Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
anegdoty i nie tylko
#1
Jak teraz coś źle nacisnę, to się porządnie zdenerwuję. Wysmarowałam długi post, coś źle kliknęłam i poszłooooo...

Chodzi mi o to, że Kanionek powoduje u mnie permanentnego banana na buzi i jakoś chciałam się odwdzięczyć zamieszczając zabawne sytuacje i dialogi z udziałem moich dzieci.

W przedstawieniu udział biorą: Kacper - lat 7 (obecnie 10), Bartek lat 10 (obecnie 13) i ja
Zima. Wychodzę z mieszkania rodziców obładowana zakupami i proszę Kacpra by zgasił światło i zamknął drzwi:
- A dlaczego ja? - pyta
- Bo ja noszę zakupy i twój plecak - tłumaczę
- A Bartek?
- Bartek nosi plecak, a ty nic.
- Ja noszę kalesony.
Odpowiedz
#2
hmmm... a rajstopy się liczą? bo też tak chcę! Big Grin Big Grin Big Grin
Odpowiedz
#3
W tytule "anegdoty" (w sensie liczba mnoga) a tu tylko jedna i to kulawa. Proszę się przyłączyć, nie wierzę, że nikomu nic zabawnego się nie przytrafia. Więc oto kilka następnych:

Wchodzę do łazienki, a tam mokro. Mokry dywanik leży w pralce.
Pytam Bartka:
- Dlaczego dywanik jest w pralce?
- Bo jest mokly - wzrusza ramionami Bartek
- Dlaczego on jest mokry?
- Od wody.
- No, a skąd ta woda?
- S klanu.
Nie dowiedziałam się CO on robił, że pomoczył dywanik.

I w podobnym klimacie:

Bartek wychodzi zły z pokoju.
- Kacpel mi pseskadza.
- W czym ci przeszkadza?
- W małym pokoju.

Kacpra boli noga, pytam:
- Od czego? (cię boli)
- Od dawna.

I na koniec tęsknota za tatą:
W weekend tata Kacpra i Bartka był na zawodach. Wraca w niedzielę wieczorem:
Kacper:
- Cześć tato.
- Cześć synku.
- Już wróciłeś?
- Wróciłem.
- Po co?
Odpowiedz
#4
I jeszcze kilka, sprzed kilku lat:

Bartek bawił się maskotką-psem Marta Mówi:
- Malta Mówi - chola jes. Pokas nos. Babole mas.

Bartek i Kacper kąpali się i w pewnym momencie kazałam im wychodzić:
- Bez dyskusji - mówię
- Koniec kropka - dodał Barek
- Kropka peel - zakończył Kacper

Kacper jest - jakby ktoś nie zauważył - pyskaty.
Pewnego dnia siłuje się ze swoim tatą (który ma nadwagę). Wiadomo - tata wygrywa i mówi do Kacpra:
- Za cienki w uszach jesteś.
- A tata za gruby w pasie - ripostuje Kacper.

Oglądaliśmy telewizję. Mąż "skakał" po kanałach i trafił na Top Gear, który już "leciał". Nie wiedzieliśmy gdzie toczy się akcja, ale ja zauważyłam tablicę z nazwą Madryt i okazało się, że miałam rację:
- Widzicie jaka matka jest spostrzegawcza? - chwalę się
- Pierwszy raz w życiu - sprowadza mnie na ziemię Kacper
Odpowiedz
#5
Fajne Big Grin Big Grin Big Grin

A wiecie, co to jest becik? No pewnie, że wiecie, w końcu od becika pochodzi becikowe. No to ze wspomnień z własnego dzieciństwa: kiedy jeszcze nie miałam pięciu lat i wciąż byłam jedynaczką, zaglądałam wszystkim obcym matkom do wózków, żeby się ponapawać widokiem nie swoich siostrzyczek i braciszków, bo oczywiście od urodzenia byłam niemądra i koniecznie chciałam mieć rodzeństwo. I kiedyś przy świątecznym stole, w obecności całej rodziny wypaliłam, że ja chcę mieć takie małe dziecko w BETONIKU.
Na początku wszyscy zamarli, bo wiecie - zawsze byłam taka trochę dziwna, małomówna i skryta, a to przecież podstawowe cechy psychopaty, a gdy się w końcu wyjaśniło o co mi chodzi, to niektórzy musieli wyjść z pokoju żeby się gdzieś na uboczu posikać ze śmiechu. A wiecie, co jest najgorsze? Nie dałam się przekonać, że to nie oni wszyscy się mylą, tylko ja. Bo nigdy w życiu (czteroletnim) nie słyszałam o jakimś głupim beciku, za to beton był moim chlebem powszednim i gruntem, po którym twardo stąpałam. Biedne dziecko z blokowiska.

I muszę Cię uprzedzić, Zerojedynkowa, że mokre dywaniki to jeszcze pikuś i wszystko przed Tobą. Ja na przykład, gdy tylko nauczyłam się czytać, zaczęłam kwestionować prawdomówność producentów różnych przedmiotów i weryfikować oświadczenia zawarte w ulotkach. I tak na przykład wydało mi się niewiarygodne, by zmywacz do paznokci, który wyglądał DOKŁADNIE tak samo jak woda, mógł faktycznie być łatwopalny, jak czerwonym drukiem zapewniał producent. Doświadczenie mające na celu zdemaskowanie oczywistego łgarstwa postanowiłam przeprowadzić w łazience, a dokładniej w muszli klozetowej, wylawszy zawartość flakonika ze zmywaczem na kłąb bezcennej w owych czasach waty celulozowej. I - rzecz jasna - podpaliwszy Smile

I niewykluczone, że cały ten eksperyment zakończyłby się happy endem (jeśli nie liczyć rozczarowania faktem, że znów się myliłam), gdyby nie durny instynkt samozachowawczy, który kazał mi natychmiast po rozpaleniu ogniska w kiblu opuścić z hukiem klapę od klozetu. Z winy instynktu bowiem trochę się przyfajczyła, i musiałam wszystko dokładnie opowiedzieć Mamie, która zamiast powiesić mnie za warkoczyki na sznurze do bielizny i wychłostać pokrzywą, bardzo się zmartwiła i już nigdy nie zaznała spokoju siedząc w pracy i zastanawiając się, czy po powrocie do domu nie zastanie mnie siedzącej z dymiącymi uszami na kupie gruzu będącego niegdyś naszym blokiem mieszkalnym.

A ponieważ Ty masz w domu dwóch chłopaków, to wiesz... Może na wszelki wypadek nie maluj paznokci?
Odpowiedz
#6
Drogi Kanionku,
w domu tak naprawdę mam czterech chłopaków: męża (który czasami jest jak BARDZO duże dziecko), Kacpra, Bartka i dwuletniego Olka, który JESZCZE nie mówi, co nie znaczy, że nie psoci. Wszystkie ciekawsze ich wybryki czy wypowiedzi spisuję w zeszytach. Olek się dopiero rozkręca: jakiś czas temu szukałam kapcia, który włożył mi do szuflady w kuchni z papierem śniadaniowym, ze śmieci wyciągałam pieniądze, a klucze z szafki z garnkami. Uczył już pływać autobus w muszli klozetowej i moczył kotu suchą karmę w miseczce z wodą. Do dnia dzisiejszego nie znalazłam bułki, z którą kilka tygodni temu chodził po domu. Na pewno jej nie zjadł, bo od czasu gdy widziałam ją po raz ostatni do jej zniknięcia minęło jakieś 10 sekund. A bułka duża była...
Ja, nad czym bardzo teraz ubolewam, byłam niezwykle grzecznym dzieckiem. Chociaż pomysły też miałam dziwne. Kiedyś mama wysłała mnie po chleb (sama była w pracy). Chleba nie było, ale były bułki - grahamki. Przeliczając, że jedna bułka = jedna skibka chleba kupiłam ich z 20 lub nawet więcej, a potem rozłożyłam je rządkiem w moim pokoju i przenosząc po jednej na początek rządku przekładałam je w stronę kuchni. Trwało to dość długo. Mama zdążyła wrócić z pracy i zastała mnie przy przenoszeniu bułeczek jakoś na wysokości korytarza...
Odpowiedz
#7
A teraz uwaga! Całkiem świeża anegdota z mojej pracy.
Występują: p. Roman (bardzo miły i inteligentny, ale niezwykle roztrzepany) oraz p. Hania. Rzecz się dzieje w urzędzie, gdzie większość osób ma "własny" numer telefonu.
p.Roman:
- Pani Haniu kto u nas ma końcówkę numeru 70?
- Pan.
- Ktoś z tego numeru do mnie dzwonił, a jak oddzwaniałem to nie odbierał...
- To Pana numer.
- Aha! (olśnienie) No tak, dzwoniłem do siebie, bo nie mogłem znaleźć komórki.

Jeżeli coś nie jest jasne, to proszę o wybaczenie. Z reguły palę dowcipy, a ta sytuacja była naprawdę zabawna Smile
Odpowiedz
#8
A to z mojej pracy.
Przyszła do sklepu mała dziewczynka, tak około 6 lat, wybrała wachlarzyk, podeszła do lady i spytała o cenę, ja odpowiedziałam że 6 złotych, na co dziewczynka z westchnieniem:
"gdyby na świecie wszystko było za darmo, to ludzie żyliby w pokoju"
odłożyła wachlarzyk i wyszła...
odzyskanie mowy zajęło mi dobrą chwilę
Odpowiedz
#9
Młody będąc w wieku lat czterech usłyszał ode mnie po raz pierwszy w swoim życiu słowo 'maminsynek'. Powiedziałam coś w stylu: "no co ty, maminsynkiem jesteś czy co?". Bardzo go to rozbawiło, zaśmiewał się i powtarzał to słowo z upodobaniem. Minął jakiś czas, ze 3-4 miesiące. W tym czasie poszedł do przedszkola. I któregoś dnia zaczepił temat. "Jak to było? Co ja jestem? Twoim skurwysynkiem? "
Odpowiedz
#10
     Myślę o Was :- )

A zastanawiałam się, głowę sobie łamałam, dlaczego babinki w autobusie TAK mi się przyglądają, niektóre z letką zgrozą w oku.
Rok Kozy!
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości