Drzewo wiadomości rogatego i nierogatego, czyli obiecane “who is who”

Ale to za chwilę, bo najpierw się pochwalę, co dostałam od Agi (wiem, że mamy tu kilka Agnieszek, więc sprawczyni podarunku niechaj się sama ujawni, jeśli tylko zechce):

syrop od Agi

Prawda, że piękny? A w środku ma syrop z czarnego bzu, którego nigdy jeszcze nie miałam okazji pić, a dobrą okazją może być np. przeziębienie lub grypa (wiem, gadam jak telewizor), tylko że ja się akurat od dwóch lat nie przeziębiam, więc dla mnie dobrą okazją będzie minus trzydzieści za oknem i kilkadziesiąt przewalonych szufel śniegu. Wtedy właśnie otworzę sobie słoik ze wspomnieniem lata i uronię do herbaty rzewną łzę. Przy okazji – rozmawiałam niedawno przez telefon z Mamą, i ona – nie czekając na styczeń – sobie otworzyła jeden ze słoików miodu z mniszka, co go ode mnie dostała w maju. Użyła miodu do herbaty, a słoik odstawiła do lodówki i na kilka tygodni o nim zapomniała. I mówi, że teraz dopiero miód zrobił się naprawdę gęsty i aromatyczny, więc może on też musi trochę dojrzeć w zimnym i ciemnym miejscu, żeby wyłożył wszystkie karty na stół? Nie wiem, sama jeszcze nie próbowałam, bo w ogóle zapomniałam, że jakiś miód robiłam, a po schowaniu w ciemne i zimne miejsce nie mogę go znaleźć.

Za to zachęcona urodziwym słoiczkiem i przepisem na syrop z bzu od Agi, ruszyłam na poszukiwania do lasu i – wierzcie, lub nie – u nas czarny bez jeszcze kwitnie (bo pewnie zaczął wtedy, gdy u Was już kończył). Uzbierałam pół kilograma kwiatów, co się okazało dopiero w domu, bo w lesie wciąż mi się wydawało, że mam mało. A że bzów całe gaje, i większość kwiatów na wysokości drugiego piętra, to z każdego drzewka zrywałam tylko po kilka dostępnych mi kwiatostanów.

bzowe gaje2

bzowe gaje3

kwiatostan bzu

czarny bez

Kwiaty zalane syropem z cukru i soku z cytryny pachną tak intensywnie, że jednorazowe uniesienie pokrywy garnka wypełnia odurzającym aromatem nie tylko kuchnię, ale i dalej położone pomieszczenia, i całe szczęście, że zapach to piękny, i taki kurdybanek mógłby się od bzu uczyć, jak człowiekowi życie umilić, no ale on woli śmierdzieć odpychająco i z nikim się nie kolegować. Koniec końców wyszło mi bardzo dużo syropu, więc spodziewam się być tak zdrowa, że nigdy nie umrę, bo nie będę miała na co, no chyba że jednak ten traktor.

syropek wiecznosci

A teraz już obiecana rozpiska “kto jest kim”, z pominięciem dorosłych kóz, które znacie już prawie tak dobrze jak ja, a żeby lepiej było widać, to nawet Wam to wszystko narysowałam, chociaż nie umiem.

rysunek pogladowy

Małych kózek nie rysowałam, bo mam przecież kozylion zdjęć, więc oto fotki i krótkie opisy:

Pippi, córka Bożeny. Filigranowej postury francuska elegantka, bardzo chciałaby zostać emancypantką, albo chociaż zbuntowaną nastolatką, i żyć szybko i niebezpiecznie, ale trochę się boi. Kiedy przyjeżdża klientka po ser, i przywozi ze sobą całą siatkę liści kapusty i obierek z marchewki, Pippi trzyma się z dala, wyglądając nieśmiało zza krzaka. Udaje, iż w najgłębszej pogardzie ma podrzędną marchew z hipermarketu i jakieś zwiędłe liście (a nawet sucharki i kwiaty jaśminowca), a tak naprawdę przeraża ją kłębiący się wokół darczyńcy tłum kopyt i rogów.

Pippi4

Pippi2

Pippi

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Kocyk, syn Bożeny. Uroczy łobuz. Mały, przedwojenny, warszawski cwaniaczek, filuternie mrugający oczkiem (mamusia nauczyła). Drobny złodziejaszek w kaszkiecie w kratkę, nie sposób mu się oprzeć, podbija nie tylko damskie serca. Nie zapowiada się na dużego kozła, ale nadrabia miną, oczkiem i ogólnym wdziękiem. Lubi possać czyjeś palce (geny tatusia), ale ostatnio gryzie, więc mu nie daję.

Kocyk

Kocyk3

Kocyk2

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Lucek, syn Tradycji. No cóż. Wysoki jak brzoza, a głupi jak… NO CÓŻ. Lucek jest dorodnym chłopakiem z bogatej rodziny, nad którym od niemowlaka wszyscy cmokali z zachwytu, aż w końcu Lucek uznał, że wystarczy, jeśli będzie w życiu dobrze wyglądał. Wzrostem prawie dogonił już matkę i nadal czeka, aż starzy zdecydują, kim będzie gdy dorośnie, a tymczasem hoduje rogi i zapuszcza szpanerską bródkę.

Lucek

Lucek3

Lucek2

I jeszcze fotka specjalna: Lucek siłujący się na rogi z o połowę mniejszym Kocykiem. Proszę zwrócić uwagę na ten imponujący grzebień z nastroszonej sierści na grzbiecie.

walka gigantow

Oczywiście wygrał Kocyk :)

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Kachna, córka Tradycji. Cwaniara, i już nie taka mała. Szybko zorientowała się, że typowo słowiańskie imię to tylko część prawdy o jej jestestwie, i że w jej żyłach płynie całkiem sporo krwi szlachetnego rodu Saanen. Zamierza kiedyś odwiedzić szwajcarską dolinę przodków, a tymczasem w CV wpisała sobie: “Kachna, ur. 11 marca 2015 (najlepszy rocznik ever! bee!), ćwierćksiężniczka, młoda, ładna i utalentowana (wszechstronnie). Posiada brata ćwierćinteligenta, którego chętnie zamieni na bilet do Szwajcarii”. Cóż, pomyliła CV z rubryką ogłoszeń, ale w ciemię bita nie jest, wyrobi się.

Kachna2

Kachna

Kachna4

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Krówko, córka Ireny. “Krówko, Krówko, chodź na słówko”, i Krówko często przychodzi, proszona, czy nie. Mniejsza z dwóch sióstr, przebojowa młoda dama z cienkimi, ostrymi różkami. We wczesnym dzieciństwie kręciły ją kręcone włosy, ale dorosła do poglądu, że lekka fala na grzbiecie wystarczy, by wyróżniać się w tłumie kóz, a jednocześnie nie wyglądać jak łaciata owca. Z siostrą i matką bardzo zżyta, choć ciągnie ją do przyrodniego brata, Kocyka. Razem stanowią parę-niespodziankę, specjalizującą się w rozwiązywaniu sznurówek stajennemu. Nad czym pracują w zaciszu pokoiku dziecięcego, gdzie młode zamykane są na noc, tego nie wie nikt.

Krowko3

Krowko2

Krowko

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Roman, córka Ireny. Piękna, bardziej wyrośnięta od siostry, łagodna w usposobieniu młoda dama. Pokonała wrodzoną nieśmiałość i umie już dopchać się po swój przydział chlebka, ale z zachowaniem godności osobistej. W razie konfliktu z innym przedstawicielem koziej rodziny ustępuje, na zasadzie “mądry głupiemu”. Lubi kotki, kurczaki, i ma już kilka ciekawych przemyśleń na temat życia i świata. Zagadkowa osobowość, z której może jeszcze wyrosnąć wszystko.

Roman

Roman2

Roman3

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

No i tak to wygląda. A miałam Wam jeszcze napisać o kolczykowaniu, które się odbyło prawie miesiąc temu. No to krótko i po kolei: znieczulenie lignokainą to faktycznie lipa. Po tym jak sobie przypomniałam, że przecież nie mogę być uczulona, bo te parę gastroskopii za sobą mam, i przy tych okazjach sprej z lignokainą łykałam jak młody rekin wodę, wypróbowałam maść na własnej skórze. Działa słabo, a kozie ucho pokryte krótką, acz bojową sierścią, zapewne nie wchłonęłoby maści wcale. W dodatku moje kozy nigdy nie miały gastroskopii, więc zachodziła obawa, że one akurat mogą być uczulone, i uznałam, że jeden stres nam wszystkim w zupełności wystarczy.

No i że tak powiem – było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale zdecydowanie nie zimna, a każdy miał swoje zadanie: Mama trzymała kozę od tyłu, opierając się o ścianę (głównie po to, żeby nie zemdleć). Ja trzymałam biedną, kozią łepetynę, żeby nawet nie drgnęła podczas zabiegu wstrzeliwania kolczyka, bo wiadomo – ucho rozerwać łatwo, a pozszywać nie ma komu. Mistrzem ceremonii naciśnięcia spustu został, na wniosek własny, małżonek. Nie dlatego, że lubi robić krzywdę małym zwierzątkom, tylko jako jedyny w naszym gronie dysponował męską dłonią, zdolną pomieścić uchwyty rozwartej kolczykownicy, i siłą, by ją sprawnie i szybko zacisnąć.

W przedstawieniu udział wzięli również: flamaster, latarka oraz środek odkażający. Każde ucho obmacywaliśmy i prześwietlaliśmy latarką, żeby wybrać miejsce bez naczyń krwionośnych i takie, gdzie akurat nie ma chrząstki usztywniającej. Bo kozie ucho lubi trzymać fason i w tym celu jest zmyślnie skrojone i pousztywniane, żeby się nie majtało jak jakiemuś spanielu, prawda. Nie chcieliśmy więc ani rozlewu krwi, ani zniekształcenia doskonałej formy koziego aparatu nasłuchowego, i w miejscach wybranych jako bezpieczne – malowaliśmy niebieską kropkę flamastrem.

Gdy już miałyśmy z Mamą niczego niespodziewającą się delikwentkę w czułych, acz ciasnych objęciach (spocone ze strachu jak myszy), skupiony jak Budda małżonek nadziewał obie części kolczyka na kolczykownicę i robił przymiarkę. I celował w kropkę. I o żesz jasna dupo urzędnicza, żeby cię wrzody dopadły i uwiąd przedwczesny – koziołkowe uszka są tak małe, a cały ten cyrk z kolczykownicą tak wielki i toporny, że naprawdę, trafić w kropkę i zmieścić dolną (tzw. żeńską) część kolczyka wewnątrz ucha razem z kawałkiem kolczykownicy, graniczy z niemożliwością. No ale do rzeczy.

Każda z naszych ofiar krzyknęła tylko raz i krótko, za to tak donośnie i przeraźliwie, że krew w żyłach zamieniała się w grudki lodu i właśnie dlatego dnia onego miałam cztery zawały. Ale zasłużyliśmy na pochwałę – ANI JEDNA kropelka koziej krwi nie popłynęła, ani jedno ucho nie babrało się po tym zabiegu, a maluchy – zdawało się – zapomniały o wszystkim w pięć minut. Raz, że dostały należne im smakołyki, a dwa – tuż po opsikaniu ucha środkiem odkażającym biegły napić się mleka od mamusi, a kozie mleko jak wiadomo rany goi, nerwy koi, skleja modele samolotów i w ogóle jest dobre na wszystko. Małżonek jednakowoż stwierdził, że najadł się więcej stresu niż na dywaniku u Szczura (Szczur – jeden z byłych szefów małżonka, kretyn z pierścieniem na palcu i ego wielkości Saturna), i że gdyby miał do wyboru, to chyba wolałby sobie wyrwać ząb kombinerkami. Z tubką lignokainy wbitą w oko.

No ale wszystko się dobrze skończyło, a na pocieszenie i dla zatarcia niemiłych wrażeń mam dla Was historyjkę o dwóch krzaczkach jaśminowca. Był sobie krzaczek jaśminowca, który miał zarówno urodę, jak i rozum:

jaśminowiec rozsądny

A był i taki, któremu się wydawało, że wie lepiej, i zaczął się zadawać z kozami:

jasminowiec chrobry

capra erectus

zadowolona

Jak się skończyła ta historia to chyba widać na zdjęciach, a jeśli chodzi o to, jak wysoko sięga koza, to powiem tak: ja mam wzrostu 168 centymetrów, a tak wysoko pyskiem nie sięgnę.

A tu już, mili Państwo, uroczyście dziś rozetwarty ser dojrzewający:

ser z papryka2

ser z papryka

ser z papryka3

Smakuje tak dobrze, jak wygląda, choć niestety – ani trochę kozą. 45 dni pielęgnowałam gada, skórkę mu przecierałam i sól wmasowywałam, na plecki przewracałam, jak emeryta w szpitalnym łóżku, kolana prawie całkiem zużyłam na tych stromych schodach do piwnicy, a on kozą smakować nie chce, bo od dziecka pragnął być Tylżyckim. I co ja mu mogę zrobić? Na etapie mieszania ziarna doprawiłam go lekko wędzoną papryką, dla koloru, a tak mi się przynajmniej wydawało. Drobinki papryki widać tu i ówdzie, ale kolor ten ser ma jednak własny.

No i nie wiem, ale wciąż mi się wydaje, że nie przekonałam Was do wróbelków, a ponieważ dziś przyszła książka, którą pożyczyła mi w swej wspaniałości Prowincjonalna Nauczycielka, to pozwolę sobie wrzucić kilka fotek na zachętę. Tak wygląda oryginalna okładka:

ksiazka

A tu kawałeczek jednej historyjki:

wyciag z wrobelkow1

wyciag z wrobelkow2

wyciag z wrobelkow3

I wiecie co? Prowincjonalna pisze mi, że tuż po naszej wymianie korespondencji w sprawie wypożyczenia “Wróbelków” przyszła do niej znajoma i powiada, że właśnie była zilustrowała taką jedną książkę, i nie może znaleźć wydawcy, który chciałby ją wydać. A Prowincjonalna na to – “A jaka to książka?”. A znajoma, że taka mało znana, “My, wróbelki” się nazywa!

No to jak to – MAŁO ZNANA? I jak to, że nie chcą wydać? No weźcie mnie nie denerwujcie! Uderzam do wszystkich Państwa w ten oto apel gorący – jeśli jest na sali ktoś, kto zna kogoś, kto mógłby zapytać kogoś, kto miałby możliwość to wydać, to ja bardzo proszę :) “Wróbelki” są dla dużych i małych, “Wróbelki” zasługują na wydanie wskrzeszające, “Wróbelki” są jak kozie mleko – dobre na wszystko. I nie trzeba niczego konsultować z lekarzem psychiatrą, ani tym bardziej farmaceutą. Jakby coś – można pisać w komentarzach, albo mailem: info@kanionek.pl

PS. Czy są gdzieś w sieci konkursy na najbardziej popie*dolone wpisy na blogu? Wiecie, takie z kategorii “mydło, powidło, groch i kapusta”? Bo startowałabym.

1 5 6 7