Włosy na cyckach potargał wiatr, czyli o żelazku i skutkach nadużywania wyrazów (schab też jest, nie bójcie)

Po pierwsze, Paryja kupiła sobie kozy, o tu są: piękne kozy Paryi

Wątek ma już kilka stron, a zdjęcia są na drugiej, a oprócz kóz jest pies Budyń i kot Paskud. Po drugie, RozWieLidka przysłała mi fotkę schabu w towarzystwie domowego chleba i kawałka sera, więc sobie obślińcie biurko w pracy:

Klucha vel Gamoń od RozWieLidki

Ha ha. Ja też się dałam nabrać, ale to tylko Klucha, świnka morska RozWieLidki, a prawdziwy schab jest tu:

schabik z osobami towarzyszacymi

A u mnie po staremu. O, tyle jabłek w Gwiazdolota napchałam, a to tylko jedna tura:

japkow wiecej japki

I wodę też, i worek wapna do bielenia koziarni i piwnicy:

wapno i woda

Jabłka muszę teraz przebrać, jak Kopciuszek, bo cała rodzina Sławków wyległa przed dom, żeby mi w zbiorach pomagać, poczciwe ludziska, ale że syn ich nastoletni jest w fazie buntu, a do tego kolega skuterem koreańskim do niego przyjechał i z tymi jabłkami to obciach jak stąd do Wiatskoje, to mi nawrzucał zgniłków, gdy ojciec nie patrzył (“tata, a takie też wrzucać?” “Nie, no co ty!? Zgniłe chcesz wrzucać?” No to jebs, zgniłe do wiaderka. Ale ja go rozumiem i za złe mu nie mam wcale, bo raz, że w ogóle wdzięczna jestem za jabłka i pomoc w zbieraniu, a dwa – też kiedyś byłam nastoletnim chłopcem i wiem co to obciach, żenua i masakra).

A że woda od Żozefin, to naturalną rzeczy koleją mam dla Was kolejny odcinek “Opowieści Dziwnej Treści”. Po pierwsze dowiedziałam się, że Cebulaccy w tym roku zarobili pięćdziesiąt tysięcy złotych na sprzedaży grzybów (dwa tygodnie temu wieść niosła, że pięć tysięcy, więc sporo grzybów natrzaskali w te ostatnie 14 dni po końskiej zarazie i silnych przymrozkach), a po drugie wiem już, jak sobie poradzić z lisem, którego małżonek widział kilka dni temu W MOIM OGRÓDKU (“już był w ogródku, już witał się z gąską”). Lejąc wodę do butelek zagaiłam towarzysko w sprawie czy u pani też się lisy kręcą, bo u mnie to jeden wlazł już nawet do ogródka, na co Żozefin odparła, że nie, do niej nie przychodzą, ale ja to powinnam na tego lisa NASTAWIĆ ŻELAZKO.

Usłużna wyobraźnia natychmiast podsunęła mi wizję, jak to pracowity lisek, widząc nastawione w ogródku żelazko, wprost nie może sobie odmówić i poczyna zawzięcie prasować grządki, resztki liści na krzakach, stare łęty po dyni, ogrodzenie… Byłam już przy tym, jak lisek z pomocą żelazka zrobił z mojej ławki wierzbowej lekko dymiącą płytę paździerzową, gdy kątem oka dostrzegłam, że Żozefin przemawia do mnie językiem obrazkowym, pokazując na migi, jak się to żelazko otwiera i zamyka, łapiąc lisa za nogę. Wizja prysła, pojęłam że chodzi o jakieś ŻELASTWO, wnyki takie, do których pani Żozefin właśnie sugeruje mi nawkładać surowego mięsa. “Ale do tego mięsa to mi koty przylezą, i jak ja je potem z tego żelazka, tfu, żelastwa wyciągnę?” – pytam Żozefin, nie wysilając się już nawet na tłumaczenie, że po pierwsze nie mam żelastwa, a po drugie nie mogłabym, mimo wszystko, patrzeć na czyjąś powolną agonię w tym barbarzyńskim urządzeniu. “Koty? Koty chyba do mięsa nie przyjdą?” – patrzy na mnie, jak na jakąś głupią. Nie, no pewnie, że nie przyjdą. Wystarczy, że zostawię im karteczkę z informacją, że to mięsko jest dla liska, żeby mógł je sobie żelazkiem na takie suszone paski wyprasować, i będzie przekąska jak znalazł, gdy zechce zabrać dzieciaki do kina.

W niedzielę o 7:30 na furtce północnej usiadł jastrząb, o czym dały mi znać rozhisteryzowane kurczaki, ale nic Żozefin o tym nie wspomnę, bo jeszcze każe mi nastawić dla niego lokówkę do włosów, a tej również nie posiadam, i w ogóle zaczęłyby się dociekania, czy koty przyjdą do ryby nadzianej na lokówkę, a to już nie na moje nerwy, podobnie jak czytanie wieści z kraju i ze świata. I nawet nie mam tu na myśli tego samolotu, choć takie informacje przyprawiają mnie o dreszcze, tylko Świętą Lipę. Jak donosi “Życie Częstochowy”, zabytek przyrody w miejscowości Cielętniki, czyli siedmiusetletnia lipa, ma problem. Ma problem, bo jest święta i posiada cudowne zdolności leczenia zębów, więc niezmordowani pielgrzymi przybywają ze wszech stron, by ją z kory zębami właśnie obedrzeć. Ledwie o tym przeczytałam, a już dwa dni później zaczęła mnie ćmić górna, prawa siódemka, całkiem jak na złość (a może ku nawróceniu?), i już nawet spoglądałam łakomym okiem na te dwie lipy, co rosną na naszym podwórku, ale nie, mówię sobie, NIE, Kanionek, bo się zaczyna od obgryzania świętej kory, a potem kończy z żelazkiem w ogródku i lokówką nadziewaną dorszem.

TYM BARDZIEJ, że ostatnio i tak źle ze mną. Kilka dni temu dzwoni kurier, któremu dopiero co tłumaczyłam jak do mnie dojechać, i mówi, że on już jest. “Gdzie?” pytam, bo choć jestem w domu, to jakoś nie słyszałam, żeby samochód podjeżdżał. No to on mówi, że na drodze leśnej jest, a przed nim taki żółty domek. “Oooo, to nie wiem, gdzie pan zajechał”, mówię zmartwiona, bo skoro zabłądził, to teraz ciężko będzie ustalić, gdzie wylądował. “No ale jechałem tak, jak pani mówiła! Tunelem pod drogą główną, potem kilometr przed siebie, po lewej łąka, po prawej pole, i przez las, i tu jest już tylko jeden dom!”. No i co Państwo powiecie… Oto mój dom, widok z lotu kuriera:

widok na dom z lotu kuriera

Jasne, można się spierać, czy to bardziej słomkowy, kanarkowy, bursztyn czy bahama yellow, ale każdy przyzna, że niebieski to ten dom nie jest. No więc cóż. Mieszkam tu pięć lat, w żółtym, kurde, domku, i najwyraźniej w absolutnym tego faktu zaprzeczeniu. Ale to jeszcze nie wszystko. Od pięciu lat mieszkam praktycznie otoczona gęstymi krzewami tarniny! Są z każdej strony, niemalże na wyciągnięcie ręki. O, teraz już bez liści, ale wciąż z zatrzęsieniem owoców:

tarniny pelno

A tak wygląda owoc z bliska i pestka:

owoc tarniny na krzaku owoc tarniny z pestka

Jutro się okaże, że po dnie pobliskiej rzeki walają się potwornie znudzone bryłki złota wielkości główki niemowlęcia, a ze studni wierconej tryśnie ropa. Ale o studni to może innym razem :)

Czytam sobie poleconą przez Was książkę “Blessed Are the Cheesemakers” (“Błogosławieni, którzy robią ser”) i nie powiem, sympatyczna lektura, z gatunku tych lekkich, chwilami zabawnych historii z przewidywalnym romansem w tle, i choć o miłości nic prawdziwego się z takich książek nie dowiecie, to wątek sera jest w “Błogosławionych…” akurat ciekawie poprowadzony. Krowy na przykład, z których każda ma na imię Maria (dla ułatwienia sprawy tak ludziom, jak krowom), a z mleka których powstaje jedyny w swoim rodzaju ser, dojone mogą być tylko przez panny ciężarne, nie jadające mięsa, i do tego obowiązkowo śpiewające podczas dojenia. I tak mnie to jakoś urzekło, bo choć ja już ciężarną panną raczej nie zostanę, a od mięsa nie stronię, to też śpiewam przy dojeniu i chciałam Wam nawet nagrać filmik, jak doję kozy i im smętnie zawodzę szlagiery w stylu: “włosy na cyckach potargał wiatr, wyrzuć z pamięci po owsie ślad”, przechodząc do bardziej skocznych kawałków (“if I were a rich goat”), a nawet takich baśniowych (“somewhere over the rainbow Bożena flies”), ale znów przypomniałam sobie tych od korowania zabytkowej lipy i uznałam, że jednak nie. Nie mam nic przeciwko wzbogaceniu swoją osobą narodowej puli szaleńców, ale do klubu oszołomów karty członkowskiej nie opłacę. Za to chętnie zostanę lokalnym, sławnym góralem, i oto przepowiadam Wam, że zima będzie słaba, bo kozy zapuściły co prawda włosy na cyckach już w połowie października, ale zarost nadal jest lichy:

Ziokolek na dojalnicy włosy na cyckach

A skoro już przy kozach, to wszyscy przeszli jesienne manipulacje przy kopytkach, a przy okazji zaczynam oswajać młode kozice z dojalnicą. Dostają trochę owsa i sobie jedzą, a ja w tym czasie zaznajamiam je z dotykiem szczotki do czesania, z głaskaniem tu i ówdzie, żeby potem dzikie nie były podczas prób wymacania koziołków w brzuchu lub pierwszego dojenia. No i szybko się okazało, że Pippi i Roman to panikary (Pippi odziedziczyła po mamusi umiejętność nieskrępowanego wypowiadania się z pyskiem pełnym owsa, a Roman nawet owsa nie chce, tylko do mamusi i do mamusi), Krówko jest czujna, ale misce owsa nie przepuści, za to Kachna jest kozą wzorową. Stoi spokojnie, kopytka podaje, szczotka jej nie straszna, no i tylko skłonność do eksperymentów, odziedziczona po matce, trochę komplikuje sprawy:

ktoredy na Grunwald

Tak, warto sprawdzić, czy stojąc w poprzek platformy też można się najeść owsa. Okazuje się, że tak, a jedynie pozycja “tyłem do miski” nie sprawdza się wcale:

gdzie ta miska

Gęsi nie miały o tym gęsiego pojęcia i aż przyszły popatrzeć, co się tam wyprawia na tej dojalnicy:

a czo to sie tam wyprawia

Kaczka pozostała niewzruszona na Kachnine ewolucje i – udając, że jest ponad takie głupoty, i w ogóle ma umysł ścisły – rozpracowywała konstrukcję kosy:

kaczka techniczna

A ponieważ tak się jakoś złożyło, że dziś jest wpis o rzeczach dziwnych, to mam dla Państwa jeszcze niesamowity mazak, albo flamaster, którego zakrętka posiada OTWORY POWIETRZA:

otwory powietrza zakretka

I jeszcze coś, o czym być może już słyszeliście, ale ja jestem opóźniona, bo nie mam czasu być na bieżąco. Chodzi o wielką mistyfikację, świetną zabawę i o to, jak łatwo nas zrobić w konia, nawet jeśli mieszkamy w mieście. Przeglądając sobie internety jeszcze przed wyborami, trafiłam na taki oto skrin ze spotu wyborczego kandydatki na posłankę, pani Pauliny Macutkiewicz:

kandydatka

I podczas gdy komentujący skupili się na kołnierzu od bluzki wielkości paralotni, moją uwagę przykuły te “miliardy ludzi w Polsce”. “Bynajmniej dwukrotny wzrost płac” nie zdziwił mnie wcale, ponieważ słowo “bynajmniej” jest bardzo często używane wizawi apropos, a że “najważniejsze” okazało się aż kilka spraw, to też nic dla mnie dziwnego – w końcu sama mówię każdej mojej kozie, że jest najpiękniejsza na świecie. Kołnierz jak z koszyka ze święconką i miliardy Polaków? No i co z tego. Pani Paulina nie odbiega standardem jakości od pierwszej lepszej posłanki na sejm, a gdyby reprezentowała jakieś odłamy ludowe, to tym bardziej. Coś mi jednak nie dawało spokoju. Pani Paulina była aż nazbyt wiarygodna, z tą zdrową jak wiejski bochen twarzą, z tym kołnierzem niczym sztandar ku chwale uczciwej prostoty, z tą hurtownią farb wraz z mężem prowadzoną, i z tym… błyskiem szaleństwa w oku! Nie będę kłamać, że phi! od razu ją przejrzałam, ale ten błysk… Szaleństwa, czy szachrajstwa?

Bez trudu znalazłam jej konto na Fejsbuku, a czytając tak posty (żadnych błędów ortograficznych? Teraz byłam już prawie pewna), jak komentarze “potencjalnych wyborców” miałam nadal mieszane uczucia. Jest tak głupia, czy tak bezczelna, by pisać o ustawianych przetargach, lub proponować wiadro farby za głos? Wątpliwości rozwiał ostatecznie ten artykuł: http://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/1,35182,17747634,Kandydatka_na_prezydenta_RP_z_Zielonej_Gory__Kto_uwierzy.html, z kwietnia bieżącego roku, gdy pani “Paulina” startowała w wyborach prezydenckich.

Sama już nie wiem, czy wskutek długotrwałego przebywania w lesie i zadawania się z kozami doznałam trwałego stępienia intelektu, czy może tak bardzo przyzwyczaiłam się do poziomu, jaki reprezentują politycy (nie tylko krajowi), że nie jestem już w stanie odróżnić prawdziwego oszołoma od zwykłej kpiny?

Edmund Czarna Żmija: “Baldrick, czy ty wiesz, co to jest kpina?”

Baldrick: “Oczywiście. Jak mleko kipi, to robi się na nim taka biała kpina.”

Dawno temu, gdy jeszcze oglądałam telewizję, zauważyłam, że coraz większym wzięciem wśród reporterów, dyskutantów i redaktorów, cieszyło się słowo “natomiast”, używane często i namiętnie, z lubością i oddaniem, bez sensu i bez kredensu. Nabawiłam się przez to takiej neurozy (szczękościsk i bombki u nosa przy każdym użyciu), że przełączałam program, gdy “natomiast” padło po raz trzeci w ciągu minuty, aż w końcu sama przestałam tego słowa używać, żeby wspomóc zachowanie równowagi w naturze. Natomiast teraz żegnam się już czule z miliardami moich czytelników, ponieważ muszę nastawić żelazko w ogródku, żeby mi lisek bynajmniej kołnierz jutro wyprasował.

PS. Aha, a jeśli znów niechcący wezmę udział w konkursie, to czy mogę to już nazwać prześladowaniem? No może nie ja osobiście, ale mój ser. Zadzwoniła do mnie ta moja pani sobowtór, co to mąż młodszy i leśniczówka na odludziu, no i koza, i jeszcze kilka szczegółów, co nas połączyły, choć się jeszcze na oczy nie widziałyśmy. Ona jest specjalistką od konkursów z branży spożywczej, zdobywa jakieś nagrody i certyfikaty, do czego i mnie serdecznie namawia, i mam dla niej zrobić ser na piątek, który ona wystawi na jakimś konkursie w sobotę. W towarzystwie swoich gołąbków w trzech odsłonach – z grzybami, z czymś tam i z czymś tam. Zapomniałam, bo się zafiksowałam na tych grzybach, a dokładniej na tym, czy ona musi mieć jakiś certyfikat grzybiarza, żeby te gołąbki wystawić. No w każdym razie mój ser ma wystąpić z gołąbkami, albo być nadzieniem jednej wersji tych gołąbków. I taka byłam znienacka wstrząśnięta tą propozycją, że się zgodziłam, i teraz muszę ETYKIETKĘ wyprodukować, i napisać na niej imię, nazwisko, skąd się wzięłam i ile tłuszczu zawiera mój ser. Ile tłuszczu zawiera mój ser, do diabła?

PPS. I byłabym zapomniała, na śmierć i bynajmniej, a nagrałam dla Was materiał spontaniczny, na którym Atos miał chodzić, ale dzisiaj mu się nie chciało. I tradycyjnie już ostrzegam oglądających w pracy: Mając szczeka, a gęsi odśpiewują jakąś ichnią wersję “Ody do radości”. Innymi słowy – dużo hałasu, szefuniu może nie docenić walorów artystycznych dzieła, słuchawki zalecane. Aha, i elementy różne się walają po podwórku, bo Wąski lubi się zabawić. Dajemy mu do mordowania kartony i plastikowe butelki, a starą wywłokę, to znaczy poszewkę z dawnego siennika Atosa, to już sobie sam dorwał, gdy się suszyła na lince.

klony dwa

1 2 3