Szczęśliwego Nowego Roku, czyli oby nam się zawsze po równo na obydwie nóżki

Drogie Kozy i Kozły z Obory. Z nadejściem pierwszego dnia koziego roku pragnę życzyć Wam wszystkiego w kopytko, dużo siana, koziego zdrowia i w ogóle wszystkiego najkoziejszego!

A żeby nie było tak łyso, że tylko życzenia i do widzenia, to opowiem Wam krótką historyjkę o tym, jak to w poniedziałek pojechaliśmy do miasteczka „M”, ciesząc się względną ciszą w kabinie Gwiazdolota, jako iż tłumik był naonczas pospawany („ale wiecie, dobrzy ludzie”, powiada nasz lokalny mechanik, „że to jest trzecia reanimacja trupa, i niebawem nadejdzie czas, że nie będę miał tu już czego do czego przyspawać?”. NO PRZECIEŻ WIEMY).

Jedziemy więc sobie, jedziemy, mijając łąki, lasy i pola, tudzież malowniczo rozsiane tu i ówdzie rudery naszych lokalnych wiosek, brakuje jakiejś godziny do zmierzchu i wszystkie okoliczności przyrody szykują się powoli do nocnego spoczynku, gdy wtem i natenczas, pośród tego oceanu świętego spokoju, oczom naszym ukazuje się niepokojący widok: pośrodku niewielkiej wioski o nazwie, której nikt nie zapamięta, choćby jechał tamtędy sto razy, prawym skrajem jezdni i cokolwiek ciężkim krokiem idzie człowiek niewysoki, acz dość korpulentny, a na człowieku coś wisi, z pozoru bezwładnie, choć im bliżej jesteśmy, tym bardziej widać, że owo coś jednak próbuje podrygiwać. Ba, to się nawet gnie, łamie, i w końcu przewraca, przebierając w powietrzu nogami, i wtedy wiemy już, że jest to osoba również ludzka, a nawet płci żeńskiej, co – uczciwie przyznam – dało się stwierdzić jeno po kozaczkach.

Jedziemy oczywiście prawilnie 40 km/h, choć przed owym zjawiskiem znacząco zwalniamy, przygotowani ominąć wykolejony ludzki tandem szerokim łukiem, bo to nigdy nie wiadomo, w którą stronę takie coś się wygnie znienacka, ale jedna rzecz nam nie daje spokoju, co mówię Państwu szczerze, że to nawet nie chodzi o to, że ta osoba żeńska kręci bączki na asfalcie, wyginając nogi w kozaczkach w przeróżnych kierunkach, podczas gdy element męski nieporadnie ciągnie ją w górę za rękę; nie, sęk w tym, że on ją jedną ręką ciągnie tylko, bo w drugiej ma siatkę z butelką. I cóż w tym dziwnego, pomyślicie zapewne, i my byśmy też się ani trochę nie zdziwili, po tych sześciu latach na wsi, ale tu mowa o butelce Z MLEKIEM. Rozumiecie Państwo? Z mlekiem. No więc to nam się od razu nie spodobało, bo gdyby to była butelka z wódką, to wszystko jasne, proszę się rozejść, nie ma sensacji, no ale skoro z mlekiem…?

No więc my sobie powoli mijamy tę niezborną parę, i sobie myślimy, że coś tu jest grubo nie tak, bo ta pani wygina się w sposób przeczący prawom działania ludzkiej anatomii, ten pan ewidentnie sobie nie radzi, a okoliczna dzieciarnia stoi nieruchomym wianuszkiem typowych gapiów jakieś 20 metrów od miejsca zdarzenia i ani drgnie, żeby ludziom w potrzebie pomóc, no więc my się zatrzymujemy i wysiadamy, spiesząc ku tym życiowym rozbitkom, co mleka do domu nie są w stanie donieść, a te bachory okropne jeszcze wrzeszczą za nami, że „łeee, se dajcie spokój, oni to tak codziennie!”.

No i cóż. Sądząc po twarzach rozbitków, oni to faktycznie muszą tak codziennie, i to od wielu lat, bo z bliska rzecz ujrzawszy nie mamy już wątpliwości, że pani jest upojona ponad możliwość ogarnięcia, gdzie ma rękę, a gdzie nogę, a pan co prawda w siatce mleko niesie, ale wcześniej musiał zażywać inne napoje (CO NIE ZMIENIA FAKTU, że wykolejony tandem potrzebował pomocy, a do tego stanowił zagrożenie dla siebie i zmotoryzowanych użytkowników drogi, więc pomogliśmy panu dotargać panią do domu. Domu, do którego wejście zamykały drzwi od chlewika, i którego dach pysznił się wielką dziurą o zapadających się brzegach, i obiecywał, że na tym się jego ekscesy nie skończą).

I dopiero we własnym domu będąc uzmysłowiłam sobie komiczność całej sytuacji, bo wystawcie sobie Państwo: ten facet ciągnie po jezdni swoją żonę, wijącą się w chaotycznych konwulsjach niczym patyczak chory na polio, pół wsi stoi na poboczu zwijając się ze śmiechu, a gdy ja podbiegam i pomagam mu dźwignąć jego giętką połowicę do pionu, to jego najbardziej dziwi to, że JA JESTEM BOSO!

I z tej historyjki płyną aż dwa morały: pierwszy to taki, że nienormalność staje się normą w drodze codzienności, a drugi, że jak się wypiło na jedną nóżkę, to trzeba i na drugą, bo inaczej się bardzo krzywo idzie.

„Weź wstawaj, Sylwia, bo ludzie patrzo”.

No i przyznam się Państwu, że ja też jestem trochę dziabnięta, bo z kurczaków można sobie jaja robić, ale z gąsiorem to jednak nie ma żartów. Tu pokazuję, jak bardzo jestem dziabnięta:

To jest moja dłoń, a ten czerwony ślad to pamiątka po bliskim kontakcie wyciągniętej do gąsiora dłoni z gąsiorowym dziobem. To moje pierwsze rany bitewne, ale gąsior jeszcze nie wysyczał w tej sprawie ostatniego słowa, a gdy już Meliny naskładają jajek i na nich zasiądą, to pewnie będzie tylko gorzej.

A teraz zgadnijcie Państwo, kto się rozwiązał w czwartek, dzień po tym, jak strzeliłam oficjalnego focha i zapowiedziałam, że NIC mnie nie interesują CZYJEŚ koziołki. No tak, to łatwa zagadka.

Okazuje się, że foch to często broń obosieczna…

Pojechaliśmy w czwartek do miasteczka „B.”, wyprawa zajęła nam jak zwykle ponad trzy godziny, przy czym najwięcej czasu spędziliśmy na poszukiwaniu brakujących elementów układanki zwanej dojarką; nie jakieś tam poważne ubytki – zwykłe drobiazgi, typu kawałek elastycznego węża, który połączy coś tam z czymś tam, albo takie pierdółki, jak uchwyty do zamontowania rurociągu na ścianie, ale musicie wiedzieć, że małżonek nie lubi kupować dwa razy, więc dziesięć razy ogląda, zastanawia się, przelicza, no i to trwa jakieś eony, podczas których ja zdążę pięćset razy zmienić zdanie co do tego, czy będę coś siać w ogrodzie, czy nie, i trzynaście razy podskoczyć do regału z nasionami, więc na końcu to, co mam w koszyku, jest zbiorem dość, rzekłabym, przypadkowym, a małżonek ma dokładnie tyle uchwytów, ile chciał, i patrzy na mnie z wyższością człowieka rozumnego, podczas gdy ja w domu, jak ta małpa pod baobabem, siedzę w kucki nad kupką kolorowych torebeczek i drapię się w głowę – na co mi ósme opakowanie ogórka?

NO W KAŻDYM RAZIE nie było nas na tyle długo, żeby Elka zdążyła sobie urodzić dzieciaka (sama poszła do pokoju dziecięcego, gdzie było i sianko, i poidło pełne wody), wylizać do sucha, nakarmić, a gdy po powrocie z miasta wpadłam do koziarni, wiedziona jakimś szóstym zmysłem, to Elka spojrzała mi twardo w oczy i dumnie uniosła głowę, jakby chciała powiedzieć: „i komu teraz jest przykro?”. No mnie! Mnie było przykro, że mnie tam nie było, i ta małpa dobrze o tym wiedziała, ale nie, nie strzelę kolejnego focha, bo z Elką lepiej nie zadzierać:

Ledwie doba minęła od porodu, a ta już się tłucze z Bożeną na śmierć i życie. Mimo pięknej pogody musieliśmy wojowniczą mamuśkę zamknąć w dziecięcym razem z wystraszonym potomkiem, bo Bożena się naprawdę wkurzyła i tylko iskry szły, gdy dwie bambaryły krzyżowały oręż, a odciąganie Bożeny na bok okazało się próżnym wysiłkiem, bo Elka i tak leciała za nami z zamiarem wypatroszenia szefowej. I przy tej okazji mówię Wam, że w życiu nie warto mierzyć wysoko, bo zawsze ktoś się będzie czaił na wasz stołek, pożądał waszych przywilejów, i może się nawet posunąć do zbrodni, by wasz sukces zagarnąć. Na szarym końcu też nie warto być (Raszik zwierzyła mi się kiedyś, że z tym powiedzonkiem „kto zjada ostatki ten piękny i gładki” to niby wszystko się zgadza, tylko na końcu jeszcze powinno być: „i chudy jak pies po resekcji żołądka”, i że z dwojga złego, to ona wolałaby być brzydka i gruba), i najlepiej to być takim nikim szczególnym gdzieś pomiędzy, czyli jak ja, albo taka na przykład Tereska (Tereska ma termin NA TERAZ, czyli 1 kwietnia, i głowę daję, że się wywiąże).

Aha, i ciekawa jestem, czy widząc białe maleństwo Eli pomyśleliście sobie to, co ja, czyli: „omatko, trzecia wierna kopia Pacanka!”. No bo ja tak sobie pomyślałam, i małżonek też, i z góry założyliśmy, że to chłopak, bo nie dość że pacankowy krój, to jeszcze duży ten koziołek, jakby już miał ze dwa tygodnie, a tu niespodzianka – trzecia kopia Pacanka okazała się być dziewczynką, co mi małżonek kazał trzy razy sprawdzać i pytał, czy jestem na sto procent pewna (córkę Raszika, DWUMIESIĘCZNĄ, też mi kazał jeszcze raz sprawdzić, bo „coś te rogi to ona ma za grube u nasady, całkiem jak chłopak”), no ale JESTEM PEWNA, jednej i drugiej. Ciekawe, czy żeńska kopia Pacanka będzie miała rogi – Jacek i Placek nie mają, a Ida, córka dwóch bezrożnych rodziców, już wypuściła diabelskie kiełki. Zdjęć na razie mało, bo zdjęcia „w budzie” to co to za frajda. Jak już młoda będzie hasać po łące, zrobię jej należytą sesję.

A na koniec jeszcze jedna zagadka, też łatwa. Znajdź kota na tym obrazku:

A żeby było jeszcze łatwiej dodam, że szukacie mistrzyni kamuflażu, czyli Pumy.

PS. I powtórzę to, co napisałam w komentarzu pod poprzednim wpisem, ale ktoś mógłby przegapić: wymyślajcie herb Kanionkowa, albo nawet godło, bo małżonek od jakiegoś czasu, w wolnych chwilach, pracuje nad hymnem, i jak już będziemy mieli hymn, herb i godło, to będziemy się mogli ogłosić PAŃSTWEM! I miastem! Państwem w państwie! Co Państwo na to?

PPS. Właśnie sprawdziłam, co to ja sobie za ogórki kupiłam, znaczy nasiona, i tego to już byście nie zgadli. Na opakowaniu jest napisane, że to “ogórek kwaszeniak”, odmiana “Ela”. ELA. Mało tego – małżonek znalazł dziś na podwórku kawałek naszej rury wydechowej. Ten malutki, co wychodzi z tłumika. Nasz widać wyszedł całkiem i na dobre, a się nie zorientowaliśmy, bo odpadł podczas parkowania na podwórku. Zaprawdę powiadam Wam, nie jest dobrze nadepnąć kozie na odcisk, a ja jestem prawie pewna, że z tych ogórków nic nie będzie.

1 2 3 4