Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Lawendy z siewu, czyli nie taki diabeł straszny :)
#1
Uwaga, znów będzie komiks ;)

Najpierw wyznanie: okłamałam Kanionka w komentarzach.
Napisałam, że aby dorobić się krzaczastej lawendy z nasion potrzeba bodajże czterech lat. Nieprawda, mit i niepotwierdzona pogłoska. Poszperałam albowiem w osobistym archiwum fotografii i potwierdzam, co następuje: trzy lata wystarczą :)


Moja lawenda wysiana została w lipcu 2010 roku. Wysiana, to znaczy: przygotować ziemię w doniczce, otworzyć tytkę z nasionami, rozsypać, zrosić. W połowie lipca wyglądała o tak:

   

... czyli nijak. Miesiąc później dostała gustowne pojemniczki (po selerach?) jako nowe mieszkanie:

   

A na zimę osobistą "baukistę", czyli takie coś, w czym się miesza beton, jak się nie ma betoniarki ;)
Jako objaw szczególnej troski potraktować należy przykrywkę ze starej szyby doklejoną do pojemnika taśmą malarską "coby jej nie wiało, tej lawendzie":

   

Sieweczki odwzajemniły się wysokim stopniem przeżycia (tu widać, że wnętrze pojemnika wysypałam kompostem, żeby pacjentce było cieplej):

   

Rok po wysianiu, już w nowych apartamentach:

   

Niecałe dwa lata po siewie poszły w glebę (tu widać, jak radykalnie zwykłam je przycinać):

   

A tak wyglądały trzy lata po posianiu, o proszę (tu wsadzone w innym miejscu):

   

Reasumując: sama byłam zaskoczona pozytywnym wynikiem, co prawda nie tak, jak mój małżonek, który od początku nabijał się z lawendzich cherlaczków. A jakie mocne te lawendy! Nie poddają się mrozom w ogóle, pewnie zahartowane...

Polecam każdemu, kto lubi lawendę i używa jej nałogowo oraz ma trochę miejsca na sadzonki. To całkiem fajna zabawa :)
Odpowiedz
#2
Bardzo mi się podoba Twój komiks. W ogóle fajnie się patrzy i czyta o tym, jak to KTOŚ INNY się narobił, nadziubdział, naprzenosił, naokrywał na zimę i tak dalej Big Grin
Ja mam teraz kilkaset doniczek i tutek po papierze toaletowym z rozsadami, i jak pomyślę, że jeszcze lawenda... To mi się żyć odechciewa. Ale dzięki Tobie już wiem, dlaczego mi tamta w ubiegłym roku nie wyrosła - siałam wcześniej, gdy było dość chłodno, to raz. No i normalnie przysypałam ziemią, a nie "na ziemię i zrosić", to dwa.
Za to gdy seler w ziemi za nic nie chciał mi kiełkować, to wpadłam na pomysł wysiania go na mokry kawałek ręcznika papierowego i w ten sposób sprawdzenie, czy te nasiona w ogóle "żyją". I okazało się, że wszystkie wykiełkowały. A potem z tego poletka doświadczalnego, za pomocą wykałaczki przenosiłam po jednym skiełkowanym nasionku na wilgotną ziemię. A za klikanaście dni rozsadzałam do osobnych doniczek. Tylko sto sztuk. Jak ja nie cierpię robienia rozsad.

No nie wiem, nie wiem... Jeśli akurat dopadną mnie nasiona lawendy w jakimś sklepie mięsnym, to może się skuszę.

PS. I ciekawe, gdzie ja ją wcisnę.
Odpowiedz
#3
A czy lawendę można by tak w domu? Coby mieć ją zimą na przykład? Tzn. w ogrodzie sobie mam trochę ale w domu, paskudną jesienią lub jesienną zimą... to by było COŚ. Pięknego. Na doła np. Smile)
Odpowiedz
#4
(06-05-2015, 09:42 PM)Issa napisał(a): A czy lawendę można by tak w domu? Coby mieć ją zimą na przykład? Tzn. w ogrodzie sobie mam trochę ale w domu, paskudną jesienią lub jesienną zimą... to by było COŚ. Pięknego. Na doła np. :))

Ha! Przyznam się, że nie wpadłam na to ;)

Może dlatego, że cierpię na chroniczny brak parapetów w chałupie.
Zadowalałam się zawsze suszonymi wiąchami pouwieszanymi tu i ówdzie - pachną aż do następnego sezonu...

Ciekawe, czy by zimą w domu kwitła, nie?
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości