odlecieć, ciągnąc za sobą rozwrzeszczaną świtę pazernych koleżanek.

sójka-złodziejka1
sójka2

Jak wczoraj wpadłam do ogrodu, to w takim popłochu spierdzielały, że im truskawki powypadały z dziobów. Jedną znalazłam na gałęzi drzewa wiśniowego. Tak całkiem przy okazji, ale wciąż w temacie – te pół nadjedzonej truskawki to JEDYNY owoc, jaki w tym roku znalazł się na owym drzewie. Majowe przymrozki z wiśniowych kwiatów zrobiły sobie dywan.

Innymi słowy, u mnie już po truskawkach, ale nie o tym miało być.

Miałam dziś do ziemi wysadzić dwie wychuchane sadzonki patisonów, jakieś żółte miniaturki, na które specjalnie dziobałam dziury w ziemi przykrytej kartonem i słomą:

miejsce na patisona

ale nie wysadziłam. Naszła mnie bowiem dużo silniejsza ochota, by wysadzić siebie i cały ten ogród w powietrze. Tylko nie mam czym.

Kolejne dziady jakieś siedzą na moim szczypiorku:

dziady na szczypiorku1
dziady na szczypiorku2

I zapewniam Was, że to NIE SĄ kupy wróbelków, to coś ma oczy i trzy pary odnóży na przedniej połowie odrażającej powłoki cielesnej.

Ogórki podziurkowane jak przez jakąś wściekłą maszynistkę (taką operatorkę maszyny do szycia), żółkną i kruszą się pod dotykiem. Z fasoli odpadają kwiatki, bez zawiązywania strąków. Nie wiem – za zimno dla owadów zapylających? Mam z pędzelkiem zaiwaniać i dla niepoznaki buczeć jak trzmiel radosny?

Z grochu znów zbierałam obślinione żarłoryje, przebiegle usadowione na łodyżkach tuż przy ziemi. W szklarni szaleje pasikonik. Jeden, kurde, pasikonik, o mocach przerobowych trzech kuców szetlandzkich. Spróbujcie dorwać skaczącego skurbadyla w szklarni, gdzie pomidor na pomidorze, przetykany pietruszką, bazylią i papryką. Może temu osobnikowi się uda:

jaszczurka w szklarni

I żeby nie było, że przemocą chwytam i wykorzystuję prawnie chronione gatunki – sama tam wlazła, to może sama niech wylezie. Bo zwinkę złapać, w dodatku smukłego samczyka, to już chyba gimnastyka nie dla moich zwyrodniałych kości.

Nic to. Trzeba szukać jasnych stron, pozytywnych znaków na niebie, przykładów walk nierównych, a wygranych, jak na przykład ta:

kwiat na łące1
kwiat na łące2

Nie znam się na kwiatach ozdobnych (chyba tak to się nazywa?), moja znajomość gatunków zatrzymała się na poziomie PRL-owskiej kwiaciarki: goździk, róża, gerbera i tulipan. Tyle umiem i rozróżniam. Ale widać od razu, że osobnik z powyższego zdjęcia kwiatem łąkowym, czyli dzikim, nie jest, prawda? Jak on na tę łąkę przywędrował i – co ważniejsze – jak mu się udało zrobić jakąkolwiek karierę w tym roślinnym odpowiedniku wyścigu szczurów, nie wiem. Łąka nie koszona, chwast wybuja gdzieniegdzie na 2 metry, a on – proszę. Kwitnie i o litość nie woła. I nic go nie żre. Może jaki trujący, a wiadomo, że złego to i diabeł do pyska nie weźmie.

Skoro się rzekło, że różę od koziego bobka odróżnię, to zaraz będzie na to dowód obrazkowy. Tylko najpierw wstęp krótki. Róża nie ma lekko. Wyrasta z pięści ziemi pomiędzy betonowymi wylewkami między garażem a drewutnią, a ta pięść ziemi przysypana jest dodatkowo gruzem, którego nikomu nie chciało się po wielkoeuropejsku jakoś zutylizować.
Rok w rok odpierająca ataki mszycy i suszy (okej, psy jeszcze dbają o jej podlewanie), wiecznie trącana rękawami kurtek i nogawkami spodni, ona nie daje za wygraną i kwitnie tak:

róża
róża2

No to jeszcze jeden przykładzik na to, że jak się naprawdę bardzo chce, to można:

groszek samopas

Phi, zwykły groszek. Tyle, że on nie był zasiany. Musiało mi ziarenko wypaść z kieszeni, ot tak, w ściółkę, w dodatku na bank było nie raz wdeptane w tę ściółkę, bo groszek wyrósł w miejscu mocno uczęszczanym, w ogóle nieprzeznaczonym do zasiewu czegokolwiek. Nie podlewany, w suchej słomie, do ziemi dalej, niż do rzetelnego doradcy finansowego, a on chciał i mógł. Ale nie bój groszek, coś cię w końcu dopadnie i to nie będę ja.

Ktoś, gdzieś, kiedyś napisał, że najlepszy ogród to taki, o którym po zasiewie można po prostu zapomnieć i wrócić dopiero po plony. Czy coś. W przyszłym roku zrobię więc tak: do wielkiej miski wywalę wszystkie posiadane nasiona wszystkiego i czegokolwiek, wymieszam, rzucę przypadkowe zaklęcie, mieszankę przesypię do dziurawych kieszeni i pójdę poskakać po ogródku. Ke sera sera i żepaplą.
Bo w tym roku narobiłam się jak koń, a wygląda na to, że przyjdzie mi z kozą owies żreć na zimę. No, może zagryzę cherlawym buraczkiem, bo te jeszcze się trzymają.

Dla przeciwwagi i podniesienia własnego morale, postaram się w następnym wpisie udokumentować to, co wyrosło i nie sczezło w powijakach, czyli rokuje szanse na dotrwanie do złotej życia jesieni.
No chyba, że wcześniej, zupełnie przypadkiem znajdę w Internetach przepis na bombę domowej produkcji.

1 162 163 164 165 166 173