Kto miał romans w marcu i wpadł jak śliwka w cukier, czyli o Arance, Mariuszu i rozmowach z duchami

And I will pray for you
…Some day I may return
Don’t you cry for me
Beyond is where I learn
Living on a razor’s edge
Balancing on a ledge
Living on a razor’s edge you know… you know!
The evil that men do lives on and on!”

 

Fragment utworu „The Evil That Men Do”, z albumu „Seventh Son of a Seventh Son” grupy Iron Maiden, 1988 (https://www.youtube.com/watch?v=M6JpxDebokM)

Najpierw będzie o tych rozmowach, ale zanim się ucieszycie, że coś ciekawego się wydarzyło, to może od razu powiem: to nie była rozmowa, tylko monolog (w dodatku krótki; właściwie to jedno słowo było), i nie z duchami, tylko z jednym. Chyba. W sumie to nie wiem, ale Wam opowiem.

Jak wiecie, przed nami mieszkali tu Cebulaccy, a było ich dwoje plus Tapani. Tapani była teściową Cebulackiej, albo Cebulackiego, już nie pamiętam, ale ważne jest to, że Cebulacka za nią nie przepadała. Do tego stopnia nie przepadała, że zarządziła podział domu za pomocą muru i ulokowała Tępanią w Drugiej Części Domu, tej z Różowym Pokojem, za to bez łazienki i w ogóle dostępu do wody idącej z kranu. Tapani musiała się z tym jakoś pogodzić, a ułatwiał jej to fakt, iż umiała robić słynną w całej okolicy śliwowicę, której zażywała jako lekarstwa na swe troski, a i znajomych lubiła obdarować butelką lub dwunastoma. Z czego ta śliwowica? A ze śliwek Tejpani, które sama była sadziła, i na które miała piękny widok z kuchennego okna (gwoli ścisłości i ku pamięci: w dawnej kuchni Tejpani jest dzisiaj nasza kotłownia. No gdzieś musiała być). To chyba śliwki węgierki, ale małe, nie takie kobyły, jak teraz w warzywniakach sprzedają, za to w smaku wyborne i na śliwowicę doskonałe.

Kiedyśmy się wprowadzali, to Tapani nie żyła już od lat dwóch, a może pięciu, a śliwy na wschodzie schły. Kilka drzew było już martwych, reszta schła powoli, ale konsekwentnie, i po niespełna dwóch latach od naszego tu zamieszkania o śliwkach nie było już mowy. I ktoś mi mówił, albo pisał, gdy skarżyłam się, że szkoda tylu pięknych drzew owocowych, że czasem gdy ludzie umierają, to swoje drzewa zabierają ze sobą. I wtedy sobie pomyślałam, że trochę to złośliwe, tak samemu nie zjeść, a drugiemu nie dać, i że rozumiem, że Tapani Cebulackiej nie lubiła, no ale mnie przecież nie znała, i co ja jej niby takiego uczyniłam, że te drzewa dalej schną? No ale może to było tak z rozpędu, i duch Tejpani nic już nie mógł poradzić, bo klątwa została rzucona, a hasło odczyniające jej się zapomniało, bo to bardzo starsza pani była, no i trudno. Drzewa się ostatecznie nie zmarnują, bo odkąd wędzę kozie sery, mam zapotrzebowanie na drewno drzew owocowych, a w śliwkowym dymie wędzi się całkiem udanie. Ale ALE!

Śliwy, jak wiecie, lubią wyrastać z ziemi w promieniu nawet dziesiątek metrów od drzewa-matki, i na dobrą sprawę jak się raz miało śliwę, to ciężko się jej dzikich pomiotów pozbyć, no chyba że ma się kozy. Kozy drewno śliwkowe też bardzo lubią, a zwłaszcza takie młode, świeżutkie pędy, więc cokolwiek na łące wschodniej wyrastało, to szybko ginęło marnie. Oprócz jednego drzewka, które wyrosło w tym samym rzędzie, co tamte sławetne śliwy Tejpani. Owszem, oberwało mu się trochę po korze, ale ono mimo wszystko wyrosło na jakieś trzy metry, i… W tym roku zaowocowało! Wracałam sobie wczesnym wieczorem z lasu, gdzie na skraju rośnie jabłonka odkryta przez kozy (prawdopodobnie antonówka), z koszykiem jabłek, i wtedy te śliwki zauważyłam.

Zerwałam jedną, żeby spróbować, czy one co warte, te śliwki, bo w tym roku wszystko robaczywe – grzyby, orzechy, jabłka, śliwki… No i śliwka była słodka, węgierkowa, i nierobaczywa. I druga i trzecia też. No to odstawiłam koszyk z jabłkami i wzięłam się za zbiór śliwek, których za wiele to tam nie było, na oko kilogram, no ale jakie smaczne, i jakie nierobaczywe! I tak sobie zrywałam, ostrożnie naginając gałązki, śliwki nagrzane zachodzącym już słońcem, w plecy wiał mi delikatny wietrzyk od północy, zauważyłam, że niektóre listki już zaczynają jesiennie żółknąć, i nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, powiedziałam: „dziękuję”. NO WIECIE CO? Nie wiem, co mi kazało, ale kazało i powiedziałam. I tam nie marudźcie teraz, że „łee, takie zjawisko paranormalne to o kant dupy”, bo Kanionek jest religijnie sterylny jak probówka do przechowywania komórek jajowych, i skoro w jego bezbożnym życiu dzieją się takie rzeczy, żeby Kanionek do powietrza mówił „dziękuję”, to to wcale nie byle co.

No więc oficjalnie dziękuję Tejpani, że zechciała odpuścić z tą swoją zemstą i przydzieliła mi jedną, nowiutką śliwę na próbę. Z kilograma owoców śliwowicy nie zrobię, zresztą – nie śmiem nawet przypuszczać, że byłaby choć w połowie tak wspaniała, jak trunek sporządzany przez Tępanią, więc żeby miejscowej tradycji stało się choć po części zadość, zrobiłam z tych owoców śliwki kandyzowane w syropie alkoholizowanym.

sliwka-od-tejpani

O, tak wyglądają te uschnięte drzewa (było więcej, ale część już poszła do wędzenia):

suche-sliwy

A tak „moja” śliwka, w próbnej dzierżawie od Tejpani:

moja-sliwka-od-tejpani

Prawda, że zapowiada się obiecująco? A teraz dość tych świństw, odkopmy starego Kanionka.

grzybki-na-kozim-oborniku-2 grzybki-na-kozim-oborniku-3 grzybki-na-kozim-oborniku

Takie grzyby nam wyrosły na kupie koziego obornika. Urodziwe. BYŁY, bo potem przyszła Kaczka i wszystkie zadeptała w drodze na sam szczyt kupy. Odkąd nastała era elektrycznego pastucha i wszystkie kaczki i gęsi całe dnie spędzają na łące i nad stawem, Kaczka obejmuje coraz to nowsze trony, a Meliny składają jajka w koziarni (tak, coś im się pomyliło, znów uprawiają dziki seks i robią “dzieci” – to pewnie z tej wolności. Od wolności wszystkim się tylko we łbach przewraca).

No i zgadłaś, Zeroerha, że chodzi o koziołki, a na pytanie „co się rozmnożyło” odpowiedź brzmi: Krówko! Jak być może pamiętacie, Krówko pierwszy raz rodziła w grudniu ubiegłego roku, i w tym również postanowiła wyprzedzić wszystkie pozostałe kozy. W sumie nic dziwnego i bardzo sprytne posunięcie – porodówka wolna, pokój dziecięcy z wygodami tylko dla matki z przychówkiem, a nie, że później tłok jak w polskim szpitalu i polegiwanie w bólach na korytarzu. Tak więc 31 sierpnia, w dzień pogodny i wesoły, zaprowadziłam Krówko na porodówkę, i ani się obejrzałam, jak na świat przyszli Mariusz i Aranka. Serio, poszło tak szybko i gładko, że Krówko nawet nie pisnęła, a ja nie zdążyłam się zdenerwować. Aranka jest większa i bardziej odważna od brata, choć urodziła się druga. Ma zadatki na trudny charakterek. Na drugi dzień wszyscy wyglądali tak:

dwudniowe-krasnale dwudniowe-krasnale-2 aranka-dwudniowa a-czo-to a-czo-to-2 mariusz-dwudniowy mariusz-2 dzie-mi-tu-z-tymi-dziecmi

Mniej więcej po tygodniu nadopiekuńcza matka pozwoliła dzieciom pójść nieco dalej:

z-mama-na-dojalnicy mariusz krowko-i-krasnale-4 krowko-i-krasnale-3 aranka-5 aranka aranka-4 aranka-3 aranka-2

A teraz krasnale mają już dwa tygodnie i są prawdziwymi członkami stada, choć na noc wciąż jeszcze zamykam ich z mamusią w pokoju dziecięcym:

krowko-i-krasnale-2 krowko-i-krasnale krasnale-krowko krasnale-krowko-2 krasnale-krowko-4 krasnale-krowko-3 na-wypasie-2 na-wypasie-3 na-wypasie nad-stawem po-calym-dniu-biegania

Prawda, że fajna niespodzianka? A miał być jeszcze filmik z koziarni, ale już nie mam siły czekać, aż się na serwer załaduje. To w zamian – fotki z pobielonej koziarni. Świeżutko malowane, śliczne, białe ściany, aż blask w oczy bije… Bił. Tak wyglądało „dzień po”:

wybielone wybielone-2 no-jak

A tak dwa dni później:

wybielone-2-dni-pozniej wybielone-2-dni-pozniej-2

Małpy ostrzą sobie rogi o ścianę, a i ocierają się często, i co im pan możesz zrobić. A tak poza tym – wszystko po staremu. Kiełbasa korzysta z uprzejmości słonecznej pogody i podbija nowe terytoria:

kielbasa-wszedzie kielbasa-wszedzie-3 kielbasa-w-ogrodzie

O, tu sobie wyszła tylnym, górnym narożnikiem szklarni (pewnie dziura w siatce była):

wylazi-naroznikiem

A w samej szklarni to już jeden wielki sklep mięsny, ze skromnym akcentem pomidorowym:

kielbasa-w-szklarni-3 kielbasa-w-szklarni kielbasa-wszedzie-2 kielbasa-w-szklarni-2

A tu się do Państwa wdzięczy dynia, też z nasionek od Zeroerha:

dynia-od-zeroerha-2 dynia-od-zeroerha

A w związku z nadejściem jesieni i z uwagi na zmniejszony pastuchem obszar wypasu, okazało się, że cukinia jest jednak PRZEPYSZNA:

pyszna-ta-cukinia pyszna-ta-cukinia-2 pyszna-ta-cukinia-3 pyszna-ta-cukinia-4

I chciałam jeszcze donieść, że owszem, moje kozy buszowały po lesie, ale nie tylko one uprawiały ten karygodny proceder:

nie-tylko-kozy-szabruja-w-lesie

Oraz zapytać Was – JAK?! Jakim cudem Pacanek wyłazi z porodówki, przy takich zabezpieczeniach?

ktoredy-wylazl-pacanek no-jak

Nie ma możliwości, żeby przeskoczył przez dwumetrową przeszkodę, zwłaszcza, że rozbiegu miałby ledwie trzy i pół metra. Zresztą, furta od zagrody, w której kozły siedzą za dnia, jest dużo niższa, a miejsca na rozbieg z pięć razy więcej, niż w porodówce, i stamtąd jakoś nie ucieka, więc w koziarni to nie wiem – albo fruwa, albo przenika przez ściany. Ale chyba też nie, bo z izolatki jakoś nie przenika… To jest jedna z tych zagadek paranormalnych, które rozwiązuje się przy pomocy monitoringu video, i po obejrzeniu materiału do końca życia się nie śpi, więc może lepiej nie wiedzieć. Za to tutaj mam dla Was zagadkę nieszkodliwą dla zdrowia – proszę pokazać, gdzie jest czapla?

gdzie-jest-czpla

Już?

No to dla tych, co nie zgadli – o tutaj siedzi, na samym czubku świerka:

czapla-na-czubku

Nie wiem ile waży czapla, ale wygląda na to, że mniej niż przeciętny kurczak. A tu zrobiłam jej fotkę z okna w kuchni, jak sobie stoi nad stawem i zastanawia się, czy psy przenikają przez siatkę leśną:

czapla-siwa-nad-stawem

A teraz ostatnia zagadka tego odcinka i jednocześnie konkurs z nagrodami (Mitenki jest wyłączona z konkursu, ponieważ zna odpowiedź):

co-robi-kanionek

Na kogo czyha Kanionek?

Wygrywająca odpowiedź musi być jednoznaczna – nie, że „na jakieś zwierzątko”. Z imienia i nazwiska ma być, a nagrodą jest porcja tej oto Herbatki Leśnego Dziadka, skomponowanej przez samego Kanionka, ze składników najwyższej jakości, zebranych z najwyższą starannością i ususzonych w oparach miłości (i trochę na suszarce do grzybów):

herbatka-lesnego-dziadka

Podaję skład, bo może są wśród nas alergicy: liście malin i czarnej porzeczki, owoc czarnej porzeczki, leśne jabłko (Mama mówi, że to jednak nie antonówka; nie jest w ogóle kwaśne), kwiat nagietka, kwiat lipy, odrobina mięty i szczypta melisy.

A czyhałam, bo się okazało, że ONO tam mieszka i wcale nie chce się wyprowadzać, a musieliśmy dokończyć ocieplanie podłogi. Ocieplona podłoga, jeszcze przed położeniem desek, wygląda tak:

welna-polozona

I powiem Wam, że gdyby nie legary i tona gruzu z żużlem, to taką robotę można by zrobić w jeden dzień, góra dwa. No i gdyby nie fakt, że Cebulacki przybił deski do legarów jakimś tysiącem długich i grubych gwoździ. Nie przesadzam, małżonek policzył. W razie trąby powietrznej odleciałoby wszystko prócz podłogi; aż dziw, że sam się nie przybił, skoro przewidywał taką katastrofę. Małżonek wszystko robił sam, ja tylko podawałam deski przez okno i trochę pomagałam przy ostatniej warstwie wełny („Nie gnieć wełny, Kanionek! No jak to jak masz przejść – skacz po legarach!”), a wyniesionym spod podłogi materiałem udało się zasypać wszystkie dziury wykopane na podwórku przez Mająca, więc koniec końców nie wyszło tak źle, choć małżonek mówi, że jak ktoś w jego obecności powie „gwóźdź”, to zginie. Ocieplenie podłogi w kuchni chyba dopiero w październiku, albo listopadzie, gdy już nie będę robić tylu serów, więc może do tego czasu trauma mu przejdzie.

cysorz-to-ma-klawe-zycie

Aha, dżem na hemoroidy wygląda tak:

dzemor-z-jarzebiny

Jest świetny. Gorzki i dziwny. Trochę jak Kanionek. Na razie mam tylko cztery słoiczki po przecierze pomidorowym, ale dozbierałyśmy z Mamą jeszcze kilogram jarzębiny i trochę leśnych jabłek, więc jak się jarzębina przemrozi, to się dorobi. Przy okazji, może Wy wiecie, co to za jabłka – są słodkie, z delikatnym posmakiem gruszki, dość twarde, dojrzewają pod koniec sierpnia i we wrześniu. Skórka gładka i połyskliwa. Ta jabłoń rośnie na skraju lasu i nie sądzę, żeby ktoś ją tam posadził, wśród dębów i świerków, a jest na tyle młoda, że nie mogło jej tam być zanim wyrósł las. Najprawdopodobniej sama się wysiała, na przykład z ogryzka, choć ludzie mówią, że takie samosiejki dają małe, dzikie i kwaśne owoce, a ta jabłonka owoce rodzi deserowe:

jablka-lesne

Odrębną zagadką pozostaje, kto jest ojcem Mariusza i Aranki. Może on:

am-i-the-father

A może nie. Irena w każdym razie nie gada z Krówko, i na jej widok cała się jeży i prycha z oburzeniem, że jak to – dzieci nie w łatki? Nawet nie w ciapki? Tylko jakieś takie z paskiem? A gdzie tradycje rodzinne?!

A mnie się krasnale Krówko podobają. I BYŁABYM ZAPOMNIAŁA! Oto Szczurokot:

szczurokot-2 szczurokot szczurokot-4 szczurokot-3

Tu z matką, w Różowym Pokoju:

mama-nie-wachaj-mi-dupy-bo-obciach

Która jakoś nie robi mu wyrzutów, że nie jest czarny jak diabeł, i że bardziej przypomina tę wredną bicz Pumę, niż matkę rodzoną. Aha, ja tak naprawdę nie wiem, czy Szczurokot jest facetem. Wydaje mi się, że cała trójka Jałowców to chłopaki, ale małżonek zajrzał Szczurokotowi pod podwozie i ma wątpliwości. Jednak u koziołków to łatwiej stwierdzić, a ze mnie kocia matka jak z koziej dupy telefon. A propos telefonu – Ziokołek gada ze ścianą, a ściana jej odpowiada!

gdy-sie-gada-do-sciany

I to chyba jakieś komplementy są, bo Ziokołek cała zadowolona:

to-sciana-odpowiada

Doktor Ekspert zdiagnozowała Ziokołka i właśnie mówi Baśce na ucho, że to może być zaraźliwe:

powiem-ci-cos-na-ucho

A gęś na to, że „ojapie*dolę, trzeba stąd wiać”:

what

Tak jak mówiłam – wszystko po staremu.

PS. Jakiś czas temu dostaliśmy od Żozefin trzy wielkie leszcze, które małżonek zaproponował, żeby uwędzić, bo skoro i tak wędzę sery, to co mi szkodzi trzy rybki dorzucić. No i nieważne już, że skończyłam wędzenie w nocy i niosłam te leszcze z jednym okiem już śpiącym i z latarką w zębach, bo w ciągu dnia wędzarnia zaliczyła awarię i wszystko się opóźniło. Pozostało pytanie, co z nimi do diabła zrobić, skoro są gorące jak leszcze z piekła rodem, a lodówka i tak zajęta przez sery. No to wręczyłam małżonkowi trzy dymiące leszcze na hakach i rzekłam, że trzeba je powiesić w łazience, bo tam jest zimno i drzwi można zamknąć, żeby się psy i koty do żarcia nie dorwały. No i wziął małżonek te leszcze i poszedł do łazienki, a za chwilę słyszę, że rży jak koń do kostki cukru. Wchodzę do łazienki, małżonek w kucki na podłodze, łzy radości rękawem ociera, pokazuje mi te ryby i pyta: „Weź mi powiedz, Kanionek – na te trzydzieści kilka milionów ludzi w Polsce, jak myślisz, ilu ma dziś w łazience taki widok?”:

leszcze-trzy

Sama nie wiem, może to i straszniejsze, niż te Lidki grające pozytywki na strychu, ale rano wydawały się już całkiem normalne, te leszcze, a i w smaku wyszły nienajgorsze.

wedzone-leszcze leszcz-wedzony

Jednego zjedliśmy, drugiego dałam takiej pani, od której dostałam skrzynkę malutkich ziemniaczków (bo sobie przypomniała, że ja mam kozy, a ona by te mikroziemniaczki na kompost wyrzuciła), a trzeci został zamrożony na czarną godzinę. A w następnym odcinku opowiem Wam, jak zostać pakowarką próżniową.

panter-za-stawem

1 2