No dobra, jest ostatni dzień marca i nie ma się co oszukiwać – trzeba wziąć tę kozę za rogi i powiedzieć jasno i wyraźnie: Koninek, z optymizmem ci nie do twarzy.
Wysyłka kalendarzy nastąpi w przyszłym tygodniu (oby w poniedziałek, tfu, tfu), bo nawet nie mam ich jeszcze w rękach (dzisiaj kurier zostawił paczkę u pani Żozefin, a odbiorę ją jutro, bo akurat na jutro piekę dla pani Żozefin dwa chleby), na co ani ja, ani nikt inny nie miał wpływu, albowiem była to czysta złośliwość Losu i splot niekorzystnych okoliczności.
I trochę się boję tryskać tym trefnym optymizmem, gdy pytacie mnie o Ziokołka, no bo tak: z jednej strony Tradycja wygląda tak cienko i półprzezroczyście, że można przez nią zaćmienie słońca oglądać, ale z drugiej strony – zaczęła żreć jak świnia, a dzisiaj na dojalnicę wskoczyła tak zwinnie i chybko, jak jaki Pegaz skrzydlaty, więc nie wiem. Wydaje mi się, że idzie ku lepszemu, i na tym może na razie poprzestańmy. Dogadzam jej czym mogę, skubię na klęczkach co w lesie wyrosło, nawet korę wierzby własnymi zębami dla niej zdzieram (no dobra, nożykiem zdzierałam, ale i tak dużo z tym roboty, a poza tym wiecie, że ja i ostre narzędzia to ryzyko utraty zdrowia lub życia):
A gdy droga na dużą łąkę wyschła i stwardniała, pogoniliśmy całe stado do tego ogromnego świerka, który się podczas wichury wywrócił, i Ziokołek też z nami poleciała:
I Miki ze swoimi czterodniowymi wagonikami:
W poniedziałek zawieźliśmy Niaczki na kastrację, i czułam się tak zobowiązana martwić się wszystkim, o wszystkich i za wszystkich, że głowa mnie rozbolała jeszcze zanim wyszliśmy z domu. A gdy – już po zabiegu – niosłam Sondę do samochodu, to tak bardzo starałam się nią nie majtać i w ogóle przenieść jak najbardziej bezurazowo, że nadmiernie usztywniłam lewą rękę i odnowiłam sobie starą kontuzję łokcia, która długo nie da o sobie zapomnieć, a jeszcze mamy pół koziarni do posprzątania. Zaś niecałe dwie doby i dużo paracetamolu później, na samym środku górnej wargi wykwitła mi tak wielka opryszczka, że niepodległość ogłosiła od razu, a prace nad konstytucją już prawie kończy. A w domu mamy tak zimno, że co chwilę poprawiam literówki, bo nie czuję klawiatury pod palcami. I jeśli teraz myślicie sobie: „No tak, cały Kanionek”, to owszem, i żebyście wiedzieli – ten stary dziad na kamieniu to też ja:
REASUMUJĄC: Złej baletnicy to i koza do butów nie naleje, i choć wiem, WIEM DOSKONALE, że ja jeszcze nie mam na co narzekać, to i tak mam dzisiaj humor pod psem (i pulsujący, kaczy dziób).
A kruki kradną kaczkom jajka. Widziałam. Pół biedy, gdy kradną piżmówkom, bo mam ich i tak za dużo, ale stadko biegusów chciałam powiększyć, a krucze szuje już osiem jajek zajumały i zeżarły. Raz widziałam przez okno, jak kruk odlatywał z ogrodu z jajkiem w dziobie, i nawet daleko się z nim nie pofatygował – usiadł na naszej łące i sobie to jajo rozbił i zjadł.
PS. Szczęśliwego Koziego Roku! (palce krzyżując za plecami)
























Uderz w kalendarz a kapelusznik się zjawi. Przyznaję się, że to nie kanionek skrewił tylko seria niefortunnych zdarzeń i ja. Wszystko na ostatnia chwilę i taki efekt. Biję się w piersi i mam tylko nadzieję, że jak już dostaniecie kalendarze to zapomnicie o obsuwie.
A poza tym to jestem pierwsza i druga :P
Nie mogłam się powstrzymać – trzecia .
Dziękuję Ci słonko.
Krystyna, egsekfo?
Pierwsza! Ale weny nie mam, spać mi się chce, to tylko tak tu zapragnęłam zaznaczyć swoją obecność. Pozdrawiam Cię, całą koziarnie i w ogóle. 😊🐐🐐🐐
O, jak zaczęłam pisać to byłam pierwsza😭
Poczekaj przesunę się.
To która w końcu jestem???
Kanionek, ja bym tego świerka po koziej akcji najbardziej chciała zobaczyć.
A zdjęcie domu od strony wody najpiękniejsze! Chyba pierwsze takie? DOM. I tyle.
To ten, no… dobranoc.
Czy to znaczy, że Kanionek chodzi po wodzie? Jak jeden taki mitologiczny pan?
A żebyś wiedziała, że chodzę! Co prawda tylko po zamarzniętej, bo jeszcze nie osiągnęłam poziomu „ekspert”, ale wszystko w swoim czasie ;)
Szczęśliwego Koziego Roku i Tobie! I wszystkim Kozom :)
Ależ się zdziwiłam – pierwszy raz widzę Wasz dom z tej strony, myślałam, że do stawu jest dużo dalej.
Żaden dziad, tylko piękne zdjęcie Kanionka-Przytulacza Kóz . Sama bym się tak przytuliła :)
Szanowna Redakcjo, zgłaszam to zdjęcie do koziego kalendarza na 2023!
Tradycja rzeczywiście jak przecinek, ale skoro ma apetyt to będzie dobrze Kanionku :)
W kwestii zdjęcia domu od północnej strony – nie wiem gdzie odpisać, więc piszę tutaj. Naprawdę nie było wcześniej? Mogłabym przysiąc, że było już wszystko, z przodu, z boku, i z podskoku. Na filmach na pewno, bo przecież nie raz nagrywałam nad stawem! A może po prostu latem domu prawie nie widać, bo dwie lipy i orzech zasłaniają go swymi obszernymi koronami?
Może na okładkę. Kanionek zrób więcej takich zdjęć domu to coś dobierzemy.
Może wiosną, i mam tu na myśli PRAWDZIWĄ wiosnę. Gdy już cokolwiek zazielenią się drzewa. Chociaż… Obejrzałam kalendarz od deski do deski i OCZYWIŚCIE, że jest piękny, natomiast na niektórych zdjęciach kolor trawy i innego zielska jest tak podkręcony, że oto – wbrew staremu powiedzonku – mam trawę zieleńszą niż u sąsiada :D Więc liście na drzewach Zespół też by pewnie umiał domalować :)
(A tak w ogóle to wściekła jestem. Mam dziś klasyczne BMW, czyli Boli Mnie Wszystko. Mam wrażenie, że ten wirus ma iście putinowskie zapędy i właśnie wybiera się na podbój mojego mózgu, drogą przez nos. Boli mnie nawet podniebienie, nerwy twarzowe szaleją, piorun szczela mi w oko, i ogólnie jestem rozbita jak stary talerz Społem).
(Ziokołek już nie chce być zamykana na noc w swojej komnacie. Zaniosłam jej świeżej wody, sianka, pół wiadra warzyw i drugie pół owsa, i poszłam po nią na łąkę. Jak mnie zobaczyła, a wiedziała już o co kaman, to zaczęła spierniczać kozim kłusem, czyli bokiem, wywijając chudym zadem od czasu do czasu. Taka wesolutka, kozia jej mać. Przegoniła mnie przez pół łąki, ale ostatecznie się poddała. Może jutro już jej nie zamknę, tylko boję się, że wtedy nic nie zeżre, bo wciąż trzyma się z dala od tłumu).
Tak mnie teraz natchnęło, że kiedyś w kalendarzu był piękny obrazek Diabła i na nim kanionek siedział na dachu domu a dom był namalowany chyba właśnie z tej strony co na tym zdjęciu.
To samo mi przyszło do głowy, gdy tylko dziewczyny wspomniały o tej, rzekomo nigdy niepokazywanej, stronie domu. Obrazek Diabła mam na ścianie i zawsze w pamięci – Diabeł niby nigdy tu nie była, a mogłabym przysiąc, że którejś nocy ukradkiem rozbiła namiot i rozstawiła sztalugi nad stawem, by popełnić to arcydzieło.
A może Zaklinaczka Kóz ?
I też dobranoc :)
Szczęśliwego Koziego Roku 🍾🎉
Mnie ten chleb zaintrygował . Jaki chleb pieczesz i jak to robisz ze w tej zimnicy ci w ogóle chce rosnąć ???
O chlebie też miało wczoraj być, ale miałam taki niedowład umysłowy, że sobie odpuściłam, tylko fotki wrzuciłam na serwer. Napiszę przy najbliższej okazji ze szczegółami „co i jak”, a teraz tylko powiem, że od dłuższego już czasu robię chleb wg własnego przepisu, głównie pszenno-żytni na pszennym zakwasie (dla nas taki ze słonecznikiem i lnem, a dla pani Żozefin bez dodatków, bo nie lubi).
To już się nie mogę doczekać autorskiego przepisu ze szczegółami 👍 Mój autorski jest pszenno żytni na zakwasie żytnim z siemieniem lnianym ale mielonym . Wyglada od tego siemienia jak razowy a jest sprężysty i moim zdaniem smaczny. Tylko że u mnie jest średnio 23 stopnie w domu więc nie trzeba się prosić żeby rósł 🙂
Podziel sie przepisem, nie byc taka :)
Ja tez pieke pszenny i pszenno zytni i bulki i precle z Krakowa,bo tesknilam bardzo i sztangielki z Krakowa bo wiadomo ze wszystko z Krakowa najlepsze!
Pozdrawiam kozy i innych ze SNIEZNEGO! dzisiaj chicagowa :P
No właśnie nie ma sensu dzielić się tym przepisem bez zdradzenia tajemnicy dotyczącej wyrastania i pieczenia – to jest dłuższa historia ;)
(W kuchni mam teraz dokładnie 15,3 stopni Celsjusza. To już oficjalne – siedzę w domu w kurtce).
(Ali, skasowałam dubel Twojego komentarza. Oraz się dzisiaj na siebie wkurwiłam już i wysiałam pomidory na waciki. Powiedz mi, czymże jest MALACHITOWA SZKATUŁKA, do diaska? :D).
Graża, chyba że chciałaś przepis od Aliwar, to pardą.
Powiem Wam jeszcze taki sekrecik – spróbujcie raz do ciasta chlebowego dodać żółtko :) Tylko jedno, samo żółtko. Robi różnicę – chleb wyrasta wyższy, a skórka jest bardziej złocista. Oczywiście w smaku nie czuć jajkiem, bez obaw.
A dobra, już wiem, to ten zielony pomidor, o którym mi w ub. roku pisałaś :)
Od kanionka przepis chcialam, mam nadzieje ze
Aliwar sie nie obrazi :P
Po malutkim namysle od Aliwar przepis tez poprosze!
Pracuje (ha ha ) nad idealnym przepisem na chleb pszenno zytni LOL
Recepture pszennego doskonalilam przez dwa lata, wiec wszystkie wskazowki mile widziane :D
Tak tak malachitowa jest zielonym pomidorem naszym zdaniem bardzo dobrym w smaku , miałam kiedyś innego zielonego i nikt go nie chciał jeść a tego wszyscy lubili . Dość duży typu befsztyk. Wart wypróbowania u nas został . A co do przepisu oczywiście się nie obrażam tylko u nas do południa nie było prądu internetu nawet sieci znaczy wszystkich sieci ogólnie zasypani śniegiem bez kontaktu ze światem . Ale już jest ok paza tonami śniegu który ciagle pada. Mój przepis jest na oko 😉 dokarmiam wieczorem zakwas tak żeby mieć go ze 700g ( na trzy bochenki) , rano wlewam litr wody, trzy czubate łyżeczki soli , 150g mielonego siemienia lnianego i kilo maki typ 650. Mieszam , wyrasta w misce potem do foremek znów wyrasta i pieke 10 minut w 210 stopni potem zmniejszam tem do 190 i jeszcze 40 minut i już studzę na kratce .
Dzieki bardzo!
Wszystko notuje:p
Na oku oczywiscie, zakwas zytni?!
Tak, żytni na mące typ 720 u mnie.
Też kiedyś robiłam na 720, ale jak spróbowałam na typie 2000, to już tylko tego się trzymam (to jest taka mąka, że same otręby prawie, ale zakwas z jakiegoś powodu ją kocha).
Aha, jeśli chcecie spróbować chleba na zakwasie pszennym, ale nie macie cierpliwości do wielotygodniowej hodowli od zera, to jest prosty lajfhak: weźta łyżeczkę zakwasu żytniego, sypnijta mu parę łyżek mąki pszennej typ 750 (albo innej chlebowej), no i wody oczywiście, a na drugi dzień już macie prężny i gotowy do boju zakwas pszenny. Ja mam już dwie hodowle w lodówce, choć żytniego coraz rzadziej używam.
Tej wody to mniej niż litr ale to na oko wyczujesz … nie wlewaj wszystkie od razu. Jak robiłam ostatnio chleb taka refleksja mi przyszła ze ten mój słoik „litrowy” to nie ma litra nigdy . Znaczy biorę taki słoik po ogórkach kiszonych jaki mi wpadnie w ręce i w nim szykuje letnia wodę na chleb No ale taki słoik czasami ma 0,9 czasami 0.8 czy tam ile bo to jest różnych takich w różnych litrarzach 😆. Tak ze sory wielkie za takie uogólnienie . Tak naprawdę to moje ciasto nie jest zbyt gęste No bo rzadsze łatwiej mieszać ręcami 😉
A zakwas robiłam kiedyś na razowej ale wydaje mi się ze od takiego zakwasu chleb ma takie spore dziury a ja lubię taki z duża ilością drobnych dziurek , chyba ze zależy to od czegoś innego a moje doświadczenia są potłuc o kant ….
Na ten Nowy Rok – niech się zieleni, kozi, koci, jajczy, kwitnie :-) A kłopotów i zmartwień (no nie, nie wierzę, że znikną) ma być o połowę mniej! I dużo słońca
Chciałam tylko powiedzieć, że Pani tu jakaś za skromna jest. Na zdjęciu z kamieniem ja ani dziada ani opryszczki nie widzę. Raczej Damę z Kózkami ;)
Nie no, to jest zdjęcie „przed” – takiego z kaczym dziobem bym Wam nie pokazała, bo to kategoria ohydy na poziomie marchewkowej wersalki.
(A na zdjęciu z „damą”, ha ha, są Irenka i Herbata. Też już nie takie młode. Irenie będzie już jakoś dziesiąty rok leciał? Herbata może o rok lub dwa młodsza).
To nie jest możliwe, żeby one miały tyle lat, bo doskonale pamiętam pojawienie się Herbaty. Ireny trochę słabiej, ale też. Gdyby to miała być prawda, to ja siedząc w tej szafie już dawno moli bym dostała. Więc coś tu ściemniasz, Kanionku. :)
Pi razy oko liczone, bo Irena miała jakieś 2 lata, gdy ją tu przywieźliśmy, a Herbata prawdopodobnie rok, może półtora – ciężko było się dowiedzieć. Po zębach można określić wiek kozy do pięciu lat, bo potem wszystkie mleczaki wymienione i nic się nie zmienia. Oczywiście koza bardzo stara będzie miała zęby zużyte, ale to najlepiej widać po trzonowcach, a ja nie taka odważna, żeby kozom tak głęboko w paszczę zaglądać. Siekaczami mogłyby mi rękę upitolić w nadgarstku, a trzonowcami zmiażdżyć palce na grubość znaczka pocztowego, gdyż albowiem gmerania w pyjkach to one nie lubią. Ani w uszkach. Ani w ogóle! Najlepiej to odwal się, Kanionek, co najwyżej przynieś ziarko albo japko.
(Ale właśnie sprawdziłam – Irenę przywieźliśmy we wrześniu 2014, czyli dobrze mówię, że dziesiąty rok jej leci spokojnie, Herbi przyjechała wiosną 2016, czyli siedem lat ma teraz najmarniej, a Ziokołek wiadomo, rodzona w lutym 2014, czyli osiem na pewno. Na Twoim miejscu zaczęłabym wyczesywać mole i pajęczyny z włosów :D).
:O Łomatkobosko, to faktycznie muszę zajrzeć do jakiegoś sklepu ze sprzętem dla muzealników… Albo zatrudnić się gdzieś jako zombie. :D Charakteryzacja do roli będzie zbędna. :D
A co u Andrzeja słychać? Dawno nic o nim nie wspominałaś, Kanionku. Mam nadzieje, ze to dlatego, ze wiedzie spokojny, wiec troch nudny żywot emeryta.
Dokładnie tak, spokojny i nudny, ale Andrzejowi to raczej odpowiada. I jego zdjęcie z ub. roku też jest w kalendarzu (zdradzam sekrety, ale już 8 paczek doręczonych, 3 w paczkomacie, część w doręczeniu, i tylko kilka ma ostatni status z 2:20 w nocy, „w trasie” – coś się InPost nie popisał, chyba że to tylko opóźnienie w aktualizacji statusów).
Pamietam, ze oczami Cię poprosił, byś go zabrała że plątał się koło Was. I że wiozlas go na kolanach, mimo, że miał cale portki obtegowane (biegunka od jedzenia cholera wie czego).
Jest Nowy Rok, są nowe koziołki, Tradycja się nie poddaje – tego się trzymajmy. A kłopoty? Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija jak mówi poeta. Martwi mnie tylko, że marzniecie, ta wiosna taka zimna a przednówek zawsze najgorszy. Ale zaraz się wszystko zazieleni / a raczej to, czego kozy nie oskubią/ i może nawet Kanionek zauważy, że czasem niektóre, bardzo nieliczne sprawy nie idą aż tak źle, jak przewidział.
Noworoczne pozdrowienia dla całej Koziej Grupy Wsparcia.
Oj no Kanionku, nie mówi się kaczy dziób, tylko mam usta jak Penelope Cruz.*
*Jakieś 100tys lat temu na forum fanów MMusierowicz 2 laski dyskutowały, i jedna, że Penelope ma najpiękniejsze usta na świecie, a druga że ma i owszem, ale kaczy dziób. I to pamiętam, ale takich detali jak swoje hasła i piny to już nie bardzo.
:D
Normalka, hasła i piny są nudne.
Ale żebym ja miała całe usta jak Penelope, a ja tylko górną wargę… Kwa, kwa!
Kanionku, uważaj, czego sobie życzysz, bo może się zrealizować… :D
Też prawda. Człowiek czasem coś palnie, a potem ma za swoje ;)
Kanionku, małyżonku wszystkie kozy (te z kanionkowa i te z komentarzy)! Życzę Wam i sobie SPOKOJNYCH czasów i żebyśmy dożyli do następnego kalendarza w zdrowiu, zadowoleni i z pełnymi brzuszkami. Bo jak się dowiecie już w listopadzie, pełny brzuszek to nie żarty.
Wszystkiego najkoziejszego dla Kanionkowstwa i całej Obory. Oby ten rok kozi był lepszy niż poprzedni . Tfu tfu na psa urok. ..
Tradycja rzeczywiście kostki i skóra, miednica starczy jej niemożebnie.. Oby się odpasła jak świnka tej wiosny.
Irena to jeszcze z kóz włoskich jest jeśli dobrze pamiętam. Z śp. Bozenką ciekawymi dialogami spod żłoba nas raczyły. Miło powspominać. :) A mnie interesuje kto zacz ta kózka piękna co umaszczenie ma jablkowite jak rasowy konik..
Żeby tylko miednica – cały kręgosłup jak szyna kolejowa na wierzchu. Kozę schudnąć bardzo łatwo, a przytyć nieprędko :-/ Ale wszystko będzie dobrze, jeśli tylko ten durny cyc się uspokoi, bo Ziokołek na brak apetytu wcześniej nie cierpiała.
Z kóz włoskich to Herbata :) Irena wraz z Bożeną i Andrzejem przybyli z farmy Boskiego Farmera. No i fakt, bez Bożeny Irena nieco straciła rezon. W ogóle nikt Bożeny nie zastąpi i tyle.
A ta jabłkowita na którym zdjęciu? Może masz na myśli Łatkę.
I w ogóle cieszę się, że Cię widzę :)
W sprawie wyrastania ciasta chlebowego – mój chłop zbudował taką specjalną skrzynkę. Z ustawianą temperaturą. Na zewnątrz skrzynki może wiatr polarny hulać, a w środku – stała ustawiona temperatura 28 st. Czy ile tam potrzeba.
Kanionku – niech cały człowiek dobrze się trzyma i niech ma nie BMW, ale rzadko występujący model BMN/AŻ ( boli mnie nic/ale żyję ).
Ja wyrastam w mikrofalowce-wyłaczonej oczywiscie😋
Można uruchomić inkubator z kartonu, ten co się w nim zielononóżki wykluły!
Można BY, bo już nie można. Inkubator nie przetrwał starcia z myszami w Różowym, chlip. Zrobiły sobie w nim burdel i potańcówkę, kabelki pogryzły, w narożnikach nasrały… A szkoda, bo w tym roku musimy jakoś odbudować populację kurczaków (zostały nam cztery kury i dwa Rosoły).
To przez kunę? A siłami natury nie będą chciały się rozmnożyć?
Mi się teraz marzą małe kaczuszki, ale duże kaczuszki się wygrzewają na słońcu, człapią przez podwórko, ale znieść jajko to nieee, po co to komu… No chyba, że kurom po kryjomu dorzucają (ale jajko kaczki piżmowej chyba się różni)?
Zrób może jakąś przedsprzedaż kalendarza na przyszły rok. Było jeszcze dużo czasu, aż tu nagle kwiecień z zaskoczenia! I kolejny rok z kalendarzem OSP :( .
Trochę przez kunę (ma kilka sztuk na sumieniu, mam nadzieję, że pióra długo jej się czkawką odbijały), a trochę przez… Kanionka. Nie żebym zjadła te kurczaki, co to, to nie. Po prostu dałam się w ubiegłym roku namówić na sprzedaż ośmiu sztuk + kogut (a potem jeszcze jeden kogut, bo ten pierwszy dostał od kogoś w lampę i nowa właścicielka to mu nawet pogrzebik urządziła – teraz rozumiecie, dlaczego dałam się namówić? Sprzedałam kurczaki jeszcze większej wariatce, niż ja!), bo – cytuję samą siebie – „przecież sobie zrobimy nowych kurczaków”. Tak. I wszystko niby szło zgodnie z planem, któraś z kwok siedziała na jajkach, potem druga, a potem obie się pobiły o to, kto gdzie siedział, a jak przyszły upały to całkiem im się znudziło, i gunwo z tego wszystkiego wyszło. Jeszcze jakoś w połowie grudnia Małyżonek pytał drwiąco, ile kurczaków wyprodukowałam, i żebym się nie martwiła, bo przecież do końca roku jeszcze dwa tygodnie, ha ha.
I to był kolejny rok, gdy się dwie kury prztykały o miejsce siedzące na jajkach, albo potem o wyklute kurczaki. Może w tym roku się uda. Ostatecznie trzeba bęðzie po prostu wybudować kolejny inkubator, a potem bawić się w Matkę Kurkę :-/ A potem wprowadzić młode do kurnika i łudzić się nadzieją, że nie wszyscy dostaną w lampę od starych kur.
O piżmówki się nie martw – w kwietniu, najdalej w maju, zaczną robić jajka i któraś na nich siądzie, zobaczysz. Jajo piżmówki jest większe od kurzego i kolorem też się różni. Są takie w kolorze, bo ja wiem, kości słoniowej, coś jakby, a skorupka nie jest chropowata, tylko gładka. Na sto procent byś odróżniła.
A jeśli naprawdę chcesz zamienić kalendarz z roznegliżowanymi strażakami na taki z Andrzejem i jego żyrandolem, to wiedz, że są u mnie jeszcze ze 2-3 sztuki w świątecznym ubraniu ;) Każdego roku ktoś się zgłasza w kwietniu, a nawet w maju, że właśnie się obudził ze snu zimowego i „dawej kalyndarz, Koninek”, więc i w tym roku wzięłam kilka nadliczbowych egzemplarzy.
I dzięki za te wszystkie namiary na kozich specjalistów :) Wciąż mam nadzieję, że nie będę musiała skorzystać. Dzisiaj znów naskrobałam Ziokołkowi kory wierzby, całe pół wiadra (nie żeby z cudzego drzewa; z własnych skrobałam, a wierzba jest nieśmiertelna), a gdy zaniosłam wiaderko do jej komnaty, żeby miała na później, to Ziokołek wraz z Kachną wyrywały sobie sianko z jednego z paśników w Jedynce. Niezmiernie mnie to cieszy, albowiem to pierwszy raz od wielu tygodni, gdy widzę Ziokołka pod paśnikiem – w swojej kwaterce ma oczywiście swój paśnik, a w nim siano, ale chodzi mi o to, że po wypuszczeniu na zewnątrz Ziokołek unikała tłumów i wspólnych paśników, a dziś jadła z Kaśką jak normalna koza.
Nasz kalendarz jest z przyzwoicie ubranymi strażakami, więc chyba oczywiste, że Andrzej lepszy! Chociaż jak sobie wyobrażę wizerunek półnagiego sołtysa na ścianie na korytarzu, to Andrzej jest tym bardziej lepszy… Przelew już poszedł, zaraz reszta danych też.
Ja mam teraz w domu bliżej niezidentyfikowaną liczbę kurczaków (na pewno więcej niż 30). Tylko że bez zielonych nóżek, ale część tej hordy ma znosić zielone jajka. Pasza idzie jak woda, te małe cholery wyskakują z kojca i biegają po pokoju, no cyrk na kółkach.
:D :D :D
I na okoliczność półnagiego sołtysa (ja nawet nie wiem, jak nasz wygląda; on ma nas w dupie, tyle wiem) i tych kurczaków :D
Moje też wyskakiwały ze swojej „zagródki” w Różowym (mówię o tych z inkubatora), sprzątania było po pachy, a miałam ich ledwie jedenaście!
KOZY DROGIE.
Kalendarze wyruszyły w drogę!
I pardą za ciszę w eterze, ale weekend mieliśmy dość pracowity; jak wczoraj o 23:00 skończyłam wklepywać dane do formularza kurierskiego, to jeszcze poleciałam do Ziokołka, ponalewałam wszystkim wody na wszelki wypadek, zlustrowałam kurnik (coś musiało znowu tam wczoraj buszować, bo wszystkie kurczaki poszły spać na drzewa), i padłam.
Od kilku dni chodzę jakaś taka spięta, łeb mi pęka od rana do wieczora, w sobotę stłukłam szklankę, otrzepując ją z wody nad zlewem, a wczoraj talerzyk, próbując nim trafić w lodówkę (otwartą!), więc jeśli to nie na szczęście, to nie wiem na co.
Dziś zawieźliśmy cały ten majdan kalendarzowy do pani Żozefin i do siedemnastej obgryzłam sobie ręce do łokci (przyjedzie ten kurier, czy nie przyjedzie?), ale w końcu pojechały i mogę spać spokojnie!
To znaczy nie mogę, bo znowu drzewa za oknem nisko latają, no ale teraz to nawet gdyby prąd ucięło, to już pół biedy.
A jak już wszyscy dostaną kalendarz, to będziemy wiwatować na cześć Kapelusznika, Wy/raz i reszty Zespołu!
Idę się napić wody z wrażenia.
Kalendarz dotarł. Bardzo dziękuję! Wzruszający od pierwszej strony.
Zamiatam przed Twórczyniami kapeluszem
Ja chciałam tylko powiedzieć, że w Komisji Kalendarzowej jest pierwiastek męski i ten od najczarniejszej roboty, który musi się nagiąć do wszystkich damskich fanaberii czy tego chce czy nie chce. Ledwo udaje mu się przeforsować czcionkę , która mu pasuje. Ale może go naturalizujemy jak w Seksmisji ;)
:D
Biedny ten męski pierwiastek… Czy możemy mu jakoś wynagrodzić trudy zmagania się z kozimi i babskimi fanaberiami? OPRÓCZ tego, że damy mu spokój na cały rok? :D
Tak se myślę, że nakarmię go serem z kanionkowa to będzie dobrze.
Mam! Mam! Mój ci on, kalendarz kochany. Śliczności ❤❤❤
Kurde mój nie doszedł jeszcze :(
Nie tylko Twój, chyba jeszcze z 7 paczek ma status „w oddziale” albo „w trasie” :(
Mam, mam kalendarz, śliczny, nowiutki, ale jest problem. Problem nie jest taki nowiutki, bo go przerabiałam już w ub. roku. Otóż niczego nie notuję na tym kalendarzu, żeby go nie zeszpecić i nadal wszystkie terminy w głowie, lub na jakichś karteluszkach sobie zapisywać muszę.
Ja już u siebie ten problem dawno rozwiązałam, ale nie każdemu to przypadnie do gustu. Otóż piękny kalendarz oborowy mam powieszony w pokoju, tak żebym widziała go zaraz po przebudzeniu, a taki do bazgrania po nim, to sobie sama rysuję (kartki, ołówek, linijka, czerwony mazak do dni wolnych) i to szkaradztwo trzymam na ścianie w kuchni.
Ależ cornik, takie autorskie notatki dodają tylko sznytu kalendarzowi. Po to on ci zrobiony, żeby służyć pomocną kartką.
Mam i ja :) Dziękuję wszystkim, którzy się do tego przyczynili.
Wspaniale, że wciąż są ludzie, którym SIĘ CHCE.
A kalendarze co roku są takie cudne, że nie potrafię się z nimi rozstać i dysponuję chyba pełną kolekcją …
W tegorocznym najbardziej zaskoczyła mnie gęś z powodu permanentny i naturalny- jak przypuszczam- makijaż oka. Aż jej zazdroszczę !
Tak, gęsi mają piękne oczy, co widać dopiero na zdjęciu zrobionym z opcją zoom, bo przecież nie dadzą sobie tak po prostu inspekcji oftalmologicznej zrobić :)
To będzie kiedyś cenna kolekcja!
Na allegro pójdzie jako kolekcjonerskie kozie kalendarze za milion złotych jak nic!
Kolejny rok w kozim towarzystwie przede mną i domownikami!
Kalendarz zawisł na miejscu, którego nie da się przeoczyć, a więc Kozi Nowy Rok w moim domu został oficjalnie rozpoczęty.
Z szacunkiem dla Komitetu – Bo.
:)
Komitet nawtykał w kalendarz takich jajek wielkanocnych, że ja sama nie wiem, co niektóre oznaczają! Np. w maju mamy dzień 42 (o ile dobrze pamiętam). Wszystkich jeszcze nie odkryłam, będę się głowić gdy czas nadejdzie :)
Wpisz w google 42 i porównaj z zeszłorocznym kalendarzem.
Ha czułam że tu Adamsem pachnie :-* cudne jestescie i wspaniałe
Od wczoraj również jestem szczęśliwą posiadaczką kalendarza. I dostałam kalendarz z bonusem, gdyż albowiem ponieważ jest tam umieszczony mój wpis! (życzenia dla Kanionka) Jupi! Poczułam się jak – nie przymierzając – statysta grający w filmie i na rozdaniu Oskarów wezwany na scenę po odbiór głównej nagrody. Bardzo dziękuję jury za docenienie i umieszczenie wśród genialnych wpisów Kanionka… i nie mogę więcej pisać, bo łzy wzruszenia rozmazują mi klawiaturę. ;)
Takie rzeczy tylko w Oborze: człowiek wychyli się z szafy, napisze coś i już stoi w światłach jupiterów.
Pozdrawiam serdecznie całą społeczność oborową z Kanionkiem i Małymżonkiem na czele!
I to jest jeden z lepszych powodów, dla których warto czasem wyjść z szafy :)
A ja jeszcze nie mam, chlip, chlip, buuuuuuuu…..
Tak, jeszcze kilka paczek jest „w doręczeniu”, ale naprawdę mam nadzieję, że dzisiaj to już wszystkie dotrą do szczęśliwych właścicieli :) I w ogóle – każdy kalendarz był zapakowany inaczej, bo na zakładzie niedobór kartonów (w sezonie serowym zawsze mam mały Giewont z kartonów w zanadrzu, czyli w Różowym), i najbardziej obawiałam się, że w machinie sortującej przepadną te spakowane jak koperta, a tu niespodzianka – najdłużej idą normalne paczki w kształcie rasowego prostopadłościanu.
Mój dziś doszedł :) Kanion jesteś kochana , ale Twoje dyspozycje dot. wiesz czego nie zostaną spełnione
Kalendarz przepiękny i znowu dech mi zaparło gdy znalazłam swoje życzenia w grudniu <3
I oczywiście kalendarze z lat poprzednich wiszą sobie pod nowym :)
Dzięki dla Komitetu- ogrom pracy i serca, to widać jak zawsze
Moje też tak wiszą i w przyszłym roku chyba trzeba będzie zmienić haczyk na większy :)
(„ale Twoje dyspozycje dot. wiesz czego nie zostaną spełnione” – No tak. Ostatecznie, kurdebele, kto by słuchał Kanionka? NIKT mnie nie słucha!)
Już mam ! Jest przepiękny i bardzo dziękuję Komisji Kalendarzowej :)
Mam! Maaaaam mój pierwszy kalendarz!
Wiedziałam, że będzie piękny. Ale on jest przeeeeepiękny! Teraz mam dylemat, czy mieć go u siebie, czy zabrać do roboty… Pół życia tu, pół tam.
Dziękuję Kanionek i cała Kozia Oficyno Wydawnicza!!!
Oraz gratuluję modelom i cytowanym :)
Ja już wczoraj palpitacji serca dostawałam, gdy o 19:30 jeszcze dwa kalendarze szukały domu po ciemku.
Cieszę się, że Ci się podoba :)
(Ale do pracy to nie wiem, czy bym wzięła – jeszcze kto pozazdrości i ukradnie?)
I do mnie wczoraj doszedł i kwietniowy Rosół tak mnie zachwycił, że mi rozum odebrało i postanowiłam sama wywiercić malutką dziureczkę na malutki haczyk, aby powiesić to cudo na widoku. I moje malutkie wiertełko trafiło w jakiś kabelek i spowodowało całkiem dużą lokalną katastrofę – 4 godziny czekałam na panów z Energi bo wywaliło korki czy ich ekwiwalent w skrzynce przed domem do której klucz w zasadzie mam, podobno wszyscy mają, ale nigdy go nie widziałam. No i nadal mam kalendarz leżący, ale w poziomie też piękny. Dziękuję!!!
Matkobosko…
Ja wiedziałam, że kozy mają niszczycielską moc, ale że na odległość…?
Z dwojga złego dobrze, że wiertarką działałaś, bo jest izolowana, a nie gwoździem i młotkiem (ja wiem tyle, że należy unikać miejsc w okolicy gniazdek i włączników światła, ale zdarza się, że elektryk ma fantazję i tak kable poprowadzi, że ze ściany robi się gra w sapera).
Wyrazy współczucia z powodu turbulencji :-*
Ło matko! Kozy prund spsuły! Ale numer.
1. Kalendarz – jakie piękne fotki!!!! Cały piękny. Naprawdę. Cudna robota!
Jest jedno „ALE”, drobna sprawa – a jednak….pewny niedosyt pozostaje, jakby człowiek przyzwyczajony do pewnej JAKOŚCI, pracy, wydatkowania energii, bicia serca gdy walczył z tysiącem zabezpieczeń itd.
Bardzo ŁATWO oraz SZYBKO odpakowałam paczkę z kalendarzami :)
2. Powtórzę to po raz enty i po wielu już głosach: chciałabym być kozą Kanionka, kotem, Niaczkiem, kaczką – nawet Rosołem (a może szczególnie).
Takie to moje noworoczne życzenie.
O!
Wszystko dlatego, że wysyłka była opóźniona i nie chciałam, żeby jeszcze odpakowanie kalendarza zajęło Wam trzy dni, ale… Skoro nie możesz być moim Rosołem, to postaram się spełnić życzenie dotyczące opakowania i w przyszłym roku szykuj się na wydatkowanie energii na poziomie Łyska z pokładu Idy! Nie wiem, czy wiesz, ale przesyłka kurierska może ważyć do 30 kg. Nie wiem, czy wiesz, ale na podwórku pani Żozefin wciąż wala się sporo desek po remoncie, a Małyżonek ma cały garnek zardzewiałych gwoździ. Cegły i zaprawa murarska też się znajdą. BU HA HA HA! (Szykuj kilof i kątówkę).
Ajlawju!
A ja mam taki pomysł, żeby Kachnie dosyłać po jednym miesiącu… co miesiąc!
Ajlowiu Ciebie też kapeluszniku68 !!!!
Popłakałam się.
Ze śmiechu.
A ja myślałam, że jestem geniuszem zła. ;)
Dzisiaj wieczorową porą kalendarz zjawił się i u mnie. Jaki pięęęknyyy ! Dziękuję Sprawcom i Wydawcom, i przyznaję się: też mam wszystkie edycje. Już wisi na wprost mojego budzenia się ;-) Każdy miesiąc ma fantastycznego patrona (że co? leczo i dynie nie mogą patronować? Mogą. Jeszcze jak!), to musi być dobry rok, a przynajmniej ciekawy. Do siego Koziego, Wszystkim Wam czyli Nam!
P.S. No jasne, że miło było zobaczyć własne złote myśli ;-) Dzięki!
Zazdroszcze wszystkim, hlip bo nie mam.
A moglabym mieć?,
Kanionku popatrz czy moglbys zagramanice, do ameryki jeden kozi kalendarz wyslac…..
Albo, albo kiedys pdf wersja ? ??
Pewnie bym mógł, obostrzenia covidowe już chyba nie obowiązują (pamiętam, że na początku pandemii, gdy wszyscy pozamykali granice, to nie wszędzie można było wysyłać), tylko sprawdzę koszt takiej przesyłki, bo to może być najdroższy kalendarz w Twoim życiu ;)
(O wersję elektroniczną to już trzeba pewnie Pierwiastek Męski naszego Zespołu zapytać).
Czekam niecierpliwie!
Sprawdziłam i Poczta twierdzi, że wykona usługę za 57 zł, czyli całość kosztowałaby Cię jakoś poniżej 25 USD, tylko nie wiem, jakie prowizje sobie banki krzyczą (chyba że możesz przez PayPal?), no i pojęcia nie mam, jak długo ten transatlantycki kalendarz będzie do Ciebie szedł (niby około 9 dni, ale coś mi się nie chce w to wierzyć).
FedEx liczy sobie 178 zł za taką przesyłkę…
W sumie dziwne, że Poczta w swoim cenniku uwzględnia tylko wagę przesyłki, a wszyscy kurierzy również rozmiar, no ale nie będę pocztowemu koniu w zęby zaglądać ;)
Super,
Paypal dobry.
Poczekam,jakos te 7 dni przezyje 😃
Nie moge sie doczekac!!!
Pooooszło😊
Zaczynam czekac, adres wysłałam na info@kanionek.pl
Poczta Polska ok jest. Zawsze najtansza😘
No to ja już oficjalnie ogłaszam, że sprzątnęłaś ostatni kalendarz w ostatniej chwili (bo się jeszcze wczoraj ktoś upomniał) i WIĘCEJ NIE MA :)
A Twój nadamy pewnie we wtorek, bo jutro się do miasta nie wyrobię.
Aha, i mail z adresem nie przyszedł (w spamie też nie ma), więc wysłałam maila do Ciebie – może się uda, gdy Twój przyjdzie jako odpowiedź na mój, no chyba że mój do Ciebie nie dotrze :D Gmail ma czasem na pieńku z naszym serwerem (możesz też wysłać na manna@onet.pl, tamten serwer ma więcej litości).
Z mailem to chyba byla moja wina, w piers sie bije,
pliterke jedna zjadlam z kanionka yum. :DDD
A na zdrowie, na zdrowie :)
(Małyżonek puka się w głowę, że jak ten kalendarz w 9 dni dojdzie do Ameryki, to on jest królem Persji. Mówi, żeby się na 2 tygodnie nastawić, przy dobrych wiatrach).
A ja Wam tak po prostu dziękuję. Jako trybik Zespołu. I jako Koza.
Dziś robimy białą kiełbasę. Zaczęło się od tego, że stwierdziłam, że jak to, nie robimy, z 2-3 kg przecież zawsze można. Leży już na blacie 13 kg. O, ironio losu! Masować będzie pierwiastek męski, ale z nabijaniem sobie nie radzi. Trzy kilo machnęłabym lewym palcem u nogi, ale 13?
I jak? Pewnie nadal nabijacie i masujecie, biedaczki…
No o 19 :39 już napychaliśmy ;-). I jak z leniwymi, kopytkami, więcej czasu zajmuje sprzątanie niż robienie. No może przegięłam. Z kiełbasą jest troszkę dłużej. Ale warto.
Nie, no królowo moja, ja Cię słucham, ale nie na Twoją szkodę 🤣
A dziś udało się złapać i wysterylizować matkę stada podwórkowego 🐈⬛. Jeszcze 3🤦
Całe szczęście Gmina sponsoruje
Gratki!
A po tych trzech nie nalezie Wam kolejnych? :D
Sonda ma mieć zdejmowane szwy w poniedziałek, Łazik ma chyba rozpuszczalne, bo nic nie mówili, żeby z nim też przyjeżdżać, i też już będziemy mieli z głowy. Żadnych więcej szczeniaczków. Mam wrażenie, że od czasu zabiegu Sonda częściej sika i niestety zdarza jej się w domu, a już tego nie robiła. Ale grunt, że humorki Niaczkom dopisują :)
Willow, nam dopiero weterynarz powiedział, że tak można. Kosztem darmowej sterylizacji jest ucięcie kawałka ucha.
Czemu Sonda nie ma rozpuszczalnych? To dyskryminacja.
A ja już raz się prawie wpisałam, ale świat mnie wezwał, i nie zapisałam. No to teraz- jak fajnie mieć kozi kalendarz! i- jezdem celebrytkom! Są w nim bowiem DWA moje cytaty! dwa!!!!
Ech, cieszę się niemożebnie! Piękny i pozytywny on ci jest. Napawam się
Kalendarz dotarł! Odebrany od kuriera w kurzej obstawie, teraz wisi na ścianie, a Zmorzątko podziwia kwietniowego kogucika (przedtem swoimi kilkoma zębami gryzło karton i nawet próbowało sam kalendarz, ale obroniłam!). No przepiękny jest, dziękuję ❤🐐❤
Nie tylko przepiękny ale jaki praktyczny i mądry – Dzień Ofiar Losu to święto, którego brakowało mi do równowagi życiowej. A kotu brakowało czegoś do zrzucania przy wskakiwaniu na szafę
Kontemplowanie Kalendarza w komplecie z degustowaniem Appenzelle z żurawiną i własnej roboty konfiturami z cebuli ( pycha, proste i idealne do serów) to nie tylko mistrzowskie zakończenie dnia ale również nadzieja na kolejne doby (dopóki sera starczy).
Wszystkim twórcom hołdy i morze kwiecia.
Raport wieczorny.
Nasza Ciocia B. zmarła wczoraj rano.
Wiem, że byłaby zła, że o niej piszę, więc nie piszę. Tak tylko mówię.
I w ogóle jest jakoś tak…
Gdzieś mi się zapodziała peleryna superbohatera.
Nie wiem, może jest w praniu.
Bałagan w domu, kobieta poza domem…
A nie, czekaj – kobieta w domu, ale głowa gdzie indziej. Nie wiem gdzie.
Może odpadła, gdy zdejmowałam pelerynę.
Bałagan w domu, a w ogrodzie pustki.
Wetknęłam ze 20 czosnków i wena mi się skończyła.
Koty siedzą w żozefinowej szklarni (połowa folii uległa połowicznemu rozpadowi) i rżną w karty, a kruki kradną jajka niemal tuż przed ich nosem.
Zajączek miała termin porodu dwa dni temu, od rana siedzi w porodówce i nic.
Więzadła już dawno rozmiękły, cycki napompowane do granic możliwości.
U Ziokołka bez zmian – ma apetyt, choć nie jakiś przesadny, a nastrój buja się na huśtawce. Zbieram jej zielsko po lesie, a dla siebie przy okazji kleszcze.
I nie wiem, co jeszcze.
Pogrzeb pewnie w tym tygodniu.
Kanionku, wyrazy współczucia. Cóż można więcej? Myślę o Tobie.
Kiedy Ciocia J. zmarła kilka miesięcy temu też zaniepisałam i zaniemówiłam.
Peleryny superbohaterów szybko się brudzą, zużywają, a przedtem plączą, szczególnie, gdy wiatr w plecy (paradoksalnie).
Dajmy głowom czas i trochę ciszy.
Z początkiem wiosny Natura głodna jest, łakoma, nienasycona nawet. I zakręcona. Koty to wiedzą. (Nie z kart chyba. Jednak.) To i przeczekują.
Zajączek już pewnie rozzajączkował się i młode kicają (czy tak?)
Przysiadam się pobujać na nastrojowej huśtawce Ziokołka, z Ziokołkiem. I za uchem drapię. Się i ją.
Kleszcze skreślam.
Ciebie uściskuję. Raz leciutko, raz z całych sił. (Zależy od kierunku wiatru, i bujnięcia huśtawki).
I nie wiem co jeszcze. Ale się dowiem.
Tylko dobrych ludzi z takim żalem żegnamy i wspominamy.
To szczęście mieć takich ludzi koło siebie, choćby za krótko.
Serdecznie wspolczuje,tak to z tymi pelerynami jest…..
Dziękuję Wam, Kozy Kochane :-*
Żebyście się nie martwiły – Zajączek urodziła 19 kwietnia o ósmej rano, dwóch drobniutkich, kolorowych chłopców (tacy filigranowi, że czekałam na kolejnych dwóch, ale po wyjściu łożyska już było wiadomo, że Zając jest po prostu gruba, a dzieciom masy poskąpiła). Są śliczni i bardzo nieśmiali, na razie.
Mleczko rozplątała się dzisiaj, też o ósmej rano. I też ma dwóch chłopców, ale dużo większych. Pierwszy, biały jak Pacanek, wychodził tyłem i już po dwumetrowych nogach widziałam, że będzie duży. Drugi, w kolorze herbacianym, jak babcia, ciut mniejszy, ale i tak większy od Zajączków.
Ziokołek bez zmian. Chodzi, wygrzewa się w słońcu, coś tam je, coś tam pije, doprasza się głaskania i drapania, ale jeśli chodzi o cycek, to bez zmian. Pocieszam się, że brak zmian to również brak zmian na gorsze.
U mnie we łbie też po staremu. Trzeci dzień na paracetamolu, ile ulotka pozwala. Czekam. Wszystko się zmienia, a jednocześnie przecież, i ostatecznie wszakże, nie zmienia się nic. „I nie stanie się nic, aż do końca”.
Piszę Tak późno, bo nie umiałam napisać czegoś sensownego . Trzymaj się Aniu.
No, i dziewczynek troszku choć życzę. Ile kóz jeszcze oczekuje?
I żebyś umiała być taka jak Zajączek. Ściskam.
Wy/raz, mam tak samo…Ja umiem przytulić, ugotować coś na pocieszenie, polać nalewki albo coś…
Kanionek, ale wiesz, że ja Ci serce i wątrobę i co tam jeszcze. Myślami jestem blisko.
Też nie umiem nic sensownego napisać… poza tym może, że stale i niezmiennie masz miejsce w moim sercu i myślach Aniu.
Zaglądałam tu, i zaglądałam, i wystraszyłam tej ciszy. Cisza nie zwiastuje nic dobrego. Kanionku… 😘
Współczuję, Kanionku. Niech Cię pocieszą dobre wspomnienia o Cioci.
Również współczuję. I nie umiem napisać niczego, co nie byłoby banalne.
A na temat kalendarza, to powiem, że piękny. Jak każdego roku, a mam z czym porównać, bo to już szósty kalendarz, i wiszą wszystkie, na dwóch gwoździach. Popatrzyłam, że więcej się nie zmieści, ale już wymyśliłam, że będzie większy gwóźdź! Robota na marzec lub kwiecień 2023. Przeglądając kolejne kalendarze skonstatowałam, że w roku 2020 pojawiły się imieniny Jagody w pięknej letniej dacie…
Wiosna zimna, ale już jest. Gdzieś na południu i zachodzie kraju forsycje przekwitły, a u mnie dopiero się rozwijają, nawet mam jeszcze krokusy. I jeszcze taka niespodzianka, że wysadzane we wrześniu nowe, duuże cebule tulipanów pod oknem w kuchni (słońce od 13 do zmierzchu) jeszcze nie zakwitły, a wysadzane na początku grudnia własne, niewykarmione cebulki kwitną, bo mają słońce od 9-10 do 18. To tyle dla odwrócenia uwagi,
Pozdrawiam wszystkich.
Kozy Kochane. Przede wszystkim – dziękuję za głosy wsparcia i współczucia, i właśnie o tym chciałam krótko napisać. Krótko, bo głowa nie przestaje mnie boleć, a i dopiero „zeszłam z pola”, a zaczęłam robotę o 7 rano – musiałam w końcu zlikwidować hodowlę mszycy w szklarni (wiosna może i zimna, ale mszyca ma swój harmonogram i się go trzyma), a potem to już standardowy zapiehdol. No więc chciałam powiedzieć, że nie łamcie sobie głów nad tym, co napisać, albo czy coś jest banalne, czy nie. Ja sama nie jestem specjalistką od laurek i kondolencji, i też doskonale wiem, że choćby się napisało tysiąc słów, to… No właśnie.
Wiedzcie więc, że ja wiem, że jesteście. I że życzycie dobrze nam i sobie wszystkim, bo taki z Was „dobry tłum” :) Oj tam, oj tam, że zmieściłybyśmy się wszystkie na małym peronie niewielkiej stacji kolejowej w Koziej Wólce ;)
Nie łamcie się więc, ja też się wyprostuję, choć wciąż nie mogę przestać myśleć.
A u kóz znowu „rok chłopaka” – Lucek dorzuciła kolejnego do puli. Na dniach przyjdzie czas na Tereskę (miała dwa lata przerwy) i Mleczyka (debiut, choć Mleczyk ma już chyba 3 lata), niedługo po nich Rubikoń, i… Dopiero w połowie czerwca Larwa. Myślę, że niedługo będę mogła przyjąc jakieś małe zamówienia na sery (MAŁE zamówienia, bo – jesli pamiętacie – zakociliśmy tylko 8 kóz, a resztę mamy rozdoić, czyli nikt nie wie, ile z nich da się na ten numer namówić, i ilość mleka będzie wzrastać raczej powoli).
I wiem, że należy Wam się nowy wpis. Muszę się jakoś zebrać do kupy. Albo raczej własnie do czegoś, co nie będzie przypominać kupy (z dużą domieszką paracetamolu). Chyba już z 10 dni nie zakładałam szkieł kontaktowych, bo zapomniałam, że je mam. Dziwne. Noszę szkła już 25 lat i wielokrotnie zdarzyło mi się zapomnieć je zdjąć, ale żeby założyć…?
No nic. Piszcie co u Was. Co rośnie, co kwitnie, co fruwa lub skacze, i czy świeci słońce, czy pada deszcz.
Kurde tak zajrzałam martwiąc się, że długo milczysz i widziałam Cię oczami wyobraźni w bajorze…Dobrze że jesteś :)
U mnie kwitnie mahonia ( już od 2 tygodni chyba), śliwka i czereśnie, na trawniku stokrotki :) u sąsiadów żonkile i tulipany, na wsi cudnie kwitną magnolie :)
Słońce raz świeci, raz nie, ale jednak więcej świeci.
Żaby łażą stadami, ptaki różnorakie świergolą na potęgę i po raz pierwszy od kilku lat pojawiły się bociany ( ostatnio jeden tylko biedak był i nic z tego nie wyszło).
U „znanego” Ci sąsiada najstarsza koza dziś powiła dwa maluchy, przez siatkę z daleka je widziałam ( bo on taki raczej naturszczyk i ta koza po raz kolejny na wybiegu się „kozi”).
To by było na tyle (lecę na @ zapisać się na ser :)
Płatki róż i buziaków milionpińcet
Odpisałam, co pewnie wiesz :-*
Dziś rano jak wstałam, to moją pierwszą myślą było: „Rany boskie, głowa mnie nie boli!”, więc niemal skrzydeł dostałam – 12 h w robocie pękło, choć ostatnie trzy już z powracającym ćmieniem we łbie.
U mnie kwitną dzikie śliwki, a czereśnia za oknem tylko liście wypuściła. Magnolia ma już ładne pąki kwiatowe, żonkile kwitną od dwóch tygodni.
Kozienie się na wybiegu w kwietniu to już nie problem – Miki nam dwa razy tak zrobiła, choć fakt, że czuwałam, a gdy małe już stały na nogach, to je z Małymżonkiem przenosiliśmy do koziarni, a Mikulec leciała za nami drąc paszczę. Ma swój ulubiony kącik porodowy pod wielkim świerkiem na środku małej łąki i tam jej się rodzi najlepiej, choć w tym roku udało mi się ją przymknąć na porodówce.
Czy już pisałam, że przyleciała pierwsza jaskółka? Teraz więc czas na pierwszy wiosenny śnieg.
Ostatni kalemdarz ciagle w drodze…. postanowil pozwiedzac stany, byl w Nowym Yorku, potem Conecticut.,,z powrotem do NY, a co.
Juz był w Chicago , już witał sie z gaska….
I przyslal mi sesemesa ze North Dakota!
No właśnie ja też śledzę ten kalendarz na stronie USPS i już mi rynce i szczęka całkiem opadły. Małyżonek mówi, że amerykańska poczta tak ma, co tylko za nim powtarzam, bo sama to skąd miałabym wiedzieć. I też jak zobaczyłam, że już w Chicago, to pomyslałam, że rzut beretem i zaraz będzie w Twoich rękach, a tu normalnie serial przygodowy się szykuje, o tym jak Koziołek Matołek błąkał się po całym świecie…
Next stop – Sri Lanka! (Oby nie).
Jeszcze dodam, że pardą, że adres jest napisany na opakowaniu zwykłym, pocztowym długopisem, bo pojechałam na pocztę przekonana, że dostanę do wypełnienia elegancki, drukowany, naklejany na paczkę list przewozowy, bo to przecież zagraniczna, a pani z okienka powiedziała, że nie, że kwitek jak na krajowy polecony mam wypisać, a adres odbiorcy normalnie, na przesyłce. No to rzeźbiłam tym urzędowym długopisem duże, drukowane litery, i może ładne to mi nie wyszło, ale no nie ma mowy, żeby ktoś pomylił „IL” z „ND”. Nawet jeśli macie na sortowniach automaty do czytania, to to nie są nawet podobne litery… Zresztą – skoro już raz do Chicago trafiło, to czemu teraz tak?
Trzymaj kciuki, juz wrocila do Chicago i do Frankfortu!
Kto wie może do mnie teraz?????!
grazalpl w przyszłym roku może zrobimy dla Ciebie nowy rok w maju i kalendarz do 30 kwietnia, żebyś nie była stratna. Co Ty na to ;D
Kapelusznik – specjalna oferta dla klyjętów zamiejscowych: kalendarz pięcioletni :D
„Your item was delivered at the front door or porch at 11:39 am on April 29” – I przyszedł pies sąsiadów/łoś/wiewiór/skunks i ukradł…
Jak napiszesz, że dostałaś, to dopiero uwierzę!
kanionek, chyba byśmy robili go pięć lat. Wiesz ile to wybierania zdjęć i cytatów?
Powiem Wam, że chętnie zostałabym tą paczką. Zwiedzić taki kawał Stanów za niewygórowaną cenę!
Jest!Jest!
Ostatni kalendarz przybył na miejsce przeznaczenia
😁😁😁😁😁😁😁😁😁😁😁😀😀😀😀
Jest wielki i przepiekny!
Bardzo, bardzo dziekuje😘😍😘
Podroz miał niełatwa….ale dał rade!
Kanionek jest geniuszem pakowania!
Xoxoxo
Taa, geniusz nawet się nie kapnął, że jednak jest limit rozmiaru przy takiej przesyłce (suma trzech wymiarów nie może przekroczyć 90 cm, czy jakoś tak), na szczęście Małyżonek wiedział i powiedział. Kombinowałam, żeby być nieco poniżej limitu, ale jak zaczęłam uszczelniać, zabezpieczać, amortyzować i owijać taśmą, to wyszło NA STYK, co do milimetra. Gdyby się okazało, że ja mam chińską linijkę, a Poczta Polska np. niemieckie urządzenie do laserowych pomiarów przesyłek, to ten kalendarz mógłby nie wyjść z Polski :D
No i z terminem dostawy też się Małyżonek nie pomylił – kazał się nastawiać na minimum 2 tygodnie, i proszę – 16 dni jak w pysk dał.
Ale się cieszę, że jest i Ci się podoba :)
Tez liczylam na jakies dwa tygodnie, tylko jak zobaczylam ta North Dakote, to sie troszke zestresowalam!
Ale warto bylo!
Ide sie odstresowac, popatrze sie na Zolte i innych :DDD
I ugotuje zupe :Refika is the Best:
https://www.youtube.com/watch?v=6yB4zffdhQo&t=221s
Już się chciałam na to rzucić (bo mam kupę rzeczy do zrobienia i szukam wymówek), ale na szczęście nie mam ani czerwonej soczewicy, ani tym bardziej kaszy bulgur. Jakoś nie zdarzyło mi się ich w kuchni używać, za mało egzotycznie gotuję. Wychodzi więc na to, że jednak muszę iść wtykać dymkę w ogród (o jakiś miesiąc po czasie).
Mleczyk nam się dziś ładnie rozplątała, jak na debiutantkę. Cichutko, sprawnie, dziećmi się przykładnie zajęła, wymię równiutkie i zgrabne. A dzieci białe, chłopak i dziewczynka (mamy „rok chłopaka”, tak bajdełej). Łaziłam za nią od wczoraj, jak wiedźma za Jasiem i Małgosią, dziś rano ją na godzinkę wypuściłam z izolatki, a potem znowu siup, do ciupy, i bardzo dobrze, bo godzinę później już się w koziej pralce włączyło odwirowywanie ;)
GratulujeMleczyk rozwiazania!
Oj pietrzysz trudnosci,zielona soczewica tez by byla dobra, i jeczmienna kasza😊
Od kilku miesiecy coraz bardziej wegetariansko gotuje i mam coraz wiekszy wybor soczewicy,fasoli i nawet soje w ziarkach!(łatwo nie było z ta soja)
Jak wam rozdajanie stada idzie?
Xoxoxo
„zielona soczewica tez by byla dobra” – No pewnie, że by była, gdyby była, ale zielonej też nie mam :D
Ale z tą soją to zaraz, zaraz. Czy Wasz stan nie słynie przypadkiem z upraw soi i kukurydzy? Czy z innym pomyliłam?
A dzisiaj Rubikoń urodziła – cóż za niespodzianka – dwóch chłopów!
Czekam na Tereskę. Za nią to się człowiek nałazi, bo Tereska zagląda po kolei do WSZYSTKICH paśników, w koziarni i na łące, tak jakby spodziewała się w którymś znaleźć jakieś inne siano. 152 dzień ciąży, dzisiaj w końcu napuściła mleka do strzyków, więc spodziewam się rozplątania w każdej chwili.
Rozdajanie stada nie idzie wcale. Mamy bowiem niesodziewany kryzys owsiany, czyli dostawca wystawił nas dupą do wiatru. Mieliśmy „zaklepane” jeszcze dwie tony (pół tony już przywiózł w transzach, razem z sianem, i te pół tony zimą poszło jak woda), a teraz facet mówi, że część wziął na zasiew, a reszta coś tam, coś tam, i nie ma. I co zrobisz? No więc szukamy owsa i jak przez łeb dostajemy nowymi, lepszymi cenami. W ub. roku 550 za tonę (my płaciliśmy 750, za ekologiczny), teraz 1200 zł. Nie dość, że ciężko zlnaleźć, to jeszcze cena wzrosła dwukrotnie, chyba a conto mającego dopiero nadejść kryzysu zbożowego w Europie.
Tak więc nie wiem, czy w ogóle bęðzie jakieś dojenie, jakieś sery… Bez ziarek nie ma mleka, nie ma dyskusji. A w okresie laktacji idzie nam minimum pół tony owsa MIESIĘCZNIE. Czyli do następnych żniw, jak w pysk dał, potrzebujemy dwóch ton, tych co mieliśmy je zaklepane, ha ha. Ja się zawsze lepiej czułam, gdy miałam to ziarno w Różowym, mogłam je codziennie oglądać i się upewniać, że jesteśmy „na bezpiecznym”, no ale nie umawiałam się z kompletnie obcym człowiekiem, tylko z naszym regularnym dostawcą siana, kurde. No i jest jak jest. A dla kaczek i gęsi też potrzebuję ziarna, ha ha.
Tak to wygląda. Jeszcze nie panikuję, na razie tylko czarno widzę.
Wiesz ze masz racje z to soja, ale ziarek to nie ma.
Co ja sie naszukalam , w amerykanskich sklepach niet, mleko sojowe w wielu smakach, tofu i soja dodana ale ziarek nie, w multiculti sklepach tez nia, wszystkie rodzaje fasoli i soczewicy ale nie soja, dopiero wyprawa do duzego chinskiego i mam ziarka !
Oj trzymam kciuki za te ziarka zebyscie mogli kupic!
Bo jak zyc bez ziarek
Pieklam chleb wczoraj, oj kon by sie usmial, cos mi z tym żytnim nie idzie, smak jest,tylko taki płaski mi wyszedł……..
Moze chociaz zarys tego przepisu na chleb.
Chociaż pocieszam sie że pierwsze przenne wyroby też były płaskie, usiłowałam zrobic bagietki🤣🤣🤣
Na pewno te ziarka gdzies som, tylko musisz znalezc, trzymam kciuki
Ale ten mój to jest pszenno-żytni z przewagą pszennego (300g mąki pszennej i tylko 50 g żytniej), i do tego na pszennym zakwasie, więc żytnim chlebem to go nikt nie nazwie.
Żytnie są ciężkie, dłużej wyrastają, zakwas musi być silny. Może temperatura podczas wyrastania ciut za niska?
Ech, z tymi naszymi ziarkami zawsze jest problem, bo raz, że transport musimy organizować cudzy, a dwa, że ziarna luzem nijak nie mamy jak przyjąć. Wszystko działało, gdy poprzedni dostawca zostawiał nam przyczepę z ziarnem i sami sobie pakowaliśmy do worków, ale on potem poszedł w duże kontrakty i tacy detaliści jak my, to go już nie interere. Z kolei znaleźć kogoś, kto zechce to wszystko pakować w worki po 40 kg, oczywiście za dopłatą i worki też przez nas kupione, to jest ciężko.
No nic.
Tereska urodziła dziewczynkę tak wielką, że gdyby złożyć do kupy tych dwóch chłopaków od Rubikonia, to jeszcze by na córkę Tereski materiału zabrakło. I wyglądała na dwójkę, a po urodzeniu tej kluchy nawet nie widać po niej, że w ogóle rodziła. Właśnie wróciłam do domu i mam wszystkiego dość, ale cieszę się, że wszyscy zdrowi i już praktycznie po wykotach, bo Larwa dopiero w połowie czerwca.
Ja po 2857 przypadkach zamawiania czegoś z dowozem nauczyłam się, że jak ktoś mówi, że przywiezie, to znaczy, że mówi… Teraz po prostu pożyczamy samochód z hakiem (do mojego niby nie ma do czego przyspawać haka :( ), przyczepkę z wypożyczalni i jedziemy bez niczyjej łaski po np. siano w kulkach.
Jak chcesz to mogę poszukać namiarów na pana z Warmi albo i nawet Mazur (w każdym razie bliżej ma do Ciebie niż do mnie), co mi ze 3 lata temu przywiózł ładne zboże i to nawet w workach, można się dowiedzieć czy teraz coś ma na sprzedaż i by dowiózł.
Dzieki za wskazowke!
Moj tez jest pszenno żytni, ale chyba za duzo wody dałam. I orkiszowej maki troche, a to to glutenu nie ma chyba za duzo.
Smak jest, zapach tez 😬
Tylko płaski jak nie wiem.
W foremce jak pieklam to skorka gorna odchodzi.
Nawet jakbym rok myslała to bym tylu problemow nie wymysliła😆
Ale pieczenie mnie bawi to rozkminie ten chleb!!!
Powodzenia z ziarkami!
I nie ufaj nikomu, tylko od razu doróżowego!
Puk, puk.
Napiszcie coś pozytywnego, bo złego to mam dość we wszelkiego rodzaju wiadomościach. Powinno być równouprawnienie wiadomości lepszych i gorszych w mediach. I w sklepach. Na wiadomości już nałożyłam sobie embargo.
Z pozytywów u mnie:
– chleby wychodzą mi coraz lepsze i powtarzalne,
– dziś autobus ominął przystanek i tylko trochę się zeźliłam,
– powolutku ogród idzie do przodu, choć powinien już gnać, ale powoli, powoli…,
– zespół córki gra na Juwenaliach,
– wyszła mi pyszna botwinka,
– mogę Was pozdrowić!
Bardzo prosze!
Maciejka z nasionek powschodzila, czekam na fasole „piekny jas”, posadzilam w wielkich donicach z kwiatami i nie moge sie doczekac jak to bedzie wygladac :D
Pszenny chleb wychodzi jak zawsze pyszny i ksztaltny :P
W Warszawie jest festiwal Docs Against Gravity a za tydzień jadę na urlop. O całej reszcie nie myślę.
wy/raz co za genialna inicjatywa. W przyszłorocznym kalendarzu dorzucimy dzień optymistycznych wpisów. Np. dzień optymisty-naiwniaka.
Ja nie umiem w te optymizmy, ale spróbować można:
1. Samochód co prawda znów nie działa, ale Małyżonek zamówił części i może naprawi.
2. Prawe kolano jest już całkiem na śmietnik, ale za to lewe jeszcze nie. (Kachna, pozdrawiam)
3. Rozsady co prawda już nie wyrabiają w doniczkach, a dopiero co był przymrozek, zaś pojutrze ma być wichura, ale za to jest ich pierdyliard, a w ogrodzie mam wciąż tylko czosnek i cebulę.
4. Łeb mnie ciągle boli, ale przynajmniej mam w domu zapas paracetamolu zdolny uśmiercić wątrobę płetwala.
5. Mamy co prawda suszę, ale za to nie brakuje mszycy.
6. Wyrwałam ósemkę i dostałam reakcji alergicznej na klindamycynę, ale za to teraz boli mnie siódemka (pewnie z tęsknoty za tamtą ósemką).
7. Chyba coś mi nie idzie, ale przynajmniej wiecie, że żyję.
Buziaki od pokraki!
Krapionek
PS. Bank co prawda zablokuje mi zaraz konto, bo upływa termin ważności mojego dowodu osobistego, ale za to na zdjęciach do nowego dowodu wyszłam paskudnie.
Grunt to trening i regularność. Też w tej dyscyplinie mam małe doświadczenie.
Nie no, ja trenuję, oczywiście! Jak ostatnio wzięłam nożyczki i ciachnęłam sobie włosy, to do dziś wyglądam jak końcówka mopa obgryziona przez szczury. A jak Małyżonek chciał, żebym mu na szybko wyrównała fryzurę golarką, to… JA NIE WIEDZIAŁAM, ŻE GOLARKI ELEKTRYCZNE SĄ TAKIE SZYBKIE I ŻARŁOCZNE!
(Ale oczywiście wszystko ma jakieś jasne strony – cieszmy się, że jeszcze mamy włosy!)
Lepiej powiedz coś więcej o tych pieczarkach w marynatach, zanim wyjedziesz i zapomnimy.
Koniecznie pokaż zdjęcie! Bankowi też ;-). Na zdjęciach dokumentowych wychodzę tak, że brakuje tylko w tle wskaźników wzrostu.
Golarka, bardzo fajna rzecz. RAZ mąż mnie poprosił. Poleciałam przez środek tyłu i uciekłam. Jak zdjął czapkę u fryzjera doczekał się komentarza: O Matko Boska!
„Na zdjęciach dokumentowych wychodzę tak, że brakuje tylko w tle wskaźników wzrostu” – Czyli tak bardziej jak inflacja, czy jak bezrobocie?
No i widzisz, Twój chociaż w czapce, a mój co – w maju miał czapkę zakładać? Założył jakąś starą bluzę polar z wysokim kołnierzem i całe zakupy chodził z szyją wciągniętą w siebie (bo oczywiście MUSIAŁ tę operację wymyślić rano przed wyjazdem). Golarki są jak dzikie zwierzęta, to trzeba umieć okiełznać. Albo jak kozy – wyżrą wszystko do gołego, zanim zdążysz mrugnąć okiem.
Ale dlaczego Kanionku bank miałby zablokować Ci z tego powodu konto?
Kilka lat temu przez rok funkcjonowałam z nieważnym dowodem, załatwiałam sprawy w urzędzie pracy, w zusie, w przychodni, nawet zostałam przyjęta do pracy (fakt, to był ten sam pracodawca, który mnie wcześniej z pracy zwolnił). Wszędzie mi uprzejmie zwracano uwagę, że mój dowód stracił ważność, ja za każdym razem byłam mocno zaskoczona ;))
Cały czas normalnie korzystałam z konta, robiłam przelewy, wypłacałam pieniądze itp.
Dlatego, że bank tak powiedział. Może mieć z tym coś wspólnego fakt, że jakiś rok lub więcej temu zastrzegłam dowód osobisty, w związku z włamem hakerskim na serwer Virgin Mobile (mam u nich numer telefonu) i kradzieżą danych osobowych. Oczywiście wkrótce po tym zastrzeżeniu miałam wymienić dowód. Oczywiście. Wyszło jak zawsze.
Przez cały ten czas mBank mi przypominał, że mam podać dane nowego dowodu, a ja za każdym razem klikałam „przypomnij później”. Jest to więc oczywiście tylko moja wina, do nikogo pretensji nie mam. Jakoś przeżyję, nowy dowód dostanę najpóźniej w połowie czerwca.
To może oprócz serów dodaj do oferty miód spadziowy i będzie jakiś pożytek z mszyc?
Ale mam ten miód sama robić, czy sugerujesz założenie pasieki? :D
Nawet kiedyś myślałam o pszczołach, ale z nerwicą to bez sensu – na każdy bzyczący dźwięk mój mózg dostaje histerii. Do tego większość naszych psów poluje na bzyki, Laser już raz spuchł jak dynia, i obawiam się, że oprócz pasieki zaraz bym się dorobiła hodowli psów rasy shar pei ;)
No ok wy/raz – z pozytywów:
– dziecko 20,9 – JESZCZE studiuje
– dziecko 15,9 – LUBI chodzić do szkoły „bo ci mama nie chodzi o moje oceny”- technik elektronik (!!!). Mi nie chodzi ?!
– jeszcze nie ruszyłam z sadzeniem pelargonii – a uwielbiam – więc czekam jak na deser od życia
– wszystkie puszyste kocie dziewczyny zdrowe
– wąchałam już świeże truskawki w łubiance
– przemiły pan doktor – a nawet dwóch – powiedzieli mi, że spoko – jest XXI wiek – dobrze nie jest – a nawet jest tragicznie- ale kolana się wymienia….Jupi! Ha….ha…ha.
No i tak.
Negatywów nie wymieniam, bo to blog Kanionka jednak i nie zajmę jej większości powierzchni do pisania :)
Pozdrawiam, ściskam, przytulam, całuję – już można, drapię za uchem i po pleckach – co tam kto woli i lubi.
Ludzie – idą truskawki – ja wiem – drogie – ale….dzieciom odejmę od ust a sama kupię i zjem!
No to prosz………………………
– jutro wyjeżdżam na weckend do mojej ulubionej pracy – będę pichcić w porywach dla ok. 100 osób – o papierach i biurku zapomnimy do niedzieli wieczorem albo i poniedziałku;
– czarny koci przystojniak zaokrągla się równo i nawiązuje coraz bliższe relacje z rodzicielką;
– w przyszłym tygodniu wreszcie złapię czas na własną działkę – a jak pogoda nie dopisze to coś się wymyśli;
– znowu udało się przyciąć włosy z bardzo satysfakcjonującym rezultatem;
– wreszcie można chodzić w klapkach i i bez tony ubrań;
– kilka truskawek udało mi się nie tylko powąchać ale i zjeść;
– młoda kapusta jest the best!!!;
– litr dobrze schłodzonego mleka owsianego z kawą i syropem z agawy jest jednym z lepszych deserów;
– pyszny burger w obsmażonej własnoręcznie bułce z mniam dodatkami wprawia w prawdziwie błogi nastrój;
– pieczarki upieczone w różnych marynatach to zupełnie inny poziom dla tego grzyba
– Pan Gospodarz sam dziś zaczepił mnie i zaoferował napompowanie kół w stojącym dodtą bezużytecznie rowerze – jupiiiiii!!!!!!!!!!!!!!;
– jeszcze tylko kilka tygodni i dobiorę się wreszcie do zaległej literatury;
– noce przesypiam snem sprawiedliwego;
– i pomidory o dziwo smakują pomidorami;
– mam jeszcze zapasik naszych kozich serów;
– a jeszcze przed nami sezon na sery świeże,
…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….negatywy (te dla równowagi) do wiadomości własnej.
Mnie te marynaty też potrzebne, wpadł mi pojemnik pieczarek do natychmiastowego zużycia, czekam… Kanionek też czeka…
Dziś już pewnie zużyte, ale co tam korektor – jedziemy z telefonu. Marynata: musztarda najlepiej ostra (np. Kremska Kamisa) sól, rozmaryn, miód, ocet jabłkowy, olej. Zasadniczą sprawą jest musztarda i rozmaryn (można jeszcze dać tymianek – bazylia, oregano………. są za delikatne i się spalą). Miód bardzo ostatecznie, ale to bardzo, można zamienić na cukier ale to nie ten efekt. Miód uszkachetnia ale można pominąć. Cukuer może za bardzo rozrzedzić marynatę. Jeżeli nie mamy miodu trudno, pomińmy też ocet. Darujmy też go sobie kiedy używamy musztardy bardzo łagodnej albo bardzo octowej. Rozmaryn dokładnie mieszamy w marynatę, żeby się nie spalił. Czyli: hojnie musztardy, rozmatypu, śmiało miodu, ocet jabłkowy tylko do zrównoważona smaku, trochę soli. Olej i mieszamy na wmiarę gładko. Oleju najwięcej. Ale pamiętajmy – nie może być sam olej. Ostatnio na skrzynkę pieczarek 3 kg) poszło 2 słoiczki kremskiej Kamisa 1 słoiczek musztardy horcice kremskiej 350g, miodu ok. 250, 1 nieduża łyżka soli, chlust octu i oleju tyle, żeby opędzlować pieczarki. WAŻNE – pieczarki pędzlujemy po całości. Jeżeli tylko polejemy- marynata spłynie i otrzymał. a.y tłustą zupę co prawda też smaczną, ale nie o to chodzi). Nie miałam ostatnio pędzelka i łyżką też dało radę. Najlepsze są pieczarki jeszcze nie otwarte, młode. Można je posmarować wcześniej. Szczegównie jeżeli są duże. Jeżeli zrobią się suszy he przed włożenie do piekarnika – smaruję je chociaż jeszcze samym olejem. I tu zależy od piekarnika – temperatura od 170 do 200 stopni Celsjusza. Koniecznie termoobieg – ładnie suszy, soki pozostają w grzybicę i mamy szansę na chrupiące skórkę. układamy w lekko natłuszczonej blaszkę nóżkami do góry, możemy nawet piętrowo. Pieczemu ok 15 -20 minut – zależnie od wielkości. Po naciśnięciu nóżki możemy wyczuć miękkość upieczenia. Dobrze zrobione pieczarki nie tracą prawie objętości i nie puszczają soków. Możemy oczywiście piec dłużej – wtedy pieczarki się otworzą i stracą objętość. Tak samo będzie gdy użyjemy już otwartych i miękkich. Musztarda i rozmaryn po upieczeniu mają niesamowity smak. Pyszne zamiast kotleta do obiadu, jako dodatek i na zimno do kanapki. Albo na warzywne szaszłyki. Za każ dym razem robię proporcje na oko , czasami prawie nie mam miodu, pomijam ocet i wychodzą tak samo genialnie. Proste i szybkie. Kilka razy zapomniałam posolić…… Grunt, to pieczarki, musztarda, rozmaryn, później miód, a na końcu sól i ocet.
Jesteście niesamowite!
@ grazalpl, wspaniałych fasolkowych widoków, @ kapelusznik68, udanego wypoczynku,
@ Kachna, padłam po przeczytaniu informacji o truskawkach, kolankom poprawy życzę, @ Dytek, podziwiam i podczepiam się pod kanionka z prośbą o rozwinięcie tematu marynat.
@kaninku, Radio Erewań przy tobie wysiada!!! WSZYSTKIEGO…
Ja też śmiechłam przy truskawkach :D
Co mi przypomina, dlaczego tak mnie palce u rąk bolą (bo wczoraj wyrwałam kilometry pokrzywowych rozłogów spomiędzy truskawek).
Oraz, że mam w ogrodzie tylko cebulę i czosnek, to wyraźnie widzę, gdzie wyszły nieśmiałe kępki melisy, tej której chciałam się pozbyć, a która ma taki hart ducha, że już dam jej spokój. Chciałaś sadzonkę. Chcesz jeszcze?
Chciałabym, chciała…. Ale pustych przebiegów nie będziemy robić ;-). Tak w towarzystwie fromażyków bardzo chętnie.
No to ja też się dorzucę do garści dobrych wiadomości:
– wczoraj używałam golarki na synu (wymyślił sobie fryzurę na samuraja i trzeba było podgolić odrosty dookoła głowy) i nie obcięłam więcej niż powinnam, za to okazało się, że pierwotna fryzura była krzywa od początku,
– jeden tramwaj mi uciekł, a drugi w ogóle nie przyjechał a i tak zdążyłam,
– i tak trochę nie w temacie, ale muszę się podzielić: syn chciał swego czasu kupić koszulę, ale ta za droga, ta ma nie ten wzór, a to nie ta firma i takie tam… Na co mąż: wiesz co? Ja ci uszyję koszulę. Na miarę. Na miarę moich możliwości.
Miłego piątku, piąteczku, piątunia życzę. :)
:D
No, to rozumiem :)
I jak miara możliwości?
Ostatecznie doszliśmy do porozumienia: syn kupił NORMALNĄ koszulę, która mu się spodobała, za cenę jaka mi się spodobała. ;)
Rety, jak ja uwielbiam Cię czytać.
Z pozytywów dorzucę jutrzejszą sobotę, a zwłaszcza sobotnie przedpołudnie z jego złudzeniem, że jeszcze długo do poniedziałku.
Z pozytywów. 3 lata temu kupiłam 8 balotów słomy za bezcen. Zużyłam JEDEN! Bo taki mam areał. Ale w tym roku już widzę, że pójdzie kolejny 1 -1,5. Świetne jest to, co zrobiło się z ziemią. choć to początek. Zaczyna być na piaszczysto-gliniastym podłożu ziemia. Estetom odradzam, praktykom polecam.
Popadało.
Byłam na oratorium.
Popsuł nam się telewizor.
Dobrze, że nie lodówka. Wiecie ile człowiek robi fajnych rzeczy jak nie ma telewizora!?
Pozytywy??? eeeeoooiiii… coś się znajdzie:
1. będę babcią,
2.być może rozkminię, jakie prezenty dawać dzieciom, bo kiepska jestem w tej dziedzinie,
3. popadało dość solidnie,
4. między deszczami świeci słońce,
5. córka zaprosiła mnie do Hiszpanii z okazji Dnia Matki, ale zapłaciła za bilet w jedną stronę,
6. wreszcie zmierzę się ze sobą w kwestii, czy mogę mieszkać sama w obcym kraju (może się okazać, że uciekam przed sobą)
7. z pewnością jest więcej pozytywów, ale nie mam głowy.
Pozdrawiam.
Kanionek miała rację – zdążyłam wyjechać. Już wróciłam. Przepis na pieczarki jest prosty – ale dopiszę z komputera. Tak poważna kwestia jak przepisy nie może być wydana na pastwę korektora telefonu.☺
Fasola rosnie, maciejka powschodzila pieknie!
Podoba mi sie jak molo wydalam na kwiatki w tym roku. :D
A co tam u kanionka i reszty?!
Sie mamy martwic, bonostatni wpis to z marca….
Ok, 31 ale marca.
Kanionku wszystko ok?!
Z pozytywów: wyjechałam, było super, wróciłam, znowu wyjeżdźam, będzie jeszcze bardziej super, jest fajna temperatura, wreszcie popadają, od lipca nie wyjeżdżam i jest szansa popracowania po kilka dni w tygodniu na własnej działce, gotowanie jako hobby dla setki albo i 150 głodomrów jest fantastycznym zajęciem.
I wszystkiego naj, naj, najlepszego, dla Kozich Dzieci. Nie tylko z okazji naszego święta – może właśnie szczególnie na szare dni.
To i mój pozytyw – kaczki, o które się tu pytałam, już się niosą! Faktycznie, jajka nie do pomylenia z kurzymi. Ja je mam zabierać do domu, żeby nikt nie uszkodził, czy zostawiać w kurniku, żeby kaczka stwierdziła „OMG, mam już 20 jajek, czas to wysiedzieć!”?
Kanionku, zapewne teraz jesteś zawalona robotą, jak mój ogródek podagrycznikiem, ale napisz chociaż, że żyjesz :) (i jak tam Ziokołek!).
Powiem tak: jesli chcesz sobie narobić milion kaczek, to zostawiaj im jajka, a w końcu któraś nie wytrzyma psychicznie i na nich siądzie.
Z podagrycznikiem wygrałam walkę chyba 2 lata temu, ale to była prawdziwa wojna, nie brałam jeńców. Cały ogrod, metr po metrze, przekopany (no musiałam, wyjątkowo) i KAŻDY CENTYMETR kłączy wydłubany z ziemi. Zaczęłam w marcu, skończyłam chyba w maju, prawie codziennie ryjąc jak świnia w truflach. Wyniosłam niezliczoną ilość WIADER pełnych tego dziadostwa (to było na etapie, gdy listki dopiero zaczynały się pojawiać, więc większość zawartości tych wiader stanowiły kłącza). Po prostu siedziałam na wiadrze odwróconym dnem do góry, a do drugiego obok wrzucałam to dziadostwo. Przesypywałam ziemię garść po garści, nie ściemniam. Było mizimno, mokro i miałam deprę jak wuj, ale – zgrzytając zębami – robiłam. Pozostały oczywiście takie mejsca, jak pod krzakami i drzewami (kłącza wplątane iędzy korzenie krzaków są nie do wyrwania) i w truskawkach, ale to jest pikuś. Podstwowa powierzchnia uprawna ogrodu jest strefą wolną od podagrycznika, a jeśli gdzieś pod krzakiem choć liść się wychyli, to zaraz wyrywam, bo wiem, jak szybko to się mnoży.
Graża, wiem, wiem… Chwilowo ledwie ogarniam tę wielką kuwetę. Ale już chyba widzę światełko w tunelu, jeszcze może tydzień i będę mogła złapać wolną chwilę za dnia i coś Wam napisać (wieczorem nie mam już sił, naprawdę). Odpływam.
Ziokołek ma się coraz lepiej! (tfu, tfu, odpukać)
A fasolę wyżarła mi śmietka (na 60 nasion mam 7 wschodów),groch wykończyła w około 50%. A przed inwazją śmietki była mszyca NA WSZYSTKIM. To jest taki rok robaka, że ręce opadają.
wspolczuje Roku Robaka,
Ja prowadzilam walke z bluszczykiem kurdybankiem(kurza jego twarz) na trawniku,ale chemiczna….
Ale latwo nie bylo!
Ogarniaj kuwete,ogarniaj :D
Ale rozpiescilas nas pisaniem i tak o ,chcialoby sie wiedziec co tam u Cykana i Zozefin,pani Losiowej i wielu wielu innych.
Kocham cie kanionku.
Żeby tak inne rośliny tak pięknie rosły jak te chwaściory…
I jakie to zdrowe i dorodne!
Może trzeba założyć specjalną uprawę podagrycznika albo pokrzywy, posadzić w rządku, podlewać, nawozić, chuchać i dmuchać – to wtedy te wyrosną ledwo ledwo, takie małe, rachityczne, a cała uprawa zachwaszczona warzywami, pomidory po pas, cebulka wszędzie, a dynia cała w kwiatach!
W tym szaleństwie może być metoda…
Nakarmić te wszystkie chwasty tak, że spuchną i zawału dostaną!
(Kosiłam dziś bylicę, pokrzywy, i inne dobra, na wybiegu kaczogęsim, i aż żal (że nie wspomnę o wysiłku) – takie to wszystko dorodne, mojego niemal wzrostu).