Kobieta bez zęba na przedzie, czyli gulasz z Archimedesa

“We want information, information, information…
Who are you?
The new number 2.
Who is number 1?
You are number 6.
I am not a number, I am a free man!
HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA!”

 

“Chcemy informacji, informacji, informacji…
Kim jesteś?
Nowym numerem dwa.
Kto jest numerem jeden?
Ty jesteś numer sześć.
Nie jestem numerem, jestem wolnym człowiekiem!
HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA!”
Iron Maiden, utwór “The Prisoner” z albumu “The Number of the Beast”, 1982

 

Ha. HA!

Co Wam powiem, to Wam powiem. Może co bardziej wnikliwi zauważyli, że Kanionek jest niepoważnym człowiekiem, który niezwykle poważnie podchodzi do życia. To wcale nie jest paradoks – każdy błazen ma skórę podszytą melancholią, a niejeden w zaciszu swego umysłu troskliwie wysiaduje jajo autodestrukcji, ale nie o tym chciałam. Z uwagi na to poważne podejście oraz z powodu nieumiejętności zajmowania się czymś, na czym się nie znam, zgłębiam sobie od dłuższego czasu temat serów i serowarstwa, temat rzekę, temat pełen zawiłych meandrów i szeptanych tajemnic, że nie wspomnę o łacińskich nazwach szczepów bakterii. I mam dla Was taki cytat, pochodzący z książki “Praktyczne serowarstwo” Jana Licznerskiego, książki wydanej w roku 1951 i liczącej sobie ładnych kilkaset stron. Autor powiada:

“Mleko kozie jest bielsze od krowiego i często z powodu nieodpowiednich warunków stajennych posiada osobliwy smak i zapach, który łagodnieje lub zupełnie zanika, gdy zwierzę pasie się na wolności. Z koziego mleka można wyrabiać znakomite sery o wybitnych właściwościach (specjały cenione już w starożytności u Greków i Rzymian).”

Z powyższego wynikałoby, że aby uzyskać mleko śmierdzące kozą (nie dotyczy serów, bo te nabierają aromatu w drodze dojrzewania), musiałabym zamknąć moje gwiazdy w koziarni, jak ogórki kiszone w beczce (to się nazywa alkierzowy system hodowli), i na wszelki wypadek dać sobie spokój ze zmianą ściółki. Czy muszę w tym miejscu dodawać, że prędzej zapekluję i zeżrę własny tyłek? Moje kozy to wolni ludzie, i choć unijna brać upiera się nazywać je po numerach, one zawsze będą miały osobowość, wiatr we włosach i mordy pachnące żywicą. Nawet jeśli ta żywica akurat zalicza się do minusów wolnowybiegowej hodowli kóz i w przypadku takiego Andrzeja doprowadza mnie do szaleństwa, a Andrzeja do nożyczek i golarki.

Rzekłszy powyższe wyjaśniam, co się stało z pięknym, długim futrem Andrzeja. Otóż niedługo po tym, jak kozy opierniczyły korę ze wszystkich drzew iglastych wokół naszego obejścia, drzewa zrobiły to, co zawsze robią w takich sytuacjach – zalały się żywicą. Jest to mechanizm obronny, całkiem skuteczny zresztą, jako iż żywica ma właściwości antybakteryjne i antygrzybicze, a jej lepka natura zabezpiecza pozbawione kory miejsca przed atakiem szkodliwego robactwa. Żywica więc doskonale sprawdza się na powierzchni pni drzew, za to zupełnie nie polecam jej do stosowania na powierzchni kóz, no ale co zrobić, gdy ma się stado osobistości wolnych, które robią co chcą. I tak właśnie Andrzej, nie pytając nikogo o zdanie, przywdział tej wiosny Żywiczny Pancerz Rycerza Kołtunów. Pod pancerzem, rzecz jasna, miał grubą i nieprzewiewną podszewkę z zimowego podszerstka, mocno już wysezonowanego i pozbijanego w sfilcowane kulki, sam pancerz zaś wabił i przytulał chętnie wszystko, co się w jego zasięg napatoczyło: rzepy, patyki, zeschłe liście, owady jakieś, kurz, piasek, i zapewne wiele innych, ciekawych form życia. I nadal z lubością przechadzał się pomiędzy zalanymi żywicą świerkami, jakby zapragnął zostać pierwszym na świecie koziołkiem zatopionym w bursztynie.

Nie było innego wyjścia, jak tylko zaprosić Andrzeja na gościnne występy na dojalnicy, gdzie zresztą i tak od dawna chciał się dostać, całkiem słusznie podejrzewając, że jego trzy małżonki nie pchają się tam bez powodu. I podczas gdy on z lubością zatapiał głowę w wiadrze z owsem, stajenny ciął go w ząbek, gdyż inaczej nie potrafi. Przy okazji, w ramach jednej usługi balwierskiej, Andrzej otrzymał również wiosenny pedicure, i tu muszę przyznać, że nie doceniłam potęgi jego wykopu, zaliczając jeden cios z kopytka w brzuch, a przy drugim omal nie żegnając się z przednimi zębami. I teraz się zastanawiam, czy Tradycja świeci dziurą w uzębieniu dlatego, że wymienia mleczną jedynkę na stałą, czy może też oberwała.

To tyle o Andrzeju, a pedicure oczywiście dostały wszystkie dorosłe kozy. Szesnaście kopytek elegancko skorygowane, jak na przykładowym obrazku:

kopytko Ireny po pedicure

A wszystko to dzięki dojalnicy, której nie sposób przecenić. Pamiętacie jeszcze zdjęcia tego starego, zagraconego chlewika? Po uprzątnięciu, wybieleniu ścian wapnem i wstawieniu dojalnicy, wygląda on tak:

szafocik z podbiegiem

szafocik

Platforma dojalnicy została zrobiona z kawałka starych drzwi, wyściełanych starym dywanem z przedpokoju, jeszcze z czasów miejskich. Podbieg stanowi gruba i szeroka deska z nabitymi na wierzchu pasami papieru ściernego, dla lepszej przyczepności kozich kopytek. Podbieg nie stanowi integralnej części konstrukcji, więc w razie potrzeby można go odczepić i zajść kozę od tyłu, a wysokość barierek bocznych też jest regulowana, bo moje kozy różnią się wzrostem. Maksymalny udźwig platformy nie jest nam znany, ale wiemy na pewno, że utrzyma przynajmniej osiemdziesiąt kilogramów, bo małżonek robił w chlewiku dodatkowe oświetlenie i konstrukcja pod nim nawet nie zatrzeszczała. I w praktyce wygląda to tak:

Tradycja na szafocie

Tradycja na szafocie 2

Irena na szafocie

Bożena na szafocie

Po kilku dniach wspólnych zajęć na dojalnicy kozy wchodzą na nią same (a pod drzwiami na zewnątrz tworzy się kolejka, w której trwają zażarte dysputy na temat kto wchodzi następny, a kto tu w ogóle nie stał), ładują łeb w miskę z owsem, a ja przystępuję do procederu kradzieży. Jeśli w trakcie dojenia skończy się owies w misce, a Gupi Kanionek nie zauważy, to w zależności od tego, która koza jest akurat dojona, komunikat “wrzuć monetę” przybiera różne formy: miski chwyconej w zęby i ciśniętej o ścianę (Bożena), popisowego aktu kankana (Irena) lub tupania w platformę w stylu zbuntowanej, disnejowskiej księżniczki (Tradycja). A że kopytko w słoiku z mlekiem to pikuś przy ogłuszającym brzdęku stalowej miski skaczącej po betonowej posadzce, to miskę ostatecznie umocowałam na stałe. Oczywiście, że taśmą klejącą, bo już nie chciałam zawracać głowy małżonkowi.

Na zemstę Bożeny nie musiałam długo czekać. Już na następny dzień, gdy podczas dojenia skończył się owies, Bożena nie mogąc zastosować sztuczki z miską postanowiła zaprotestować werbalnie. Niby zupełnie przypadkiem dokładnie wtedy, gdy akurat treść żwacza pokonała drogę przez przełyk do gardła. Pamiątkę protestu stanowi więc ozdobny, zielonkawy chlust treści pokarmowej żwacza Bożeny, zdeponowany na ścianie świeżutko wapnem bielonej. I to pełne satysfakcji spojrzenie, jakie mi wtedy rzuciła.

Przy dojalnicy stoi sobie taki pojemnik z zapasem ziarna (owies i czarny słonecznik):

zapas ziarna przy szafocie

A na murku naprzeciw okna mogę sobie ustawić przybory: pudło chusteczek sztukmistrza (to te, z których nie da się wyciągnąć jednej, bo zaraz wyłazi druga), oliwę z oliwek lub wazelinę kosmetyczną (świetnie się sprawdziła przy suchych cyckach Ziokołka), płyn do dezynfekcji (no dobra, to zwykła wóda jest), słoik, mydło i powidło, a nawet radioodbiornik, którego jednak nie mam, a szkoda. Bo dojenie kóz, wraz z zabiegami higienicznymi i sprzątaniem po wszystkim (zużyte chusteczki rzucam na podłogę, a rozsypane ziarno zmiatam dla kurczaków) zajmuje mi od godziny do półtorej, i mogłabym w tym czasie posłuchać wiadomości albo najnowszych plastikowych hitów, a tak to tylko kur się darcie i beczenie owiec. A dokładniej Andrzeja, który uparcie stoi w kolejce za drzwiami i się awanturuje, że to jest dyskryminacja płciowa i że on też chce, żeby ktoś go ciągał za… No nieważne. Gdzieś ja kiedyś miałam odtwarzacz mp3 i muszę go odnaleźć, a tymczasem wyjaśniam, dlaczego tak długo mi to wszystko idzie:

ogromny strzyk Ireny

ogromny strzyk Bożeny

Tak, nadal doję “na trzy palce”, i na zimę będę musiała zamawiać rękawiczki szyte na miarę, albowiem mój kciuk oraz palce wskazujący i środkowy będą grubości kiełbasy grillowej za 8,99 za kilogram, a mały i serdeczny bez zmian. No ale zostawmy rozterki kobiety-mutanta na boku i skupmy się na serze, jako głównym celu tego całego dojenia.

Najpierw zainwestowałam w solidną, emaliowaną polską jakość i kupiłam taki gar, który wypełniony po brzegi mieści 17,6 litrów mleka:

garnek 17 l

I już mi Chińczyk nie będzie pluł ryżem w twarz, może spadać ze swoim krzywym pojemnikiem i się pocałować w chińskie klapki, bo teraz liczę sobie ilość mleka w garnku przy pomocy starej, dobrej ludolfiny. πr2 dna mojego garnka wynosi 706,5 i pomnożone przez wysokość słupa mleka daje mi pojęcie o tym, ile kropel podpuszczki mam dodać do konkretnej partii. Muszę jeszcze tylko kupić tę przeklętą, plastikową linijkę, bo na razie używam taśmy mierniczej, i żeby nie zanurzać jej w mleku, odliczam centymetry od poziomu mleka do krawędzi garnka. Ale co jeśli Chińczyk spartolił również linijkę?? Może lepiej zostanę przy taśmie.

Na pierwszy w życiu ser postanowiłam użyć przepisu pani Zwłaszczy (z serii “Zwłaszcza dla idiotów”) i zrobiłam ser podpuszczkowy à la koryciński. Zawsze lubiłam sery z dziurami, a ten właśnie takie posiada, bo robią go bakterie zawarte w kefirze. Kefiru dodaje się ledwie szklankę na dziesięć litrów mleka, więc raczej nie wpływa on na smak, za to ser prezentuje się ładnie, nawet jeśli tylko ja tak twierdzę:

pierwszy ser

ser w plastrach

ser na kanapkach

Zrobiłam też małe warianciki z przyprawami, na foremki przeznaczywszy kubki po dużych jogurtach, w których musiałam zrobić dziurki i zrobiłam – rozgrzanym gwoździem trzymanym za pomocą kombinerek nad palnikiem gazowym. Bardzo dużo dziurek w plastiku generuje bardzo dużo skomplikowanych chemicznie oparów w powietrzu, ale tuż po odzyskaniu przytomności mogłam przystąpić do formowania takich serków:

serki w foremkach

Tu moczone w solance:

kąpiel w solance

Tak sobie odciekały:

odciekanie

A tu w plasterkach:

w plasterkach

bliskie spotkanie z plastrem sera

A na przyszłość trzeba będzie pomyśleć o innych foremkach, niezagrażających zdrowiu lub życiu producenta.

Z wariancików z przyprawami, choć wszystkie były smaczne i ślad się po nich nie ostał, najlepiej wyszła wersja z pomidorami, czosnkiem i bazylią. Kolejny ser, już bez dziurek, odciekał sobie w zwykłym durszlaku i wyszedł ciut płaski:

ser bez dziurek
na kanapce

W smaku łagodny, bez soli prawdopodobnie całkiem nijaki, no ale to nie jest ser dojrzewający, za to ze szczypiorkiem, czy smażony – idealny na śniadanie. Z serwatki dwa razy zrobiłam ser typu ricotta, nie stosując żadnych przyspieszaczy wytrącania skrzepu w postaci soku z cytryny czy kwasku cytrynowego, a jedynie podgrzewając serwatkę do temperatury 95 stopni. Ser wychodzi delikatny jak bita śmietana i w smaku niczego mi nie przypomina, a małżonek mówi, że jest bardzo smaczny i ma posmak orzechowy. Zdecydowanie nie jest to twaróg, bo serwatka nie pochodzi z mleka ukwaszonego, ale nadaje się na nadzienie do naleśników albo wersję kanapkową – z solą i czym kto lubi.

Ale muszę, muszę Wam jeszcze raz napisać o tym, jak smaczne jest mleko. Teraz, gdy kozy mają zielonego po czubki uszu, no i podjadają kwiatki i listki z wszelakich drzew i krzewów (w tym moich borówek amerykańskich), mleko jest jeszcze bardziej śmietankowe. Nie ma żadnych dziwnych posmaków – słonych, kwaśnych, czy gorzkich, i jak nigdy nie lubiłam pić mleka bez kawy, tak teraz mogę litrami. A na koniec tego przynudzania o produktach pochodzenia koziego zaserwuję Wam masło:

masło kozie

Proces produkcji masła jest banalnie prosty: należy zebrać słodką śmietankę z mleka, np. do słoika, powstrzymać się przed natychmiastowym wypiciem kremówki, potrząsać słoikiem przez kilka minut, aż wytrącony tłuszcz uformuje się w jedną bryłę, odlać maślankę, przepłukać bryłkę masła zimną, czystą wodą, i już. Takie masło ze świeżego, pełnowartościowego mleka ma wyśmienity smak, ale nie to jest w nim najlepsze. Najlepsza jest mina człowieka, który potrząsając słoikiem jak szaman grzechotką zrobił pięć dekagramów masła i nie może się temu nadziwić. I wciąż wydaje mu się niepojęte, że można ot tak, masło z kozy, a przecież dotąd było tylko z Biedronki.

No i tak sobie odkrywam dawno odkryte lądy, stawiam kroki pełne euforii na mocno już udeptanym księżycu, a tymczasem, za kuchennym oknem…

wstaję

i sobie tak stoję

I znów:

albo tak

I jeszcze raz:

a czasem tak

A wszystko to pod czujnym okiem trenera:

a ja wolę tak

A teraz pchamy dalej tę taczkę z zaległościami. Ktoś z Was w komentarzu pytał, przy okazji zapowiedzi przerobienia chlewika na pomieszczenie udojowe, ile my mamy jeszcze wolnych pomieszczeń. No to tak. Nasza obora, tak jak i dom, składa się z dwóch bliźniaczych połówek. Cała liczy sobie 80 metrów kwadratowych. Każda połówka składa się z sali głównej, gdzie niegdyś były najprawdopodobniej trzymane krowy lub konie, na co wskazują długie żłoby na siano, chlewika z korytem, kurnika i jeszcze jednego pomieszczenia. Kurnik od sali głównej oddzielają normalne, pełne, drewniane drzwi, chlewik ma drzwiczki niskie (to te z harpunem na wieloryby), no i zostaje jeszcze to jedno osobne pomieszczenie, również zamykane na drzwi pełne drewniane.

W jednej połówce mamy zajęty kurnik, w sali głównej warsztat, a w chlewiku stanowisko udojowe. No i “wolne” pomieszczenie, w którym coś tam stoi, leży, albo wisi. W tej połówce, w której urzędują kozy, kurnik jest nieużywany, chlewik dorabiał za porodówkę (a obecnie odsadzam do niego młode na noc), a pomieszczenie bez przeznaczenia właśnie niedawno owo przeznaczenie zyskało. Najpierw wpychałam tam Andrzeja, razem z jego miską pełną smakołyków, żeby jadł w odosobnieniu, bo na głównej sali nie pozwolił zjeść nikomu innemu i wszyscy biegali w popłochu od jednej michy do drugiej, a Andrzej próbował każdemu przyłożyć. Jadał więc sobie w tym zamkniętym pomieszczeniu, ale że się w szybkim żarciu wyrobił, to gdy tylko skończył jeść, zaczynał walić rogami w drzwi, aż je w końcu przefasonował. I tak oto dochodzimy do zadawnionej już kwestii drzwi, które zrobił małżonek.

Drzwi z założenia miały być odporne na koziorożce, tarany i młoty udarowe, a jednocześnie nie ważyć pół tony oraz dawać rozdzielonym kozom możliwość się przez nie widzenia, co już na wstępie nadawało przedsięwzięciu klauzulę niewykonalności. Rozleźliśmy się więc po terenie gospodarstwa w poszukiwaniu pomysłów i materiałów, i znaleźliśmy: stare przęsło ogrodzenia drewnianego, zardzewiałe, ale wciąż dobre zawiasy, kawałek płyty paździerzowej z wyglądu łudząco podobnej do niczego, i jeszcze parę dupereli z gatunku “a może się przyda”. Nad stertą powyższych odpadów wtórnych małżonek zawisł w twórczej zadumie i wymyślił takie coś:

drzwi2

drzwi

łącznik narożny

zawias

zasuwka

I nie dość, że drzwi są odporne na Andrzeja, to w razie potrzeby można za nimi bezpiecznie zamknąć również kozi narybek, gdyż u dołu szczebelki są rozstawione gęściej, niż u góry. Zasuwki małżonek wykonał z jakiegoś pręta stalowego, a śrubki ułatwiające uchwyt zostały nawet zabezpieczone naciągniętą na nie gumową rurką, choć niestety ktoś się postarał i zjadł tę z dołu. I wiem, że te dwa akapity o drzwiach przeczytaliście w kilka sekund, ale wierzcie mi – ich wykonanie zajęło ładnych parę godzin. Kto próbował dopasować proste do krzywego, albo rozgiąć zawias ze stali o grubości 4 mm bez specjalnych narzędzi, ten zrozumie. A za prostowanie starych gwoździ i ponowne ich użycie powinniśmy dostać nominację do głównej nagrody w konkursie “Oszczędni do bólu dupy”.

Tymczasem wiosna nie oszczędza na niczym – narobiła kwiatków, listków, koziołków, (muchów i komarów też), rzuciła garść jaskółek i nakręciła kukułkę. Musiała też w rozpędzie zgubić kilka krzewów pigwowca japońskiego, które odkryłam na skraju młodej dąbrowy, jakieś 50 metrów od koziarni:

pigwowiec partyzant

pigwowiec kwitnący

Po przeciwnej zaś stronie, na skraju lasu świerkowego, zakwitła samotna jabłonka. I nie, to nie jest zdjęcie obrócone o 90 stopni. Ona po prostu rośnie poziomo.

pozioma jabłonka

kwitnie jabłonka

Kwitną zresztą wszystkie jabłonie, włącznie ze starą papierówką przy wschodniej ścianie domu, a także wiśnie i śliwy, ale ja się już na ten widok nie emocjonuję jak łysy na wieść o wyprzedaży brylantyny. Nawet jeśli tych kwiatów nie zetnie nagły przymrozek, jak ubiegłej wiosny, to owoce zeżrą sójki, kosy i szerszenie. A te wiszące niżej, jak borówki i porzeczki, opędzlują do zera Kuropaszcze i Rosołaki. I czy ja się tym przejmuję? Ani trochę. Ja mam swoją ławkę wierzbową i czosnek, którego nic nie tyka.

Naprawdę macie jeszcze ochotę dalej czytać? Bo ja czuję się tak, jakbym przepisała cały ubiegłoroczny rozkład jazdy pociągów i pekaesów na wszystkich trasach krajowych, wraz z legendą i instrukcją obsługi gaśnicy. To może jeszcze garść zdjęć z koziołkami i Mamą:

pierwszy spacer zbiorowy

pierwszy spacer zbiorowy 2

z Mamą na spacerze

Mama z koziołkami

Mama z koziołkami 2

Mama z koziołkami 3

młody bóg i młody głóg

A tu, napotkany podczas spaceru, odciśnięty w zaschniętym błocie wilczy trop:

wilczy trop

I jeśli odnosicie wrażenie, że wciąż czegoś tu brakuje, to macie rację.

gulasz

PS. Kontyngent pomocowy od mp już do mnie dotarł, ale fotki czosnku niedźwiedziego i pozostałych darów zamieszczę w kolejnym odcinku, który będzie o roślinach, ściółce i nasionkach, i tak, też będzie nudny jak wykład o układzie rozrodczym morświna. Takie jest ostatnio życie Kanionka i co ja Wam na to poradzę.

PPS. A ponieważ na obfite plony czosnku niedźwiedziego przyjdzie mi długo poczekać, to kupiłam nasiona szczypiorku czosnkowego, który ma aromat czosnku (nie, serio?) i łodygi o przekroju trójkątnym. Czy ktoś wreszcie będzie łaskaw zatłuc mnie młotkiem, lub chociaż zamurować żywcem w ścianie?

PKS. Jeśli coś obiecywałam, a zapomniałam o tym napisać, to mi przypomnijcie, a następnym razem wywlokę na światło dzienne. Grunt, że o gulaszu nie zapomniałam.

1 2