Chytry dwa razy traci, czyli o bocianach, Cukinsonie i kretach

A było to tak:

Najpierw bociana drapał szpak…

Tu Babcia robi dramatyczną przerwę, patrząc mi głęboko w oczy, ale już jej się zaczynają trząść ramiona, na twarz wstępuje rumieniec, a zmarszczki wokół oczu zdradzają rychłe nadejście uśmiechu.

A później zaszła zmiana

I szpak drapał bociana.

Babcia nie śmieje się pełną gębą, jak jakiś koń, tylko tak bardziej w głębi siebie. Radość w niej rośnie, pączkuje i fermentuje, buzuje i bulgocze, cała Babcia już podskakuje na krześle jak kociołek gulaszu na ognisku, ale wąska kreska zaciśniętych skromnie ust powstrzymuje wybuch tej wesołości, a powstałe w ten sposób wewnątrz Babci ciśnienie wyciska jej z oczu łzy.

Mam pięć lat, może mniej, wpatruję się w Babcię oczami jak pięć złotych, i kompletnie nie rozumiem, co jest zabawne w tej historii! Że się dwa ptaki na zmianę drapały, i co? A może to jeszcze nie koniec? No to czekam, patrząc w Babcię jak w święty obrazek (lub raczej jak wół na malowane wrota).

Ale to chyba jednak koniec, bo Babcia podnosi się z drewnianego krzesełka, głaszcze mnie po głowie i pyta: Nie jesteś głodna, Anusia?

Bo widzicie – Babcia, jak i większość członków mojej rodziny, zawsze przeceniała moją inteligencję, a brak reakcji na wyborny żarcik wzięła za niedobór kalorii w młodym organizmie.

Przez czterdzieści lat, przynajmniej raz do roku, powtarzałam sobie ten wierszyk jak durna papuga, aż wreszcie, jakieś dwa lata temu, wracając rowerem od Pani Żozefin, doznałam olśnienia jak grom z jasnego nieba, i najpierw się ucieszyłam, że może i jestem opóźniona w rozwoju, ale tylko o czterdzieści lat, i że na łożu śmierci uniknę wstydu i nie będę musiała nikogo pytać o rozwiązanie tej drapanej zagadki, no a potem trochę smutłam, bo Babcia już wtedy i tak nikogo z nas nie rozpoznawała, i nie mogłam jej się pochwalić, jaka to ze mnie bystra i zdolna wnuczka. A teraz Babci już całkiem nie ma, i tylko szpak wciąż bez wytchnienia drapie bociana. O, proszę, jaki podrapany:

(W przerwach od drapania bociana szpak zajmuje się buszowaniem w moich drzewach i krzewach owocowych, dlatego w tym roku zjadłam dwie niedojrzałe czereśnie, bo tylko dwie mi urosły na trzech drzewkach, a niedojrzałe, bo chciałam ubiec złodzieja. BĘDĘ ŻARŁA ZIELONE BORÓWKI, a nie dam się kolejny raz tej francy. W sumie to nie wiem, może to był kos, ale on też niech sobie nie myśli, że za te trzy piosenki, co mi je zaśpiewał w maju, gdy akurat sadziłam cebulę, to on sobie może teraz wyrywać buraki i obżerać krzaki, bo ja rozumiem opłatę reprograficzną, ale jakiś umiar też jest wskazany, bo nie może być tak, że ktoś raz na ruski rok zabłyśnie, a potem tylko siedzi w tym swoim głupim kapeluszu i się pasie na cudzej krzywdzie).

I u mnie też zaszła zmiana: kiedyś byłam zmęczona, teraz jestem skonana. Mam dla Was filmy i zdjęcia z kwietnia, maja i czerwca, i co? I pstro, jak na szpaczym kubraczku. Nie mam siły, nie mam czasu, nie mam nawet OCHOTY. Opowiadam Wam bajki w mojej głowie, i każdego dnia wieczorem, gdy już leżę jak dętka na łóżku, obiecuję sobie, że jutro na pewno coś napiszę. I w ogóle to najchętniej zostałabym vloggerem, bo coraz gorzej mi idzie współpraca z klawiaturą (w soczewkach z bliska nic nie widzę, w okularach widzę klawiaturę, ale nie ekran), w dodatku wytworzył się u mnie jakiś efekt Pawłowa, i gdy tylko pomyślę o pisaniu, to zaraz mnie boli łeb, a ciśnienie wywala mi oczy z gniazdek (ja wiem, że to tylko nerwica; sęk w tym, że ona mi zabiera coraz więcej hektarów z marnego poletka mojego życia, i jest jak fuzarioza dyniowatych – raz skażonej gleby niczym już nie uratujesz), no ale żeby zostać vloggerem, to trzeba mieć sprzęt, szybki internet, aparycję, dykcję, i jeszcze coś mądrego do powiedzenia, czyli wszystko to, czego akurat nie mam, a poza tym wiadomo, że złej baletnicy to i Salomon musztardy nie naleje.

Sami sobie Państwo zobaczcie, filmik chyba z kwietnia, o ziemniakach (pocięty na frytki, a jakże) i jego kontynuacja, o koziołkach:





Nie wiem, czy to przeżyliście, ja samej siebie nie mogę już słuchać, i wiem, że czasem się powtarzam, ale ponieważ wszyscy zapewne czekacie na GWÓŹDŹ PROGRAMU, czyli Świątynię Pomidora pod wezwaniem Przenajwspanialszej Ewy z Łodzi, to nie ma że boli, proszę łyknąć apap, wszczyknąć sobie marihuaniny, albo podprowadzić babci plaster z fentanylem i nakleić na czoło, a potem oglądać kolejne materiały:


Jak widać na zamieszczonym materiale video, nie zmieścił mi się w Świątyni ani stolik do kawy, ani komplet wypoczynkowy “Gertruda”, ani nawet hamak turystyczny “Janusz”. Jedyne, co mogłam tam wcisnąć, to zestaw Wędkarz Rencista, czyli drewniane krzesełko z poduszką, a i to zaraz wyniosę, bo pęd melona już rości sobie pretensje do krzesła, a ja i tak nie mam kiedy wypoczywać.

A poszczególne etapy wznoszenia Świątyni wyglądały tak:

Gdy w tym czasie rozsady w foliaku pani Żozefin błagały o litość:

I mam na temat konstrukcji z polikarbonata już milion rzeczy do powiedzenia, a drugi milion pewnie dopiero odkryję, ale dziś powiem jedno: JA JESTEM ZADOWOLONA. Nawet gdyby z tegorocznych pomidorów nic nie wyszło (a tak to obecnie wygląda), nawet gdyby Świątynia Pomidora miała się z czasem zmienić w Kapsułę Melona lub służyć do uprawiania sałaty zimą i suszenia grzybów latem, nawet gdyby cokolwiek, to trzeba przyznać, że jest piękna. Leciutka i przejrzysta, prosta i niedziurawa, i lubię na nią patrzeć, bo jest obecnie najładniejszą rzeczą, jaką mam. A melony uwielbiam, tylko w sklepie nie umiem wybrać dojrzałego i zazwyczaj kończę z owocem o smaku mydła i konsystencji styropianu, a na więcej niż jeden w roku to mi szkoda pieniędzy.

I w ogóle na ten rok to nie ma co patrzeć, bo ja mam karę za chciwość i biorę ją godnie na klatę. Jak już wspomniałam na filmie, jakoś 10 dni po tym, gdy Ewa zrobiła mi prezent życia, to pan Dżery wyskoczył z propozycją, że mi bardzo tanio odsprzeda stary foliak pani Żozefin, bo pani Żozefin ma jeszcze drugi, większy, i na stalowej ramie, a na obsługę dwóch szklarni to i tak już nie ma ochoty. No i ja sobie wtedy oczywiście pomyślałam, że takiej oferty nie można odrzucić, i że patrzcie Państwo, jakie szczęście ma Głupi Kanionek, i jaki to piękny rok się zapowiada – zamiast jednej zdezelowanej szklarni, będę miała dwa tunele, czyli jeszcze więcej wszystkiego, no i przytargaliśmy z małżonkiem ten tunel na piechotę, W LUTYM, przez cały kilometr robiąc przystanki co 50 metrów na wyplucie tkanki płucnej (nie wiem, ile to wszystko mogło ważyć, ale było przede wszystkim diabelsko nieporęczne), a potem się zaczęło: plaga ziemiórki i klęska sadzonek, zimny maj, upalny czerwiec, a teraz deszczowy lipiec. Paprykę, najpiękniejszą rozsadę w moim życiu, zmarnowałam, bo wysiałam za wcześnie, a maj był zbyt zimny, i papryka, która już przypominała sad owocowy, mocno podupadła w doniczkach, więc do ziemi wysadzałam zdrewniałe badyle ze szczątkową ilością żółknących liści. Tak wyglądała 31 MARCA, praktycznie gotowa do gruntu:

A później nosiłam ją do foliaka w wielkim koszu na pranie:

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Czekam jeszcze tylko na trąbę powietrzną i gradobicie, bo zaprawdę powiadam Wam – zasłużyłam.

Wszystkie zresztą rozsady, z drugiego i trzeciego siewu, przetrzymałam w doniczkach zbyt długo. Pomidory w polikarbonacie najpierw pięknie odżyły i rosły, jako i moje serce, gdy na nie patrzyłam, a potem dostały 42 stopnie Celsjusza (mimo zmumifikowania tunelu białą agroszmatą), pozwijały liście, zawiązały trzy owoce na krzyż, i tak sobie stoją do dziś.

Żeby nie było, że to jakaś choroba, mam do porównania uprawy kontrolne – kilka sadzonek poszło w grunt, kilka do foliaka pani Żozefin. Wszystkie radzą sobie doskonale:

Melony wtykałam w ziemię przerośnięte i ciut zagłodzone, ale jakoś tam sobie przędą, zaś najlepiej radzą sobie sadzonki pieprznięte na kompost…

Słowo daję – można wokół czegoś na kolanach chodzić i ptasim mleczkiem karmić, i gunwo z tego będzie, ale wystarczy wyrzucić na kompost, a roślina od razu mówi: o tak, tu mi dobrze, na śmietniku, wśród skorupek od jajek i obierek z kartofli. Tu właśnie odnalazłam swoje miejsce do życia, tu założę rodzinę, wezmę kredyt i wszystkim pszczołom dam pracę.

JA TYCH POMIDORÓW NIE WKOPAŁAM W GŁĄB KOMPOSTU. Ja je tam PORZUCIŁAM, wyciągnięte z doniczek gdy ich życie wisiało na włosku, miały żółte liście i błagały o eutanazję. A wyrzuciłam, bo już nie było gdzie ich upchnąć, tyle że zwlekałam z tym wyrzuceniem, bo się łudziłam, że może jeszcze gdzieś je zakwateruję.

Gdy zobaczyłam, że to wszystko w ciągu kilku dni zrobiło się zielone i zaczęło robić masę, to oczywiście podściółkowałam i podparłam palikami, więc teraz powinny już umrzeć w spokoju. Melony mają owoce wielkości gęsiego jaja, jeden na drugim, więc tydzień deszczu powinien załatwić sprawę: wszystko zgnije, bo ZASŁUŻYŁAM, a zdjęcia robię teraz, żeby mieć co wspominać podczas klęczenia na grochu (o ile będzie groch; miał dorastać do wysokości 60 cm i na tyle mu zrobiłam siatkę od góry przeciw atakom kurczaków, a on chce rosnąć dalej i zawija się i marszczy, biedaczek).

(A propos deszczu i wysokich temperatur: wywiesiłam pranie już chyba 10 dni temu i widzę, że prędzej porośnie pieczarkami, niż wyschnie. Do domu nie ma sensu go brać, bo tu niewiele lepiej – sól sama się rozpuszcza w pojemniku, sery w suszarce nie chcą przesychać, choć wiatraczek daje z siebie wszystko, zaś ślimaki to już nawet nie muszą pełznąć w mozole do mojego ogrodu, tylko wpadają na pełnej kurwie metodą na “water gliding”).

NA DODATEK jakaś szuja ryje mi kanały w ziemi, już podkopała jednego bakłażana, kilka pomidorów, kilka krzaków papryki, jednego melona i też jednego arbuza. Nie ustaje w wysiłkach. Wlewam wiadro wody pod krzak, a tam tylko bul-bul-bul, i woda znika. W ogrodzie też ryje – co dzień odkrywam zwiędłe kępki cebuli, pietruszki, tymianku, przekrzywioną kapustę lub seler, wylegującego się poziomo mieczyka… No cóż, może i zasłużyłam, ale co mi szkodzi kupić granat lub wiatrówkę? Bo nie wiem, jak się tego pozbyć. To chyba nie jest kret, bo żadnych kopców w promieniu 50 metrów nie widzę.

A ten niepodkopany arbuzik w Świątyni Pomidora zawiązał się jakoś w ostatniej dekadzie czerwca (na fotce z 23.06. jeszcze go nie widać), w ciągu dwóch tygodni urósł jak głupi, waży już 2,6 kg (odmiana Sugar Baby; owoce dorastają chyba do 4-5 kg, więc mój pewnie niedługo przestanie rosnąć).

A tu drugi, ciut młodszy:

A tu schnący bakłażan, podkopany przez Szuję, i jego małe owocki:

Tu zaś melon odmiany Melba, rosnący w ogrodzie, który jeszcze wczoraj miał się świetnie, a dziś padł. Po wlaniu podeń wiadra serwatki, w miejscu gdzie niegdyś była bryła korzeniowa, zobaczyłam taką piękną dziurę:

Tylko mi nie piszcie o jakichś odstraszaczach solarnych czy sianiu aksamitek, bo wydam kupę pieniędzy na środki ochrony, a na końcu i tak się okaże, że tylko granat, i w dodatku wyjdzie najtaniej.

Melony to w ogóle nie mają lekko, bo są atakowane od dołu i od góry. Tu fotka owocu nadgryzionego przez ślimaki:

A tu szklarniowe, jeszcze przez nikogo nieuszkodzone, choć raz już Szuja przeszła tuż obok:

A tytuł Mistrza Survivalu w tym roku otrzymuje… Sadzonka Żółtego! Czyli ten krzak krzyżówki najprawdopodobniej patisona z cukinią, rosnący na środku podwórka, o którym na filmie mówiłam, że wysiał się sam, ale już wiem, że to nieprawda. To Żółte sobie posiało i pielęgnuje. Bo Żółte, muszą Państwo wiedzieć, uczyło się ogrodnictwa na własną łapę, już dwa lata temu, gdy zeżarło mi kilka wiader i pocięło na kawałki wąż ogrodowy (miałam sobie za pomocą tego węża lać wodę do większego zbiornika w szklarni, no ale sobie nie ponalewałam, bo Żółte musiało na czymś trenować, a że kilkanaście wiader oszczędziło, to sobie nadal dymam z wiadrami). Tak sobie rósł, przez cały kwiecień, maj i czerwiec:

Myślałam, że to patison, i ten krzak też chyba tak myślał, bo liście i pokrój ma jak patison, ale owoce dziwnie mu się wydłużają.

Najpewniej doszło do zapylenia krzyżowego patisona z cukinią, bo rosły blisko siebie w ubiegłym roku, a takie rzeczy wychodzą dopiero wtedy, gdy się posieje zebrane nasiona. Roboczo nazwałam ten krzak Cukinsonem Crusoe, bo jest jak ten samotny rozbitek na środku podwórka.

Przy okazji – uważajcie, młodzi ogrodnicy, na takie krzyżówki cukinii, jeśli zbieracie własne nasiona, bo możecie sobie wyhodować trujące owoce (bywa, że są śmiertelnie trujące, wszystko jest kwestią dawki). Taka cukinia będzie gorzka(wa) w smaku i jeśli ktoś to ostrzeżenie zignoruje, może się pochorować, lub nawet pożegnać z ogródkiem na zawsze (i z żoną, mężem, karnetem na basen, dziadkiem i psem). Po więcej szczegółów zapraszam do internetu, bo jakoś nie czuję się na siłach (umysłowych) robić wykład z warzywnej genetyki.

***

– A wiesz, że tu, w tych dwóch rządkach, posiałam 498 nasion grochu?

Małżonek patrzy na mnie jak na kosmitę. – Ja to wszystko chyba powinienem zapisywać…

No i pewnie, że zapisywać, bo potem człowiek nie pamięta! Selerów mam 84, czosnku tylko 130, a cebuli 680 sztuk. I wszystko to pięknie odchwaszczała moja kochana Mama, podczas gdy była u nas na trzytygodniowym obozie karn… Znaczy się na WAKACJACH była, oczywiście. I truskawki tak pięknie wypieliła, że dostały mnóstwo słońca, a potem już musiała wracać do siebie, a truskawki żarłam ja, aż mnie żołądek rozbolał. Ale nic nie szkodzi, i tak jestem na omeprazolu od dwóch miesięcy.

Mama zostawiła Pasztecikowi książeczkę z kilkoma nierozwiązanymi krzyżówkami:

Biedny Pasztedzik jest przekonany, że wprost kochamy krety. Ilekroć bowiem zrobi nam wykopki na podwórku, żeby dorwać ślepego drania, to my przeklinamy na czym świat stoi, skręcając sobie nogi w kostkach. Ale ten związek przyczynowo-skutkowy jest zbyt skomplikowany dla małej psiej głowy, i Pasztedzik rozumie to tak: piesek dołki, dorwać kreta, człowiek zły. Człowiek nie chcieć dołków, bo kochać kreta. Sztedzik zły, krecik cacy. Proste, nie? I teraz nie zgadzają mu się pozostałe hasła w krzyżówce.

PS. Już Wam mówię, bo pewnie umieracie z ciekawości, co się stało z tymi ziemniakami za bramą. Otóż wyrosły piękne i zdrowe, a potem przyleciała stonka i je zjadła. Jakoś żadne z nas nie znalazło siły ani ochoty, żeby w upale i roju gryzących much kucać ze słoiczkiem przy każdym krzaczku i zbierać te paskudne chrząszcze. Część z nich zresztą zdążyłaby już złożyć jaja i za parę dni mielibyśmy powtórkę, tylko ze zbieraniem larw. No trudno, ja już się powoli godzę z tym, że nie damy rady ogarnąć wszystkiego sami. A dynie porosły okazałe, mają już pędy od dwóch do trzech metrów długie, kwitną i wiążą owoce, tylko mam obawy, że przegrają w konkurencji z pokrzywą, której też się świetnie rośnie na trzyletnim kompoście. Raz tam byłam i skosiłam, ale to jeszcze przed nadejściem upałów i zmasowanego ataku jusznicy deszczowej i innych owadów gryzących, a teraz dopinguję i wspieram dynię bardziej, że tak powiem, telepatycznie. Nie wiem, czy to starość, czy postępujące zmęczenie i bóle stawów, ale kiedyś schodziłam z pola walki wraz z ostatnim luksem słonecznego światła, a teraz… I co zrobisz? Nic nie zrobisz. Może jeszcze się za to wezmę.

PPS. Wzięłam się. Wczoraj był pierwszy tak chłodny wieczór od dawna. Dynia przy śmietniku radzi sobie najlepiej, bo tam jeszcze dorzucałam ściółki w czerwcu, a te na pasie ziemniaczanym mają krótsze pędy, a liście wyrosły im na pół metra, próbując wygrać z pokrzywą w wyścigu o światło.

Wszystkie sadzone były wprost w dołki wygrzebane w gnijącym sianie. Tym razem nie szukałam nawet skrawka ziemi pod spodem, bo krzak Cukinsona na podwórku dał mi do zrozumienia, że to kompletnie zbędny wysiłek.

TAK, OCZYWIŚCIE, że już można zamawiać sery. Ceny na razie bez zmian, przesyłka UPS już 26 złotych (jeszcze tydzień temu było 22), a DPD 18 zł. Może warto skorzystać, bo akurat mamy nowego kierowcę z DPD, który pracuje na tyle krótko, że jeszcze tryska nieuzasadnionym entuzjazmem i przyjeżdża w zamówionym terminie.

I nagle BUM! I koniec.

45 komentarzy

  • lobo

    Kanionku, bardzo dziękuję za dzisiejszy wpis, zdecydowanie umilił mi wstanie do roboty o mocno nieodpowiedniej porze. :-) I ciut opóźnił rozpoczęcie tejże, ale oj tam, oj tam. ;-) Części pisemne i wizualne równie ciekawe, więc nie bądź dla siebie taka surowa, jakoby vlog nie był dla Ciebie. Ładnego głosu zawsze miło posłuchać, doładowywana komórka dała radę, a Kanionkowa nigdy dosyć. Uściski wirtualne!

    • kanionek

      Powiedz mi, Lobo, gdzie Ty kupujesz te różowe okulary :)
      Wideła nagrywam aparatem fotograficznym, albowiem komórka moja pamięta jeszcze te czasy, gdy ludzie rzucali kamieniami w dinozaury, i nie umie nawet MMS odebrać. Za to mieści się w kieszeni damskich spodni i przeżyła kilka zamachów na życie, takich jak podtopienie w stawie, noc w oszronionym ogrodzie, no i upadki z dużej wysokości :D

  • Agniecha

    https://pulsmedycyny.pl/migrena-nowe-mozliwosci-leczenia-964056

    Kanionek, ja tak z innej beczki ale my siostry migrenowe jesteśmy, to Ci podrzucę link powyżej.

    Ten potwór podziemny i u nas grasuje, podejrzewam, że to karczownik albo nornik. Nasza kota czasem ułowi takiego, długości jej połowy, bo ona jest mała, a gryzoń duży.
    I właśnie z powodu tych podziemców ( oraz wichur ) mamy szklarnię ( poliwęganiarnię ? ) postawioną na fundamencie w postaci głębokiego murku.
    I dlatego, jak jakiś debil, plotę koszyczki ze stalowej gęstej siatki i tak w nich sadzę dynie i kabaczki. Bo już nie mogę znieść myśli, że na moich oczach te sadzonki będą znowu wciągane pod ziemię .
    Weź i odpocznij.
    Ja odpoczywam. Ponieważ skręciłam kolano i teraz mam dylemat czy wiązadło szczeliło, cz tylko się troszkę naderwało. Nie chcę wiedzieć. Ale mam swoje podejrzenia. To moje drugie kolano z podobnym problemem. Pierwsze przeszło rekonstrukcję wiązadła i odradza drugiemu taką możliwość.
    Z indiańskim pozdrowieniem.

    • kanionek

      “Weź i odpocznij” :D
      Ja wiem, Agniecha, że to jest blog poniekąd satyryczny, ale jeśli ja umrę ze śmiechu, to kto go będzie pisał?
      Ludzie z nerwicą nie odpoczywają nigdy. Bo nawet gdy leżą plackiem i patrzą w sufit, to wciąż zapierdalają gdzieś w swojej głowie, a do tego dochodzą wyrzuty sumienia, że “tyle jest do zrobienia, a ja gniję” (“Muszę odpocząć. Muszę, kurwa, odpocząć!” – Dzień Świra, polecam).

      KOLANA, droga siostro w chorobie, też mam obydwa po przejściach. Prawe skręcone 4 lub 5 razy, dwa razy w gipsie, przy czym drugi gips to sobie sama odpiłowałam chyba po tygodniu, pamiętna tego pierwszego razu, gdy po 3 tygodniach usztywnienia od pachwiny po kostkę moja noga składała się z kości, skóry i sinego arbuza w tym miejscu, gdzie kiedyś miałam kolano. Chodzić uczyłam się przez miesiąc, a pełne zgięcie stawu kolanowego osiągnęłam po ponad roku ćwiczeń w bólu i pocie czoła. Lewe kolano tylko raz, tutaj, może ze dwa lata temu, i teraz mam w domu kule do podpierania się, na wypadek gdyby znów pierdykło ;)
      Ogólnie rzecz biorąc, więzadła i ścięgna nie udały się w moim organizmie; nie tańczę, nie biegam, nie robię nagłych zwrotów (chyba że instynktownie, pod wpływem nagłej potrzeby, co zresztą właśnie zaszło te dwa lata temu i od razu zaskutkowało awarią).

      O pleceniu koszyków z siatki stalowej też już myślałam, i się zmęczyłam samym myśleniem, bo ja tych różnych sadzonek mam kilkadziesiąt rocznie, no a marchewki i innych takich to w ogóle nie mam jak zabezpieczyć, więc to jest opcja ostateczna, do wykorzystania w godzinie desperacji.

      Jaką masz temperaturę w polikarbonacie podczas obecnych upałów?

      • Agniecha

        Temperatury wolę nie sprawdzać, bo kiedyś w marcu ( ale okna były zamknięte ) odczytałam 43 st.
        Pomidory żyją, papryka też, osy zadowolone, gniazdo w szczycie sobie uwiły, a tam jest najgoręcej.
        Jakby to powiedzieć, po latach hodowania warzyw dla myszy, w tym roku na wiosnę wkurzyliśmy się i zainwestowaliśmy w podwyższone grządki ( nakładki na paletę) które najpierw sprytnie obiliśmy siatką od dołu. Na razie skończę, bo prąd miga. Burza.

        • Przerwa w burzy. Piszę dalej. Wszystkie uprawy myszom ulubione posadziliśmy i posialiśmy w skrzyniach. Na pohybel mysim synom. I córkom. Po tych poczynaniach hurtowych zostały pasy siatki, długie na 5 metrów a szerokie na 30 cm. Jak mnie bierze wściek, to plotę koszyczki. Posadzę se w nich róże, co je kupiłam, bo poprzednie mi myszy zjadły od dołu. Posadziłam dynie i kabaczki.
          Teraz zmagam się ze ślimakami.
          Nie wiedziałam, że ten terkoczący kołowrotek, co to mam go w łowie, fachowo nazywa się nerwicą.

          • kanionek

            Też mnie kuszą, od dawna, te podniesione grządki, i chyba nawet nadarza się okazja stulecia, bo pani Żozefin po remoncie będzie wywalała jakieś stare deski i inne takie, tylko po pierwsze primo – jak małżonek o tym przedsięwzięciu usłyszy, to już mnie chyba za kucyk w koziarni powiesi (już przy montażu wiatraczków i wytrawianiu płytki z układem do termostatu powiedział, że wyczerpałam limit trucia dupy ws. ogrodowych fanaberii na ten rok), a po drugie primo: takie podwyższone grządki to już chyba jednak musiałabym podlewać? Trochę cierpnę na tę myśl, bo już z wiadrami do szklarni mam dosyć dymania, a ogród to mi deszcz podlewa, a ściółka trzyma wilgoć w ziemi. I skąd do nich ziemi nabrać, tych grządków, i kto to wszystko będzie dźwigał…
            Nie no, zanosi się raczej na zimowe wyplatanie stalowych koszyczków.

            Jeśli chodzi o nerwicę, to można mieć pełen wachlarz! Ja np. mam jeszcze natręctwa (liczę, liczę wszystko bez ustanku, bez sensu, od jeden do osiem, i z powrotem, nie umiem pokroić ogórka bez liczenia plasterków itd.), uogólnione lęki…

            Teraz w polikarbonacie mam dokładniusio 40 stopni. Drzwi pootwierane, ale przewiew jest utrudniony przez rośliny w środku, a zresztą powietrze i tak stoi w miejscu.

        • Agniecha

          Ja cię proszę, nie przygnębiaj mnie, liczenie plasterków ogórka, kroków itp. nie jest przejawem normalności? Uważam, że liczenie ślimaków w wiadrze podchodzić by mogło pod nerwicę natręctw.

    • kanionek

      Po przeczytaniu artykułu nt. leczenia migren znowu muszę odrzucić tryptany, za to narobiłam sobie smaka na ten Erenumab w iniekcjach podskórnych do samodzielnego wykonywania (nie musiałabym nigdzie jeździć).

      • kanionek

        Ło kierwa…
        “Aimovig 1 wstrzykiwacz jest dostępny w 3 aptekach w cenie od 2093,48 zł do 2199,00 zł.

        • kanionek

          Chyba taniej wyjdzie odkładać na nową nerkę z czarnego rynku, gdy moje już wysiądą od paracetamolu. Może i na kawałek wątroby wystarczy.

          • Agniecha

            Ktoś Co sponsornie, jak poliwęglarnię, zobaczysz.

          • kanionek

            Forget it!
            Ja wiem, że znajdą się chętni do zbiórki (co z całego serca i duszy doceniam), ale wyobraź sobie taki scenariusz, że ja kupuję ten preparat, wszczykuję sobie tę marihuaninę, dostaję wstrząsu anafilaktycznego i umieram na śmierć, i wtedy Wy do końca swych dni żyjecie ze świadomością, że dobrymi chęciami zabiłyście Kanionka.
            No fecking way.

          • Olika

            Jest program taki leczenia migreny tymi nowosciami w Polsce, kilka dawek za tzw 1npln a pozostale w pelnej odplatnosci, iniekcje co miesiąc – ale lek dostepny w kilku aptekach w Wawie, choc moze i w Olsztynoe mozna cos namierzyc, kumpela moja przyjela chyba 4 dawki z czego 1 pelnoplatna i mowi ze ma duża ulgę, tak że może warto, z programu mozna sie w kazdej chwili wymeldowac

          • kanionek

            W tym naszym grajdole, gdzie w przychodni przyjmuje spocony Janusz z wąsami… Gdzie wszystko każą “polubić”, bo “taka pani uroda”? Przypomina mi się historia mojego Calcarea tendinitis – w Trójmieście leczą falami dźwiękowymi, u nas mówią, że tak już mam i musi boleć.
            No i jeśli po tych kilku dawkach za złotówkę trzeba potem co miesiąc płacić 2 tysiące, to i tak odpada, i może lepiej sobie nie robić nadziei. Ale to i tak światełko w tunelu, bo jeśli lek okaże się skuteczny (a większa ilość pacjentów to większa pewność), to może np. za 10 lat będzie taniej.

          • kapelusznik68

            To moja ulubiona diagnoza jest. Najpierw czekasz 2 lata na wizytę a potem lekarz Ci mówi – czasem się tak robi…

  • Willow

    Druga 🤣
    No jak się cieszę że Cię widzę ❤
    Jak zawsze robisz mi dzień, tydzień i w ogóle
    Pozarlam wpis migiem A teraz będę się delektować 😉
    Raaany ile tego wszystkiego u Ciebie rośnie. A ja dumna i blada, że mam 5 rzadkow pietruszki, 2 rukoli i koperku , po 2 fasolki i bobu i 40 cebul 🤣 i 2 rzodkiewki zjadłam. I żeby była jasność-moje rzędy mają jakieś 2m długości 🤣
    Buziaki od pokraki 😘

    • Willow

      Kurde na raty pisałam między kamieniem karmieniem stada i Agniecha przede mną 🤣

      • Agniecha

        Mnie nie zależy, możemy być drugie dwie. Podium jest szerokie.

        • kanionek

          No własnie, podium szerokie, Agniecha na leżąco, bo kolano zepsuła, a Willow może postać, byle nie na rękach, bo coś ostatnio narzekała na bark (i wszyscy razem zaśpiewajmy szlagier Chóru Staruszków z Miasta Pruszków: “Tu mie boli”).

          Kochana Willow, lepiej zjeść dwie rzodkiewki, niż pół wiadra zmarnować. Znowu wożę cukinię do kaczek taczkami, kozy żrą liście chrzanu, bo wyrósł wielki jak mutant i zacienia mi pół ogrodu, ogórki więdną czekając na swoją kolej, a tu czas już powoli groch z łupinek wydłubywać.

          • Willow

            Dzięki Agniecha :)
            Jaką kurde cukinię się pytam? U mnie kwitnie dziadyga dopiero, a susza że jprd i pewnie gunwo z wszystkiego będzie :).
            Za to zrobiłam małosolne z moich ogórków . Całych CZTERECH ;) ale reszta rośnie
            Apropo nerwic, lęków wszelakich i liczenia- mam to samo. Kurde zasypiam przy muzyce bo rozprasza, a jak się nie rozproszę to mi tak kołowrotek w głowie chodzi, że hej. W ogóle jak jestem w domu to coś musi gadać (telewizor, radio) bo mi się we łbie telepie. I liczę też-kroki, obroty młynka do pieprzu, schodki do sypialni, krojony chleb czy plasterki czegokolwiek. Jakiekolwiek zmiany w rutynie budzą strach. Już myślałam, że mi lepiej, ale dziś musiałam umówić się z weterynarzem na szczepienie Hrabini i od rana stres level hard, że nie wspomnę że już się martwię bo w sobotę jadę.
            A z ciekawości zrobiłam w necie test na spektrum autyzmu i wyszło mi wysoko, zajefajnie kurde.
            Na szczęście migrena trochę mi odpuściła, chyba z pół roku nie było, tfu tfu
            I tym optymistycznym akcentem przesyłam moc buzioli i życzeń dóbr wszelakich

          • kanionek

            No patrz, człowiek sobie siedzi, liczy kafelki, i myśli, że jest taki wyjątkowy, a tu o – zaraz się okaże, że wszyscy liczą, tylko nikt nie mówi! Poziom stresu faktycznie rośnie, zamiast maleć, co jest idiotyczne, bo człowiek im starszy, tym bardziej powinien być odporny. Szkoda słów. Kto nie doświadczył, ten i tak nie zrozumie, jak bardzo drenuje to z sił i chęci do życia.
            Ty masz suszę??? To tak jak my przez ostatnie trzy lata, a teraz odwrotnie – pada co chwilę + piekarnik z nieba.
            Cukinie SPECJALNIE wsadziłam w miejscu częściowo zacienionym przez stuletnią jabłoń i świerki, do tego wsadziłam sadzonki w gnijącą masę ściółki z koziarni (w ub. roku nawaliłam tam warstwę pół metra, żeby zamordować pieprzony podagrycznik, bo w tamtym miejscu już nie miałamm czasu przesiewać ziemi i szukać kłączy), no i myślałam sobie, że jak ta cukinia to w ogóle przeżyje, to może wystartuje w lipcu, to akurat będę miała owoce w sierpniu i wrześniu na leczo, bo już papryka będzie. A tu taki wuj. Głupie cukinie urosną nawet na betonie posypanym boraksem. Znowu przegapiłam niektóre owoce i maczugi mają po parę kilo.

            O autyzm to mnie podejrzewali jeszcze w przedszkolu, badali, badali, i wyszło im jedynie, że jestem dziwna.
            Buziaki :)

          • kanionek

            A właśnie – wyprodukowałam se te bakłażany, a teraz nie wiem nawet, kiedy je zrywać. Wiem tylko, że nie za późno, bo będą gąbczaste, ale pojęcia nie mam jakiej wielkości mają być owoce tej odmiany (Black Beauty chyba). Nie miała baba kłopotu, posiała se oberżynę. A ogórów gruntowych też mam dzisiaj cztery – przegapione i wielkości beczkowozu. Szklarniowych kolejne wiadro, i akurat jak na złość całkiem mi się rozleciał żołądek i w ogóle nic nie jem.
            Za to arbuzik żre za trzech i dziś już waży 3,7 kg!

  • Aliwar

    Kanionku ale u ciebie wszystko ładnie wyplewione i rośnie równiutko . Toż to wszyscy by chcieli mieć takie arbuzy …. A wogole zamiast zbierać ślimaki to oglądam Kanionka i z moich upraw może już niewiele zostało 😛
    A kóz ile już macie bo to doliczyć się nie idzie 😄

    • kanionek

      Wyplewione Mamą!
      A równiutko? Bo ja wiem? Ja mam oko krzywe, sznurków mi się nigdy nie chce używać, i czasem te moje rządki zbaczają z kursu.
      Wszystkich WSZYSTKICH, licząc z ojcami i dzieciami, to jest teraz 69, ale za kilka dni mają ludzie przyjechać po 12 tegorocznych koźląt (już się denerwuję, czy to aby nie debile jacyś), i już będzie mniej.
      W tym roku na wiosnę śmy się narobili jak konie, modernizując podziały na pastwiska i wybiegi, i teraz Ojcowie mają całkiem osobną kwaterę, spory wybieg zielony, swój własny paśnik na siano i kostkę solną, no i dach nad głową, bo im małżonek wynajął kawałek drewutni. A my święty spokój. Bo dojście na Dużą Łąkę dla dziewczyn też już nie krzyżuje się z samczym wybiegiem, i nikogo nie trzeba nigdzie zamykać, żeby kogoś innego gdzieś wypuścić.

      PS. No i tak, ja mam dwa arbuzy (JESZCZE mam), ale to nie ja miałam sałatę w styczniu i ogórki w kwietniu! Ty jesteś ogrodnik całoroczny :)

      • Aliwar

        O przepraszam ogórki nie w kwietniu tylko koło połowy maja 😄 i to z uprawy parapetowo- szklarniowej męczyły się ogorki i ja jak na nie patrzyłam ….. a i tak za rok będę próbować siać znowu ogorki w marcu 😉 tylko teraz wymyśliłam czym będę je karmić na tym parapecie bo w tym roku to kombinowałam a one i tak głodne były . A sałatę zimujaca wszystkim polecam szczególnie posiadaczom wszelakich szklarni . Propo sałaty to polecam tez siac właśnie teraz na zbiór jesienny jakie tam komu nasionka z wiosny zostały. Zbiór wrzesień i dalej aż do mrozów i w kwiat nie idzie bo ma już krótki dzień i chłodniej.

        • kanionek

          W tym roku w połowie maja był akurat kwiecień, więc wszystko się zgadza.
          Jeżu złoty w gnojówce skąpany, ja bym miała czym nakarmić Twoje ogórki i w ogóle ogórki w całej Polsce, tylko jak to zrobić? Mam kilka ton przekompostowanego obornika, wygląda już jak brunatna próchnica, jest przepuszczalny dla wody i powietrza, i nikt z tego nie ma pożytku (nawet ja, bo nie mam już sił targać wiader zza koziarni do ogrodu, a taczki tym bardziej). Brunatne złoto u podnóży Gównianej Góry – moja niedochodowa kopalnia :D

          • Aliwar

            Oj takie złoto to nawet dziś chętnie …. Tylko te kilkaset kilometrów 😢 i co poradzisz ?? Nic nie poradzisz …. takie życie, ale będę pamiętać o propozycji i jakby trafi mi się darmowy transport to wpadnę po odbiór w środku zimy i odkopię spod śniegu 😉

          • mp

            Kanionku, a dajże jesienią ogłoszenie na jakiejś grupie lokalnej , że sprzedasz swoje brunatne złoto spod GG (Gównianej Góry ) , z odbiorem własnym- na pewno się znajdą chętni. Szkoda, że nie macie jakiegoś transportu , bo u mnie np. hodowcy sprzedawali nawóz dostarczany na działki ogrodnicze podmiejskie.
            I nie ma śmiacia, ja w tym roku kupiłam 20 kg worek granulowanego obornika przez allegro, z dostawą do domu…

          • kanionek

            Nie no, granulowany normalna sprawa, ludzie kupują przez internet. Z odbiorem u mnie jest taki problem, że gdyby ktoś chciał więcej niż wiadro, to musiałby sobie ciągnikiem przyjechać i koparkę do ładowania zamówić. Trzeba by czasowo zdemontować dwa odcinki pastucha, żeby był dojazd na tyły obory. Ja rozpuściłam wieści wśród lokalnych rolników, ale chyba łatwiej wychodzi kupić jakieś NPK w proszku, które przyjedzie firmowym transportem i samo się wysypie na pole, niż się w lesie w trudnych warunkach z tym piehdolić.

            No, gdybym miała ciężaróweczkę niewielką i zajechała z tym towarem pod jakieś RODOS, to pewnie bym zbiła fortunę. Aha, i koparko-ładowarkę też bym musiała mieć :D

          • mp

            Worek foliowy budowlany 100 litrowy to 2 zł , tylko na tę ładowarkę nie mam pomysłu. Pan Dżery nie chciałby sobie dorobić ? Na spakowany ekologiczny nawóz pewnie byliby chętni działkowcy .

          • grazalpl

            I to jest twoja ziemia na podniesione grzadki :D
            Jedna rocznie sobie buduj, na pohybel myszom!!!

          • kanionek

            Sprawdziłam sobie dziś ceny siatek ocynkowanych z takim oczkiem, żeby się Szuja nie przecisnęła, i… Kolejna inwestycja + kupa roboty, a potem przyleci stonka i mszyca… A może by tak yebnąć to wszystko i wyjechać na Marsa? Albo tak: pół ogrodu cebuli, drugie pół czosnku, i po sprawie. Nawet jak coś zryje, to sporo zostanie.

  • Olika

    Ja tez zaczęłam huż coroczną przygode z jusznicą zakonczoną tyn razem u rodzinnego a nie na NOLu gdzie reanimuja moje 10-15 cm odczyny po ugryzieniu tej… bladzi

    • Olika

      A wierszyk o bocianie znam w takiej wersji:
      Bylo to tak
      Bociana dziobał szpak
      A potem była zmiana
      i szpak dziobał bociana
      A potem byly 2 zmiany
      I kto był przez kogo dziobany?

      A moja babcia O. mowiła-smutek dzielony z drugim czlowiekiem to tylko 1/2 smutku a radośc dzielona z drugim czlowiekiem to zawsze 2 radości
      A babcia J. zawsze pachniała jedzeniem i można się było w nią wtulić, taki typ serdaczkowy, ze spódnicą i fartuchem pasiastym z wielką kieszenią

      • kanionek

        Czyli Babcia mnie zrobiła w bambuko…
        Wierszyk w Twojej wersji ma więcej sensu, a zakończenie przynajmniej sugeruje rozwiązanie zagadki.
        Współczuję odczynów, ja takich nie mam, ale boli i tak przez tydzień, że nie wspomnę jak obficie karmi moją nerwicę. Te bladzie, jak je nazwałaś, atakują grupowo – gdy człowiek próbuje ubić jedną, to trzy inne już go dziabią w tyłek. I w ogóle nazwa JUSZNICA moim zdaniem nie wzięła się stąd, że te muchy robią się agresywne na deszcz, tylko tak potrafią człowieka rozjuszyć, że leje się deszcz tak paskudnych inwektyw, że człowiek z miejsca trafia do piekła (pogryziony, wkurwiony, zapłakany, ale w sumie szczęśliwy, bo w piekle much nie ma!).

        • mp

          W mojej wersji wierszyk kończył się tak :
          “Potem były jeszcze dwie zmiany,
          Ile razy szpak był dziobany ?”
          Też podstępne zakończenie :)
          Nazwa “jusznica” kojarzyła mi się zawsze z upuszczaną czy wysysaną przez muszydło juchą, czyli krwią.
          Myślisz, że w piekle much nie ma ? A może właśnie pełne jest jusznic , grubaśnych pająków i oślizgłych ślimorów ? Brrr…

  • mp

    Kanionku, wielkie dzięki za prawdziwy wpis z bogato ilustrowaną historią upraw :) Co do podgryzacza- ani chybi trza koty uwiązać na sznurkach i niech pełnią warty . Nie zgadzam się zupełnie z Twoją opinią na własny temat – nie brakuje Ci ani inteligencji, ani zdolności, ani pięknego głosu. No, może w rozgryzaniu babcinej wierszowanej zagadki faktycznie nie poszło Ci najlepiej :) Powiem Ci na ucho, że ja nadal mam w małych doniczkach 8 sadzonek pomidorów, których nie mam gdzie posadzić, a wyrzucić nie mam sumienia . Jak pojadę na urlop, to młodzież na pewno je zasuszy, więc problem sam się rozwiąże. Cukinsonem mnie lekko przeraziłaś, jak to trujący ? Na własnym podwórku uhodowany, z matki i ojca jak najbardziej jadalnych ??? Dobra, koniec gadania, idę na maila, sery się same nie zamówią :)

    • kanionek

      Matka i ojciec jadalne, ale to są wszystko odmiany otrzymane wskutek odpowiedniego krzyżowania, a krzyżowanie wsteczne (chyba tak to się nazywa) czasem prowadzi do otrzymania owoców z nadmiarem związków zwanych kukurbitacynami (nadają właśnie ten gorzki smak). Nie martw się, takie trujące cukinie to pewnie raz na milion wyjdą, ale ponieważ życie też można stracić tylko jeden raz, to lepiej wiedzieć, że gorzkiego nie jemy.

  • Agniecha

    Zastanowiwszy się długo, dochodzę do wniosku, że wierszyk jest głębokim i zawsze aktualnym komentarzem do polskiej polityki.

    • kanionek

      A było to tak:
      najpierw bociana okradał szpak
      A później była (dobra) zmiana
      i szpak okradał bociana

      I choćby nie wiem ile zmian było
      bocian zawsze schudnie
      a szpakowi będzie się tyło.

      • Bo

        A choćby i sto tych zmian było
        Przy korycie się będzie tyło
        I bocian się upasie
        I szpakowi uda się
        A zwykły poczciwy człek
        Oberwie dziobem w łeb.

        • kanionek

          :D
          Nie wyszło nam z bezludną wyspą, własnym państwem z flagą i hymnem narodowym, to może chociaż partię polityczną założymy? Kozia Racja Stanu – by wszystkim było w kopytko!
          (I w korytko, rzecz jasna, a zwłaszcza nam, Kozom Przewodniczącym).

  • jagoda

    Cudnie się czyta i ogląda i podziwia.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *