Za dnia jak dziki pies w kagańcu, czyli dzień suchego dowcipu

“Hej żeglujże, żeglarzu

całą nockę po morzu

hej żeglujże, hej żeglujże

całą nockę po morzu”

A żeby tylko nockę! Ja już trzy dni tak żegluję, a brzegu wciąż nie widać. Wszystko przez to, że w rozmowie z Ciociąsamozło padło słowo “szekla”, i bum! Wystarczyło. (droga pani z telewizji – co zrobić, gdy się do człowieka piosenka przyczepi, a w dodatku człowiek zna tylko dwa wersy, i żegluje jak debil w kółko po bardzo małym okręgu, aż mu się niedobrze robi?)

I w ogóle wszystko się uwzięło, żeby mnie wykończyć, wszystko! Stoję sobie przy garze z serem, mieszam gęstwę w najwyższym skupieniu, aż tu nagle szafa mówi do mnie: “Halo! Jak się masz?”. Słowo daję, że tak właśnie powiedziała, a ja zwyczajnie zmarłam na stojąco, bo co miałam zrobić w takim przypadku. Trochę mnie jednak zdziwiło, że szafa mówi MĘSKIM głosem, i tylko dlatego nie zmarłam całkiem na amen, że mi ciekawość nie pozwoliła. No i co się okazało? Że to tylko kolejna zemsta Chińczyka na narodzie wybranym. W szafie bowiem, w misce czerwonej i plastikowej (i zapewne bardzo chińskiej), prócz trzech kilogramów różnorakich drobnych gratów, spoczywał sobie od dawna taki telefon-zabawka, który nie wiem jak się znalazł w naszym posiadaniu, ale mamy go od ho, ho, ho, i już niejednego pieska ten telefon wkurzał, drażnił, lub wprowadzał w stan osłupienia (tak, dręczymy psy wystawiając je na działanie chińskich urządzeń, bo porządnie wyszkolony pies musi być gotowy na wszystko, a podobno czeka nas zalew imigrantów). Telefon umie powiedzieć “halo, jak się masz?”, “dziękuję, do widzenia”, i jeszcze zagrać całkiem irytującą melodyjkę wyszczekiwaną przez elektronicznego psa (a bo to kto zgadnie, co Chińczyk miał na myśli?).

No i dnia onego telefon ni stąd, ni z Gwadelupy, połączył nagle trzy kropki w swoim pięciokabelkowym móżdżku i zagadał do mnie z szafy, bo urządzenia elektroniczne już tak mają, że nie wiadomo co i kiedy im do łba strzeli. I o – tak wygląda skrzep serowy z mleka, które serowar zapomniał uspokoić po dodaniu podpuszczki, bo sam był cały roztrzęsiony po rozmowie z szafą:

skrzep w rozyczke

To samo niestety tyczy się tego termostatu, cośmy go kupili by sterował ogrzewaniem w inkubatorze. Małżonek długo szukał czegoś niedrogiego, ale i niechińskiego, aż znalazł gościa, który sam takie termostaty projektuje i wzięliśmy od niego urządzenie bez obudowy (taniość przede wszystkim), ale z wyświetlaczem i dogodnymi dla nas wariantami ustawień. Obudowę małżonek dorobił z pudełka po patyczkach higienicznych, które podobno wcale nie służą do grzebania w uchu, podłączył mnóstwo kabelków i innych parafernaliów, po czym zaszumiało, zawiało (bo wiatraczek ze starego komputera), włączyło żarówkę, i nawet w odpowiednim momencie wyłączyło, i TAKA BYŁAM SZCZĘŚLIWA, że już nie będę musiała sprawdzać po trzysta razy na dobę, czy mi się jajka na twardo nie ugotowały, a tu… Znów mało zawału nie dostałam! Gdy któregoś dnia spojrzawszy odruchowo na wyświetlacz zobaczyłam czterdzieści i trzy dziesiąte stopnia! Się okazało, że termostat raz na ileś tam razy “gubi” zadane mu parametry i trzeba go ustawiać od nowa. Małżonek tylko smutno pokiwał głową (zapewne nad upadkiem polskiej myśli technicznej), stwierdził, że jemu byłoby wstyd coś takiego swoim nazwiskiem firmować, i zabrał się za projektowanie nowego termostatu, a mi pozostało nerwowe spoglądanie na wyświetlacz trzysta razy na dobę.

Prócz termostatu jak zwykle nawaliła Energa (pięciogodzinna, nieplanowana przerwa w dostawie prądu), i ja się pytam – jak tu żyć spokojnie? Taka kura to ma wszystko w dupie, siedzi na dupie i wie, że nie da dupy (a bo, panie doktorze, mi to się wszystko z dupą kojarzy), a gupi Kanionek ma w pokoju więcej kabli niż zwojów mózgowych i wciąż jeszcze coś idzie nie tak. No i tu mi się przypomniał ten kawał z brodą, jak to przychodzi baba do lekarza i mówi: “panie doktorze, wszystko mnie wkurwia!”. Lekarz przeprowadził wywiad, osłuchał, do gardła zajrzał, nic nie znalazł, więc w końcu pyta: “a jak często pani uprawia seks?”. A baba na to, że wcale nie uprawia, i że w ogóle jest dziewicą. No to lekarz każe jej się rozebrać i położyć na kozetce, po czym przystępuje do działania, a baba po kilku minutach: “panie doktorze, to w końcu wkłada pan, czy wyciąga, bo już mnie to wkurwia!”. No i tak to. Jak człowieka wszystko wkurwia, to i lekarz nie pomoże.

A skoro sama ogłosiłam dzień suchego dowcipu, to proszę, jeszcze jeden:

Stoją sobie panowie pod spożywczakiem, obalając przednie winko, gdy pod sklep zajeżdża rowerzysta i z plecaka wyciąga butelkę mineralnej. Jeden menel mówi do drugiego, patrząc na rowerzystę z niedowierzaniem: “Ty, Zenek, patrz! Ten facet pije wodę. JAK ZWIERZĘTA”.

No i ja też piję tę wodę, jak zwierzęta, i jak ciocia Pluskat kazała, i nawet widzę już pierwsze pozytywne aspekty. Nie to, żeby mnie łeb przestał boleć, a temperatury to już nawet nie sprawdzam, ale za to spodnie przestały mi spadać z tyłka, bo mają się na czym trzymać, a mianowicie na wiecznie pełnym pęcherzu. No i nie powiem, trochę to jest wkur… To znaczy ten… No jak często można biegać do toalety?! Chyba jednak rzucę picie.

Aha, i ponieważ kura za budą się okociła, to specjalnie dla Was zakradłam się i zrobiłam jej kilka rodzinnych fotek.

matka kurka z puchaczami2 matka kurka z puchaczami

Na razie widziano nie więcej, niż sześciu Wspaniałych, a kura w ogóle nie wydaje się z tego faktu zadowolona. To znaczy z sześciu Wspaniałych na pewno jest zadowolona, tylko z tego, że je ktoś widział, to już nie. Powiadacie, że ona przyjdzie do mnie cała dumna i blada, żeby się pochwalić swoim przychówkiem? NO NIE WIEM. Gdy po strzeleniu fotki podsunęłam jej ostrożnie miseczkę z żarciem prawie pod sam dziób, to spojrzała na mnie twardo i wydała z siebie dźwięk, którego przy najszczerszych chęciach nie nazwałabym zachęcającym do podziwiania czegokolwiek. Już raczej brzmiało to jak: “te, kelner, żarcie żarciem, ale jeszcze pół kroku bliżej, a mózg ci przez nozdrza wydziobię”. To ja jej na to, że w nozdrzach to ja mam te jej kurczaki, bo już niedługo będę miała własne, i to dużo więcej niż sześć, a ona mi wtedy: “taak? A NIE WYGLĄDASZ”! Zaprawdę powiadam Wam, podłość kurza nie zna granic.

O, i mamy nowego kolegę na podwórku, pana Wicusia:

pan Wicus

Pan Wicuś wziął się znikąd i zachowuje się trochę jak stary pantoflarz, co się zerwał żonie z łańcucha (a że żonaty to widać, bo ma obrączkę) – jakiś taki w towarzystwie nieobyty, trochę nieśmiały, pospacerował sobie po podwórku, pogrzebał trochę w krecich kopczykach, posiedział skromnie na dachu:

pan Wicus na dachu

…aż w końcu dotarło do niego, że jest wolny jak ptak i może robić co chce, więc pojadł sobie cudzej pszenicy (choć gdy przyszły gęsi uprzejmie usunął się w cień):

gaski z golebiem

No ale ja tu o Wicusiach, a Wy czekacie na fotki niedźwiedzia. Proszę bardzo, oto Wąski:

taki jestem slodki Waski ja i Waski

Skąd wziął się Wąski to już wiecie z komentarzy pod poprzednim wpisem i błagam, nie każcie mi się powtarzać :) Wąski miał się nazywać Amor, bo taki występ humorystyczny nam zapadł kiedyś w pamięć: https://www.youtube.com/watch?v=Uvh6WBGK5ko, ale jednak został Wąskim, bo nie mogliśmy go nazwać Killer: https://www.youtube.com/watch?v=QCJrLM3yVf4

Jak by się zresztą nie nazywał, i tak najlepiej reaguje na “kurwa” użyte w zdaniu. Np. “KURWA MAĆ, Wąski, to są MOJE kurczaki, to JA nad nimi sześć tygodni skakałam, i jeśli choć piórko, KURWA, w twoich zębach zobaczę, to…” i tutaj dowolnie: “nogi z dupy powyrywam”, “jaja ci ogolę i będzie wstyd na wiosce”, “za tylną nogę pod jabłonką powieszę” i tym podobne. A ten “wąski” całkiem udanie do niego pasuje. Jak wzięłam Wąskiego do lasu na poszukiwania koźlaków, to po kilkunastu minutach szarpaniny, wyplątywania Wąskiego z jeżyn i odkręcania smyczy zawiniętej wokół drzew, mówię do niego: “Ty się, Wąski, tak znasz na grzybobraniu, jak ja na odmianie niemieckich czasowników”. A on mi wtedy, rzucając to ponure spojrzenie rekina ludojada: “Taak? To może chodźmy do Żozefin na kurczaki, i WTEDY się okaże, kto tu jest w czym naprawdę dobry”.

No i fajnie się gada z Wąskim, dopóki na horyzoncie nie pojawi się koza, kot, pies albo drób. Wtedy bowiem Wąskiemu robi się bardzo wąskie pole widzenia, a jego jedyne trzy komórki mózgowe całkowicie odcinają zmysł słuchu, żeby się przy ważnej robocie nie przeciążyć jakimś głupiego Kanionka gadaniem (“Wąski, źle!”, “Wąski, nie!”, “Wąski, chodź no tu!” – a po co niby Wąski miałby przychodzić? Po “dobry piesek” i poklepanie po kosmatym łbie? Bicz pliz!).

Wąski jest dodatkowo naprawdę wąski, bo niedożywiony. Tego może nie widać na zdjęciach, bo kupa futra zasłania, ale żebra mu pod skórą klekoczą, kręgosłup jest wyraźnie wyczuwalny, w barach to chyba Atos jest od niego szerszy, a talię Wąski ma jak Laser. Na razie nam to pasuje, bo gdy Wąski osiągnie swoją właściwą masę, to jeszcze trudniej będzie go okiełznać, i lepiej żebyśmy się wyrobili do tego czasu z treningiem na posłuszeństwo. Poprzedni właściciel, nie wiedząc najwyraźniej nic o psach, w kwestii żywienia swojego pupila zasięgnął rady znajomego parającego się myślistwem, i zgodnie z zaleceniami kolegi karmił owczarka parzoną śrutą zbożową z okazjonalnym dodatkiem jajka, smalcu lub resztek z pańskiego stołu. Od myśliwego dowiedział się też, że suche karmy uszkadzają psi węch, więc unikał ich jak ognia, bo przecież wiadomo, że psu przywiązanemu na dwa lata do budy węch jest niezbędny. Po to choćby, by wiedział, gdzie ostatni raz nasrał i dzięki dobremu węchowi po ciemku nie wdepnął.

Karmienie psów suchym chlebem rozmoczonym w wodzie już mnie nawet nie dziwi, bo “tu, na wiosce” jest to oczywista oczywistość, i już nam nie raz proponowano zakup kilku worków chleba dla naszych psów, ale żeby zadawać sobie tyle trudu i PARZYĆ ŚRUTĘ? Do końca życia by mnie ta zagadka męczyła, ale na szczęście Ciociasamozło wiedziała o co chodzi. Podobno taki przepis na psie wyżywienie można odnaleźć w poradniku dla myśliwych z… tysiąc osiemset któregoś tam roku. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak szybko ludzie potrafią zapomnieć tabliczkę mnożenia, za to największą głupotę zapamiętają i powtarzać będą przez wieki.

Więc Wąski jest wąski i stosunkowo lekki, za to wysoki jak Kanionek, gdy stanie na tylnych łapach, a do tego zawzięty jak Pawlak i żywemu nie przepuści. Gdy nie ma innych zwierząt na horyzoncie – słodki miś tulany i plaster miodu na patyku. Ale gdy tylko misia oko złowi jakiś ruch na podwórku, miś zmienia się w grizzly (gryźli, szarpali, solą rany posypywali), a człowiekiem przyczepionym do smyczy rzuca jak lalką szmacianą. To znaczy rzucał, aleśmy się już trochę lepiej nauczyli nad nim panować. I tu chciałam wstawić zdjęcie mojej lewej dłoni rozharatanej i krwią broczącej, ale już Wam oszczędzę i zmieniam temat.

Z uwagi na zapowiadane opady deszczu wzięliśmy się w końcu, i pod czujnym okiem Wąskiego zrobili profesjonalny system odprowadzania deszczówki z rynny do studni.

jesienne wykopki czujne oko mordoru wykopki 2

Profesjonalny, czyli za 100 złotych z hakiem, system składa się z rur kanalizacyjnych zakopanych w ziemi. Bo do tej pory mieliśmy taki złożony z różnych przygodnych elementów połączonych plastikową butelką, w dodatku leżący na ziemi i dzień w dzień rozbierany na części przez Atosa, a Majka wdeptywała w butelkę i butelka całkiem od tego traciła fason. Nowy czy nie, ten system sprawdza się tylko wtedy, gdy pada deszcz, a zimą pożytku z niego wiele nie będzie, więc swoją drogą zbieramy oferty firm wiercących studnie. Na razie wynika z nich tyle, że wariant “bieda z nędzą i gołe kable” będzie kosztował między sześć a osiem tysięcy, i tu MUSZĘ wspomnieć, że EEG (znana nam wcześniej jako Ewa z Łodzi) położyła kamień węgielny pod tę studnię, a jak duży był to kamień to już nie wspomnę, bo mi w komentarzach pisaliście, że nie wypada.

Jeden z panów studniarzy kazał sobie wysłać nasz adres esemesem i obiecał rychło przybyć celem omówienia szczegółów, ale – cóż za niespodzianka – całkiem o nas zapomniał, a gdy mu się przypomnieliśmy, to akurat u niego był dopust boży i dożynki, kontrola z sanepidu, huragan, krowy do domu oknami wpadały, z nieba strzelały ogniste języki i jeszcze coś mu się w zakładzie kamieniarskim zepsuło. Obstawiam, że kamienie mu się zepsuły, tak jak np. kurierowi zawsze psuje się sprzęgło, gdy ma do nas przyjechać, no ale taki już urok mieszkania na końcu świata, że nikomu się do nas nie spieszy. A skoro wspomniałam o wodzie i deszczu, to jeszcze się pochwalę, że małżonek już zrobił to poszycie dachowe na komórkę z sianem. Blachodachówka z demobilu wygląda tak:

blachodachowka

I oczywiście, że małżonek nie robił sam. WSZYSCY pomagali:

pomagierzy pomagierzy 2

Tymczasem w tajemniczych okolicznościach zaginął kaganiec Wąskiego. Małżonek jest zdania, że to Kanionek zgubił, bo Kanionek, gdyby mu dać odpowiednią ilość miejsca i czasu, zgubiłby nawet Polskie Koleje Państwowe i Przylądek Dobrej Nadziei, ale ja jestem zdania, że Wąski zwyczajnie ten kaganiec zjadł, razem z drutami i sprzączką, bo go nie lubił. Proste, nie? Na całe szczęście mamy Ciocięsamozło, która nawet nie wiedząc o tajemniczym zaginięciu kagańca, wysłała nam o, takie coś:

kaganiec od Cioci

To jest, proszę Państwa, cudawianek, nie kaganiec! Leciutki i przewiewny, dopinany do obroży, elegancko i starannie wykonany, no to jest kaganiec, który może spokojnie lecieć w kosmos i wstydu przed obcymi nie będzie. Oddamy go Cioci, gdy już zakończymy proces resocjalizacji Wąskiego, choć nie bez żalu. Sama bym w takim kagańcu chodziła, bez uszczerbku na honorze, a z pożytkiem dla reszty ludzkości. Oprócz zaś kagańca dostaliśmy jeszcze wsparcie farmakologiczne w postaci tabletek uspokajających dla psów, o kuszącej, czekoladowej barwie i równie miłym zapachu (czy ja już wspominałam, że wszystko wącham?). Oczywiście przeczytałam ulotkę i… No i tu właśnie mamy odpowiedź na zadane wcześniej pytanie: “i jak tu żyć spokojnie?”. No ja już wiem. Będę razem z Wąskim żarła te tabletki, i będziemy żyli długo, spokojnie i szczęśliwie, przynajmniej do dna słoiczka.

PS. A jeśli chcecie wiedzieć, co u Majki, to u Majki luzik:

co u Majki

Napracowała się, bidulka, to teraz odpoczywa. Majka może nie widzi, ale od razu jakimś szóstym zmysłem odgadła, że my w drzwiach nie mamy takiego specjalnego otworu z klapką, który umożliwia kochanym zwierzątkom wchodzenie i wychodzenie z domu kiedy im się żywnie podoba. Majka słyszała od kumpla w schronisku, że takie otwory dla psów i kotów są bardzo trendy na całym świecie, a zwłaszcza w USA i JUKEJ. No i skoro nie mamy, a NA PEWNO CHCIELIBYŚMY MIEĆ, to ona, Majka, z czystej miłości nam taki otwór zrobi. Może nie w drzwiach, bo niewidzącemu psu jednak ciężko tak precyzyjnie w drzwi trafić, ale obok drzwi też jest dobrze:

psie wyjscie

PPS. A jakiś czas temu był u mnie siostrzeniec i WSZYSTKO mu się podobało, ale o tym może innym razem.

Leo i pomidory

PMS. I jeszcze zrobiłam dla Was filmy ze szklarnią i ogrodem, ale serwer mówi, że wypchaj się Kanionek, z taką prędkością ładowania danych to sobie możesz co najwyżej z lodówką pogadać. Idę więc załadować łeb do zamrażarki – podobno studzi emocje i zmarszczki się wolniej robią.

ja i Krowko

ZHP. A jeśli wzdychacie sobie cichutko i tęsknie, że dawno nie było cytatu z KATa, to był. Tytuł niniejszego wpisu zawiera fragment utworu “Noce Szatana”, z albumu “666”, 1986.

“Mój plan jest nadzwyczajny

mój plan głowy wzniesie ponad mur

mój plan zada cios nieobliczalny

by codzienności złamać bicz

(…)

Mój plan – bez małp, bez klaunów

bez tarczy, hełmu i bez lanc

mój plan to z życia ram wyłamać

realności dzienny kicz”

Gdzie ja podziałam te tabletki…

jak Kotek gaski pasal

1 2 3