Oczywiście, że oczywiście, czyli o szaleństwie, oszustwie i zielonym swetrze

“I danced with the shadows
In tranquil chaos, I lay naked in the rain
An interception of light
A disturbing memory
This suicide veil I wear in shame”
Fragment utworu “Suicide veil” z albumu “Eternity” grupy Anathema, 1996 (kiedyś mi się podobało, tak ze dwadzieścia lat temu)

 

Bardzo mi się podoba moja nowa klawiatura, która “nosi lekkie ślady użytkowania”, to znaczy tak bardziej dokładnie – ma wyrwane nóżki i czymś dziwnym oblepiony “enter”, ale czy to ważne? Grunt, że wszystko w niej działa, a w dodatku układ i rozstaw klawiszy udało mi się na to bleszczate oko dobrać na tyle trafnie, że nie muszę się do niej długo adaptować. No, może tylko nowe “del” jest zbyt podobne do dawnego “enter”, co może rodzić wiadome komplikacje, ale oj tam, oj tam.

Wysłałam wczoraj dwa kilo sera, a zaraz potem w zębach zaniosłam karty rejestracji koziołków do lokalnego biura ARiMR. No bo mogłam to zrobić drogą elektroniczną, tylko zapomniałam hasła do platformy, prawda. No więc wchodzę do biura, i przed panem z okienka rozkładam na tym okienkowym parapecie cztery elegancko wypełnione karty zgłoszeniowe.

karty zgloszeniowe

Rozkładam z właściwym sobie namaszczeniem, układając karty jedna obok drugiej, jakbym temu panu pasjansa stawiała, a serce oszustki i jawnogrzesznicy bije w tempie sto dwadzieścia na minutę.

–  O, czworaczki?  –  stwierdza pan, unosząc lekko brew, jakby na znak niedowierzania, no bo przecież nie gratulacji – wszak chodzi o KOZY.
–  No tak, widzi pan, czworaczki  –  dyszę smutno i czoło wierzchem dłoni ocieram (bo się, kretynka, w środku lipca w swetrze do miasta wybrałam, a pod swetrem bardzo niewyjściowa koszulka na ramiączkach, taka biała w różowe, cienkie prążki, jak niema prośba o szybką eutanazję, więc rozumiecie Państwo, że swetra zdjąć nie mogłam)  –  i dwie z nich musiałam butelką karmić, skaranie boskie, mówię panu.

Bo żeby oszustwo było jak najbardziej wiarygodne, to trzeba mówić dużo, najlepiej narzekać, i w ogóle sprawiać wrażenie, jakby na cżłowieka spadło siedem plag egipskich i w ogóle – jak tak można człowiekowi zrobić, mówię panu, świat zwariował, co to będzie, nie macie tu może automatu z zimną wodą?

–  Aha,  –  potwierdza pan  –  to faktycznie. A jak one, te kozy, wyglądają, powie mi pani?  –  I tu mnie zbił z pantałyku i PRAWIE wytrącił z roli pokaranej czworaczkami koziej matki, no bo jak to – jak wyglądają? Jak kozy chyba? Widząc bezdenną pustkę w moich udręczonych oczach (a jedno spuchnięte jak bania, bo jednak sobie zaprószyłam tym tynkiem wapiennym i teraz wylazło. Całkiem na wierzch), pan dodał uprzejmie:
–  Chodzi o to, że na tych kartach musimy napisać kod rasy jeszcze.
–  A, rasy!  –  oddycham płytko, ale z ulgą  –  a to nie. Bez rasy. Kundelki takie  –  potakuję sama sobie głową, jak te niegdysiejsze pieski-maskotki w samochodach.
–  No tak, ale coś musimy tu wpisać  –  zafrasowany urzędnik drapie się po głowie, przeglądając te swoje rodzaje kodów rasy w wielkiej książce rodzajów kodów rasy – więc gdyby pani chociaż w przybliżeniu, jak one wyglądają, to do czegoś byśmy je dopasowali.
–  Aha, no to jedna jest całkiem biała, proszę pana, pewnie po matce, bo matka po ojcu saaneńczyku i kozie białej uszlachetnionej, proszę pana, więc pewnie to po matce (dużo mówić, mówić dużo!), a reszta jakaś taka, bo ja wiem, całkiem do niczego niepodobna, wie pan, takie kolorowe, różne…
–  A kozioł jaki był  –  pyta pan przytomnie.
–  A kozioł też był taki do niczego niepodobny, kolorowy i włochaty. Tak. Całkiem dziwny  –  widzę w oczach tego pana, że zdecydowanie ma się ochotę ze mną pożegnać, i to jest dobry znak.
–  No to wpisze pani tutaj, o, kod MK.
–  MK?
–  Tak, kozy mieszane, o różnym przeznaczeniu użytkowym, czyli że i mięsnym i mlecznym.

No i nie można było tak od razu? Wpisuję MK, jak “Moje Kozy”, składam autograf i zabieram siebie i mój bladozielony sweter na zewnątrz, gdzie – ostrożnie pokonując schody na drżących z lekka nogach – mruczę pod nosem: “żeby się udało, żeby się udało, żeby nikomu się dziwne nie wydało”. Dla pewności mruczę trzy razy.

Aha – jak myślicie, jaką muzykę najlepiej puszczać tym jajkom w inkubatorze? Bo tyle się mówi o wychowaniu prenatalnym, i że muzyka ma wpływ na późniejszy charakter człowieka, i w ogóle. Boję się, że jeśli one się, te kurczaki, nasłuchają KATA za młodu, to się albo wyrżną w pień zaraz po wykluciu, albo popadną w depresję, i każdego z osobna będę musiała wysłuchać, a ja na to nie mam czasu. Więc co? Ponury Chopin, jak i “trzy metry pod ziemią z kamieniem u szyi” Bach odpadają, bo kurczaki mają być wesołe, nie głębokie i refleksyjne. Frywolny Mozarcik? Nie znam niczego wesołego, bo nawet jak coś jest wesołe na wskroś, to mi się zaraz smutno robi, że takie wesołe, a nie wie, że wszyscy umrzemy. Poradźcie coś :)

PS. Miałam jeszcze wrzucić fotki z ogrodu, ale nie wyrabiam z czasem – cały dzień walczę z kozłami, w przerwach warząc ser i doglądając jajek (wstawiłam inny “ruszt” i mierzę temperaturę w różnych miejscach, co chwilę dezynfekując termometr, no bo przecież na różnych etapach robienia sera używam tegoż samego termometru). Lucek i Kocyk dorośli, Andrzej widzi w nich oczywistą konkurencję, więc skutek jest taki, że cała trójka chodzi obeszczana od kopyt po czubki rogów, prychają na siebie, walczą, a przede wszystkim nie dają żyć dziewczynom. Całymi dniami łażą za nimi (prychając i odpychając konkurencję), i “zachęcają” do krótkich numerków na łonie natury. Kozy nie są zainteresowane, bo – mam nadzieję – to jeszcze nie ich czas, ale spróbujcie to kozłom wytłumaczyć. Skutek jest taki, że jedni beczą, inni prychają, całe stado biega w kółko jak jakaś zdziczała trupa cyrkowa, Laser drze japę na okrągło, bo nienawidzi afer i przemocy w rodzinie, istny pierdolnik z falbanką i cekinami.

Weterynarz powiedział, że się podejmie kastracji, ale musimy poczekać na chłodniejsze dni, bo podobno idą upały, i że mam zadzwonić w poniedziałek. Pomijając już, że 180 zł za tę trójkę to zdzierstwo, miałam nadzieję, że jednak Lucka zostawimy na rozpłodnika, bo ma doskonałe geny, świetną budowę, a że trochę przygłupi, to przecież w hodowli bez znaczenia. Ale zagrody dla kozłów nie będzie.

No to dzisiaj wypuściłam na zewnątrz tylko dziewczyny, a panowie zostali w koziarni – Andrzej na sali głównej, Lucek w pokoiku dziecięcym (bo z porodówki nadal wyskakuje, NIE WIEM JAK), a Kocyk na porodówce. Panowie w nocy zdążyli roztrzaskać miskę na wodę i powyginać uchwyt, i naprawdę nie wiem, co im ta miska zrobiła? Nieważne. No więc dziewczyny chodzą sobie po łąkach, a panom musiałam nakosić zielonego i każdemu zadać ile trzeba. PRÓŻNY WYSIŁEK, bo oni nie chcą żreć, tylko dymać! Jedynie Kocyk, dobry chłopiec, pojadł zielonego, popił grzecznie wodą, i… nadal beczy, jakby go ze skóry obdzierano i posypywano solą. Tą drogową. Wymieszaną ze żwirem. Zaglądam do nich średnio co godzinę (między serem, jajkiem, szklarnią a zmywaniem), żeby sprawdzić, czy się nie powiesili, nie zadźgali lub nie zdechli tak z niczego, mi osobiście na złość. Andrzej tylko jeden raz przyłożył w drzwi tak mocno, że klamka odskoczyła i wydostał się na zewnątrz, a doprowadzenie napędzanego hormonami Don Juana z powrotem do koziarni kosztowało mnie milion kalorii i dwa zadrapania oraz siniak na przedramieniu (te rogi sakramenckie, złośliwie powykręcane na boki). Kalorii jeszcze nie zdążyłam uzupełnić, śniadanie zjem pod wieczór. Za chwilę zrobię zmianę, czyli dziewczyny do koziarni, testosterony na zewnątrz. Oczywiście, że i tak wszyscy będą beczeć. Oczywiście, że kiedyś zwariuję. Oczywiście, że to nic nie szkodzi.

Na głowie kwietny ma wianek
na kadłubku zielony sweterek
a przed nią śmierdzący kurdybanek
a nad nią wizja reszty życia w zakładzie psychiatrycznym
Ciii, ciii…
Słuchaj dzieweczko – ona nie słucha
bo wyzionęła bladego ducha
Hej, hej
wszyscy święci
co mi się tak we łbie kręci?
Błogosławieni ci, którzy robią ser
a w międzyczasie kręcą jajkami.
Amen.

PPS. “Sprzedam prasy korbowo-kolanowe i tokarki poręba” – takie maile dostaję na info@kanionek.pl, i sami chyba rozumiecie, że wyrok “szaleństwo” został nie tylko podpisany, ale i opatrzony pieczęcią. Taką z odciskiem kopyta. Co to w ogóle jest prasa korbowo-kolanowa?! Nie, nie chcę wiedzieć.

1 2 3 4 5 7