Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Planujemy karierę Kanionka:)
#11
Dziękuję, Pluskat. Kiedyś chciałam wrzucić filmik na youtube, ale szybko okazało się, że z moim łączem internetowym prędzej wrzucę laptopa do studni, niż film do netu. To znaczy - oczywiście, udaje mi się czasem coś załadować np. dla Was, na blogu, ale najczęściej jest to droga przez mękę i leksykon przekleństw polskich i nie tylko Wink Jeśli coś się w tym zakresie zmieni z biegiem lat, pomyślę o własnym kanale youtube. Coś w stylu "Daj się wpuścić w Kanał Kanionka" Wink

A sery - oczywiście rozumiem. To są sery dojrzewające, z charakterem. Domyślam się, że we Francji jest trochę inna "kultura żarcia sera", niż w Polsce. U nas ser wciąż jest dodatkiem do chleba (kanapki), a nie deserem, który spożywa się rozsmakowując w każdym kawałeczku i popijając winem. Mówię o ogólnym podejściu, bo wiem, że i u nas można trafić na przyjęcie z deską serów. Ale jeśli zajrzy się na forum polskich koziarzy, w wątek "ser podpuszczkowy", to widać, że nasi domorośli "twórcy" poprzestają zazwyczaj na zwykłym bundzu moczonym w solance. Mleko, podpuszczka, forma i sól, ewentualnie przyprawy. 20 stron wątku o tym, jak ściąć mleko cielęcym enzymem trawiennym i nazwać to szumnie "serem". I owszem, to jest ser, tyle że jeden z setek możliwych rodzajów sera. A już w ogóle mało kogo interesuje CO się właściwie dzieje w garnku, jakie procesy zachodzą w gęstwie, jakie znaczenie ma o kilka stopni wyższa lub niższa temperatura dogrzewania itd. Ludzie chcą się "nauczyć robić ser" tak, jak makowiec lub kotlety, i kiedy ten bundz im się uda, to już im wystarcza. Jeśli się nie uda, to pytają na forum "dlaczego mi się nie udało" i zaczyna się gdybanie, przy czym mało kto zasięga wiedzy fachowej.

Nadal czytam książkę Licznerskiego i to, co inni praktycy prezentują w sieci, starając się zgłębić choć podstawowe tajniki fermentacji mlekowej i procesów zachodzących w dojrzewającym serze. Moja piwnica okazuje się kapryśna - wczoraj wilgotność wynosiła już 92% i niektóre sery zamiast wytworzyć twardą i suchą skórkę, zaczęły się mazać. Mogę sie jednak pochwalić - po dwóch tygodniach dojrzewania jednego z próbnych, małych krążków, dokonaliśmy degustacji. Ser zaczyna smakować serem. Ma lekko pikantny smak, przyjemny aromat, zwartą, ale dość miękką konsystencję, i daje się kroić w plasterki bez kruszenia ani mazania. Nie mogę się doczekać rozkrojenia tych większych krążków po dwóch miesiącach (o ile piwnica w tym czasie nie zmieni klimatu na tyle, że sery popłyną lub wyjdą o włąsnych siłach).

A tymczasem robię sery świeże, kanapkowe, z farfoclami i bez - bo COŚ z mlekiem muszę robić Smile
Taki "świeży", po dwóch tygodniach leżakowania w lodówce, też ma już bardziej szlachetny smak i powiem Ci, że sera żadnego w sklepie już nie kupuję.
Odpowiedz
#12
Czyli plan jest taki - w drugą rocznicę powstania bloga wszystkie kozy zajadają sery Kanionka czytając książkę KanionkaSmile
Odpowiedz
#13
(10-06-2015, 08:51 PM)Kania napisał(a): Czyli plan jest taki - w drugą rocznicę powstania bloga wszystkie kozy zajadają sery Kanionka czytając książkę KanionkaSmile

Ha! A ja zajadam nie czekając na drugą rocznicę Tongue
I powiem Wam, że Kanionek z tych wszystkich internetów i książek naprawdę dużo się nauczył i wie co robi Smile
W takim tempie to za rok będzie najbardziej cenionym producentem kozich serów w Polsce. Za dwa lata będzie robiła sery tylko na specjalne zamówienie najdroższych europejskich restauracji, a nas nie będzie już stać nawet na mały plasterek Tongue
Odpowiedz
#14
Psiakość, może wykupić z góry dwuletni abonament i w ten sposób zagwarantować sobie dostęp do tych specjałów ??? A zdjęcia "śmierdzieli", jak czule nazywamy takie sery z Milaczkiem i córą- bardzo apetyczne :)
A pomysł z karierą literacką Kanionka popieram , choć myślę, że sukces finansowy przyszedłby po znaczącym obniżeniu lotów- gdzieś do poziomu "Rozlewiska" i inszych "Lat w Prowansji". Ale czego się nie robi dla zapewnienia pełnej michy Koziełłom, Rosołom, Psiostwu, Kotostwu  , no i Kanionkostwu, ofkors... Kurka wodna, tyle talentów literackich się marnuje... kiedyś trafiłam na początek powieści u Ori, wygulajcie sobie "Aniela w niebie i na ziemi"- dla mnie to była rewelacja . Niestety, szybko się skończyła, a o ile się nie mylę, to Ori prowadzi teraz schronisko dla zwierzaków i pisze bloga "Pełnia lata w domu tymianka". Ale o czym o ja chciałam ???? Aaaa, popieram frakcję namawiaczy do pisania :)
Odpowiedz
#15
...A Kanionek tu sobie właśnie wpadł poczytać i WCALE się nie śmieje. No skąd. Kanionkowe sery w restauracjach, księgarnie pełne Kanionkowych powieści, tłumy szaleją, żebrząc o plasterek sera i autograf... Bardzo, bardzo prawdopodobne. Może zamiast zbierać kasę na nową studnię, powinnam zacząć kopać fosę dookoła podwórka Big Grin

Wiecie, że Was uwielbiam? Obyśmy wszyscy długo żyli, sera pojedli, mleka popili, i dobrym ciesząc się zdrowiem, razem dobrze bawili. Essu, nawet wierszem piszę Smile
Powiem Wam tak: odkąd nauczyłam się czytać wierzyłam, że książkę trzeba w sobie "mieć", że ona musi domagać się napisania, że autor trzymający książkę w sobie po prostu musi ją napisać, inaczej pęknie. Dziś wiem, że różnie to bywa, że są kontrakty, z których trzeba się wywiązywać i np. machnąć trzy książki w trzy lata, bo inaczej do widzenia wydawco, i tak dalej. Ale nadal wierzę, że ten wewnętrzny przymus napisania książki dotyczy zupełnie innego formatu, czy jak kto woli - poziomu sztuki, którego ja zwyczajnie nie sięgam. Z kolei żeby trzaskać kolejne pozycje jak konserwy w fabryce, to chyba nie mam serca ni wewnętrznej dyscypliny. Nie mówię, że "nie i nigdy", bo któż to może wiedzieć, co mi się z biegiem lat we łbie urodzi? Ale dziś jestem wciąż tylko Gupim Kanionkiem, co się z czołem mocno zmarszczonem skupia na nauce kolejnej w życiu sztuki. O właśnie - książka o tych, co robią ser i niech im wola boska sprzyja, już do mnie dotarła Smile
Odpowiedz
#16
Kanionku, ja też kiedyś myślałam, że autor musi pisać inaczej pęknie. Dzisiaj wiem, że tak się zdarza i nazywa się to "grafomania" Tongue

Wydaje mi się, że najważniejsze to mieć co przekazać i umieć to zrobić. I nie chodzi o to, że masz przymus przelania czegoś na klawiaturę/papier, a raczej, że piszesz coś ważnego dla siebie i okazuje się to interesujące dla innych. Czy musi być to drugi "Ulisses" (czy jest na sali ktoś, kto go przeczytał?)? Nie! Nie musi to być też żadne rozlewisko Wink .
Masz swoją historię, którą potrafisz w ciekawy sposób przedstawić. To więcej niż cała masa "pisarzy"! Możesz ją spisać, wysłać tu i ówdzie i czekać, biorąc na klatę, że komuś moze się nie podobać (no chyba, że masz kasę, żeby wydać coś własnym sumptem, wypromować się na maksa i żyć w bąbelku własnej zajebistości), albo nie próbować wcale i być może kiedyś żałować Tongue .
I jeszcze jedno, może już to gdzieś pisałam, ale podobno jeden mądry człowiek powiedział, że pisarz musi się tak namęczyć, żeby czytający już nie musiał. Dla Ciebie każdy wpis to ogromny wysiłek, a dla nas (no bo chyba nie dla mnie jednej, sądząc po komentarzach) czytanie Twoich słów jest czystą przyjemnością Smile .
I nie sądzę, żeby czytelnikami Twojego bloga były same słodkopierdzące dziunie, które przyklaskują zawsze i wszystkim Tongue
[/quote]


[quote='kanionek' pid='248' dateline='1434732387']
...A Kanionek tu sobie właśnie wpadł poczytać i WCALE się nie śmieje. No skąd. Kanionkowe sery w restauracjach, księgarnie pełne Kanionkowych powieści, tłumy szaleją, żebrząc o plasterek sera i autograf... Bardzo, bardzo prawdopodobne. Może zamiast zbierać kasę na nową studnię, powinnam zacząć kopać fosę dookoła podwórka Big Grin

Wiecie, że Was uwielbiam? Obyśmy wszyscy długo żyli, sera pojedli, mleka popili, i dobrym ciesząc się zdrowiem, razem dobrze bawili. Essu, nawet wierszem piszę Smile
Powiem Wam tak: odkąd nauczyłam się czytać wierzyłam, że książkę trzeba w sobie "mieć", że ona musi domagać się napisania, że autor trzymający książkę w sobie po prostu musi ją napisać, inaczej pęknie. Dziś wiem, że różnie to bywa, że są kontrakty, z których trzeba się wywiązywać i np. machnąć trzy książki w trzy lata, bo inaczej do widzenia wydawco, i tak dalej. Ale nadal wierzę, że ten wewnętrzny przymus napisania książki dotyczy zupełnie innego formatu, czy jak kto woli - poziomu sztuki, którego ja zwyczajnie nie sięgam. Z kolei żeby trzaskać kolejne pozycje jak konserwy w fabryce, to chyba nie mam serca ni wewnętrznej dyscypliny. Nie mówię, że "nie i nigdy", bo któż to może wiedzieć, co mi się z biegiem lat we łbie urodzi? Ale dziś jestem wciąż tylko Gupim Kanionkiem, co się z czołem mocno zmarszczonem skupia na nauce kolejnej w życiu sztuki. O właśnie - książka o tych, co robią ser i niech im wola boska sprzyja, już do mnie dotarła Smile
Odpowiedz
#17
Kanionku - mam nadzieję, że ziarno zasiałyśmy i choć póki co na tym polu susza, to kiedyś jednak wykiełkuje i książką obrodzi:)
Odpowiedz
#18
Ciociusamozło - "życie w bąbelku własnej zajebistości" rozłożyło mnie na łopatki i nadal leżę Big Grin
I nie, Wy zdecydowanie nie jesteście słodkopierdzącymi dziuniami, a widziałam już kilka takich fanklubów.

No tak, dla każdego coś innego - dziś po raz trzeci była u mnie klientka, która zawsze bierze ser z ziołami prowansalskimi, a do tego... wiadro zielska z mojego stawu. I jest zachwycona, że jej tego zielska nie żałuję, a ja jestem zachwycona, że ona je chce. Zielsko też jest zachwycone, i odrasta w zdwojonym tempie Big Grin A najlepsze będzie teraz: pani przywiozła ze sobą znajomą, która prowadzi sklep ze zdrową żywnością i mówi, że na ten śmierdzący bluszczyk kurdybanek to miała przez jakiś czas klientów na kopy! I weźce tu zrozumcie ludzkość - ja to zielsko próbuję zgładzić, małą ciężarówkę z przyczepką już tego wyrwałam i zgniłam na kompoście, a są ludzie, którzy go pożądają... I to za pieniądze! Ale chyba przegapiłam złoty interes, bo pani mówi, że moda na kurdybanka przeminęła i teraz na topie są jakieś inne dziady Wink

Kania - jeśli kiedyś tę książkę napiszę, wszystkie agitatorki z Tobą na czele dostaną darmowy egzemplarz z odręczną dedykacją. Na razie mogę zaproponować sam autograf i dorzucić worek kurdybanka Big Grin
Odpowiedz
#19
Nie leż za długo na tych łopatkach, chyba, że Ci na kręgosłup pomaga Wink

Łomatko! ale do czego potrzebne jej zielsko ze stawu? No z morskich glonów to jakiś tam agar robią, jod odzyskują, ale ze stawu?
Tatarak do mycia włosów?
Wygląda na to, że panią od zdrowej żywności powinnaś pooprowadzać po całej okolicy, może jakaś żyła złota jeszcze rośnie u Ciebie (i kozy jej nie zjadły) Wink

Ty tak nie szastaj tymi darmowymi egzemplarzami bo podobno wydawnictwa strasznie teraz sępią na gratisach dla autorów i jeszcze będziesz musiała dołożyć do interesu Wink
Odpowiedz
#20
No bo tak: zielsko jej się spodobało i chciała, żeby też jej tak zarosło to oczko wodne, jak mój staw. Wzięła wiadro jako kępę zarodową, ale okazało się, że ryby ma jakieś ogromne i one wszystko zeżarły. Więc wzięła drugi raz, i trzeci... Ja myślę, że rozsądniej by było, gdyby ona mi te ryby pożyczyła na jakiś czas, a ja bym jej potem je oddała, dwa razy większe, za to zielska już bym nie miała. Bo teraz to wygląda tak, że jej ryby łykają to zielsko jednym haustem, a z kolei moje zielsko, przerażone perspektywą wyginięcia, rozmnaża się jak durne i zamiast mniej, mam go coraz więcej. Zmasowany atak ryb-gigantów załatwiłby sprawę, tylko nie wiem, w czym ona mogłaby je przewieźć. Chyba w wypełnionej wodą łodzi, holowanej za samochodem...

A jeśli chodzi o dokładanie do interesu, to dla mnie nie pierwszyzna. Jeszcze 5 kg sera muszę sprzedać, żeby inwestycja w sprzęt i pierdoły mi się zwróciła, a potem jeszcze około 50 do 60 kg, żeby zapewnić kozom byt przez następny rok. Jakoś słabo to widzę... Może jednak poleżę jeszcze na tych łopatkach Big Grin
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości