Taborety na orbity, czyli karuzela z ogórkami

Gdzieś pośrodku lasu
w bardzo starej chacie
mieszkał se Kanionek
co jeździł na szmacie.

(Gdy mył podłogę, a nie że tak rozrywkowo sobie jeździł).

 

A pamiętacie, jak zepsuła nam się pralka? No, to ona się oczywiście tak całkiem nie zmarnowała, bo częścią podzespołów bardzo długo bawiło się Żółte (pieski są specjalistami w zakresie rozbiórek), a częścią bawił się Małżonek, i tak na przykład z silnika tej pralki i starego taboretu, który podwędził mi z kuchni, skonstruował taką oto ostrzałkę do noży, nożyczek, kosy, scyzoryków, i czego tylko chcecie:

I jeszcze mówi, że musi ją wyregulować, bo gdyby tę ostrzałkę puścić na żywioł, czyli maksymalne obroty silnika, to ona by razem z tym taboretem poleciała na orbitę, albo i dalej (wyobrażacie sobie? Pierwsza w historii ludzkości kolizja Tesli z taboretem kuchennym, w przestrzeni kosmicznej, a przecież my nawet OC nie mamy wykupionego na ten taboret). No więc Małżonek jeździ na taborecie z napędem pralkowym, a Kanionek na szmacie, i nie ma w tym nic dziwnego – w końcu jaki Kolumb, takie podróże.

Aha, i jak Małżonek naostrzył Kanionkowi akcesoria do obróbki kozich kopytek, ORAZ nożyczki, których Kanionek używa w ogrodzie, a Kanionek sobie wsadził te nożyczki do pudełka z rękawiczkami ogrodowymi i zostawił je w pozycji otwartej i całkiem o nich zapomniał, a potem sięgnął dłonią do pudełka, żeby wydobyć rękawiczki, to o – już skafander rozszczelniony:

Tak więc OSZCZAŁKA działa i wszystko w domu mamy ostre, prócz intelektu Kanionka. Ale z rozciętego palca wynikł taki plus dodatni, że przy okazji znalazł się sekator, którego szukałam od miesiąca.

O, a na tym rysunku poglądowym tłumaczyłam Małżonkowi mój autorski projekt pastucha elektrycznego na ślimaki, a Małżonek mi tłumaczył, dlaczego to nie będzie działać, i wtedy, po raz pierwszy w życiu, żałowałam, że ślimaki nie mają kopytek:

M.: Bo jak zwierzątko stoi kopytkami na ziemi, tak, to noskiem dotyka drucika, tak? No i obwód się zamyka, tak? A czy ślimaki mają kopytka?
K.: Nosz kurde, nie mają…

No więc mój projekt BYŁ do dupy, ale już uzgodniliśmy z Małżonkiem, że – wprowadzając drobną poprawkę – to się da zrobić, nie ingerując w genom ślimaka, i w swojej durnej głowie Kanionek już snuje wielkie plany i mówi biegusom, że oto dostają dożywotnie wakacje, your service is no longer required, i takie tam, ale to się jeszcze zobaczy (pastuch na ślimaki może się okazać bardziej pracochłonny, niż ten na kozy).

A ponieważ mój błędnik nadal szaleje, raz ostrzej, raz słabiej, i chwilami mam ochotę go sobie łopatką ogrodową wydłubać i utopić w wiaderku, to jeszcze opowiem Wam historyjkę z dzieciństwa, żebyście wiedzieli, że ja z błędnikami to już od dawna mam nie po drodze. A było to tak…

Pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy Kanionek był cherlawym i z lekka autystycznym dzieckiem, co to nie chciało od życia nic więcej, jak ciemnej kryjówki pod stołem i świętego spokoju, do Gdańska przyjechało Wesołe Miasteczko. I rozbiło namioty na tyle blisko naszego osiedla, że nie sposób się było o nim nie dowiedzieć, a stało się to na nieszczęście moje oraz ojca mojego, który był wtedy już starym, z lekka autystycznym suchoklatesem z trwałą blokadą społeczną, i który nie pragnął w życiu nic więcej, jak tylko czytać gazetę w świętym spokoju, popijając herbatą z esencji, posłodzoną pięcioma łyżeczkami cukru.

I nie wiem, naprawdę nie wiem jakim cudem i za jakie fanty zwrotne mojej Mamie udało się przekonać mojego aspołecznego ojca, który nie lubił wychodzić nawet do skrzynki na listy, żeby mnie w dzień piękny lipcowy zabrał do tego Miasteczka, aleśmy poszli.

W Wesołym Miasteczku było tak obrzydliwie wesoło, że oboje z ojcem od razu dostaliśmy gęsiej skórki i alergicznej wysypki. Śmiech i gwar, łoskot przeróżnych machin diabelskich zwanych karuzelą, strzelnica z pluszakami, które wyglądały jak używane dary z Niemiec po niedbałej dezynfekcji (czyli praniu w pralce Predom Polar ze skąpym dodatkiem proszku ixi), swąd przypalonej waty cukrowej, cholerne słońce, bachory jakieś, no ogólnie radość, krotochwila, i inne paskudztwa.

Jeśli chodzi o karuzele, to tego oczywiście było najwięcej – diabelski młyn (straszliwa przeokropność), samochodziki na wysięgnikach, obracające się i falujące góra-dół (słabo mi, gdy o tym piszę), krzesełka i foteliki, zwierzątka i Myszki Miki, a wszystko to kręciło się w kółko jak szerszeń z autyzmem, robiąc kupę zbędnego hałasu. No kompletnie nie byłam zachwycona, dopóki…

W kakofonii dźwięków i feerii barw mój wzrok wychwycił niewielką karuzelę, bardzo przyziemną, że się tak wyrażę, stojącą w niemym bezruchu, przez nikogo niepożądaną, co wydało mi się nad wyraz dziwne, a wręcz niedorzeczne, bo przecież to była karuzela z konikami! Z małymi konikami zastygłymi w biegu, konikami, które miały wszystko, co koniki mieć powinny – kopytka, grzywy, wdzięcznie wygięte szyje, a nawet końskie ogony. Serce me było rozdarte. Bo z jednej strony – to tylko karuzela, brzydka i zła, jak wszystkie inne, no ale z drugiej – z konikami! A słabość do koni miałam chyba wrodzoną, i do tej pory jak cierń w sercu tkwi w mej głowie wspomnienie, jak to dzieci sąsiadów miały konika na biegunach, który był brązowy, a ja nie miałam, a co gorsza – nie mogłam pobujać się na koniku sąsiadów, bo już zbyt wielka była ze mnie klempa* na tę zabawkę. No mniejsza z tym.

Usadził mnie więc ojciec na tym – jak się okazało twardym i niewygodnym – koniu odlanym z bliżej nieokreślonej masy tworzywa sztucznego, menedżer karuzeli wcisnął przycisk, i ruszyła machina, jak żółw ociężale, wydawszy z siebie przeciągły jęk wysiłku, by osiągnąć zawrotne tempo osoby idącej pieszo, z workiem ziemniaków na plecach, w dodatku o lasce, po ciemku przez gęsty las (nie mówiłam chyba jeszcze – najwolniejsza w Miasteczku karuzela to była, dla dzieci bardzo małych lub upośledzonych, i byłam jej jedynym pasażerem).

Menedżer karuzeli wiedząc, że ma te 5 minut wolnego, ulotnił się cichcem na tyły swojego baraku, zapewne po to, by strzelić sobie po kablach milusią daweczkę zdrowego, polskiego kompotu (przysięgam, że cała obsługa tego Wesołego Miasteczka wyglądała jak zbieranina uciekinierów z Alcatraz – wszyscy chudzi, żylaści, wydziarani wyblakłym już, a niegdyś czarnym tuszem, spaleni jak razowce i wysuszeni jak rodzynki. I wszyscy mieli taki wyraz twarzy, jakby pracowali tam za karę, i do tego za darmo), a stary najwyraźniej uznał, że nie będzie stał jak ten durny kołek i gapił się na wątły owoc swoich lędźwi kręcący się w kółko na kiczowatym, plastikowym koniu, więc poszedł sobie gdzieś zajarać, i – jak przypuszczam – pozastanawiać się, na co mu to wszystko w ogóle było.

Tymczasem ja, Mała Anemia z wielką głową, już pod koniec pierwszego okrążenia zrozumiałam, że jazda wierzchem po rondzie to jednak nie jest mój ulubiony kawałek torcika, a w połowie okrążenia drugiego w tej mojej wielkiej głowie z oczami jak spodki zaczęło się robić całkiem jak w komunikacji miejskiej w Białymstoku – “bardzo, bardzo słabo, bardzo źle”. Wrodzona jednak nieśmiałość i wyuczona grzeczność, tudzież pamięć o tym, że sama się o to prosiłam, kazały mi dzielnie milczeć, i – zacisnąwszy zęby – czekać na koniec tej hipo-torsjo-terapii wstrząsowej, który to koniec powinien rychło nastąpić, wszak bilecik mój opiewał na marne 5 minut.

Minęły jakieś trzy stulecia…

Spocona i sztywna nakurwiam trzecie okrążenie na tym wynalazku Szatana, ściskając kurczowo plastikową grzywę mojego rumaka i nerwowo przełykając słone od łez smarki i mdłe jelita, które jakimś cudem co chwilę podchodzą mi do gardła. Słoneczko świeci obojętne na mą krzywdę, dokoła zgiełk i radosny gwar, tuż obok przechodzą jakieś zadowolone z siebie bachory, oblepione kurzem i watą cukrową, i żodyn, ŻODYN nie dostrzega mojej nędzy, ni pistacjowej bladości mojego oblicza, i nie rozumie, że księżniczka Anna zaraz spadnie z konia, i że Annuszka już rozlała olej, i za chwilę stanie się nieuniknione, czyli zarzygam helupiarzowi całą karuzelę.

Coś we mnie pękło w trakcie czwartego obiegu mojej wielkiej głowy wokół obdrapanego słupa stanowiącego rdzeń i trzon karuzeli, i postanowiłam chrzanić wrodzoną nieśmiałość, tudzież wyuczoną grzeczność, i wołać o pomoc. Tylko jak? JAK!? Jak się woła o pomoc w takiej sytuacji? Zresztą – nigdy wcześniej nie wołałam o pomoc w żadnej sytuacji, więc moje doświadczenia osobiste w tym zakresie nie istniały, filmów dla dorosłych jeszcze wtedy nie oglądałam, a z Misia Uszatka pamiętałam tylko tyle, że w chwilach kryzysowych Zajączek łapał się za głowę energicznie nią kręcąc, co w moim położeniu, tak czułam, mogło nie tylko nie być pomocne, ale wręcz pogorszyć mój i tak pożałowania godny stan. Zdałam się więc na naturalny instynkt, którego wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że nie posiadam, i zaczęłam buczeć niczym syrena okrętowa, czyli Państwo rozumieją – takie niskotonowe “buuuu” to było, co – jak się można domyślić – nie przyniosło pożądanych rezultatów.

W akcie desperacji oraz wskutek amoku i narastającej histerii, od niskiego “buuuu” przeszłam do przeraźliwie wysokiego “aaaaaa”, i właśnie ta spanikowana samogłoska, ulatująca dźwięcznie w przestworza, dotarła do baraku kompociarza, najpewniej strącając go brutalnie z ostatniego stopnia schodów do nieba, bo przyleciał cosik wkurwiony i jął się rozglądać za moim ojcem, który gdzieś tam za winklem dopalał właśnie Klubowego z filtrem. I zaraz też przyleciał wkurwiony.

No więc stary wkurwiony, bo obciach przy ludziach, menedżer karuzeli wkurwiony, bo musiał szukać jakiegoś hamulca awaryjnego (ja się nie znam na karuzelach, ale to było pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy wszystko było ciężkie i skomplikowane, a sama karuzela pochodziła jeszcze chyba z czasów Rewolucji Przemysłowej, gdy wszystko było ciężkie, skomplikowane, i rzadko kiedy w ogóle działało; niewykluczone, że była to karuzela parowa zasilana węglem i malowana farbą ołowiową z dodatkiem cyjanku i abortowanych płodów, bo kiedyś ludziom byle co tak szybko nie szkodziło, ale pamięć może mnie mylić), a ja co prawda upokorzona i na granicy omdlenia, ale szczęśliwa, że ten koszmar się wreszcie skończył.

I tak to właśnie od tamtej pory na żadną karuzelę nawet spod przymkniętych powiek nie spojrzę, a gdy pokazują jakąś na filmie, to spluwam przez lewe ramię i przewijam film do przodu.

Za to na MOICH filmach żadnych świństw Państwo nie zobaczą, tylko kochane zwierzątka i – ewentualnie – pyszny czosnek, więc serdecznie zapraszam do zapoznania się z moim najnowszym materiałem, który jest tylko odrobinę przeterminowany. Smacznego!

*Klempa – tak pisał Gombrowicz, i ja tak piszę, bo czym skorupka na młodym łosiu nasiąknie, tym na starej klempie trąci

A skoro już o ogrodzie mowa, to owszem, z takiego ziemniaczka, zostawionego w ziemi na zimę:

Wychodzi 2 kg ziemniaków na przełomie czerwca i lipca:

Takie też wychodzą, np. niespodziewanie pośród truskawek:

 

No i co – mam Wam znowu pisać tasiemca o tym, jak to musiałam zebrać cebulę już na początku lipca, bo ocipiała i zaczęła wybijać w kwiaty, albo o tym, jak to szatkowałam ogórki szklarniowe na mizerię do słoików, albo o marchewce…

A nie, o marchewce to Wam akurat krótko napiszę, bo to marchewka Małego Żonka, który na wieść o tym, że mi marchewka się jakoś nie udaje, powziął sobie za punkt honoru marchewkę posiać, oplewić, podlewać (nie chciał ściółki! Zwyrodnialec) i… Udało mu się. Dostał ode mnie parę metrów kwadratowych ogródka i jak jaszczomp fermy chomików pilnował, i doglądał, i przerywał, sprawdzał kierunek wiatru, głową nad zagonami kiwał, i tak oto w tym roku mamy ze 20 kg marchwi, której część już pomroziłam w kostkach, plastrach i słupkach, a część jeszcze czeka na wpakowanie do słoików. No to pod spodem zdjęcia marchewki i wszystkiego tego, o czym już mi się nie chce pisać.

Małe główki czosnku do zjedzenia:

 

Największe główki czosnku do wysiania jesienią – tak to się właśnie robi, że na siew/sadzenie przeznaczamy największe i najzdrowsze okazy, a ziemniaka nie kroimy na części, tylko wsadzamy do ziemi dużego i pięknego, żeby nowa roślina miała dobry w życie start. OK, OK, już kończę.

Szałwia oczywiście trafiła do sera Derby:

 

A tu pierwsze wisienki z drzewka sadzonego tymi ręcami półtora roku temu! Drzewko sięga mi do ramion, wisienek było kilkanaście, za to duże i słodkie. Opryskiwałam tę wiśnię wywarem z peta (elektronicznego) jak szalona, i udało mi się ją ocalić od zagłady.

I jeszcze aktualizacja sytuacji szklarniowej:

 

A dla zatwardziałych członków frakcji pro-kolendra, szafujących hasłami typu: “Kolendra* Leaves Matter!” i “Jebać kulki, tylko nać!”, mam taką historyjkę:

Któregoś pięknego, czerwcowego wieczora, przycupnęłam ostrożnie wśród groszkowych krzewów, by pierwsze pozbierać z nich strączki. Zbieram sobie, zbieram, zrywam ten zielony groszek myśląc o niebieskich migdałach, aż tu nagle jak nie wtenczas! Południowa, ciepła bryza, w pysk mi daje jakimś smrodem, do niczego niepodobnym, ale tak zniewalającym, że mnie mało z nóg nie zwali. Dobrze, że ja w kucki siedzę. Otrząsnąwszy się z przykrego doznania, zbieram dalej sobie groszek, aż tu znów, i jeszcze raz! No odór taki, że na sercu słabo. I myślę sobie, że skoro od południa wali, to pewnie ta babcia zza rzeki, ta wiecie, od starego transformatora, przez pomyłkę lub z demencji kotem w piecu napaliła, bo inaczej tego wyjaśnić się nie da. Dobre dziesięć minut już wdycham ten zapach gulaszu z kota i sierści z grilla, i tak sobie myślę, że to przecież niemożliwe, bo żeby tak długo cuchnęło, to babcia musiałaby tygrysem napalić, a nie zwykłym dachowcem, więc w końcu wyskakuję z tych groszków i bacznie rozglądam się wokół, no i pewnie, no i jasne, oczywiście jak najbardziej – obsypana białem kwieciem kolendra stoi sobie cała zadowolona jakieś dwa metry ode mnie i śmierdzi jak opłacona z góry, a południowy wiaterek całą tę słodycz w moją stronę nagania. No nie do wytrzymania! Po kolejnych dziesięciu minutach nie byłam już nawet pewna, czy mdłości mam gorsze od zawrotów głowy, czy tego zapachu, ale nie po to człowiek ma rozum, żeby przegrać z jakimś badylem – naciągnęłam na krzaczek stary worek po owsie, i dokończyłam swe zbiory. True story.

*tak, wiem, że po angielsku kolendra to coriander (zarówno liście, jak nasiona – od nazwy łacińskiej Coriandrum sativum, lub cilantro (tylko nać; zapowzięte z hiszpańskiego).

Nie no, jeszcze o dyniach musicie obejrzeć, koniecznie!


O, takie były za młodu:

No i na koniec – nie, nie zapomniałam o Was – coś dla fanów odchudzania. W lipcu i sierpniu kocham to, że obiad można zrobić niemal wyłącznie z tego, co się samemu wyhodowało (za wyjątkiem mięsa, ale to u nas, a ludzie normalni to i mięso mają własne), i talerz jakoś od razu weselej wygląda:

(Taaak, tak, frytki ze sklepu. Czasem nie chce mi się gotować ziemniaków, a z frytkami jest dużo szybciej).

Zebrałam trochę kapusty stożkowej, bo parę sztuk oparło się nalotom szkodników, i taką surówkę w stylu coleslaw z młodej, kruchej kapusty, to ja mogłabym jeść nawet zamiast obiadu:

No i pizza.

Z cebulą z ogródka, groszkiem, kukurydzą, bazylią i pomidorem, no i serem typu feta własnej produkcji. Przed wrzuceniem do piekarnika skropiona łyżką oliwy, tak wygląda po upieczeniu:

Wystarczy odrobina koziej fety, by danie stało się dietetyczne! Jest to co prawda dieta zwana: “Jedz i bądź przy tym szczęśliwy”, ale dieta to dieta, jak zwał, tak zwał, i po co drążyć temat?

Aha, a pamiętacie, jak Kanionek szukał przepisu na bułkę doskonałą? Na to pszenne wspomnienie Peerelu, którego próżno już szukać w dzisiejszych piekarniach? I jak myślał, że takich bułek już się nie da zrobić, bo pewnie mąka dziś inna, i drożdże jakieś podrasowane, a w ogóle to wszystko to pewnie była zwykła sztuczka umysłu tęskniącego za beztroskimi latami dzieciństwa, a tak naprawdę te bułki to nawet wtedy były całkiem zwyczajne? Otóż nie. Nie były, i owszem, da się takie upiec we własnym domu. Tyle, że wpadłam na to przypadkiem i niechcący, robiąc wszystko na odwal i na oko, więc nie wiem, czy uda mi się powtórzyć sukces z tego dnia, gdy została mi odrobina ciasta na pizzę i postanowiłam upiec z niego jedną bułkę… Jedną doskonałą, niezajeżdżającą drożdżami bułkę, o ciemniejszym od mąki kolorze i idealnej gęstości miąższu.

A zrobiłam tę bułkę z ciasta na pizzę, ale nie takiego zwykłego, tylko fermentowanego w lodówce przez jakieś 10 dni. Zazwyczaj unikam trzymania w lodówce pracującego ciasta dłużej niż tydzień, ale tym razem po prostu nie miałam czasu wcześniej się za nie wziąć. Po tych około dziesięciu dniach ciasto było już całkiem klapnięte i wydzielało przepiękną woń owocowego wina, więc uznałam, że w tym stanie do pizzy się nie nadaje, bo byśmy się w bombkę nafazowali i kto by wieczorem kozy pozamykał, a że innego ciasta nie miałam, to do tego winnego dodałam jeszcze z pół kilo mąki, trochę soli, trochę wody, i zagniotłam. No i właśnie – nie dość, że było to najsmaczniejsze ciasto do pizzy, jakie kiedykolwiek udało mi się zrobić, to jeszcze bułka z niego wyszła jak z tych sennych marzeń! Czego nie cierpię, to posmaku i zapachu drożdży w cieście do pizzy, że o pieczywie nie wspomnę, i właśnie tego zapachu surowych drożdży pozbywamy się fermentując ciasto w lodówce przez minimum trzy dni, a najlepiej pięć do siedmiu. I może w tym cały sekret? Może te dawne bułki z moich wspomnień nie były robione ot tak, na drożdżach, tylko na zaczynie, który najpierw swoje odstał i przepracował? No w każdym razie polecam Wam eksperymenty. Dzisiaj też spróbowałam:

Pachną zniewalająco. A najlepsze, że wcale nie trzeba znać tajnych technik formowania, w ogóle zero wysiłku, bo to ciasto ma doskonałą lepkość i elastyczność i samo się kupy trzyma. Wystarczy ulepić coś na kształt bułki, jaką chcemy otrzymać, odstawić na jakieś 15 minut, bez przykrywania wilgotną lnianą chustą tybetańskiego mnicha, bez spiny i odznaki szefa kuchni, a przed włożeniem do piekarnika naciąć po wierzchu i posypać jeszcze mąką dla ładnego efektu. I to mówię Wam ja, totalny debil w świecie piekarniczym. Nawet czasu pieczenia Wam nie podam – wyciągnęłam, gdy wydawały mi się gotowe. (Do wielu rzeczy mam w tym roku takie, hmm, artystyczne podejście).

(Mąka użyta w tym odcinku to “mąka babuni typ 650” z Biedronki, ale nie jest to lokowanie produktu, tylko kolejny dowód na to, że mąka do dobrej bułki nie musi pochodzić z eko sklepu prowadzonego przez guru permakultury, nie musi być zrobiona z ręcznie zbieranych kłosów młóconych przez leśne rusałki, ani nic w tym stylu. Sekret tkwi całkiem gdzie indziej, i wydaje mi się, że ja właśnie odkryłam jego współrzędne).

PS. Podobno już biorą dzieci do szkół, więc mam dla Was taką propozycję: zamawiajcie sery od kóz szczęśliwych, dzieci wyślijcie do szkoły (najlepiej z internatem), i podczas gdy one tam, biedactwa, uczyć się będą jakichś bzdetów, że Łęcka to szmata, a w 1968 Wenezuela miała najwyższe zbiory fasoli, to Wy sobie – cyk! Grzanka z serem, lampka wina, Netflix & Chill (choć ta fraza podobno oznacza coś zupełnie innego, niż można sobie pomyśleć, ale w sumie – kto Wam zabroni? Tylko trzeba uważać, żeby się człowiek zaraz znów za żłobkami nie musiał rozglądać. Żłobków nie robią z internatem!).

Ten ser na zdjęciu to Provola, ser włoski z rodzaju pasta filata, ale on jeszcze NIE JEST gotowy i nie można go na razie zamówić. Tak tylko pokazuję, żeby podrażnić Wasze kubki smakowe. Z serów włoskich zrobiłam też Canestrato, który już poznaliście w tamtym roku, oraz Romano, ser z rodziny pecorino – tak mnie jakoś, mamma mia, na te włoskie teraz wzięło. Ale one będą dostępne późną jesienią i zimą, a teraz można zamawiać sery młode, twarożek, szewrolady, fromage, no i wędzone.

A taką ćmę znalazłam raz na ścianie w koziarni. W kolorze majteczkowym, lub – jak kto woli – miętowym. I jeszcze Wam powiem, że życia nie zna ten, kto nie robił rozsady dziesięciomilimetrowych siewek majeranku:

I kto później zwlekał i zwlekał z wysadzeniem ich do ogrodu, aż w końcu wysadził, takie już ledwo żywe, i one mu wtedy powiedziały: “Bujaj się, Kanionek”. No i majeranek w tym roku muszę kupić w sklepie.

A że filmy były nieco przestarzałe, to na koniec końców powiem, że krajobraz w ogrodzie już wygląda inaczej – dynie i arbuzy zajęły prawie całą dostępną powierzchnię, słoneczniki porosły na 3 metry, a aksamitki kwitną tak obficie, że zapach czuć z daleka. No i szlag, jeszcze nie zebrałam selera naciowego! I drugiej partii buraków. A trzecia już ją goni. Bo naprawdę myślałam, że przez tę mszycę nic w tym roku nie będzie, i tak dosiewałam, na wszelki wypadek, i teraz zostanę zagłębiem buraka. Dobranoc Państwu.

PffffffS. Dobra, jeszcze chorerne kurczaki, ale teraz to już naprawdę koniec:

74 komentarze

  • Aliwar

    Pierwsza😀 ale przyszalałaś, nie mam teraz czasu a ty tyle do oglądania ….

    • kanionek

      Wieczorem sobie obejrzysz :)
      Te sałaty z Twoich nasionek to co jedna, to lepsza i ładniejsza :) Może dzisiaj zdążę ostatnią rozsadę do ogrodu przenieść, razem z pak choi. Tym razem wysiałam jakąś taką zieloną w bordowe smugi :)

      • Aliwar

        No wiesz jak się dzielę to od serca😀 cieszę się że Ci się udały. Mi w tym roku ślimory prawie wszystko zjadły a nasadzilam jak głupia . U nas znowu leje aż się boje iść zobaczyć czy coś zostawiły z kolejnej partii 😤

        • kanionek

          No nie ma sprawiedliwości na tym świecie – u nas trochę popadało w ciągu ostatnich kilku dni, ale to kropla w morzu potrzeb. Ziemia wszędzie przesuszona (borówki w ogrodzie, ściółkowane, żyją sobie w dobrobycie, ale te poza ogrodem, to już ledwo zipią. Owocki wyprodukowały wielkości porzeczek. Staw zamienia się w kałużę. Ale ślimaki jakoś sobie radzą! Też mam trochę, w sumie to niewiele, w porównaniu do czasów bezkaczkowych, a te co w ogrodzie, to na bank przytargałam ze “zrębkami”, gdzie musiały się pomelinować, bo to mokre wszystko było, no i zdążyły się pewnie wielokrotnie rozmnożyć. Ale na jesieni znów puszczę biegusy na ogród i będzie wielka zagłada ślimorów.

          • Ange76

            No doprawdy, nie myślałam o hodowli drobiu, ale po tegorocznym sezonie, chyba jednak przytulę jakieś biegusy.

            No chyba, że Kanionek opatentuje ten pastuch dla ślimaków :)

          • kanionek

            Jak już pisałam pod komciem Wy/raz – chyba taniej Ci te biegusy wyjdą. Jeden z nimi jest ambaras, że nie można wszystko naraz. Tzn. w sezonie ogrodowym biegusy muszą mieszkać gdzie indziej, bo – choć są głównie mięsożerne – nie pogardzą sałatą, a w koperek nasrają. I położą się na fasolce. Więc ja je do ogrodu wpuszczam po zbiorach, chętnie wyjadają wszystko, co tam zostało (nie sprzątam w ogrodzie. Większe ilości masy zielonej owszem, rzucam na kompostownik, gdy w danym miejscu chcę posiać coś innego, ale już np. w życiu by mi się nie chciało targać całych kilometrów pędów po dyniach, czy krzaków cukinii. Wszystko zostaje w miejscu, w którym wyrosło – jak nie kaczki, to inna natura zrobi swoje i przekompostuje in situ), wydłubują ślimaki nawet spod ściółki! I tak sobie tam żyją aż do czasu kolejnych siewów.

  • Ania W.

    Druga! Kanion is back!

  • wy/raz

    Trzecia :-). A teraz trzeba się rozsmakować w lekturze.

    • kanionek

      Ooo, Wy/raz, a weź Ty mi powiedz, bo Twoje winogrono pięknie się rozrosło, rozgałęziło na wszystkie strony świata, ale generalnie idzie w łodygi i liście, a ja bym czegoś pojadła :D
      Kiedy ono może zacząć rodzić owoce? W przyszłym roku? I czy na zimę obcinasz pędy, czy zostawiasz wszystko samemu sobie? Ja nie obcinałam, a i tak z tych zdrewniałych nic nie puściło, tylko od samej ziemi rosło.

      • wy/raz

        Kanionku, ja wykopałam z gospodarstwa taty już takie galancie zdrewniałe, zapuszczone “drzewko”. Ile miało lat nikt nie wie. Za nic nie przypomnę sobie kiedy po przesadzeniu zaczęło owocować. Z pierwotnego został pień z przyrostami. Ukorzeniłam dla Ciebie przyrost. Jesienią nie tnę, choć u Ciebie może to być lepsze rozwiązanie. Tnę raczej, jeśli tnę, późną zimą/wczesną wiosną tak jak tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=uWySz0oG6TY – na koniec poprowadzi Cię do bardziej szczegółowych instrukcji. Ja sobie musiałam rozrysować, bo film zrozumiałam, poleciałam do winorośli to zgłupiałam. Wychodzi mi, że masz szansę w przyszłym roku.

        Kózki, podejrzewam malujesz w wolnych chwilach ;-). Koty na pomoście cudne. Zresztą, jak patrzę na Twój zwierzyniec, to ma się jak pączek w maśle w odróżnieniu do Kanionka. Rozważ traktowanie się jak kozę.

        Wpis wspaniały, chyba wypróbuję przepis na bułkopizzę. Uniwersalność całkowita.

        Karuzela: kiedyś jako dziecko w Lunaparku zatrzymałam takie samolociki (na końcu wysięgnika samolocik na takim łamanym ramieniu obraca się wzdłuż osi a jednocześnie zmienia pozycję góra/dół). Zaczęłam się drzeć i wysiadać z pozycji w górze. Wiem… Co dziwne, był to jedyny raz, wcześniej i później nic takiego mi się nie zdarzyło, nawet na karuzeli łańcuchowej z własnym obrotem dodatkowym. Na kolejkę górską pierwszy raz wsiadłam mając chyba 17 lat. Podobało mi się. Teraz nie wiem, z 30 lat nie byłam na żadnej karuzeli poza życiowymi.

        Ogród – mistrzostwo świata. Napisy przy pomidorach zaklejam taśmą klejącą, prztrwawują do zbioru (jak to napisać po polsku?). Seler naciowy i nadmiary warzyw możesz wysyłać z serami – kolejny pomysł na biznes. BioKanionkowarzywa! Chyba, że marchewkę, to BioMałożonkowamarchewka!. W gratisie dodatkowy element wizerunkowy . Swoją drogą gratulacje, marchew u mnie nie idzie. Jakbyś Małyżonku miał chwilę, pochwal się JAK to zrobiłeś.

        Podpinam się pod pytanie Ani C co do ślimakowego pastucha. Tak czuję, że kopytka nie musi być, ale styk z ziemią ślimaka z drutem powinien być. Tylko wychodzi ciekawa wysokość mocowania. Rośliny nie przeszkodzą?

        • kanionek

          A weź… Ja na filmach też już oglądałam różne cięcia – winorośli,borówki, porzeczek, drzewek owocowych… I też wszystko rozumiem, póki nie stanę oko w badyl z żywym pacjentem. Wtedy dostaję okurwienia i tnę tak, żeby ładnie wyglądało (wedle mojego gustu). Jak porzeczki przycięłam, to takie zgrabne były, aż do wiosny, gdy nagle im odbiło i zamieniły się w ogromne kule badyli i liści! Owoce też były, nie powiem, ale liści więcej :D

          Ja tam nie mówię, że jakaś zazdrosna jestem, ale jeśli chodzi o marchew, to tu musiało zadziałać szczęście początkującego. Ja w kasynie też kiedyś najpierw wygrałam…
          Jeśli małzonek powtórzy ten sukces jeszcze przez kolejne trzy lata, to uklęknę na grochu ;-P
          Jedno, co przyznać trzeba, to że chodził do tej marchewki niemal codziennie, a zanim posiał, zrobił rozeznanie w odmianach i wymaganiach.

          Dobrze kombinujesz, jeśli chodzi o pastucha – to nie tyle kwestia kopytek, co styczności delikwenta z ziemią, a ślimaki są krótkie ;) U mnie zawsze najwięcej było tych bezskorupowych, o długości nie przekraczającej 2 cm. I mój projekt pastucha uwzględnia kwestię roślin (trzeba kupić kupę geoszmaty, lub innej agrotkaniny o szerokości najlepiej co najmniej pół metra), a jeśli chodzi o “wysokość”, to tu jest właśnie najlepszy bajer – druciki nie będą rozpięte na palikach, bo to bez sensu, tylko przyklejone do rurek pvc leżących na ziemi, a dokładnie na tej szmacie zapobiegającej wyrastaniu chwastów. No i dlatego wspomniałam o pracochłonności – raz, że rozkładanie szmaty i solidne jej mocowanie kotwami do ziemi, dwa, że teren musi być równy, żeby rurki przylegały do ziemi, bo inaczej ślimak przepełznie pod rurką…

          • kanionek

            Im dłużej o tym myślę, tym gorzej to widzę :D
            Gdyby to była gruba rura, o średnicy co najmniej 20 cm, to możnaby ją częściowo wkopać w ziemię (drucik rażący prądem idzie górą, oczywiście), ale wtedy co z tą szmatą?! Pomijam koszt takiego ustrojstwa przy dużej powierzchni ogrodu. Nie pamiętam teraz dokładnie, ile metrów obwodu ma mój ogród, ale na oko patrząc – to za drogo by wyszło.

          • Leśna Zmora

            Coś mi się kołacze po głowie, że w hodowlach ślimaków jako “ogrodzenia” używają tabletek solnych. Może to by było lepsze niż ślimaka prądem?

          • Olika

            Leśna Zmoro ty to masz łeb https://aspersasnails.com/produkt/tabletki-solne-do-ogrodzenia-worek-25kg/
            Moze to rozwiązanie jakieś?

          • kanionek

            “Płotek ma dodatkowo daszek w postaci deski, żeby nie wypłukiwało soli” – ha ha! U mnie teraz np. wilgotność powietrza na zewnątrz wynosi blisko 100%, a w domu sól zostawiona w spodeczku zamienia się w słoną wodę. Powodzenia z solnym ogrodzeniem na ślimaki. No chyba, żeby je z kostek solnych dla bydła ułożyć, to wystarczy na dłużej, ale poziom zasolenia gleby po kilku latach bęðzie katastrofalny w skutkach dla roślin. Ja rozumiem, że dla hodowcy ślimaka lista priorytetów jest inna.

            A zresztą – gdybym miała układać w ogrodzie tabletki na “listwie frezowanej”, to równie dobrze mogę ułożyć rurki pvc z drucikiem – ilość roboty podobna. Listwa, choćby nie wiem jak frezowana, leżąc na ziemi zarośnie zielskiem, więc tu znowu albo geoszmata, albo podmurówka. Reasumując – dużo zachodu w obu przypadkach, ale prądem ziemi nie zatruję ;)

            Ślimaki prądem, owszem, ale przecież nie na śmierć! Pastuch zniechęca i odstrasza, a nie zabija. Ślimaki mają tu całe hektary łąk i lasów i naprawdę nie muszą się żywić w moim ogrodzie, by przetrwać.

          • kanionek

            O, patrzcie tutaj, jak taki płotek z listwą solną wygląda: https://hodowla-slimakow.pl/ogrodzenie-hodowli-slimakow/

            Faktycznie, ilość soli niewielka, ale ILE ROBOTY żeby tę konstrukcję postawić!

            Koszty – sama sól wyjdzie drogo. Jak ktoś tam w komciach obliczył, worek soli starcza na 43 mb ogrodzenia. Worek kosztuje 37 zł i wystarcza na jeden sezon. Ergo – jeśli mój ogród ma – powiedzmy – 160 mb obwodu, to na sezon potzrebuję czterech worków tych tabletek. Pastuch raz zrobiony nie wymaga corocznych wydatków dodatkowych. O ile w ogóle bęðzie działał :D
            O kosztach wykonania tak szczelnej konstrukcji to nawet nie wspomnę – deski, agrowłóknina, daszek, dzikie węże… A drewno w ziemi wytrzyma od roku do trzech (mamy doświadczenie w tym zakresie), miejscami popróchnieje, miejscami wygryzą je szcury, myszy, nornice. I już ślimaki mają bezpieczny portal.
            Nieee, ja w to nie idę. Ale jeśli ktoś sobie takie coś zbuduje, to chętnie zobaczę na zdjęciach i przeczytam relację z budowy i działania.

  • Tymofiejski

    Kanionku, zbijesz fortunę na sprzedaży pastucha na ślimaki. Ja już się zapisuję.
    Kolendra? Nie, dziękuję, proszę odejść i nie wracać. Ohydny zapas i paskudny smak.
    Filmiki bardzo fajne.

    • kanionek

      Na czym to ja już miałam zbić tę fortunę, wielokrotnie :D
      Pastuch na ślimaki jest do zrobienia, ale rzecz to pracochłonna i problematyczna. Spróbuję opisać koncepcję generalną, pewnie jesienią, tylko mi przypomnijcie, bo to za dużo na komentarz :)

  • Ange76

    Warto było czekać :) Tyyyle oglądania i smakowania.

    Pamiętam te karuzele z konikami. Ależ to było niewygodne, ale jakie ładne. No ale ja też z moim błędnikiem to se mogę co najwyżej popatrzeć jak stoją. Ostatnio mi się zrobiło niedobrze, jak oglądałam w filmie scenę pościgu a kamera była umieszczona w jednym z samochodów. Błech… Więc jeśli kozy mają coś do powiedzenia na mój temat, to chętnie wysłucham ;)

    A przy paleniu tygrysem w piecu, to trochę się popłakałam ze śmiechu :D

    Co do “oszczałki”, to jest to w tej chwili obiekt mojej zazdrości, bowiem wszystko mi się stępiło, a nie mam ci ja takiego męża, co by z pralki i taboretu wykombinował ostrzałkę. Mam tylko starą makutrę, która jako tako daje radę, ale taboret orbitalny, to jest inna jakość.

    • kanionek

      “Noże ostrzę, nożyczki, WYSYŁKOWO!” – nowy pomysł na biznes :D

      Ja też na filmach czasem wymiękam, gdy reżyser ma jakąś bardziej fikuśną koncepcję na ujęcia z kamery. Brr.
      Kozy nie zrozumio. One robią takie fikołki i ewolucje, że mi słabo, jak na to patrzę :)

      • Ange76

        Sekatory też? Jak się sezon skończy spakuję, cały majdan i wyślę do Kanionka (razem z zamówieniem na sery) :D

        • kanionek

          A małżonek mi te sekatory chyba w plecy powbija! :D
          Tak serio to nie wiem, nie pytałam jeszcze, ale sekator o tych półksiężycowatych ostrzach to może być trudne zadanie. Do kozich kopytek mam solidny sekator o prostych ostrzach, to to już mi małzonek naostrzył.

        • Jagoda

          Nie chcę tu robić konkurencji dla oszczałki kanionkowej, ale widziałam na fb czy innym youtube jak łatwo się ostrzy narzędzia ogrodnicze, w tym sekatory, próbowałam i to działa. Zielone pogotowie się to nazywa. A noże ostrzę sama używając do tego drugiego wielkiego noża. I od razu mam dwa ostre.

          • kanionek

            Nie no, jakiej konkurencji. Ostatecznie nie każdy ma w domu zepsutą pralkę i stary taboret, a każda metoda jest dobra, zwłaszcza gdy działa. Przy czym ja na przykład, metodą ostrzenia noża o nóż, to mogłabym sobie jedynie ręce przy łokciach upiehdolić, więc korzystam z rozwiązań bezpiecznych. Jedynie kosę ostrzę kamienną osełką, bo typową ostrzałką do noży kuchennych się nie da. A teraz mam małżonka z taboretem międzygalaktycznym, więc już w ogóle nie muszę się martwić ;)

  • Willow

    O borze szumiacy, jaki piękny dzień, wstaję i co paczam? Jest Kanionek 💗🤗.
    Jakie piękne kozy, i piesely i koty…I warzywa i w ogóle wszystko. 😍
    Kanionek, kobieto pisz książki, masz cudowny styl, micha mi się cieszy.
    Też mam mało miłe wspomnienia z karuzeli. Mieliśmy w wakacje z kuzynami iść do kościoła do innej wsi, a tam se było wesołe miasteczko, taki dzień ładny, no po co do kościoła…to się przejechałam na łańcuchowej, nikt jej nie zatrzymał, dopelzlam do Cioci i rzygalam jak kot przez cały dzień 🤣nigdy wiecej, w głowie mi sie kręci jak patrzę 🤢
    A jak znajdzieszchwilę to daj cały przepis na ciasto na pizze/bułki, bo jakoś nie kumam…ciasto zrobione w lodówce trzymasz? A potem dorabiasz? Ja prosty człowiek 😂 chleb tylko na zakwasie umiem upiec A pizze na suchych drożdżach 🤷🏻‍♂️
    Trzym się ciepło 😘

    • kanionek

      Ooo, to, to! Łańcuchowa też tam była, czysta zgroza.

      Przepis, hm…
      Jak przez mgłę pamiętam, że dałam coś około 600g mąki (bo z tylu mi wychodzą cztery placki do pizzy), jakieś dwie łyżeczki soli (nie, nie zabije drożdży! Jak mnie ten mit wkurwia), ze dwa chlusty oliwy, no i wody tyle, żeby ciasto nie było ani rzadkie, ani zbite jak kula armatnia. No i drożdże – ja wiem? Może z jedną czwartą kostki, uprzednio “podrośniętą” w ciepłej wodzie z cukrem. Zasada jest taka, że do ciasta, które ma pracować tydzień w lodówce, dajemy o wiele mniej drożdży, bo one i tak się namnożą, a jeśli damy za dużo, to zeżrą wszystko w jedną dobę i projekt zdechnie.

      I ważna rzecz – mieszasz to wszystko ręką aż do połączenia składników, ale absolutnie nie wyrabiasz przez 15 minut, bo nie ma takiej potrzeby! Przez ten tydzień, zapewniam, drożdże dobiorą się do każdej grudki mąki w tej misce i wszystko się pięknie ujednolici. I teraz możesz to ciasto zostawić w temp. pokojowej na godzinkę i dopiero do lodówki, albo od razu do lodówki, naprawdę bez znaczenia. Pojemnik z ciastem musi być na tyle duży, żeby ciasto z niego nie wylazło, rzecz oczywista. Od góry nakryć pasującą pokrywką lub folią, żeby nie wyschło. Nie zaglądać, nie mieszać, nie pukać, nie pytać “jak leci”, tylko zostawić na ten tydzień w świętym spokoju.

      Po tygodniu wyciągnąć z lodówki, niech się ogrzeje przez dwie godzinki, i – jeśli zajdzie taka potrzeba – dosypać mąki i soli “na oko” do pożądanej konsystencji (bo wszystko zależy od tego, jaka temp. była w lodówce, jak pracowite mieliśmy drożdże itd., i w zależności od tych czynników nasze ciasto może być wciąż przyzwoicie gęste, albo zamienić się w prawie zupę), szybko wyrobić, żeby się połączyło, znów odstawić na około godzinkę (będzie widać, że znów pracuje), i wtedy już można rzeźbić te placki, bułki, co tam chcecie :)

      • kanionek

        Jeszcze dodam, że wygoda z takim ciastem jest wielka! Bo raz, że nie wyrabiamy jak katorżnik, ono się samo “wyrobi” w tej lodówce, a dwa – nie musimy planować dokładnie, kiedy je wykorzystamy. Od trzech dni do dziesięciu, jeśli w tym czasie przyjdzie nam chęć, czas i możliwości, to robimy te bułki lub pizzę, a jeśli nie dziś, to jutro. Naprawdę polecam.

        • Willow

          No brawo też tutaj :) na pewno wypróbuję przepisa . To do mnie przemawia-nie narobić się a dobrze zjeść, wyrabianie ciasta na chleb mnie boli w stare stawy ;)

  • Ajka

    ja najpiere czytałam i oglądałam i zaniemówiłam :D
    kury wymiatają XD

    • kanionek

      Wymiatają, wydrapują, wygrzebują i wyprowadzają z równowagi!
      Te dwie mądre to sobie mało oczu nawzajem nie wydziobały – każda miała jedno “dziabnięte” i przez dni kilka takie półślepe łaziły, ale już zgodnie prowadzają razem te kurczaki (wyłażą już na zewnątrz), ja im żarcie rzucam na dwie kupki, i każda robi “cip, cip”, a małe kurczaki podchodzą losowo raz do jednej, raz do drugiej.

      • kaczka

        Nie zebym, ale to, ze dwie matki maja te wspolne dzieci to w biezacych okolicznosciach politycznych solidna prowokacja. Zeby CBS, FBI oraz CIA nie zrobily o swicie nalotu na ten kurnik!

        • kanionek

          A niech robią! I niech ich wszystkich zabiorą do “lepszego miejsca”, to i mnie się od razu polepszy :D
          Teraz te małe pizdrygałki już potrafią wyjść z matkami z kurnika, i łażą wszędzie, a ja za nimi z tym żarciem, no a jak ja z żarciem, to za mną psy i koty, i te matki szału dostają, bo zewsząd wilcy, straszliwe zagrożenie, i ja muszę na wszystkich wrzeszczeć, że “odejdź”, i “nie ruszaj”, a te małe zdezorientowane od jednej matki do drugiej latają, i cyrk na kurzej stopie! I na co mi to wszystko? Pewnie same koguty z tego wyrosną, żeby mi pod oknem od czwartej rano hejnały kukurykać, ich mać. Chyba, że znacie jakiegoś seksedukatora, o których tyle ostatnio się mówi, to weźcie od niego parę pigułek i kopsnijcie Kanionkowi! Nie no, nie dla mnie, tylko dla tych kurczaków. Żeby chociaż jajka były z tej udręki.

  • Bogutek

    Jak cudownie zaczął się ten nowy miesiąc :)
    A wczoraj zamknęłam co stare, toksyczne i przeterminowane (przynajmniej na chwilę tak uważam) i dzisiaj “cyk” i tak jest fajnie :)
    Kanionku – dziękuję ;)

    • kanionek

      Ależ nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie. Tak też myślałam, że 1 września to będzie dobry moment na wpis, byśmy się wszyscy tak łagodnie w tę jesienną aurę wprowadzili, jeszcze ze słońcem i uśmiechem, zanim nadejdzie czas pająków, pleśni, szronu i mgieł ;)

  • Teatralna

    Oczywiście czytanie rozkładam na dwa razy, jak wszystko co dobre i smaczne.
    Na razie identyfikuję się ze wspomnieniem karuzeli i wesołych miasteczek!!! jak cholera się integruje, miałam tak samo.
    Warzywa macie imponujące a filmiki sobie zostawiam na drugi raz.
    stado też imponujące, i szczęśliwe. Podrap Żółte za uchem natychmiast, ściskam.

    • kanionek

      Podrapane :)
      Muszę Wam kiedyś nagrać nasze rozmowy z Pasztetem i Żółtym. Pasztet pyskaty, a Żółte też nie stroni od słownych potyczek.

      • Koniecznie nagraj, bo ja tu wnoszę protest, że za mało Żółtego jest i w ogóle psów i kotów i kóz na filmikach.
        filmy zobaczyłam i powiem ci, że znam historię z dyniami wywalonymi na kompostownik a następnie na tym kompostowniku wielkim jak moja cała chałupa porosły takie dyniska giganty zupełnie przez przypadek. Ja zamierzam w swojej zagrodzie zrobić warzywnik mały w skrzyniach, bez kopania a tylko na kompoście, tak jak można na słomie właśnie.
        Ech obrodziło Wam Kanionku, ze pozazdrościć.
        Sery będę zamawiała ale mi nalepka zginęła od tego ulubionego…muszę poszukać szybko. bo już można zamawiać prawda? Ściskam mocno.

        • kanionek

          Tak, zamawiać można od dawna, tylko jakoś zapomniałam o tym wspomnieć. A ten ulubiony to w przybliżeniu jak wyglądał, albo co zawierał? Możliwe, że ja i bez naklejki się zorientuję. Pod warunkiem, że mówimy o serach naszych powszednich, a nie długodojrzewających, bo z tych drugich mam jeszcze tylko cheddar i dry jack z kakao!

          • Teatralna

            znalazłam nalepkę, zapomniałam, że nalepiłam na lodówce… ser Canestrato, o nim porozmawiajmy, jego pragnę. Oraz z kozieradką również pragnę. Tylko nie wiem ile?

          • kanionek

            Canestrato to ser długodojrzewający, a sezon na takowe zacznie się w okolicach listopada – teraz to oni wszyscy siedzą w piwnicy i powtarzają do matury ;-)

  • Melanina

    Kanionku, jaka to wielka radość widzieć Cię znowu!
    A teraz herbata (wszak nastał właśnie sezon na herbę z miodem i cytryną) i hyc do lektury :-)

    • kanionek

      Ja też się cieszę, że Was widzę, bo za każdym razem dopadają mnie lęki, że “nikt tu już nie przyjdzie, wszyscy się na mnie na pewno obrazili” ;)
      No co zrobisz? Nic nie zrobisz. Chciałabym pisać częściej, ale już nie będę walczyć ze sobą, swoją psychą, okolicznościami, czasem, losem, kalendarzem… C’est la vie, que sera sera, czyli spokój grabarza, wszystko będzie dobrze.

  • Anomin

    Ale czytania i ogladania! :-) A dzis wlasciwy dzien ku temu: mgly za oknem wciskaja pod kocyk wiec…
    Co do kolendry to nie rozumiem i nie podzielam… uwielbiam zielona (zreszta ziarnista tez) kolendre <3 ale ja znam tylko taka z doniczki sklepowej, moze taka naturalna pachnie inaczej :-/
    Wracam do czytania i ogladania…

    • kanionek

      Nie, to faktycznie jest kwestia genu, który występuje tylko u części ludzi (dla rasy kaukaskiej to było bodaj 14-17%), jak to już któraś Koza tu wcześniej pisała. Ten gen powoduje, że zielona kolendra niektórym ludziom śmierdzi, a smakuje jak mydło (i tu wszyscy posiadacze tego genu są zgodni, że właśnie jak mydło!). Ja też źle wylosowałam z tej puli genowej i zielonego nie zjem, bo mój mózg od razu krzyczy: wypluj to, albo będziem rzygać!

      A u nas dzisiaj pogoda wręcz idealna do orki na powietrzu: słońce niby świeci, ale powietrze chłodne. Aż chce się coś robić :)

      • Bisia

        To ja pozazdraszczam trochę
        Kolorów i temperatury, tej pogody co słońce świeci ale powietrze chłodne.
        U mnie spokojnie można zupę gotować na betoniku przed domem. Kolor dominujący to szaro-piaskowy a na możliwość ponownego użycia pojęć”soczysta zieleń” albo “orzeźwiające powietrze” przyjdzie mi jeszcze kilka ( kilkanascie?) tygodni poczekać.
        Jedynie bliskość morza trochę mnie ratuje.
        Z innej beczki, ja lubiłam karuzele do czasu aż z dziecięcej pazerności ( na bo nie wiadomo kiedy znowu przyjadą) i beztroski przyjechałam się na łańcuchowej jakoś 3 razy pod rząd. No cóż od tego czasu to raczej podziwiam z daleka. Jednak ciągnie mnie do tej atrakcji..
        A teraz z wiaderka, może Kanionku załóż Facebook albo Twittera? Ja wiem, że to komercja, łamanie czegoś czymś i wszystko co złe, ale tam się tak dobrze sprawdzają krótkie formy, ty masz taki talent, że dwa trzy zdania dziennie, jakieś zdjęcie cyknięte w biegu. Zlota mysl ktora wypadla kozie spod ogona.
        Pisanie notki na bloga to całe przedsięwzięcie, trzeba znaleźć dużo czasu bo wiadomo, że masz dobre serce, nie lubisz fuszerki,żeby napisać, skopiować zdjęcia, zapewne korektę zrobić etc.
        Tak zarzucam temat
        Pozdrawiam Wszystkich

        • kanionek

          Trzy razy z rzędu na karuzeli, to jak paczkę szlugów wyjarać w godzinę – straszna kara :D

          Fejsbuk to nie, bez względu na ideolo-trolololo, po prostu nie chce mi się oswajać z nowym narzędziem, dość chyba rozbudowanym, a o Twitterze myślałam, i może coś wymyślę. Ale tam chyba też obowiązuje polityka wszelkiej poprawności. No nie wiem, nie wiem. Na starość mam się robić grzeczna i uczesana? Bez sensu ;)

          • Bisia

            I żeby nie było, że namawiam Ci na porzucenie bloga, co to to nie, blog to jest coś wspaniałego i absolutnego
            Tego Twieterka czy Facebooka to ja proponuję dodatkowo, bo już mi się kilka razy zdarzyło, że jakiś komencik z nowinka dorzucony w połowie drabinki 150 komciow, umknął.

          • kanionek

            Ja wiem, że najgorzej to właśnie z tym komciowym tasiemcem, zwłaszcza że odpowiedzi lokują się pod komciem, na który są udzielane. Nie obiecuję, ale myślę o tym od jakiegoś czasu.

  • Ania C

    A ja chcialabym zrozumiec dlaczego nie moze byc pastucha na slimaki. Co maja do tego kopyytka? Czy prad nie moze przejsc przez slimaczka? Moze Mauzonek wytlumaczy?

    • kanionek

      A bo dopóki zwierzątko nie dotyka ziemi (którąkolwiek częścią żywego organizmu), to prąd mu nic nie zrobi. Patrz na te wszystkie ptaki, co siedzą w najlepsze na liniach wysokiego napięcia. JAK to dokładnie działa, to już by faktycznie małżonek musiał tłumaczyć, bo ja niby rozumiem, ale baaardzo abstrakcyjnie ;)

      I gdy się np. dotknie pastucha ręką, ale na nogach ma się kalosze o bardzo grubej podeszwie, dobrze izolującej od ziemi, to nas nie kopnie tak srodze , jak kiedyś kopnęło Kanionka, któren był dotknął niechcący pastucha, stojąc w MOKREJ trawie BOSO (bo chciał poprawić spadnięty drucik, który zauważył wracając do domu od Żozefin). NIE POLECAM! Mój wrzask obudził wszystkie duchy parobków zmarłych na terenie niegdyś tutejszej krowiej farmy, a nawet całkiem żywego kościelnego z sąsiedniej parafii.

      • Ania C

        Dzieki! – ale dalej nie kumam. Ja sobie wyobrazalam ten pastuch tak centymetr nad ziemia, i slimak zahacza o niego pyszczkiem- albo rogami? I ma wtedy noge na ziemi. Chyba ze ty chcesz ten pastuch wyzej, i slimaki maja wlazic na niego z krzaczkow? No zafrapowalo mnie to :)

        • kanionek

          Centymetr nad ziemią? Nieee no… Tu widać brak praktyki :)
          Po pierwsze – większość ślimaków, zwłaszcza bezskorupowych, pod takim pastuchem przejdzie bez szwanku i nawet się nie kapną, że groziło im straszliwe niebezpieczeństwo.
          Po drugie – misterna robota, z takim zawieszaniem drutu 1 cm nad ziemią, a drucik ma to do siebie, że się pod wpływem temperatury i czynnika zwanego zmęczeniem rozciągnie, i przy tej wysokości zawieszenia już po tygodniu leżałby na ziemi, i nie działał. Trzecia rzecz – byle listek, czy żaba zawieszona na takim drucie, już go uziemia i osłabia działanie.

          A przecież napisałam, że nie żadne włażenie z krzaczków, tylko koncepcja jest całkiem odmienna – drut rażący ma spoczywać na wierzchu plastikowej rurki (plastikowej, żeby izolowała od ziemi), musi być do niej miejscami przyklejony (nie wiem – klejem na gorąco, silikonem?), rurka spoczywa na ziemi w taki sposób, żeby ślimak nie mógł przecisnąć się pod nią, tylko musiał koniecznie górą, po druciku…
          Koncepcja wymaga dopracowania, ale jest wykonalna.(To znaczy dla desperatów i szaleńców, ale jest).

          • Anna C

            Dzieki, wreszcie pojmuje! Zycze powodzenia w realizacji tych karkolomnych planow :) Bedziesz musiala jeszcze dopracowac napiecie pradu, bo zakladam ze chcesz slimaki zniechecic, a nie usmiercic? Moglo by sie zrobic pole pelne razonych pradem zyjatek od myszy po stonogi.

          • kanionek

            Nie no, co ja jestem, Hannibal Lecter? :D
            Stonogom nic się nie stanie, ani innym owadom (kwestia przewodnictwa), a napięcie będzie niskie (małżonek mówi, że na ślimaki to pewnie i bateryjka 9V styknie).
            A tak w ogóle to pewnie nic z tego nie bęðzie, chyba że na mniejszą skalę – może np. tylko kapustę otoczę pastuchem, bo ona najbardziej wrażliwa, a do tego nie jest miło, gdy się gdzieś pomiędzy liściem piętnastym a szesnastym ślimaka na pół przekroi.

  • mp

    Łomatko, dla mnie taka karuzela w wersji dla dorosłych to wjazd na parking piętrowy po tzw. ślimaku. Dziś rano niebacznie sobie taki zafundowałam, po którymś ciasnym zakręcie dostałam ataku paniki i klaustrofobii, miałam ochotę porzucić autko na ręcznym i zwiać z wrzaskiem. Bohatersko dobrnęłam jednak na miejsce i najbardziej zdumiona byłam, kiedy wracałam po zakupach po odbiór autka, że znalazłam je na drugim piętrze, a nie czwartym- byłabym przysięgła, że tam je zostawiłam, przecież ten straszliwy wjazd nie miał końca !
    Dzięki za przepis na ciasto, chętnie skorzystam.
    Filmików oczywiście nie zdążyłam obejrzeć, ale już same zdjęcia wprawiły mnie w błogi nastrój, I komiks z jaskółczakami :-)
    Dzięki !

    • kanionek

      Jazda ślimakiem byłaby dla mnie wyzwaniem. Ja się nawet dokoła balota z sianem nie mogę zbyt szybko przemieszczać!
      Obejrzyj chociaż o dyniach – to mój tegoroczny eksperyment, któremu nie dawałam prawie szans, a dzielne zielsko znów mnie zaskoczyło :) Dynie może nie są tak ogromne, jak te z ogrodu, ale jedną wielkości piłki do koszykówki już mi dostawca słomy “ukradł”, patrząc zazdrosnym okiem na resztę, bo jak się dowiedział, że ja to dla kóz trzymam, to mało z traktora nie spadł. Bo on robi z dyni PYSZNĄ zupę, i, cytuję: “to jak ty masz te dynie WYRZUCIĆ, to ja je chętnie od ciebie wezmę”. Rozumiecie – jak dla zwierząt, to to praktycznie tak, jak wyrzucić! Niedoczekanie… No ale tę jedną pozwoliłam mu zerwać i odjechał z pomarańczową kulą szczęścia na kolanach :D
      Bo u niego w tym roku wszystko zaraza zeżarła.

      A u pani Żozefin z pomidorów już tylko smętne badyle zostały, a papryka dostała jakichś plam gnilnych, i ja się teraz trzęsę o ten mój busz szklarniowy, bo bawole serca właśnie zaczęły dojrzewać, a są przepiękne, i Costoluto fiorentino – najczerwieńsze pomidory, jakie w życiu widziałam! Wyglądają jak sztuczne! Papryki żółte już żółcieją, a czerwone dostają rumieńców… Zarazom mówimy stanowcze, zdecydowane NIE. I ziemniaki już trzeba zbierać… Jeszcze tyyyyle roboty, a potem już tylko szron i zgnilizna.

      • mp

        Mi zaraz zeżarł ogórki, pomidory się nie dały, trzymam kciuki za Twoje. Filmiki obejrzę wieczorem, taki mam gryplan :-)
        P.S.
        Też uwielbiam zupę dyniową, ale że nikt u mnie tego uwielbienia nie podziela, idealna dynia dla mnie powinna mieć wielkość melona- wystarczy i na zupę , i do upieczenia. Resztą mogę się podzielić z kozami :-) W sumie i tak najbardziej lubię hokkaido, a te w sprzedaży właśnie są takie niewielkie. Te potwory. które rosną u Ciebie, zawsze mnie zdumiewały – jak je rozłupujesz, toporem katowskim ???

        • kanionek

          A weź… Co ja się naszarpię co roku z tymi dyniami. Potwory rozłupywałam długim nożem (musi być też bardzo sztywny i niełamliwy), wbijając w dynię i powoli rozcinając (jak już mają naprawdę twardą skórę, to można się spocić), a te mneijsze, których w ub. roku miałam sztuk kilkadziesiąt, rozpoławiałam przy użyciu… Mojej “maczety” do sera! To jest baaardzo długi nóż do krojenia skrzepu serowego w garze, klingę ma jednakowo szeroką na całej długości, no i jest solidny. Robiłam zamach na dynię, i ciach! Większość udawało mi się nawet na równe w miarę części ciachnąć.

          Jeszcze a propos zupy – ten facet mi mówił, że on robi sobie hurtową ilość tej zupy i ją zamraża w woreczkach, a po odgrzaniu tylko dodaje jakieś chrupki, grzanki, czy coś. I pochwalił się, że w tym roku ostatnią zupę rozmroził jeszcze w sierpniu. Nie wiem, może jeden z pokoi w swoim domu przerobił na wielką zamrażarkę…

          A moje ogórki zdziesiątkowane, ledwo żyją, ale się jeszcze nie poddały! Dziś zebrałam skromne 1,5 kg gruntowych i widzę, że rosną nowe pędy i kwitną. No ale wiadomo – szału już z tego nie będzie.

          • Leśna Zmora

            Jak dynię mocno rzucisz o ziemię, to się rozłupie ;)

          • kanionek

            A wiesz co? Dobrze gadasz. Ja tu się zawsze napocę, żeby na połowki i ćwiartki podzielić te bomby, i potem rozkładam pieczołowicie na łące w odstępach, a małpy i tak jak przylecą, to część rozdepczą. W tym roku zrobię to metodą “jebs o glebę”, i kto będzie chciał, ten sobie poradzi i ziarenka z trawy wyskubie. Ku zadowoleniu mojego kręgosłupa i w ogóle.

          • Leśna Zmora

            Ja niedawno wzbogaciłam się o pół bagażnika brokułów (a samochód mam pojemny, to ponad 100 sztuk tego było). Ze 2 dni siedziałam i kroiłam na pojedyncze różyczki, żeby były takie kawałki akurat do pyszczka. Trzeciego dnia okazało się, że te rogate małpiszony wspaniale sobie radzą z brokułem w całości…

  • Ania B.

    Jak się cieszę z nowego postu !! Ta roślinka, co siem sama przy bramie wysiała, małe ,białe kwiatki a potem pomarańczowo-czerwone “lampiony” – to miechunka . Mogę zadać niedyskretne pytanie ? – ile waży Żółte ? obstawiałam, że dojdzie do 40 kg ….. :-)))

    • kanionek

      Miechunka! Dzięki :)
      Wytrwałe zielsko. Niegdyś regularnie kosiłam w tamtym miejscu, a ona i tak zawsze odrastała i każdej jesieni mamy te pomarańczowe lampiony.

      Z Żółtym dobrze typowałaś – waży tak od 37 do 40 kg, w zależności od tego, czy się Kanionek zagapi z dawkowaniem karmy, i np. przez całe lato pędzi Żółtą kluskę na porcjach zimowych, czy się wreszcie zreflektuje i zmniejszy ;)

  • kapelusznik68

    Jak ja się cieszę, że Cię mamy tutaj z powrotem. Już o kilku lat nie świętuję 1 września bo dzieciaki wyrosły ze szkoły a tutaj taka feta. Bardzo bym sobie życzyła częściej ale rozumiem, że masz co robić z czasem. To może chociaż na dzień nauczyciela dasz radę kolejny wpis popełnić?

    • kanionek

      Jest nadzieja, że do połowy piździernika coś mi się urodzi. A o owocach miechunki poczytałam i spróbuję w tym roku :)

  • Nie znam sie, wiec sie wypowiem. Gdym zyla na Wyspach Brrr to kwestie slimakow w ogrodkach byly smiertelnie powaznym tematem omawianym podczas luchow w fabryce, bo wszyscy tam byli jakimis upierdliwymi ogrodnikami. Wszyscy z wyjatkiem mnie. Zapamietalam dwa magiczne sposoby. Jedna frakcja zalecala posypywac wszystko skorupami jaj, ze niby slimak sie opamieta, gdy potnie sobie nozke. Ja poszlabym dalej i sypala po wszystkim klockami lego. Mysle, a nastapilam juz gola stopa na wiele tego dunskiego szitu, ze efekt podobny. Druga frakcja kopala pulapki, jak to na wojnie. Row jak do Chin, na dnie puszka, a w puszce piwo i najlepiej takie woniejace drozdzem. Gdyz podobno drozdz wabi slimaka. Oraz wiadomo, nadwyzke piwa zawsze dobrze wypic przy robocie. Polaczywszy to zamilowanie slimakow do fermentu moglabys Kanionek jak flecista z Hameln wyprowadzic te slimaki z pola wabiac je bulkopizza!

    • kapelusznik68

      Kaczko, jesteś niemożliwa. I teraz oczami wyobraźni widzę kanionka “trąbiącego hejnał” puszką piwa idącą przez łąki i pola a za nią tabun ślimaków. Słyszycie jaki dźwięk wydają ich lepkie nóżki sunące po bezdrożach.

      • Troche by im to zajelo, c’nie? :P Chyba zeby dokrecic slimakom te kopytka. Ja to zasadniczo jestem za tym, aby wykorzystac polozenie Kanionkowej hacjendy i pyknac tam wsrod koz i ziemniakow jakies sekretne laboratorium manipulujace kodem genetycznym. Chociaz jakies prace w tej dziedzinie Kanionek juz chyba podjal, bo te dynie takie ogromne, slimaki wszystkozerne, a Zolte zawsze na nadwyzkach endorfin!

        • kanionek

          To nie żadne eksperymenty w piwnicy, tylko oni wszyscy tę energię i życiodajne soki wyciągają ze mnie, drogą teleosmozy, albo jakoś tak!
          A ślimakom trzeba kupić wrotki. Tanio wyjdzie, bo każdemu tylko po jednej.
          I chciałam jeszcze zauważyć, nie żebym jakaś marudna była (no skąd!), ale naród Brr to może jakiś bardziej kulturalny i powściągliwy jest, za to gdybym ja zaczęła sobie tu budować fosę z piwem, to najdalej za tydzień pływaliby w niej okoliczni żule! Gdyby oni jeszcze na czole mieli wypisane, który do której baby ze wsi należy, to możnaby ich pod adres odstawiać, a tak? Taczką do lasu musiałabym wywozić. Leśniczy by się wkurwił.

          • kaczka

            Przepadlo! Widok fosy piwnej z wystajacymi zen nieoznaczonymi zulami i z zasepionym Kanionkiem z taczka i wkurwionym lesniczym dlugo mnie nie opusci! Przypuszczam nawet, ze nigdy.
            Kanionek, ale jakbys chciala to lego na zasieki, to ja ci wysle, po dzisiejszym dniu – do rozpoczecia roku szkolnego wciaz jeszcze wiecznosc – to nawet dzieci dorzuce!

          • kanionek

            Ja bym brała workami to lego, kochana, ale ja jestem Kanionek… Jak ja wczoraj cięłam folię bąbelkową nożykiem do tapet, takim ze świeżutko wymienionym ostrzem, to sobie ucięłam palec do kości, a to już trzecie cięcie na przestrzeni ostatnich tygodni. Rozumiesz więc chyba, kto by częściej po tych klockach deptał? Ślimaki to by ze mnie tylko ubaw po pachy miały. (Czy ślimaki mają pachy?)

            Małżonek ostatnio zdziwiony, że ja mu obiad podaję w gumowych rękawiczkach, no ale ja już plastra opatrunkowego zużyłam 5 metrów, bo to się zamoczy, to trzeba zmienić. No to teraz jak jaka królewna w rękawiczkach wszystko robię.

            A dzieci biorę w ciemno! Bo ziemniaków nie ma wciąż czasu pozbierać :D

  • Dytek

    Ot i taka sytuacja, co to wyjaśnia nagłe zapodzianie się dokumentów i dziwny ból tyłka :))))) https://turystyka.wp.pl/nieproszony-gosc-w-radiowozie-nic-sobie-nie-robil-z-prosb-policjantki-6551796624235392a

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *