Opowieści gorejących krzewów, czyli o kicie i o tym, jak mi lawenda zabiła ćwieka

Na dzień dobry miód z mniszka:

miód z mniszka

I pies w mniszkach:

a czasem leżę i kwitnę

A nawet kot w budzie:

Kotek na jajach

Dawno, dawno temu, bo dwudziestego czwartego kwietnia, nagrałam dla Was wideo spontaniczne, o tym jak mi się sprawdził eksperyment ze słomą. Czasem byle co mnie kręci i zaraz mi się wydaje, że wszyscy chcieliby się o tym dowiedzieć. Tak było i tym razem, więc czy Was to interesuje czy nie, oto entuzjastyczne grzebanie w ściółce i eureka na moim poziomie:

Nie musicie nawet krytykować, że oko kamery patrzy zupełnie nie tam, gdzie ja coś pokazuję, albo że narrator powinien się wybrać na lekcje dykcji, składni i ogólnego ogaru, bo ja to wszystko wiem. Niestety – wystąpienia publiczne nigdy nie były moim forte, wstyd mnie było pokazywać na szkolnych apelach, a rozmowy kwalifikacyjne w sprawie pracy zawsze wyglądały z mojej strony tak, że płonąc szkarłatnym pąsem podsuwałam pracodawcy swoje CV, pukając palcem w odpowiednie miejsce z sugestią: o, widzi pan, tu jest napisane, co ja umiem i co robiłam. Tak, naprawdę zdarzył się już ktoś, kto mi zapłacił. Coś więcej czy mogę powiedzieć? Yyyy, eeee, no bo…

Ale Wam powiem coś więcej, bo znów długo czekaliście, aż wyjdę spod tej słomy. No to…

Ktoś wybił szybkę w jednym z wieloszybkowych okienek w koziarni (może Andrzej, może przeciąg, może kura, a może paranormal activity), a że pozostałe szybki też były popękane i trzymały się ramy ostatnim, rozchwianym zębem wiekowego kitu, to zapadła decyzja o całkowitej renowacji otworu szklonego. Małżonek dociął nowe szybki, oczyścił i pomalował metalową ramę, po czym projekt uległ zahamowaniu, gdyż ostatnia tuba silikonu budowlanego zastygła w uroczy, giętki walec. A ponieważ przez dziurawe okienko wlatywały do środka jaskółki (srają na ściany i do misek z wodą) oraz kurczaki (podobno żółtko dobre na włosy, ale kozy nie doczytały, że jednak po jakimś czasie trzeba spłukać), to Kanionek zaciepał okienko tym, czym umiał i mógł, czyli oczywiście że kartonem, no ale nawet ja wiem, że jak długo to wytrzyma.

I w sklepie dziś będąc udałam się na dział “farby, kleje, toksyczne wyziewy dinozaura” i wypatrzyłam kit szklarski. Kit szklarski pokostowy oraz kit szklarski miniowy, każdy w swoim plastikowym wiadereczku, a co jeden to ładniejszy. I bądź tu człowieku mądry. Przez wąską, powietrzem wypełnioną część regału dostrzegłam po drugiej stronie pracownika sklepu i zagaiłam zalotnie: “Panie dobry, a ten kit to czym się różni jeden od drugiego? Oprócz koloru?”. Pracownik zdębiał (być może dlatego, że mój głos zdał mu się dobiegać znikąd i być pozbawionym namacalnego ciała emitującego, a kto by nie zdębiał na taką sztuczkę, a może dlatego, że on tam jakieś deski podłogowe, czy inną boazerię z kąta w kąt przestawiał).

“Ale jak czym się różni?” zapytał ostrożnie w przestrzeń, ewidentnie grając na zwłokę. Zwłoka natychmiast wyrecytowała uprzejmie z naklejki: “No bo jest pokostowy, taki brzydki żółty, i miniowy, taki ładny, brązowy, albo może raczej czekoladowy z domieszką czerwieni buraczanej, i czym one się różnią, prócz koloru, bo obawiam się, że jednak zastosowaniem”. No dobrze, tego wszystkiego nie było na naklejce, ale chciałam mu jasno wyklarować, o co mi się rozbiega, a poza tym zapewnić na tyle długą emisję fal dźwiękowych, by mógł mnie namierzyć, jak Policja numer telefonu seryjnego mordercy. “A wie pani, że mi pani teraz zabiła ćwieka?” zdębiały ożył, a ćwieki, gwoździe i śruby motylkowe dla odmiany zamarły w swych przegródkach z płyty OSB, no bo jak to – zabić ćwieka? A niby za co?!

“Czyli pan po prostu nie wie, i nie będzie mi pan wciskał kitu?” – błysnęłam dowcipem na poziomie fotela ginekologicznego. Pan jednak musiał docenić moje zaangażowanie w tę do kitu konwersację, bo – pokonując slalomem zawiłości regałów – przyszedł, stanął obok mnie i zapatrzył się w wiaderka z kitem. Bez kitu – stał tak i patrzył, czytając na głos: “pokostowy, miniowy”. Wziął dwa różne wiaderka i przyjrzał im się z bliska, być może próbując w tym czekoladowym dostrzec czerwień buraka. “Hm.” – ostatni jego wkład w wymianę naszych myśli wniósł ożywczy powiew niczego szczególnego. “To może ja wezmę ten czekoladowy, bo przynajmniej ładny, nie uważa pan? No bo na coś się trzeba w końcu zdecydować, i raz kozie śmierć.” Drobne elementy metalowe odetchnęły z ulgą, że widmo śmierci oddaliwszy się od ćwieków poszło spoglądać w oczy jakiejś tam kozie, a ja z wiaderkiem czekoladowego szklarskiego oddaliłam się w kierunku kasy.

I co powiecie? Jednak czasem warto wybrać ładniejszego, bo jak czytam w poradniku budowlanym, kit pokostowy ma zastosowanie przy szkleniu ram drewnianych, a ten mój, miniowy, ram metalowych. O metalowych malowanych niebieską farbą nic nie było, więc pozostaje żywić nadzieję, że się nie pogryzą. Jeszcze trochę poczytam o technologii i jutro mam pretensję sobie poużywać. Kitu poużywać, dodam tytułem wyjaśnień, na wypadek gdyby Wasza wyobraźnia wciąż krążyła wokół tego giętkiego, silikonowego walca.

A teraz pozwólcie, że spuszczę z frywolnego tonu i wrócę tam, skąd przyszłam, czyli do kapusty. Kapustą straszyłam Was w ubiegłym roku nie raz, ale nie pamiętam, żebym groźby zrealizowała. Jednak co się odwlecze, to się i tak z powrotem przypałęta, więc proszę, tak wyglądała kapusta w słomie:

kapusta pod firanką2

A tu namiot z firanek, który wraz z moją Mamą szyłyśmy przez kilka godzin:

kapusta pod firanką1

Namiot stanowił ochronę przed motylami, a raczej ich żarłocznym pomiotem, i sprawdził się doskonale. Między rzędami świeżo wkopanych sadzonek kapusty rzuciłam niedbale pół opakowania nasion rzodkiewki, naciągnęłam namiot, i oczywiście o rzodkiewce natychmiast zapomniałam, bo tak mam po Babci. Babcia nigdy nie pamięta, co gdzie posiała i taka to już widać nasza rodzinna tradycja, że wśród ogórków wychodzi nam znienacka marchewka, a buraki kwitną nagietkiem. Rzodkiewka jednak jest jak miłość, i nawet w towarzystwie kapuścianego głąba jest w stanie wiele wybaczyć, więc i moja wybaczyła:

rzodkiewka spod kapusty

rzodkiewka spod kapusty3

rzodkiewka spod kapusty2

Myślicie, że była stara, gorzka i zdrewniała, jak ja? Figulasa z makulasem – była soczysta, jędrna i lekko pikantna (czyli jak ja, tylko że dawno temu).

Skoro kapustę mamy już z kamiennej głowy, to teraz cebula. Cebuli nie sieję, bo to jakieś nieporozumienie jest, co zrozumiałam dopiero po wielu próbach i bezowocnym wyczekiwaniu złocistych kul z moim imieniem na łusce. Ale jak mówi stare porzekadło, człowiek sieje, a Pan Bóg cebule wynosi. Moich wyniósł na tyle dużo, że zmieniłam wiarę i teraz sadzę cebulę z dymki. Dymka to – dla ogrodowych ateistów – taka mała cebulka z poprzedniego roku, która w roku następnym w ziemię wsadzona urośnie duża i ładna, jak ja. Tak, jak ja KIEDYŚ, ale już przecież to wyjaśniałam.

