Ziokołek Krzywousty, czyli jak królowej pościelisz, to i tak się nie wyśpisz

Nie wiem jak Wy, ale choć nienawidzę sprzątać, a w koziarni już od dawna sprząta małżonek, bo ja po kilku taczkach puchnę jak stara konserwa, to wprost uwielbiam to uczucie, gdy po sprzątaniu nasypiemy do koziarni nowej, suchej i pachnącej słomy, która szeleści jak dobrze nakrochmalona pościel, a dookoła są te wciąż białe ściany, i świeża woda, i wonne sianko w koziej karuzeli, i czuję się wtedy tak, jakbym samej Królowej Elżbiecie pościeliła łóżko z baldachimem, i mówię do niej: „pani zobaczy, pani Elżbieto, jakie mięciutkie i wygodne”, a ona dotyka, dłonią w białej, jedwabnej rękawiczce, i tym dystyngowanym, królewskim skinieniem głowy daje mi do zrozumienia, że tak, dobra robota, Kanionek, i ja wtedy taka jestem dumna i czuję się tak doniośle, i wpuszczam te kozy do środka, i one zupełnie nie wiedzą, jak być angielską królową! Bożena natychmiast zaczyna ryć w tej nakrochmalonej pościeli w poszukiwaniu kłosów z ziarnem, rozpędzony Andrzej zahacza rogiem o koszyk z sianem, wprawiając go w wirujące wahadło, wahadło spotyka się twarzą w twarz z Doktor Ekspert, która spłoszona wpada na wiadro z wodą, Baśka już sobie wygrzebuje dziurę w ściółce do gołego betonu, bo nie wie jak się zdejmuje kurtkę i zawsze jej za gorąco w tych bogatych piernatach, a reszta klienteli lata w tę i nazad, nierzadko po ścianach, w poszukiwaniu najlepszej miejscówki i najlepszego siana, a wiadomo, że najlepsze siano to zawsze akurat to, które dostało się komuś innemu. No i tak to – natury nie oszukasz, koza nie arystokracja, a jedyne białe rękawiczki jakie dane jest mi tu oglądać, to te lateksowe z Lidla, które zakładam do pracy.

Natury nie oszukasz – wrzesień chciał udawać, że jesień nigdy nie nastąpi, ale wpadł piździernik i mówi „co tu się kurde wyprawia”, i już mamy siedem stopni wg Celsjusza i dziesięć w skali Beauforta, i człowiek się nawet nie może uśmiechać na siłę, zgodnie z filozofią pozytywnego kondycjonowania mózgu, bo co się uśmiechnie, to mu wiatr zęby z gęby wyrywa. A małżonek się snuje, tocząc wkoło wzrokiem ponurym, i wiedźmińskim głosem powtarza, że oto nadchodzi „czas białego zimna i białego światła”, i komu to ma w czymkolwiek pomóc, ja się pytam?

No ale w środę do ARiMR i do sklepu musieliśmy jechać, i małżonek patrzy na mnie z niesmakiem, i pyta: „ty nadal boso?”, a ja mu na to, że owszem, boso, i że buty są dla słabych, a on na to, że to dobrze wiedzieć, kto tej zimy będzie dygał z węglem do kotłowni, a ja mu na to, że miałam na myśli siłę psychiki, a on wtedy, że jeśli ja będę ten węgiel siłą woli przenosić, to nawet lepiej. Jak to sobie głupi człowiek zawsze w bosą stopę strzeli… I wcale nie było mi zimno i jeszcze się okazało, że chodzenie boso jesienią ma taką zaletę, że ludzie odwracają od nas wzrok („ja nie mogę patrzeć, że pani tak boso!”), a to się doskonale składa, zwłaszcza gdy miałam umyć włosy, ale nie zdążyłam, a maskującą czapkę z daszkiem gdzieś diabli ponieśli, czyli na pewno Mając, i raczej zeżarł, bo po co gdzieś nosić, jak można zjeść na miejscu.

A teraz na chwilę odwróćmy wzrok od dramatycznych scen z bosą kobietą pośród jesiennej szarugi, i spójrzmy na uroczego Pacanka:

waleczny-pacanek-2 waleczny-pacanek

Oto dobitny dowód na to, że nie da się trzymać razem dwóch, a co dopiero więcej, pełnojajecznych kozłów. Wszystko było ładnie pięknie przez kilka tygodni, a wczoraj znów im odbiło. Wystarczyła jedna godzina wspólnego pobytu w zagrodzie, żeby Lucek namalował tę rzeź niewiniątek swoimi rogami na czerepie Pacanka, a Pacanek nie tylko mu nie ustępował, ale wręcz zaczepiał i prowokował (klasyka gatunku: „masz jakiś problem?” i „cho na solo, kutasiarzu!”). Dobrze, że akurat z wodą dla wszystkich kursowałam i zdążyłam rozdzielić idiotów, zanim Lucek zrobił z Pacanka sznycel po wiedeńsku w posypce ze świerkowych igieł. Przypięłam Pacanka łańcuchem do słupka na podwórku, żeby go jakoś obmyć, rany zdezynfekować, ale zapomnijcie – taki był wciąż naładowany emocjami, że nie dał się dotknąć. Obeszczany, chudy jak pies i zakrwawiony, prezentował sobą postać tak tragiczną, że gdybym go u kogoś na podwórku zobaczyła, to zaraz leciałabym go „ratować”. No szlag. Pacanek znów mieszka w izolatce i trzeba go będzie prowadzać na spacerki prozdrowotne, Lucjan drze ryja z zagrody, bo teraz jest sam, a dziewczyny z kolei, wiecznie zakochane, wydzierają się z drugiej strony ogrodzenia, aż niektóre zachrypły, i nasze obejście powoli zamienia się w coś na kształt zbrodniczych przedmieść Sosnowca, czy innego Chicago, gdzie bezwstydne panienki głośno chwalą swoje wdzięki, a kosę pod żebra można dostać jak chleb z masłem, czyli wszędzie i bez większego problemu.

Oprócz kobiet upadłych mamy też takie, które skosztowały owocu zakazanego tylko raz, a i tak zostały pokarane. Fifa Ziokołka wyglądała tak:

fifa-2

Nadal obstawiam, że to była osa w śliwce i ropień w charakterze komplikacji po użądleniu, a że ropień, to potwierdziła pani Superwetka. Wziął się akurat i pękł w dniu jej wizyty (kolczykowaliśmy Andrzeja, Pacanka i Krysię pod narkozą), więc go pani oczyściła i zdezynfekowała, i poradziła, że gdyby jeszcze kiedyś takie coś, to zawsze lepiej wziąć igłę, przekłuć i zobaczyć, co jest w środku. Ziokołek była całkiem odmiennego zdania, a pompowanie woreczka po ropniu roztworem jodyny uznała za totalne nieporozumienie i niebywałą potwarz, i pani Superwetka mogła się na własne oczy przekonać, jak dwoje dorosłych ludzi nie jest w stanie utrzymać jednej kozy, która w ułamku sekundy z pozycji horyzontalnej przechodzi w taką:

286836

Dokładnie tak wyglądała, tylko biała i z fifą. (pomnik jest z Konina, a zdjęcie stąd: (http://www.polskaniezwykla.pl/pictures/original/286836.jpg)

Ale że nawet najgorsze miasto ma swoje anioły, to sytuację, statystyki i twarz tego wpisu ratuje Bożena, a raczej jej urocze cherubinki, powite w środę, 28 września:

aniolki-bozeny-5 aniolki-bozeny-4 aniolki-bozeny-3 aniolki-bozeny aniolki-bozeny-2

Na razie zdjęć mało i wszystkie spod ściany, bo matka dalej chodzić nie pozwala. Prawda, że zestaw prawie identyczny, jak u Krówko? I też dziewczynka jaśniejsza, choć to się jeszcze może zmienić, jeśli Państwo pamiętają, jak wyglądał Lucek za młodu, a co z niego wyrosło.

Z innych ładnych rzeczy to mam jeszcze do pokazania kawałek zbutwiałej brzozy w kolorze petrol:

brzozowy-petrol-2 brzozowy-petrol

I ostatnie plony z ogródka (dyni jeszcze nie zebrałam):

ostatnie-pomidory kukurydza

cukinia

No i jedną z tych dłuższych kiełbasek!

pies-pilnuje-kielbasy

A z rzeczy o urodzie wątpliwej, tylko dla dziwaków i koneserów, ławkę wierzbową po ponad roku od daty produkcji. Ławka przed ogarnięciem, czyli w ogóle nie wiadomo o co chodzi:

lawka-przed-poskromieniem

I po ułożeniu niesfornych kosmyków:

lawka-po-zabiegach-fryzjerskich

Bób raczy wiedzieć, co z tego wyniknie, ale będziecie informowani.

I wiem, że jeszcze wiele rzeczy obiecywałam pokazać, ale tak mnie dzisiaj łeb napimpacza, że nie dam rady. W akcie zemsty wszyscy rozczarowani mogą zgłosić wniosek do Rady Języka Polskiego o zmianę powiedzonka „obiecanki-cacanki” na „obiecanki-kanionki”. Przynajmniej w sposób trwały zapiszę się na kartach historii, bo małżonek mówi, że w Internecie to się nie liczy – wystarczy pierwsza lepsza bomba elektromagnetyczna i serwery sfajczą się jak cienka frytka w woku.

PS. A ten gąsior, co to nam był obiecany, ale próba jego podjęcia się nie powiodła, na drugi dzień przyjechał do Żozefin na motorze. To znaczy sam nie jechał, facet go wiózł, chyba pod pachą, bo motor nie miał bagażnika, a facet nawet plecaka, a do Żozefin, bo to Dżerego znajomego znajomy. Ten facet, nie gąsior, co należało wyjaśnić, bo Dżery ma naprawdę bardzo różnych znajomych. No i Żozefin do mnie dzwoni, żebym wracając z miasta zajechała do niej po tego gąsiora, i jeszcze mówi, że taki ładny, szary, więc zajechałam, i w tym deszczu i pod wiatr dzielnie maszeruję w jej progi, a ona mi mówi, że jednak wcale nie wiadomo, czy to na pewno gąsior, i że w sumie to ona go sobie zostawi i zrobi z niego czarninę. No to ją pytam, po diabła ja właściwie do niej zajeżdżałam, a ona mi na to, że przecież i tak miałam po drodze, więc co za różnica. No w sumie niby żadna, choć gdyby zapytać gąsiora, to mógłby mieć inne zdanie.

1 2 3