O piniacie w warsztacie i wywijaniu polskich orłów, czyli jak małżonek zabił Internet

Czwartek szóstego piździernika – od rana wieje, mży i robi zimno. Wzięliśmy kosy i poszliśmy karczować bujne chaszcze od zachodu, pod kolejną nitkę pastucha, który do końca miesiąca – tak sobie założyliśmy – ma już obejmować całą naszą dzierżawioną posiadłość ziemską. Kozy patrzyły na nas jak na idiotów, którymi jesteśmy, bo zaiste cudownie się pracuje w taką pogodę, zwłaszcza na odcinku zabałaganionym przez pilarzy, którzy prześwietlając lasek olszynowy rzucali gałęzie i kilkumetrowe pnie drzew jak popadło, ale małżonek obejrzał ostatnio całą serię „Rocky” i mówi, że jak Sylvester Stallone mógł od zera do bohatera, to my też możemy, a ja mu mówię, że Rocky to był Balboa, a ja jestem zwykła pierdoła, i ze mnie takie szarpanie olchy spod bujnego (i mokrego!) dywanu ostów nie robi bohatera, tylko zwykłego męczennika z kolcami w dłoniach, a małżonek na to, że jeśli chodzi o dłonie, to ja jeszcze nie wiem wszystkiego, bo jak tylko skończymy z tym kawałkiem ugoru, to on wiesza drążek w warsztacie, i będziemy się na nim podciągać! Codziennie!

drazek-bohaterow

Ile razy się podciągnęłam? Pół. Muszę się trochę oszczędzać, żeby mieć siłę udusić małżonka.

Jak już skończyliśmy z dawką bohaterozy na czwartek, to małżonek usiadł przed kompem i zabił Internet. To znaczy on twierdzi, że to wszystko wina piesków, bo on akurat restartował ruter, grzebał w ustawieniach, coś tam coś tam kluczowy moment, a wtedy przybiegły pieski i narobiły rumoru, i wtedy on się zdenerwował i kliknął niewłaściwy plik, i straciliśmy łączność z ruterem, czyli w sumie z całym światem. Ruter ogłuchł i oniemiał, a małżonek stwierdził ze skruchą, że kompletnie nie ma pojęcia, jak się teraz z nim skomunikować. Jeśli więc kiedyś przeczytacie w porannej prasie, że jakiś zdolny haker polskiego pochodzenia zablokował serwery banku centralnego, to spokojnie możecie dopijać kawę i zagryzać ciasteczkiem, nie idziemy do więzienia, bo to nie mój mąż. No chyba, żeby niechcący kliknął w niewłaściwy plik.

No więc przez kilka kolejnych godzin małżonek był trochę jak komunizm – dzielnie walczył z problemami, które sam stworzył, a ja w tym czasie realizowałam założony wcześniej ambitny plan podnoszenia kwalifikacji w kuchni, to jest wymyśliłam sobie, że w ciągu sześciu godzin dam radę zrobić cztery sery, zapiekanki na obiad, i jeszcze upiekę murzynka, skoro piekarnik i tak będzie grzany. No i gdy zostało mi pół godziny do cięcia skrzepu, 10 minut do wyjęcia zapiekanek z piekarnika, a murzynek już stygł sobie ładnie na parapecie i czekał tylko na polewę, wyskoczyłam z domu na chwilę (a to się ZAWSZE źle kończy), żeby zamknąć kozy w koziarni, wpuścić płetwy z łąki na podwórko, sypnąć im owsa i przynieść ze dwa wiadra wody ze stawu, bo tyle się da zrobić w ciągu dziesięciu minut, jeśli się do tego przyłożyć i nie ociągać, POD JEDNYM WARUNKIEM. Takim mianowicie, że się nie założy na nogi kretyńskich kaloszy, które są głupie jak but i zupełnie nie czają konsystencji podłoża, które dnia onego, czwartku szóstego, było nasiąknięte wodą i śliskie jak mydło.

Pierwszą glebę zaliczyłam idąc z pustymi wiadrami wydeptaną przez kozy ścieżką, i zaklęłam szpetnie jak ten szewc, co normalnie bez butów chodzi, ale do zwierząt mu kazali zakładać. Stłukłam sobie łokieć i biodro i naciągnęłam mięśnie (głównie szczęki i języka), ale nie czas żałować łokci i róż, gdy w piekarniku już być może płoną zapiekanki, prawda. Druga gleba była o niebo ciekawsza – gramoląc się z pełnymi wiadrami na skraj straszliwego urwiska (no wiecie, chodzi o brzeg stawu), poślizgnęłam się i zjechałam spektakularnie tyłem, na wyprostowanych nogach, razem z wiadrami prosto do stawu. Zdradzieckie kalosze natychmiast wypełniły się wodą, a bawełniane spodnie ochoczo podchwyciły ten pomysł na świetną zabawę i podciągnęły wodę aż do kolan, jednym wiadrem zdzieliłam się w łeb, a drugie przytomnie puściłam, by podeprzeć się choć jedną ręką, zapewniając tym samym pierwszą pomoc przedlekarską temu dopiero co obitemu łokciowi, czyli zrobiłam mu kurewsko zimny okład z wody.

I chyba nie macie wątpliwości, co oznacza stare, polskie przysłowie, że szewc bez butów chodzi? Wcale nie to, że on biedaczek taki zarobiony, że nie ma czasu własnych butów naprawić. Już on dobrze wie, co robi! A jak myślicie, dlaczego Witkacy na bohaterów swojego dramatu wybrał właśnie szewców? Bo to jest dramat, co szewcy porządnym ludziom uczynili! Ja to widzę tak, że każdy szewc tego świata, siedząc w swojej szewskiej kanciapie, gmera w cudzym obuwiu, wbija gwoździe w podeszwy i myśli sobie tak: „lubię patrzeć, jak oni się męczą w tych butach. Jak sobie obcierają pięty i naklejają na palce plastry na odciski. Jak sobie opowiadają o halluksach, płaskostopiu i wrastających paznokciach, albo o tym, jak to odpadły im fleczki i nie mogli zatańczyć na kuzynki weselu. Ale najbardziej to lubię, jak wywijają orła na błotnistych ścieżkach, HA HA HA HA!”). Mówię Wam, buty to samo zło, a szewcy to adwokaci Diabła. Widzieliście kiedyś, na jakimkolwiek obrazie, żeby Diabeł był w butach? NO WŁAŚNIE.

Ale spoko, zapiekanki się nie sfajczyły (do domu leciałam jak somalijska sprinterka, z tą tylko różnicą, że ja rzucałam kaloszami na cztery wiatry. No w sumie na dwa, bo na cztery to mi kaloszy nie starczyło), były bardzo smaczne, jako i zresztą murzynek, tak więc – in your face, shoemakers!

mudzynek

Tak, ta brązowa, błyszcząca bryła to nie ja cała w błocie, tylko murzynek w polewie. Ja wiem, że żadne tam osiągnięcie, i w ogóle czym tu się chwalić, ale ja się przy małżonku zupełnie nie mogę rozwinąć kulinarnie, ani piekarniczo. Rodzynki „be”, owoce „be”, ciasta z kremem „a po co”, torty „nieporozumienie”, muffinki „jakiś szajs dla pensjonarek”, no to co mi zostaje? Kakaowa cegła w kakaowej lakierce. I jeszcze codziennie muszę mu przypominać, że ciasto jest w lodówce, bo on potrafi przez miesiąc chodzić i mówić, że „w sumie to bym sobie zjadł murzynka”, a jak ja w końcu zrobię tę cegłę, to on natychmiast o niej zapomina. Może mu nad tym drążkiem w warsztacie podwieszę…?

Czy w Waszych stronach dzieciaki za komuny też miały taką zabawę, w sumie to konkurs był, że się zawieszało jabłko na sznurku, i trzeba było je zjeść, ale bez używania rąk? Wiecie, ciosem z bańki wprawiało się jabłko w ruch wahadłowy, i gdy ono wracało, to się w nie wbijało zęby i odgryzało kęs, i tak w kółko, aż do ogryzka i zwycięstwa. No to tak sobie to mniej więcej z tym ciastem wyobrażam – jedno podciągnięcie na drążku – jeden kęs murzynka. Praca i nagroda, praca i nagroda, aż do zwycięstwa na tym życiowym ringu codzienności. Bo każdy naród ma swoich bohaterów i swoją piniatę, co nie?

No ale bujać to MY (małżonka na drążku), a nie NAS – z małżonka to jest taki twardziel, jak Wam zaraz opiszę. Podchodzi małżonek do Atosa leżącego na podłodze, masuje mu tylne łapy i mówi: „kto jest moim wilkiem najwspanialszym? No kto? No pewnie, że Atośnik. Najśliczniejszy, nieustraszony, bezszelestny i niedościgniony!”. Albo siedzi w kuchni z Mającem i słyszę, jak jej szepcze czułe słówka: „Kto jest moim Majączkiem najpiękniejszym? NO PEWNIE, że ty. Nie ma drugiego takiego Majączka na świecie, i wszyscy ludzie, co Majączka wziąć ze schroniska nie chcieli, to idioci i dzisiaj żałują. No tak, Majączku, tak właśnie jest”. Albo z Laserkiem: „Kto jest najbardziej plajsticzanym pieskiem na świecie? I najczarniejszym? Plajsterek? NO PEWNIE, że Plajsterek. Plajstiko-madżiko. Jest tak gładki i opływowy, że nie stawia oporu w powietrzu, a w wodzie pływa jak PSTRONG. Tak właśnie jest, Plajsterku”. No i Pimpacy, oczywiście: „Pusia? Pusiołek? Pusiogenny Pusiozwierz? NO PEWNIE, że tak, Pusiakolepie jeden. No jaka jest Pusia – malusia? Niee, Pusia jest najgroźna. Tak właśnie jest, Puśminie”. A potem przychodzi do mnie, i mówi: „Kanionek, ty grubasie grubymi nićmi szyty, znowu zostawiłaś taczkę na deszczu?”.

A propos szycia Kanionka nićmi, to ja mam zdecydowanie szczęście do tłuczonego szkła. I założę się, że teraz wszyscy pomyśleliście o moich stopach, ale nie, tym razem niemal nie obcięłam sobie małego palca u prawej dłoni. Mianowicie było to tak, że nie chciało mi się wycierać góry naczyń, która od wieczora dnia poprzedniego kwitła sobie w suszarce, więc kolejne naczynia układałam na tej górze, dopychając w miarę potrzeby łokciem, i nie, to jeszcze nie wtedy obcięłam sobie palec. Nadszedł w końcu ten moment, gdy już nie dało się niczego więcej w suszarce upchnąć i trzeba było powycierać, a akurat miałam chwilę, bo i tak musiałam sterczeć w kuchni przy fasoli. No i tak sobie wycierałam, myśląc o petrolowych migdałach, i nie zauważyłam, że wskutek dopychania łokciem jedna szklanka nie wytrzymała tej życiowej presji i pękła, gubiąc spory kawałek swego jestestwa, i przy pierwszej próbie wytarcia szklanki ruchem okrężnym rozcięłam sobie palec. Koniec historii. Palec się jakoś wyliże, ale szklanka to ładna była, taka kwadratowa, z grubego szkła i kompletu czworga, co to go dostałam na imieniny lat temu cztery, no i teraz to już naprawdę koniec tej historii. Nie wiem co prawda, dlaczego kłamstwo ma krótkie nogi, ale lenistwo to na pewno ma krótkie ręce, bo je sobie urżnęło tłuczonym szkłem. Na koniec może dodam jeszcze, że nie wiem, czy już o tym pisałam, ale nienawidzę zmywać i wycierać.

No i tak. Od tygodnia pada i nie mam dla Was żadnych nowych, ładnych zdjęć, a przecież nie będę sobie specjalnie selfie strzelać, więc pokażę Wam rzodkiewkę, którą wysiałam pod koniec sierpnia. Nazywa się „sopel lodu”, rośnie wielka i bez przerywania, a sieję w sierpniu lub wrześniu, bo wtedy robactwo już nie atakuje, a ślimaki działają w zwolnionym tempie, i ja mam rzodkiewki, a gęsi mają liście rzodkiewek:

rzodkiewki-wieczorowa-pora sopel-lodu-z-ogrodka

No i kilka fotek z bogatego archiwum pamięci mojego fotograta. O, tak się suszyły Wasze pomidory. To znaczy niby moje, ale do Waszych serów:

suszenie-pomidorow

A po ususzeniu z ośmiu tacek zostaje jedna!

ususzone

Z kilku ocalałych kępek majeranku, surowca po ususzeniu uzyskałam tyle co kot napłakał (a płakał, bo dopiero wtedy się zorientował, ile tego majeranku zepsuł!), czyli słoiczek po przecierze pomidorowym, z którego zostało już tylko pół, bo dwa razy robiłam fasolkę po bretońsku:

suszony-majeranek suszony-majeranek-2

Cząbru było znacznie więcej, i pomna Waszych przestróg o straszliwych skutkach wdychania ziołowego pyłu dusiłam się w maseczce podczas skubania gałązek. Nie wiem, co gorsze – ziołowy pył w oskrzelach, czy bliskie spotkanie z tunelem i światełkiem z powodu niedotlenienia mózgu:

oddzial-chirurgii-zielnej skubanie-czabru

Mogę jeszcze pokazać sałatkę szwedzką, którą zrobiłam dzięki uprzejmości urodzaju na ogórki, bo ile można kisić:

salatka-szwedzka

Nie wiem, czy ona szwedzka, czy słowiańska, ale zawiera ogórki, paprykę, cebulę, marchew, czosnek, a niektóre słoiczki również żółtą cukinię. Wszystko cięłam w plasterki na szatkownicy do kapusty i szczerze polecam ten sposób, ale tylko osobom przytomnym i o dobrym wzroku, bo na szatkownicy cięcie idzie bardzo szybko, i ani się człowiek obejrzy, jak ogórek się skończy a zacznie łokieć. Jak już sobie to wszystko potniecie, w proporcjach mniej więcej takich: kilogram ogórków, dwie duże papryki, dwie średnie marchewki, trzy duże cebule, cztery ząbki czosnku, opcjonalnie – średnia cukinia, to zalewacie warzywa WRZĄCĄ zalewą: dwie szklanki wody, szklanka octu, szklanka cukru, półtorej łyżki soli, trzy kulki ziela angielskiego.

I po upływie dwóch godzin (to jest minimum, ale można trzymać dłużej) pakujecie do słoików i – niestety – pasteryzujecie. Ja pasteryzowałam około 10-15 minut, bo nie lubię rozgotowanej sałatki szwedzkiej, ale niektóre przepisy podają nawet pół godziny, bo to pewnie zależy od wielkości słoików. Mam termometr serowarski, więc sobie wetknęłam sondę w jeden słoik, i gdy temperatura w środku osiągnęła 80 stopni, to wyjęłam słoiki i dopiero wtedy dokręciłam porządnie wieczka. Sałatka się nie psuje, nie zmienia koloru, jest świetna na zimę i nie tylko, pasuje do obiadu i kanapki, koniec.

Obiecałam Wam jeszcze coś o pakowarce próżniowej, więc proszę. Mniejsza z tym, czy to faktycznie zdrowiej, lepiej i bardziej hipstersko pakować żywność próżniowo do zamrażania, ale na pewno takie płaskie, wyssane paczki zajmują mniej miejsca w zamrażarce, więc i ja zapragnęłam być mądra i gospodarna. I oszczędna. Nie kupiłam więc pakowarki, tylko plastikowe słomki do napojów (ale to już dawno) i woreczki do mrożenia (jakieś śmieszne pieniędze kosztują w Lidlu), i normalnie robię tak (tu na przykładzie zblanszowanej fasolki szparagowej):

Fasolkę wrzucam do woreczka, tak żeby jedna porcja na obiad wystarczyła:

fasolka-w-woreczku

Do woreczka wtykam słomkę i woreczek wokół słomki dłonią czule owijam i ściskam:

sciskam

I – jak życie z mojego małżonka – powietrze z woreczka wysysam, aż wygląda tak:

po-wyssaniu po-wyssaniu-2

To nie jest trudne – całkiem jak z paleniem papierosów, czyli trzeba jedynie pamiętać, że nie dmuchamy, tylko wciągamy. I jak już wyssiemy całe powietrze, a oczy nam się zapadną w głąb czaszki, wtedy cały czas mocno ściskając woreczek – wyciągamy słomkę, i błyskawicznie zaciskamy dłoń jeszcze mocniej, żeby woreczek nam nie zassał powietrza na powrót. Naprawdę łatwe, tylko pisze się o tym długo i zawile. Potem obracamy woreczkiem, żeby skręcić ciasno końcówkę, którą na końcu podwijamy i – nie puszczając woreczka – przyklejamy taśmą klejącą. No i to jest najtrudniejsza rzecz z tego całego pakowania. Najlepiej użyć szerokiej taśmy i przykleić do woreczka brzeg tej skręconej końcówki, a dla pewności podkleić jeszcze wyżej. Tak to wygląda:

skrecam zaklejam


Taśma klejąca jest istotą doskonałą i w zamrażarce będzie się czuła jak ryba w lodzie, czyli może ciut zesztywnieć, dlatego ostrzegam, że po udanym spakowaniu próżniowym i ulokowaniu produktów w komorze zamrażarki nie należy później co chwilę nimi szastać, przerzucając nerwowo z kąta w kąt w poszukiwaniu mrożonych paluszków z kalmara, zielonego groszku czy półtuszy wołowej, bo taśma może tego nie wytrzymać. Pakowanie próżniowe (przynajmniej to mojego pomysłu), jest dla ludzi spokojnych, życiowo ogarniętych, zdyscyplinowanych i systematycznych (czyli spytajcie mnie skąd wiem, że taśma czasem nie wyrabia).

ALBO możecie sobie kupić pakowarkę próżniową, która sama wysysa, a potem jeszcze zgrzewa woreczek, ale nie polecę Wam żadnej, bo zapomniałam wysłać setkę maili do producentów i dystrybutorów zgrzewarek, z propozycją zareklamowania ich produktu na blogu. JEŚLI JEDNAK jakiś producent lub dystrybutor mnie czyta, to OCZYWIŚCIE, że może mi wysłać taką pakowarkę, a ja wtedy napiszę na blogu, że jest najlepsza na świecie, i że nawet z nią śpię i na spacery chodzę, no bo przecież byle bubla mi nie wyślecie, prawda?

PS. I koniec z haczykami, łańcuchem, żelazną sztabą i ukrytą zapadnią. Od teraz małżonek trzyma kozy pod kluczem:

zamek-z-ksiezniczkami klucz-nad-wycieraczka

I w koziarni też jest taki sam klucz, zawieszony na gwoździu (tego jeszcze małpy nie rozpracowały), więc można sobie drzwi zamykać i otwierać z której się strony żywnie podoba. Widzieliście Państwo?

PPS. I już myślałam, że nadrobiłam wszystkie zaległości i mogę iść spać do marca, ale przecież miałam Wam jeszcze napisać, jak się robi zagrodę dla kozłów i cebulę. Szlag.

szlag

PCK. I bardzo, bardzo dziękuję dobrym ludziom, praworządnym obywatelom, co zapłacili mandaty od Ireny. Wiem, że miało być na owies, ale owsa jeszcze trochę mamy, a teraz musimy dokupić słupki i drucik do pastucha, i będzie w sam raz. I w ogóle WSZYSTKIM dziękuję, już Wy dobrze wiecie za co.

1 2 3 4 5 21