Ciasto z pluskwami, czyli o różnych odmianach szczęścia i inne ciekawostki

Siorbię poranną kawę przy kuchennym stole, małżonek robi sobie śniadanie, a ja nagle czuję nieodpartą potrzebę podzielenia się z nim wspomnieniem z czasów młodości i zagajam w te słowa:

–  A chcesz usłyszeć zabawną historię pewnego ciasta, małżonku?
–  Wprost umieram z ciekawości – odpowiada małżonek, obierając jajko na twardo ze skupieniem godnym sapera, a ja udaję, że nie wyczuwam sarkazmu w jego głosie.
–  No to już ci mówię. Wyobraź sobie, że ja tak wczoraj wieczorem siedzę w kuchni, całkiem jak teraz, i nie wiem skąd, może ze względu na zbliżającą się Wielkanoc, choć wiesz, że nie jestem religijna…
–  Aha – potakuje grzecznie małżonek.
–  …no ale jednak wiesz jak to jest z tą podświadomością i wartościami wpojonymi w dzieciństwie, one się długo w głowie trzymają, no więc ja tak sobie siedzę i nagle mam STRASZNĄ ochotę na takie jedno ciasto, które robiłam z grubsza dwadzieścia lat temu, i nie wiem skąd miałam przepis, bo to mazurek był, a w mojej rodzinie nikt nigdy nie robił mazurków…
–  AHA – małżonek ponownie poczuwa się do wyrażenia śladowego zainteresowania tą fascynującą historią.
–  …no ale skądś miałam i jak go raz zrobiłam, to potem piekłam tego mazurka nawet bez żadnej okazji, bo taki był dobry. Jak go zawiozłam raz do ciotki na święta, to na dobrą sprawę sama całego zjadłam, i nie wiem co w nim takiego jest, bo on jest bardzo prosty i całkiem bez czekolady, no ale może chodzi o płatki owsiane, bo je lubię?
–  Na pewno jest tak, jak mówisz, Kanionku – małżonek odkrawa plasterki sera z dokładnością kartografa.
–  No i teraz będzie to śmieszne: jak pierwszy raz upiekłam tego mazurka, a on ma te płatki owsiane na wierzchu, to znaczy nie same płatki, tylko to jakaś masa jest, z przytłaczającą przewagą płatków, nie pamiętam właśnie z czego ta masa, no w każdym razie ta warstwa z płatkami na wierzchu jest taka chrupiąca i trochę lśniąca, ale widać wyraźnie te płatki, no i jak mój ojciec zobaczył to ciasto, to tak patrzy, patrzy, PATRZY, i w końcu mówi: „a z czym to ciasto jest, Z PLUSKWAMI?”. Z pluskwami, ha ha! Nie wiem, skąd mój ojciec wiedział, jak wyglądają pluskwy, bo ja w życiu pluskwy na oczy nie widziałam, no ale on był z tej epoki, gdy służba wojskowa była obowiązkowa i trwała jakieś długie lata.
–  Aha… – małżonek wyciąga z lodówki majonez i stawia słoik obok talerza pełnego doskonale skomponowanych kanapek, które zawierają po równo wszystkiego: jajka na twardo, sera i kiełbasy.
–  Aha? Od którego momentu przestałeś słuchać? – pytam wcale niezrażona, bo przecież ja mu to wszystko mogę jeszcze powtórzyć.
–  Co? Nie, nie przestałem. Słuchałem!
–  No to o czym była ta historia?
–  O tym, że jak byłaś małym chłopcem, to bardzo ci smakowały robaki. W cieście.

No cóż. W sumie to się nawet kupy trzyma.

Wspomnienie o cieście z pluskwami chodziło po mnie dwa dni, szukałam nawet przepisu w Internecie (to znaczy nie na ciasto z pluskwami, tylko „mazurek nibymigdałowy”, bo tak się to ciasto formalnie nazywa), ale znalazłam milion mazurków, w tym naprawdę migdałowych, a mojego pluskwiaka nie. I pomyślicie sobie, że phi, mazurek, bez tego można żyć, no ale nie wiecie, że to wcale nie jest prawdziwy mazurek, taki suchy i twardy, co się nadaje tylko do gry we frisbee, najlepiej z psem, bo nie trzeba rzucać dwa razy. Nie, to jest porządne ciasto trochę tylko udające mazurek, a poza tym ma płatki owsiane! I można je jeść zamiast śniadania, którego mi się nigdy nie chce robić, a nawet jak mi małżonek zrobi, to nie mam czasu zjeść, a ciasto się wyciąga z lodówki i zjada szybko, a poza tym wiecie jak to jest ze wspomnieniami z czasów młodości – człowiek po prostu chce to przeżyć jeszcze raz.

No to zadzwoniłam do Mamy, choć z nikłą nadzieją, bo to przecież było co najmniej dwadzieścia lat temu, i wyobraźcie sobie, że Mama oddzwoniła po dziesięciu minutach, ŻE MA TEN PRZEPIS! I oto przed Państwem ciasto z pluskwami:

I z lekkim zakalcem. Bo to kruche ciasto jest, to na spodzie, niezwykle proste w wykonaniu, no tylko że dwadzieścia lat temu to ja mogłam tego mazurka z pamięci zrobić, a teraz to już nie pamiętam nawet, jak duża była blacha, na której go piekłam, a informacja „ciasto cienko rozwałkować” może być naprawdę różnie zrozumiana, za to „piec 20 minut” jest już dość precyzyjne, więc wyszło tak, że blacha była za mała, ciasto za grube, i piekło się zbyt krótko, czyli klasyczna sytuacja z rodzaju: „instrukcje były niejasne, penis utknął w wentylatorze”. Ale i tak zjadłam i nie żałuję, bo w smaku to było właśnie to, co chodziło za mną przez trzy dni. Przepis wrzuciłam na Forum, bo może ktoś się skusi.

No i tak, na Korsyce widziano jedynie rower z moim imieniem, ale tu się wcale nie ma z czego śmiać, bo MOGŁAM tam być, a nawet jeśli nie dokładnie tam, to na Lanzarote mogłam, o! A skąd by się miał Kanionek wziąć na ciepłych wyspach, zamiast siedzieć w zimnej oborze, na przełomie lutego i marca? Ano stąd, że pewna Ewa z Łodzi, znana nam również jako EEG, Kanionka zaprosiła, mówiła że będzie wspaniale, i że chodź pojedziemy, Kanionku, wygrzejesz sobie kości na słoneczku, będziemy zwiedzać i odpoczywać, i nawet przysłała mi odpowiedni asortyment odzieżowy na taką okoliczność, a mianowicie SPODNIE BARBARELLI, to znaczy takie same spodnie, nie że siłą zdarte z Barbarelli, ale te spodnie Wam pokażę latem, gdy je w końcu będę miała okazję założyć, no i ja wpadłam w pomieszanie popłochu z euforią, no bo matkobosko, Kanionek na egzotycznej wyspie? CUDOWNIE! No ale Kanionek wyrwany z kanionkowych śmieci i rzucony w obce strony? PRZESTRASZNIE.

Bo musicie wiedzieć, jeśli jeszcze nie wiecie, że Kanionek jest wycofanym, znerwicowanym, silnie labilnym emocjonalnie introwertykiem (jeśli ktoś tam się teraz śmieje, to ja to sobie zapamiętam i ten ktoś nie dostanie sera) o wielu odmianach nerwicy, w tym lękowej, i Kanionek siedzi w tym lesie od sześciu lat jak jakieś dzikie zwierzę, i już się całkiem do ludzi nie nadaje, a na przełomie lutego i marca tego roku nie nadawał się kompletnie do niczego. No i jak tu z takim zewłokiem w nerwicowej rozsypce lecieć samolotem? Usunęliby mnie z pokładu szybciej, niż brodatego, opalonego obywatela Szwecji obwieszonego dynamitem, choćby z czystej litości. A nawet gdyby nie usunęli, to i tak przez pierwsze trzy dni po przybyciu na wyspę mogłabym zwiedzać jedynie sufit, jedynie wzrokiem, nafaszerowana środkami przeciwmigrenowymi, które by i tak nie działały. No taki jest Kanionek, który nawet w totolotka nie powinien grać, bo gdyby wygrał, toby umarł z nadmiaru emocji, i ja bym tego Ewie nie mogła zrobić, żeby się taka dobra Koza martwiła zamiast wypoczywać, więc odmówiłam (jak mi ktoś w komentarzach napisze, że jestem głupia koza, to też nie dostanie sera!).

Tyle mojego, co sobie przez trzy tygodnie powyobrażałam (boso po gorących piaskach! Lans w spodniach Barbarelli! Czysta woda, w której można pływać! Słoneczko i jaszczurki! Wielogodzinne rozmowy z Ewą, poczas których nikt nie umarłby z nudów i nie mówił „co ty za głupoty opowiadasz, Kanionek”!, nikogo do nakarmienia!, śniegu ani śladu nawet na zdjęciach!), choć może to było półtora tygodnia, bo przez drugie półtora byłam po tej drugiej, ciemniejszej stronie jaźni, która szła jakoś tak: porzygam się ze strachu…, umrę już w pociągu do Warszawy…, będzie mnie ciągle bolał łeb…, jak zobaczę Ewę, to oniemieję z wrażenia i wyjdę na kretynkę…, umrę w samolocie, porzygam się i przepalą mi się bezpieczniki…, odwiozą mnie do kraju na noszach, z pianą idącą z nosa, siwą na głowie i zieloną na ciele, Ewa będzie żałowała do końca życia…, i tym podobne. I to wszystko nie było tak, że półtora tygodnia słońce i jaszczurki, a drugie półtora Kanionek na noszach, nie. To było: godzina na słońcu, godzina w żelaznym uścisku splątania i histerii, i tak w kółko i na przemian, aż w końcu podjęłam jedyną słuszną decyzję i napisałam Ewie mniej więcej to, co powyżej, i Ewa ma tak wielkie serce, że nawet się nie obraziła, a teraz szybko pokażę Wam nowe koziołki, żeby odwrócić Waszą uwagę od mojego kalectwa.

I teraz sobie pomyślicie, że miały być nowe koziołki, a ja Wam znów synów Kachny przedstawiam, ale się pomylicie, bo to SĄ nowe koziołki, a przynajmniej jeden jest nowy. Ta nierozłączna parka to córka Elżbiety i syn Tereski, a odróżniam ich od siebie tylko po tym, że córka Eli ma ledwie widoczną, a całkiem niewidoczną na zdjęciach, plamę w kolorze dziesiątego naparu z torebki kiepskiej herbaty, i ta plama jest na szyi, tak od góry, i widać ją tylko z bliska. Przez kilka pierwszych dni myślałam, że to jakieś brudne jest, niewylizane przez Elę, czy coś, ale nie, to jednak taki kolor sierści, za to synek Tereski jest doskonale biały. I ma większe niż córka Eli uszy. No ale z daleka są nie do odróżnienia. A tutaj synek Roman, który też mi się wydawał brudny, ale gdy wysechł do końca było już jasne, że jest koloru Herbatki:

Tutaj zaś trójka od Kawki – oczywiście same chłopaki:

Jeden jest raczej czystą kopią Pacanka, drugi zdradza lekkie oznaki herbacianej maści, a trzeci to szpakowaty diabełek, największy z całej trójki.

Dwaj synowie Pippi wyglądają dokładnie tak, jak synowie Kachny, albo córka Eli z synkiem Tereski:

A najnowszym mieszkańcem koziarni, który urodził się w środę dwunastego kwietnia, jest synek Małego Zła. Przełamał biały trend, jest piękny, duży i silny, i oczywiście bardzo jestem zadowolona, choć byłabym jeszcze bardziej, gdyby był dziewczynką:

Jeszcze mokry, ale już pewnie stoi na nogach i wie, gdzie dają mleko. No i cóż. Stan na dziś jest taki, że w tegorocznych wykotach dostaliśmy aż jedenastu chłopaków i tylko cztery dziewczyny, a na rozwiązanie czekają jeszcze: Małabożenka, Krycha, Krówko, Bożena, Herbatka, Kredens, no i Ziokołek, o ile coś wyszło z tej styczniowej randki z Pacankiem.

Być może niektórzy z Was zastanawiają się, co z moim ogrodem, i już Wam mówię. Byłam naprawdę święcie przekonana, że w tym roku ogrodu nie będzie, i nadal wydaje mi się, że nie będę miała dla niego czasu, no ale…

Ogród miał być dościółkowany jesienią, na co nie miałam już sił, więc na wiosnę porósł chwastem aż miło, i w związku z tym podjęłam decyzję, że siać i sadzić może nie będę, ale z grubsza odchwaścić i dościółkować muszę, bo szkoda, żeby moją kilkuletnią pracę zeżarły pokrzywy, kurdybanek i przytulia. Powlokłam się więc któregoś z cieplejszych dni do ogrodu, wyrwałam pęk pokrzywy wraz z kilometrem podziemnych kłączy (a wychodzą z ziemi bez oporu, bo gleba mięciutka i luźna) i… Poczułam ten zapach. Charakterystyczny zapach mokrej, żyznej ziemi, pełnej resztek materii organicznej (i dżdżownic, ale zapachu dżdżownicy nie umiem opisać, mimo najszczerszych chęci. No dobra: dżdżownica pachnie surowym kotletem mielonym, który wypadł z rąk kucharki prosto do doniczki z fiołkiem, czyli trochę mięsem, trochę ziemią, ale o dziwo ani trochę fiołkiem), z wierzchu nagrzanej wiosennym słońcem.

No i jak tylko poczułam ten zapach, to zaraz coś mi się zrobiło w głowę, i już w wyobraźni widziałam te cukinie, ogórki (no jak żyć bez swojskiego ogórka, jak?!), marchewki, soczystą buraczaną nać i inne takie. To jakaś atawistyczna klątwa jest, ta potrzeba grzebania w ziemi, i nawet Roman Kostrzewski śpiewał: „szczęście ziemią pachnieć winno”, choć nie wiem, czy do końca dobrze rozumiem ten tekst, bo dalej jest enigmatyczne ostrzeżenie, że nie należy pluć pod wiatr, no ale może chodzi o to, że jabłko nie powinno padać zbyt daleko od jabłoni, gdyż może się wtedy wynaturzyć, utracić tożsamość i zapomnieć o swoich korzeniach, i zostać np. wysokoprzetworzoną szarlotką z marketu, albo sokiem jabłkowym słodzonym aspartamem, a to wszystko bardzo niedobrze, i z człowiekiem podobno jest dokładnie tak samo.

No i co Wam powiem, to Wam powiem: ja na pewno nie zostanę oderwanym od Matki Ziemi sokiem w kartonie, bo już przeorałam (głównie nosem) pół ogrodu i dowiozłam milionaście taczek ciężkiej słomy (ciężka słoma to mokra słoma, albo taka zasrana), posiałam marchew i groch, tymianek i cząber, a nawet bazylię, wsadziłam kilka setek ząbków czosnku w ziemię (tak, późno, no ale takie były okoliczności, że wcześniej nie wyszło), i jeszcze mi sporo roboty zostało (ale nie, nie będzie ogrodu na pełnym wypasie w tym roku, bo naprawdę nie dam rady), tylko coś mi się z tym cytatem nie zgadza, no bo niby wącham tę ziemię i czuję przypływ nieokreślonej euforii, ale z drugiej strony WSZYSTKO MNIE BOLI, ręce, plecy, kolano, palce dłoni, zmęczona już jestem i jakaś taka zła chodzę, że jednak ZNÓW sama sobie wykopałam ten dołek i w niego wpadłam, i ja już nic z tego nie rozumiem. Szczęście ziemią pachnieć winno! Po długiej analizie stwierdzam jednak, że to bardzo proste: są różne odmiany szczęścia, prawda? Jedno jest zezowate, drugie ślepe, jeszcze inne łyse, a moje widać musi być wkurwione, bo inaczej nie umie.

Na koniec kilka niezwiązanych z niczym ciekawostek przyrodniczych. Służby leśne wciąż wywożą las po kawałku:

A jeśli kupka drewna leży zbyt długo przy drodze, to wygląda tak:

Tak, to robota sarenek, które też lubią świeżą korę drzew. A tak wygląda teraz dawna łąka za lasem, o której wspominałam w poprzednim wpisie:

I wiemy już, że to nie nowy właściciel zaorał, bo nie ma nowego właściciela, tylko ten sam co zawsze, i tarninę to właśnie on wyciął, ponieważ kradła mu złotówki z dopłat unijnych („ten satelita teraz nad nami krąży i robi zdjęcia, i na zdjęciach to tu był cień, a za cień to mi nikt nie zapłaci”), więc znów się potwierdza stare powiedzonko, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Rozmawialiśmy z nim, bo chcieliśmy podnająć ze trzy hektary tej łąki (jeszcze całej nie zdążył zaorać), i bardzo by nam to pasowało, bo leśniczy zgodził się na zrobienie korytarza dla kóz pod linią energetyczną, gdzie i tak trzeba wycinać siewki olszyny, a tak się składa, że tym korytarzem wychodzi się z naszej łąki wprost na łąkę, o której piszę.

No i Pan Łąka najpierw marudził, że to taki skrawek ni przypiął, ni wypiął, i że on nie wie, bo on musi teraz nowy plan pięcioletni do ARiMR-u zgłosić i to mu wszystko skomplikuje, a co będzie, jak my się rozmyślimy, a potem ni z gruszki, ni z pietruszki zadzwonił w niedzielny poranek, że on już nam wytycza te trzy hektary z giepeesem, i żebyśmy natentychmiast przylecieli to wszystko zobaczyć i dogadać szczegóły. Tak po prostu.

No to polecieliśmy jak te dzikie zające, skacząc nad pastuchem, bo dookoła to by wyszły ze dwa kilometry, i dogadaliśmy, że on chce 450 zł za rok (oczywiście dopłaty unijne też brałby on, bo to oficjalnie nadal jego łąka) a my się na to zgadzamy, a jak już się niezdrowo wzbogacimy na tych kozach (ha ha), to on nam podniesie czynsz, na co nie wiedzieliśmy czy się zgodzić, pouprawialiśmy jeszcze z piętnaście minut grzecznościowej pogawędki („opanie, tu się nic nie opłaca”) i umówiliśmy na telefon dnia następnego. I może ja tu jeszcze zaznaczę, że Pan Łąka był bardzo rzutki, giętki i uroczy, emanował niezdrowym wręcz (jak na mój gust) entuzjazmem, że o ho ho, ja wam zaraz tu patyczki powtykam, żebyście wiedzieli odkąd dokąd, wszystko tu będziecie mieli FAJNIE, ja wam mogę ten kawałek zbronować, to sobie nowej trawy posiejecie i co tam tylko chcecie, a tych kózek to ile macie, a no to fajnie, hej ho, hej ho.

NO TO FAJNIE. Wróciliśmy do domu, małżonek zadowolony, bo małżonek jest prorozwojowy i myśli przyszłościowo, i już piłę naszykował do cięcia kolejnych trzydziestu słupków pod pastucha na ten korytarz i nowe hektary koziego wypasu, ja lekko oszołomiona, bo nie powiem, ta łąka z koniczyną byłaby nie od czapki rarytasem dla naszych kóz, ale ja się długo oswajam z nowymi sytuacjami, a w dodatku nie ufam ludziom, którzy są tacy hop-do-przodu, jak Pan Łąka właśnie, no ale przecież wiem też, że mam skłonności do przesady, paranoi, i wszędzie węszę spiski, więc powiedziałam sobie: „spokojnie, Kanionek, to tylko kawałek łąki, nie kontrakt na dostawę broni nuklearnej, wszystko będzie dobrze”, i po dwóch paracetamolach i dwunastu wewnętrznych dialogach już mi się nawet to wszystko w głowie poukładało, gdy…

Dnia następnego, w poniedziałek co był zaraz po niedzieli, dzwonimy do Pana Łąki, że nam się wszystko podoba, słupków narobiliśmy jak jacy głupi, z leśniczym wszystko dogadane, i kiedy możemy pastucha stawiać, a Pan Łąka zaczyna stękać, że ten, że no bo, że on bardzo przeprasza, ale on to musi jeszcze z doradcą skonsultować, czy on to tak w ogóle może, ten kawałek łąki ująć w planie pięcioletnim jako teren wypasowy, i że sorki że tak wyszło, no ale on tego nie przemyślał, i że on jeszcze do nas w środę zadzwoni. W środę tydzień temu. Nie, oczywiście, że nie zadzwonił. Hej ho, hej ho.

A z tych milszych ciekawostek przyrodniczych to mam dla Państwa zdjęcie Idy, tegorocznej córeczki Ireny:

I na tym zdjęciu już trochę widać, że Ida będzie miała rogi, i to jeszcze nic ciekawego, ale niech się Państwo przyjrzą dokładnie: ona będzie miała jeden róg czarny, jak u Krówko, a drugi kremowy, jak u Małego Zła! Co prawda na razie rogi mają jakiś centymetr długości i nic nie jest pewne na tym dziwnym świecie, ale mam nadzieję, że jej tak zostanie; aha, czarny rożek jest po tej samej stronie, co podmalowane oko.

No i na KONIEC KOŃCÓW pokażę Państwu, jak Pusia z ekipą instalowali kabel trójfazowy, co biegnie od skrzynki w domu do puszki w oborze, a jego zakup był niezbędny ze względu na dojarkę. Jak się nie ma odpowiedniej, rozkładanej drabiny, to się używa tego, co jest na podwórku:

I kawałek już zainstalowanej dojarki też mogę Wam pokazać:

A tu włącznik główny, w nieco przerobionej puszce od Kachny:

Próba generalna dojarki już się odbyła, choć nie na kozach, bo my się nie znęcamy nad zwierzętami i nie przeprowadzamy na nich podejrzanych eksperymentów. Nie, my sobie pozasysaliśmy wszystkie kciuki i palce wskazujące w tych krowich kubkach udojowych, testując różne wartości podciśnienia, i zanim nam te palce całkiem odpadły udało nam się ustalić, że jeden z pulsatorów działa tylko wtedy, kiedy mu się chce, a często mu się nie chce. I jeszcze parę innych drobiazgów, nad którymi obecnie głowi się małżonek, ale mówię Wam, że ani się obejrzycie, jak obiecane zdjęcie z uśmiechniętym Ziokołkiem zapuka do Waszych monitorów.

PS. Konstrukcja szklarni, wykonana świadomie z nietrwałego materiału (czyli drewna olchowego, a „świadomie” należy czytać: „Kanionek się uparł, bo miało być szybko i teraz i już”), doznała wielu poważnych kontuzji tej zimy (no na przykład kawałek dachu wisi na włosku, a drzwi to się całkiem połamały i powiewają na wietrze w kilku kawałkach, łopocząc żałośnie poszarpaną, zmatowiałą folią), więc problem pomidorów się w sumie sam rozwiązał. Aha, czy ktoś z Was ma doświadczenie z topinamburem? Bo dostałam wiaderko bulw na jesieni, no i nie mogły się zmarnować, bo mam jakiś tam honor, więc powtykałam je w ziemię i lekko zaściółkowałam – jakoś pod koniec listopada. Nic na razie nie wylazło z ziemi i nie wiem, czy to jeszcze nie czas, czy może coś zrobiłam źle.

PPS. Ach tak, jeszcze rosołek…

Nie chciałam, zostałam zmuszona. Nie wiemy czyja to była sprawka, który z piesków nie zniósł presji i nudy tych szarych, marcowych dni, bo co prawda nakryliśmy Pimpacego nad jeszcze ciepłą, choć już bardzo nieżywą kurą, ale to mógł być każdy inny pies, a Pimpacy po prostu pilnował towaru, gdy reszta szukała sztućców i musztardy. No w każdym razie nie powiem, rosołek był pyszny, tylko te wszystkie czynności prowadzące do rosołku wciąż jednakowo przykre, jak za pierwszym razem.

A tu, dla odmiany po dziele zniszczenia, dzieło tworzenia, czyli gniazdo dwóch Melin – tak, w tym roku też zrobiły sobie spółdzielnię mieszkaniową, mają jedno gniazdo i obie składają doń jajka, a w fotelu prezesa zarządu zasiada oczywiście Kaczka, tylko zamiast fotela ma psią budę:

I furtkę:

Wesołego jajka wszystkim Państwu życzę :)

1 2 3 4