Tytułem wstępu do kolejnego wpisu, czyli jak zrozumieć Kanionka

Moi drodzy. Mam godzinę na to, żeby Wam napisać, dlaczego nie ma kolejnego wpisu (a mam już z tego powodu straszne, STRASZNE wyrzuty sumienia) i dlaczego ten nazywa się “wstępem do kolejnego wpisu”. Więc otóż. W niedzielę skończyła się woda. W poniedziałek wieczorem miałam już stertę garów do mycia, więc chcąc nie chcąc zmywałam jeszcze przed północą, jak zwykle w takich przypadkach klęcząc przed wanną (a w wannie garnek z ciepłą wodą i płynem do mycia naczyń, obok niego układane gary już umyte, a po umyciu spłukiwane czystą wodą z butelki i odkładane do suszarki postawionej na dwóch kartonach z rzeczami do prania, tuż obok dwóch wielkich koszy z rzeczami do prania). Poszłam spać nie tylko jak zwykle zmęczona, ale i sfrustrowana do granic możliwości. Wtorek. Wstaję, człapię do kuchni zrobić pierwszą kawę. Odpalam gaz, palnik na chwilę rozbłyska niebieskim płomieniem, po czym robi “pfrrt-pum” i… gaz się skończył. Na kuchence stoi gar z trzynastoma litrami zsiadłego mleka, które dziś muszę podgrzać na twaróg. Oprócz niego stoi też gar z pomidorami, które wczoraj już tylko zagotowałam, żeby się nie zepsuły. Małżonek mówi: “no dobra, to ja lecę z Wąskim do lasu, a gdy wrócę i zjem śniadanie, to pojadę po ten gaz”. I tu mała dygresja na marginesie: owszem, powinniśmy mieć w zapasie pełną butlę z gazem, i zawsze tak właśnie było. Na każdej butli naklejam sobie karteczkę z datą odpalenia, i wiem z dokładnością co do tygodnia, kiedy gaz mi się skończy. Tym razem jednak zaskoczyły nas grzyby, których zebraliśmy w dwa dni tyle, że już nie było gdzie ich suszyć, więc naprędce zrobiliśmy ramkę z rurek pcv i kawałka firanki i staropolską metodą “na odpierdol” zainstalowaliśmy nad kuchenką gazową. Grzyby, nać selera, ziarno słonecznika i nać pietruszki suszyły się na zmianę przez jakieś trzy dni z przerwami, no i co ja Państwu powiem ciekawego – gaz się skończył, a w garażu druga, pusta butla.

Poleciał więc małżonek z Wąskim do lasu, i podczas gdy oni sobie sikali pod krzaki, ja wzięłam wiadro z przygotowanym dnia poprzedniego żarciem dla kurczaków dużych i małych, i ruszyłam w codzienny obchód: gęsi i kaczkę wygonić z małego wybiegu na podwórko, zmienić im wodę w dużym pojemniku, przynieść ziarna (część dla gęsi i kaczki namoczyć w małym pojemniku na podwórku, część dla dorosłych kur wysypać luzem na małym wybiegu), otworzyć kurnik z młodzieżą, dać im żreć do pojemnika i przypilnować, żeby im tego kogut nie zeżarł, potem biegiem do małych kurczaków w różowej zagrodzie, nakarmić, policzyć (bo nigdy nie wiadomo; dwa dni temu jakimś cudem Gamoń zakradł się do drugiej części domu i tylko jego wrodzone lenistwo uratowało dupę kurczakom, bo Gamoń zagrzebał się w pustych workach po owsie i uciął sobie drzemkę, a wygrzebując się z nich przyprawił mnie o osiemnasty w tym roku zawał, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to gigantyczny szczur – tyle narobił hałasu), wodę zmienić i choć chwilę do nich poćwierkać, bo jakieś zdziczałe są, jakby się w lesie wychowały, a nie u mnie w kartonie. Na końcu – wizyta u matki kurki z dziewięciorgiem puchatków, w psim kojcu za budą. Wchodzę, przekładam żarcie dla młodych do plastikowego pojemnika, a pszenicę dla matki kurki do miseczki, i dzierżąc obydwa naczynia w dłoniach idę za budę. Idę za budę, a tam NIE MA MATKI KURKI! Ani, gwoli ścisłości, dziewięciorga puchatków. Oblazłam cały kojec, zajrzałam w obie budy, przetrzepałam gąszcz pokrzyw, no nie ma i już. Wyprowadzili się. Nie zapłacili za czynsz i całodobowy catering, nie zostawili nawet krótkiej notatki, spakowali walizę i szukaj wiatru w polu. Zdążyłam jeszcze wysikać Atosa i przeszukać kawałek podwórka, gdy małżonek wrócił z Wąskim. Po uwiązaniu tego drugiego ruszyliśmy na dalsze poszukiwania i w kwadrans później zdybaliśmy matkę kurkę grzebiącą sobie w najlepsze, w lasku olszynowym na zachodzie. Dziewięcioro puchatków też ryło w ściółce, ćwierkając i podskakując radośnie, jakbyśmy wszyscy żyli u Pana Disneya za piecem, a Rude Ryje i jaszczompie nie istniały.

Podjęliśmy z małżonkiem decyzję, że trzeba niestety użyć przemocy i – wbrew woli matki kurki – wyłapać całe to niefrasobliwe towarzystwo i przeprowadzić na mały wybieg. I owszem, byłoby zabawnie opisać Wam nasze zmagania z waleczną kwoką i rozpryskującymi się we wszystkich kierunkach kurczakami, ale NIE MAM TYLE CZASU, więc powiem tylko tyle, że półtorej godziny później, podrapani przez osty i poparzeni pokrzywami, wrzuciliśmy na mały wybieg ostatniego Mohikanina z okiem na Kleopatrę, a kozy beczały coraz głośniej, bo przecież czekały na dojenie i puszczenie ich wszystkich na wypas. Beczeniu kóz dzielnie wtórował Wąski, skamląc i szczekając (“ja wam wyłapię te kurczaki, tylko mnie kurwa spuśćcie z tej linki!”), uwiązany do słupka i do granic rozemocjonowany wydarzeniami, na które nie miał wpływu, a bardzo chciał.

Po wszystkim małżonek poszedł sobie zrobić szybkie śniadanie i ruszył po gaz i gips do bieżących napraw ubytków w ścianach domu, a ja wzięłam utensylia dojarki i załatwiłam sprawę kozią. Ponieważ w garnku, w którym zawsze robię ser, stoi sobie i czeka na podgrzanie zsiadłe mleko na twaróg (jutrzejsze zamówienie), a ja muszę jeszcze zrobić półtora kilograma sera, to trzeba jednak przelać pomidory z drugiego dużego gara do dwóch innych, mniejszych garnków, żeby tamten duży zwolnić na jeden ser. Ubrudzę jeszcze jeden, średni garnek, i podołam zamówieniu. Garnek po pomidorach trzeba było oczywiście umyć, więc zmarnowałam jeszcze trochę wody ze sklepu (w sumie wczorajsze i dzisiejsze zmywanie kosztowało mnie 8 zł, czyli osiem jajek, gdybym miała jakieś jajka na sprzedaż).

Muszę dziś jeszcze: skończyć sery i twaróg na jutro (jeśli nic nie spieprzę w tym pośpiechu, to zarobię 120 zł. Akurat na dwie butle gazu, kilka butelek wody i nowy termometr do serów, bo obecnie używany właśnie dokonuje żywota), zrobić jakiś obiad dla ludzi, ugotować kaszę, makaron i ziemniaki dla kurczaków na dwa dni, a do tego gotowanego posiekać, utrzeć i wkroić różne warzywne dodatki, skończyć wreszcie z tymi pomidorami, I SELEREM, który się w końcu weźmie i uschnie w lodówce. A ponieważ przy serach, twarogu i pomidorach ubrudzę cztery garnki (to już prawie wszystkie, jakie mam), dwie formy i tacę do odcieku serwatki, dwie chusty serowarskie, łyżkę do cedzenia skrzepu i komu by sie chciało pisać co jeszcze, to jednak trzeba będzie się zdusić, wybrać z naszych wielokrotnie używanych butelek te najczystsze (glony na ściankach, no nie poradzisz), zapakować do bagażnika, podłączyć akumulator (odłączamy po każdej jeździe, bo stary jest i gubi prąd na byle pierdoły), pojechać do Żozefin, napełnić ze dwadzieścia butelek, pokonwersować towarzysko, żeby nie wyszło głupio, że my tylko po wodę i chodu, więc zejdzie nam przynajmniej godzina, no i gdzieś około północy pozmywać ten cały kram, klęcząc przed wanną. A przedtem jeszcze wydoić Ziokołka, nakarmić drugi raz kurczaki, zagonić gęsi i kaczkę na mały wybieg, wybiegać Wąskiego w lesie, przerzucić naręcza melisy, suszonej, z braku miejsca, w samochodzie (w tym drugim, niejeżdżącym samochodzie), wybiegać resztę piesków i wysikać Atosa, wieczorem sprawdzić, czy wszyscy są na swoich miejscach, itede, itepe. A przed zaśnięciem przypomnieć sobie, że omatko jeszcze kapusta w garażu, i dynie, i cukinie…

I nie, nie chodzi o to, że chcę sobie ponarzekać. Owszem, jestem zmęczona, wkurwiona, i mam ochotę załamać ręce, albo je sobie wręcz wyłamać i odłożyć na bok, żeby już nic nigdy nie musiały robić. I tak, wiem, że sami sobie zgotowaliśmy ten los. I że na kiego sromotnika w ciapki był nam jeszcze ten Wąski, skoro i tak niemalże nie ma dnia bez niespodzianek lub czegoś zepsutego, czym trzeba się zająć (jak na przykład Gwiazdolot, który zepsuł nam się w ubiegły poniedziałek, w środku miasta na literę B., 20 km od domu, a my z Wąskim i bez szans na zrobienie cotygodniowych zakupów) albo czegoś zabraknie, na przykład prądu, wody, gazu, internetu, lub wszystkiego naraz. Wszystko wiem, ale jest jak jest i trzeba się ogarnąć, i hejże glujże do przodu.

Napisałam to wszystko tylko po to, żebyście wiedzieli, dlaczego jeszcze nie ma kolejnego wpisu. I postarali się zrozumieć Kanionka, choć małżonek twierdzi, że to jest zadanie z gatunku “nikomu na świecie się jeszcze nie udało”. A skąd wzięłam czas na to, żeby zaserwować Wam ten chaotyczny bełkot? Miałam całą godzinę pomiędzy zadaniem podpuszczki do podgrzanego mleka, a kolejnym etapem robienia sera, czyli krojeniem skrzepu. Mogłam założyć gumowe rękawice, wziąć łopatkę ogrodową i iść zakopać tę połowę naszego rurociągu do odprowadzania deszczówki, która jeszcze pozostała do zakopania, ale wybrałam co widać. Moja godzina właśnie się skończyła, wracam do garów, a wpis wrzucę na serwer dopiero wieczorem.

[Wtorek to był jednak Dzień Kurczaka. Wraz z nadejściem zmierzchu matka kurka weszła sobie do kurnika, gdacząc wesolutko, a za nią siedem puszystych piłeczek. Tak, siedem, bo dwie pozostałe piłeczki się pogubiły w tym całym trafianiu w okienko i gdy reszta stada zniknęła im z oczu wpadły w popłoch, biegając w kółko i pipcząc wniebogłosy. Myśleliśmy, że mamuśka pospieszy im na ratunek, ale gdzie tam! Siedziała w kurniku cała zadowolona, siedem piłeczek pod pachą, i już przymykała oko szykując się do wieczornej drzemki. Czy kury potrafią liczyć? No w każdym razie tamtych dwoje rozbitków mogło liczyć już tylko na nas, dwóch zmęczonych idiotów, i cała zabawa w chowanego w pokrzywach i ciernistych krzewach zaczęła się od nowa. A jakby tego było mało, w pokoju własnym już będąc usłyszałam rozpaczliwe piu-piu-piu-piu-piu! za ścianą, czyli dochodzące z różowego pokoju, więc znów musiałam się przelecieć dookoła domu, żeby dostać się do jego drugiej połowy, i tam oczywiście okazało się, że jeden z moich kartonowych kurczaków pokonał wszystkie zasieki, wydostał się z kartonowej zagrody, i wlazł… do zamrażarki. Ale nie żeby do komory chłodniczej, bo przecież drzwiczki zamknięte, tylko tak od zaplecza, wiecie, tam z tyłu, gdzie większość dużych, wolnostojących urządzeń ma specjalnie dla kurczaków zaprojektowaną wnękę, a w niej pełno kabelków i innych elektrycznych flaków. No więc on tam sobie właśnie wlazł i postanowił zamieszkać. Stukanie w obudowę ani przemawianie po dobroci nic nie dały – trzeba było czekać, aż mu się znudzi i sam wyjdzie. A potem jeszcze go złapać. Czy ja już wspominałam, że ta druga partia kurczaków jakaś zdziczała jest?]

PS. Aha, umieszczenie Wąskiego w wolnym obecnie kojcu nie ma sensu. Wąski wspina się po siatce jak Spiderman i w trzy sekundy jest na zewnątrz. To nie jest pies, tylko komandos – przypuszczam, że w pojedynkę załatwiłby problem niechcianych uchodźców, i to w całej Europie. Ma ocean motywacji, jest nieustannie niewyżyty, nie istnieją dla niego bariery nie do pokonania, a raz namierzywszy cel nie spocznie, póki go nie dopadnie. Nie musi jeść, nie musi spać, i sam się nakręca. Polecam każdemu, kto chce zostać sam. Zupełnie sam. W promieniu stu kilometrów. (uchodźców należałoby jednak najpierw wysmarować smołą i wytarzać w pierzu, ewentualnie koziej sierści, i najlepiej by było, gdyby uciekając darli się co sił w płucach, co na widok Wąskiego powinno im przyjść naturalnie)

PPS. I oczywiście, że mam pół tony zdjęć i zrobię dla Was kolejny wpis, tylko dajcie mi jeszcze chwilkę, albo dwie. Niech tylko przerobię, co mi zostało do przerobienia, albo pierwszy przymrozek zwolni mnie z przerabiania reszty. I musimy, MUSIMY zebrać jeszcze trochę grzybów, bo cały lipiec, sierpień i połowa września, które normalnie na to przeznaczamy i zbieramy sobie po troszku, od niechcenia, susząc zbiory przy użyciu zwykłej energii słonecznej, były bezgrzybowe dzięki trwającej suszy, a teraz nagle powyłaziły borowiki jak z bajki – okazałe i nierobaczywe, a do tego są prawie wszędzie (i nasza konkurencja też). Grzech nie zebrać. Grzech!

borowik borowiki

PiS. Aha, nagrałam dla Was jakieś filmy ze szklarni i ogrodu, będzie ze sto lat temu, i właśnie chciałam je Wam rzucić na pożarcie, ale nie. Nie da się. Trzy razy podchodziłam do przekonwertowania ich do mniejszego formatu, i trzy razy restartował mi się system. A on się bardzo długo restartuje i ja mówię “pas”. A nawet kilka pasów. Takich, którymi niebawem zostanę przypięta do łóżka w zakładzie dla obłąkanych. Dobranoc Państwu.

jeszcze w kojcu juz na malym wybiegu kurczaki z kartonu kurczak z kartonu

miau

1 2 3