[A wiecie, że teraz podczas pisania używam już DWÓCH klawiatur? Ta laptopowa od dawna zepsuta, więc podpinam tę od peceta. Ale czasem zapominam, że można na niej capslock włączyć, za to wyłączyć już nie. Wypinam więc tę i podpinam tamtę, co ją kupiłam w markecie, silikonową, i bez sztywnej podkładki nie da się na niej pisać, ale można nią wyłączyć capslock. Potem wypinam giętką i podpinam sztywną. Jezu słodki lukrowany, czy widzisz bezmiar mojego sprytu tudzież poświęcenia dla dobra ludzkości? Jeśli tak, to bądź łaskaw zesłać w zamian trochę deszczu, bo mi się deszczówka znowu skończyła.]

Co to ja jeszcze chciałam z tą cebulą? Już wiem. Odchwaszczanie cebuli to jest droga przez kolczastą mękę, bo czasem z chwastem się wyrwie cebulę, a przecież nie o to chodzi. Wyjutubowałam więc sobie z internetowego rożka obfitości taką babeczkę amerykańską, co skleja gazety, wycina w nich dziurki, rozkłada te wycinanki na ziemi i w dziurki wtyka cebulki. I to był strzał jak w samo serce karczocha. Gazety skleja się brzegami, nietoksycznym klejem roślinnym. Faktem jest, że lepiej użyć gazet czarno-białych, a najlepiej niebielonego kartonu, bo gazetki reklamowe z marketów, kolorowe jak Maryli jarmarki, zawierają zapewne dużo szkodliwych substancji, ale kartony mi się skończyły (i wszystkim marketom w okolicy, znacie już tę historię), a doświadczenie się samo nie przeprowadzi, więc jednak użyłam tych kolorowych. I nawet jeśli wraz z cebulą spożyłam nieco farby drukarskiej, to mi nie zaszkodziła, bo ja generalnie dość dobrze znoszę kontakt ze słowem drukowanym, a w ubiegłym roku miałam niedobory. No to sobie cebulą wyrównałam, prawda. A cebula w gazetowych sidłach wyglądała tak:

cebula na gazecie z bliska

cebula na gazecie

A po zbiorach tak:

cebula z gazety

Gazety nie rozdzielamy na pojedyncze warstwy, tylko kleimy rozłożone jak do czytania, no chyba że Wasze gazety mają po kilkadziesiąt stron. Dawno nie kupowałam gazety, więc nie wiem co się dzisiaj na tym polu wyrabia, ale świat dziwnieje z dnia na dzień, więc jakby co – płachta gazety powinna mieć jakieś cztery do pięciu warstw papieru. Co to w ogóle daje? Zero chwastów. Gazetę pomiędzy cebulami można dla ładniejszego efektu obsypać ściółką.

W tym roku jakoś nie znalazłam czasu ni chęci na te robótki ręczne, więc cebulki powtykałam bezpośrednio w słomę i jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem, zielonym do góry. Z ilością słomy w niektórych miejscach ogrodu grubo przesadziłam (żal mi było tyle dobrego gówna z koziarni marnować), i żeby dokopać się do powierzchni ziemi trzeba rękę po łokieć władować w oślizłe pod spodem warstwy gnijącej materii, ale nie ma zmartwienia. Większość sadzonek dyni zeżarł przymrozek, na selerze siedzi mszyca, a ogórki wykiełkowały w doniczkach dwa tygodnie temu i zatrzymały się na etapie dwóch liścieni. Ta ziemia, co ją w worku kupiłam, to jednak zła ziemia była. Nasiona albo wcale nie kiełkują, albo – gdy już coś tam łeb na światło wystawi – roślina stoi w miejscu i po jakimś czasie marnieje. Ale z tym też nie ma zmartwienia, bo i tak nie mam tyle czasu na ogród, co w ubiegłym roku, więc patrzcie Państwo, jak mi się to wszystko pięknie składa. Do jednej, wielkiej kupy.

I jeszcze Wam podpowiem, gdybyście chcieli ściółkować ogród słomą i mieli dostęp do rolnika, że najlepiej pytać o taką ciętą. Bo słoma w długim źdźble jest mniej przewiewna, się ciągnie i wszetecznie zaplata, i w takich warunkach roślinom trudniej się do góry przebić (za wyjątkiem pokrzywy i podagrycznika – one się przebiją nawet przez gruz, asfalt i chiński mur).

A w ogóle NAJLEPIEJ (gupi Kanionek, wypiąć, podpiąć, wypiąć, podpiąć) użyć nie słomy, tylko zrębek drewnianych. Nie kory, nie preparowanego, ozdobnego drewienka w eleganckich, barwionych kawałkach, tylko zrębek powstałych podczas mielenia “odpadów” drzewnych, czyli czegoś co w Polsce jeszcze mało gdzie występuje, i najprawdopodobniej nie jest za darmo. A w USA jest, i to aż za dużo, i służby porządkowe oddają chętnym za darmo i jeszcze w rękę całują. Chodzi o takie zmielone wraz z liśćmi i korą gałęzie, pozostałe np. po wycince drzew, przycinaniu krzewów itp.

Ubiegłej zimy napaliłam się na te zrębki jak dziadek na orzechy, a wszystko przez gościa imieniem Paul Gautschi:

http://www.backtoedenfilm.com/

Tam na dole jest film, który trwa prawie dwie godziny, i jest do obejrzenia za darmo. Gość jest co prawda nawiedzony religijnie i rozmawia z Bogiem, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Ja rozmawiam z kozami, a czasem sama ze sobą, i dochodzę do wniosku, że nieważne z kim, ważne żeby się dogadać. No więc on się świetnie z Bogiem dogaduje, a Bóg mu podpowiada co lubią rośliny (przy okazji – kozy podpowiadają jedynie JAKIE rośliny lubią i niewiele z tego pożytku) i powiem Wam, że po roślinach tego gościa wnoszę, iż Bóg nie wiedzie go na manowce, nie wpuszcza w maliny, ani inne płonące krzaki. A cały sekret w tych zrębkach! Zrobiłam więc krótkie rozeznanie w okolicy i oczywiście dowiedziałam się, że nikt o niczym takim nie słyszał, a za każdy odpad drewniany, nawet jakieś mokre ochłapy kory z tartaku, trzeba zapłacić. A że raz nakręconej szajby nie da się tak po prostu zatrzymać, to się zawzięłam i podróbę zrębek sama sobie zrobiłam.

Przez prawie dwa zimowe miesiące, nierzadko brnąc przez śnieg i odmrażając sobie palce u rąk, zabierałam do lasu rower i Lasera, i szukałam spróchniałych kawałków drewna. Im większe, tym lepsze, bo ładowałam je na rower i przypinałam do ramy i bagażnika takimi elastycznymi linkami do mocowania bagażu. Oczywiście wszystko chyłkiem i w partyzanckim przyczajeniu, bo ubzdurałam sobie, że jak mnie leśniczy przyłapie, to z miejsca zastrzeli. Do tej pory nie wiem, czy wynoszenie próchna z lasu jest legalne, ale czymże jest nagła śmierć i zardzewiała kulka w łeb, w obliczu szajby na tle eksperymentu? Musiałam, MUSIAŁAM się przekonać, czy to naprawdę działa, czy może Paweł G. z Ameryki jest kolejnym medialnym kaznodzieją łapiącym naiwnych na lep zrębkowej propagandy. Wracając zaś do próchna. Próchno zamarznięte na kość trzymało się kupy i roweru, a po dotarciu do domu zrzucałam je w kącie śpiącego zimowym snem ogrodu. W marcu lub kwietniu, gdy tylko puścił mróz, zaatakowałam próchno siekierą, rozdrabniając je na kawałki różnej wielkości, ale generalnie na drobne. Po kilku dniach nakurwiania siekierką skończył mi się nadgarstek, ale znów – czym jest ból fizyczny w obliczu nadchodzącej ekstazy eksperymentu?

produkcja zrębek

zrębki 2

zrębki

Narąbałam tych nibyzrębek kilka metrów kwadratowych powierzchni, przy grubości warstwy około 10 cm. I jeszcze takie kółeczko na sałatę:

sałata na zrębkach

Siew sałaty wyglądał tak, że na gołą ziemię wysypałam nasiona, zasypałam warstwą zrębek, i tyle. Zrębek na zdjęciu prawie nie widać, musicie mi wierzyć na słowo, a dookoła eksperymentalnego kółka zrębkowego jest wyłożona słoma. Słomy mam pod dostatkiem.

A tu cebula i rzodkiewka pędzone na zrębkach:

rzodkiewa w zrębkach

rzodkiewa w zrębkach2cebula na zrębkach

I mogę Wam powiedzieć, że polecam, że działa, i że gdybym mogła, tobym pół lasu razem z leśniczym porąbała na te zrębki. Dlaczego z leśniczym? Bo porąbany leśniczy już nie mógłby mnie zastrzelić, to chyba oczywiste. No więc to działa, ściółka świetnie utrzymuje wilgoć w glebie, a po wierzchu jest doskonale sucha. Gdy wilgoci jest zbyt dużo, ona wchłania nadmiar. Jest lekka, a gdy składa się z niedużych kawałków nie utrudnia roślinom wzrostu ku słońcu (tylko pragnę zauważyć, że nie mówimy tu o trocinach. Trociny są już zbyt drobne, będą się sklejać w gnijącą masę). Ogranicza rozrost chwastów. Estetycznie wygląda. Jest sprężysta i nie powoduje ubijania się ziemi w betonowe klepisko. A sałata nawet po deszczu nie jest oblepiona piaskiem, bo nie ma kontaktu z piaskiem! Omatko! To tyle euforii, a teraz wady ściółkowania zrębkami. Widzę jedną, ale sążnistą. Otóż trzeba rok w rok warstwę zrębek uzupełniać nowym materiałem, bo od spodu warstwa zrębek, przerabiana przez mikroorganizmy, zamienia się w żyzną ziemię. Czyli zrębek ubywa, za to jednak przybywa nam bogatej, przewiewnej gleby pod uprawy. No ale skąd te zrębki brać, skoro nawet porąbanego leśniczego nadleśnictwo szybko zastąpi nowym, a seryjne morderstwa to jednak nie moja bajka? Raz, to rozumiem, każdemu się może zdarzyć, ale żeby tak rok w rok, leśniczego siekierką, to jednak nieładnie, a i nadleśnictwo mogłoby zacząć coś podejrzewać.

No to kupiłam za grosze taki wiekowy, niemiecki sprzęcik… O którym może innym razem, bo jeszcze muszę się pochwalić tym, co dostałam od mp, a już mi się baterie w rękach wyczerpują. Czosnek niedźwiedzi kupiłam suszony, na próbę, i faktycznie jest dobrym dodatkiem do sera – nadaje mu czosnkowy, ale nienachalny posmak, no i zawsze to trochę zielonego:

ser z czosnkiem niedźwiedzim

Liczę więc na to, że z sadzonek przysłanych mi przez mp będę miała za kilka lat słuszny plon:

czosnek niedźwiedzi od mp

Na zdjęciu jeszcze w kartonie, przysypany lekko wilgotną ziemią, ale obecnie już w ogrodzie. Przygotowałam mu wedle upodobań miejsce zacienione, pomiędzy rozłożystym krzewem jeżyny bezkolcowej (i bezowocowej, jak pokazuje moje z nią czteroletnie doświadczenie) a przyciętą przez Dziadka z Energi leszczyną. Jest cień, jest wilgoć, jest obecność drzew liściastych. Tylko czosnku już nie ma, bo zgodnie z Waszymi przepowiedniami czosnek po przekwitnięciu zniknął z powierzchni ziemi :)

Mp dorzuciła mi jeszcze sadzonki pokręconej wierzby mandżurskiej:

wierzba mandżurska od mp

Oraz oregano, które trochę słabo zniosło podróż, ale posadzone na wszelki wypadek w doniczce powoli odzyskuje sprawność:

oregano od mp

Dostałam też dżemor z rabarbaru z dodatkiem imbiru (ale takim umiarkowanym dodatkiem, że nie wytrawia żołądka na skórzany portfel), który się nazywa HIRAM, i jeśli wszyscy będziemy grzeczni, to może mp poda nam w komentach, lub na forum, swój sprawdzony przepis? Dżemor ma bowiem smak oryginalny, ale nie tak oryginalny, jak szwedzkie śledzie z bitą śmietaną, czy mucha na dziko, tylko w dobrym znaczeniu oryginalny. Dziękuję, mp :)

No i patrzcie Państwo, jak mi się już kozy nie zmieszczą w tym odcinku. Zrobię dla Was film, żeby było widać jak duże już są te małe, no i podam wreszcie do wiadomości publicznej jakie imiona się do nich z czasem przykleiły, ale to już następnym razem.

PS. A wiecie, co odkryłam w szklarni? Lawendę. Nie żebym jakaś głupia była, że nie wiem, gdzie co mam (dobra, nie wiem), po prostu tej lawendy tam nie powinno być. Kupiłam w ubiegłym roku w Lidlu jedną doniczkę z lawendą. W domu doczytałam, że to jakaś delikatna, francuska odmiana, nieodporna na nasz klimat. No to trzymałam doniczkę w szklarni, a gdy sezon się skończył i ona wyglądała, jakby miało jej się ku śmierci, to ją wzięłam za fraki, wyciągnęłam z kłębem korzeni z doniczki i rzuciłam na słomę, żeby się przekompostowała, bo co się będzie dobra, francuska lawenda na śmietniku marnować. Potem słomy na wierzchu doszło po sprzątaniu kurnika, no i tak sobie minęła zima, a tu patrzę – lawenda zombie wyłazi spod słomy. Na potrzeby fotki odsłoniłam nawet kawałek tej bryłki suchej ziemi z doniczki. Na chcącego nie ma mocnych.

ocalała lawenda

PPS. A na zielone buty wylałam sobie dziś rozpuszczalnik nitro (kupiony do walki z naklejkami na słoikach) i wiecie co? Nic im nie jest. Nawet nie zbladły. Impregnowane moczem firmy Andrzej & Sons stawią czoło (i noski) każdemu wyzwaniu, przeżyją właścicielkę i kto wie, może kiedyś polecą w kosmos. A tymczasem – ktoś chętny kupić buteleczkę impregnatu? Odrobina magicznego płynu wtarta w karoserię samochodu małżonka zapewni pojazdowi wielkomiejski glans, odporność na korozję, 100 kóz mechanicznych pod maską i tarczę chroniącą przed muchy sraniem.

59 thoughts on “Opowieści gorejących krzewów, czyli o kicie i o tym, jak mi lawenda zabiła ćwieka

  1. Izabelka 28/05/2015 at 03:57

    Rzodkiewki w życiu nie widziałam w takich rozmiarach. Kanionku, toż to normalnie widok jak z eksperymentów genetycznych alibo popromiennych!
    A ściółkowaniem ścinkami drewna to Ty Eden nazad sprowadzisz na ziemię!

    • kanionek 28/05/2015 at 15:54

      Ja widziałam kiedyś taką na rynku i zaraz pomyślałam – o, ta to się nawozów z worka nażarła! A potem te moje takie wyszły i… zgłupiałam :)
      Raj to tu już jest – dzika przyroda, jabłka i węże, tylko Adam z Ewą jacyś tacy… No nieważne ;)

    • Izabelka 28/05/2015 at 18:08

      …tekstylni…?

  2. Iwona 28/05/2015 at 06:50

    Kanionku kochany, nie lało u Ciebie? U mnie dzień pogody, trzy dni deszczu, a ostatnio dwa dni oberwania chmur. Ziemia błotem śmierdzi, a ogród pływa, i wszystko stoi lub przepada z zimna.

    • kanionek 28/05/2015 at 15:51

      Iwona – u mnie słońce, zimny wiatr, ogólna temperatura rzadko powyżej 12 stopni, deszcz ostatni chyba ze dwa tygodnie temu, ale taki skąpy. Taki ogród jak Ty masz teraz, to ja miałam dwa lata temu, więc wyrazy współczucia.

  3. diabel-w-buraczkach 28/05/2015 at 07:32

    Uwielbiam Cie, kobieto! Za wszystko pojedynczo i za caloksztalt :)
    A z tymi rzodkiewkami – czy raczej rzodkwiami, bo rzodkiewka to mi sie z czyms malutkim kojarzy – to mozesz na konkurs ogrodniczy startowac. To naprawde niesamowite jak tam u was wszystko rosnie. Bez chemicznych ulepszaczy i przyspieszaczy, na slomie i drewnianych zrebkach.
    Namiot na kapuste jest uroczy :) I juz okami wyobrazni widze znowu ta Twoja kapuste kiszona, co ja pokazywalas w tamtym roku. To byla naprawde pyszna kapusta, to bylo widac na oko.

    • kanionek 28/05/2015 at 15:49

      Ja Ciebie też, i ryby Twoje, i te przepastne nieboskłony, które opisujesz. Może dlatego, że ja taka przyziemna :D
      No to zdradzę, na czym rosła kapusta (i rzodkiewki). Najpierw przekopany był trawnik, tak na szybko, żeby miejsce kapuście zrobić. Gdyby miał być tylko zaściółkowany, to nie zdążyłoby się to wszystko przerobić. Na to poszły liście z lasu, takie suche, jesienne, ale wiosną zbierane. Normalnie zamiatałam w lesie grabiami, ładowałam liście do worka i ciągnęłąm po ziemi do domu, jak ten krasnal garnce ze złotem. Liście rozgrabiłam po tym przekopanym poletku, a na to wszystko jeszcze rozsypałam popiół z pieca kaflowego, w którym palimy tylko drewnem. I na to dopiero ściółka ze słomy, czystej, bo obesranej wtedy jeszcze nie miałam :)
      No i nie wiem, czy to zasługa liści, popiołu, czy szczęścia idioty, ale kapuście pasowało.

      • diabel-w-buraczkach 29/05/2015 at 12:29

        No to sie narobilas! I pomyslec, ze w miescie ludzei placa gruba kase za fitnessy (ostatnia ulotka znaleziona w skrzynce na listy zachecala skromna suma 150 ojro miesiecznie). A Kanionek nie dosc, ze ma fitnes darmowy, to jeszcze tone kapusty i rzodkiew jak pilki tenisowe. Zdrowiutki wiec bedzie Kanionek i wysportowany. Tak mu dopomóz buk (na te zrębki).

        • Ola 29/05/2015 at 14:32

          ja nie wiem czy buk jest dobry na zrębki, on twardy jest… Diabeł, chcesz, żeby się Kanionek zarąbał???

        • kanionek 29/05/2015 at 15:50

          :D :D :D
          Ale fitness jest trendy i glamour, a kapusta to wiocha i obciach. Dlatego za pierwsze się płaci, a drugie się robi sobie samemu ;)

  4. Iwona 28/05/2015 at 08:53

    A jeżyna wypuszcza młode pędy? Bo ona owocuje na pędach dwuletnich, i te trzeba wyciąć na jesieni lub na wiosnę następnego roku. Ja wycinam wiosną. Jesienią pędy kładę na ziemi i obsypuję suchymi liśćmi, żeby nie przemarzły.
    Namiot na kapustę fantastyczny, bardzo pracochłonny w wykonaniu, bo ręcznie chyba zszywałyście z Mamą te firanki?

    • ciociasamozło 28/05/2015 at 09:37

      Z jeżyną potwierdzam! I strasznie cholera wrażliwa na przemarzanie. Nasza wije się na ramce wzwyż, więc dół zasypaliśmy a góre zastawiliśmy starą dyktą z dwóch stron (oczywiście dykta jeszcze zawiązana z boczków gustownym drucikiem, coby nie przeminęła z wiatrem).

      • kanionek 28/05/2015 at 15:18

        A moja jeżyna jest odporna na wszystko, niczym nie ogacana. Na mrozie poniżej minus trzydziestu nawet nie kichnie. Podejrzewam, że gdybym chciała się jej pozbyć, musiałabym zamówić usługę koparką, a do głębokiego na dwa metry dołu po jeżynie wrzucić butelkę z koktailem Mołotowa. Albo skrzynkę butelek.

        • ciociasamozło 29/05/2015 at 09:21

          No bo ona jako badyl przeżywa, ale owoców nie ma jak przemarznie :)
          A co do smaku to jest widoczna korelacja z pogodą: mokro, bez słońca – owoce bez smaku (albo dupa blada czyli szara pleśń), ciepło i słońce – owoce nie gorsze niż z dzikiej.

          • diabel-w-buraczkach 29/05/2015 at 12:32

            Dokladnie, jak ma slonce to pyszne owoce rosna. duze i soczyste i slodkie! A jesli sie lato nie uda i nie beda slodkie – to przerabiamy na naleweczke ;) (sposób mojego taty)

          • Iwona 29/05/2015 at 22:51

            Jeśli nie słodkie to zjadamy z cukrem :-D . A dziś zjadłam dwie truskawki, pierwsze, takie prawie dojrzałe…, no dobra, pół czerwone lub pół zielone były, jak kto woli, ale nie mogłam się powstrzymać, jak je zobaczyłam.

    • kanionek 28/05/2015 at 15:42

      Matko z kolcem jeżynowym w stopie, Iwona, a jak ja mam odróżnić pęd dwuletni od trzyletniego, albo jednorocznego? Wstążeczki im wiązać? :D
      Ja z tych głupszych jestem. Kolega mi kilka lat temu powiedział, że on na zimę ścina wszystko, no to ja też ścinałam. Ale jeden pęd się wziął i zaowocował w tamtym roku, no i powiem Tobie, że się mocno rozczarowałam smakiem tych jeżyn. Jakieś takie plastikowe, jak truskawki w lutym.
      Tak, firanki ręcznie, tylko dzięki mojej Mamie. Mnie szlag trafił bardzo szybko na to szycie, i gdyby nie Mama, to namiot byłby wielkości czapki. Spalonej i oplutej :)

      • Iwona 28/05/2015 at 20:54

        Nooo, kolorowe nitki wiążę, i te pędy ścinam wiosną :-D Ty już nie tnij jej na jesieni, to w przyszłym roku zaowocuje. A smak? Żadna odmiana hodowlana nie dorówna leśnej.

  5. leloop 28/05/2015 at 09:29

    czyżbyśmy miały te sama babcie ? tez sieje i sadze a potem się dziwie :D zwalam swój brak rozeznania gdzie co na ślimaki bo zżerają etykietki ekspresowo.
    namiot super, sama się przymierzam tylko jakoś z maszyna mi nie po drodze no i brak materiału firankowego, nie używam :/
    patent na cebule świetny, jakoś do głowy mi nie przyszło chociaż od dawna ściółkuję kartonami. zrębków drewna tez używam, na któreś tam bardzo okrągłe urodziny zażyczyłam sobie rozdrabniarkę do gałęzi (ku rozpaczy matki mej) i teraz przerabiam wszystko na sieczkę, którą ściółkuję co się da bo u mnie chwasty rosną przez okrągły rok.
    brakiem jeżyn bym się nie przejmowała, te z tych bezkolcowych są również bezsmakowe choć dorodne. już dawno wyciepałam z ogrodu i chodzę zbierać dzikusy z lasu.
    lawendzie ciepło było w kompoście, rozkładowi towarzyszy podwyższona temperatura. poza tym lawenda to robocop, nie lubi tylko wody w nogach zima, jak wiele śródziemnomorskich roślin. na przyszłą zimę wystarczy ogacić porządnie donice i ograniczyć dopływ wilgoci.
    pozdrawiam

    • kanionek 28/05/2015 at 15:34

      Leloop – nie wiem czy babcię mamy wspólną, ale na pewno wiele nas łączy: rozdrabniarkę do gałęzi chciałam dostać na czterdzieste urodziny, ale jeszcze nie byłam pewna, czy taka malutka ma sens. Teraz, od dwóch tygodni, mam taki niemiecki kociołek, do którego wtyka się po jednej gałązce, kociołek żrąc gałązkę robi okrutne wrrum i łubudu, i wysrywa garstkę zrębek. Myślę, że za jakieś dziesięć lat będę z tego miała ilość zrębek wystarczającą do mojego ogrodu oraz aparat słuchowy, pewnie też niemiecki.

      Jeżyny też zbieram w lesie! Ich smak i aromat to coś, o czym jeżyna bezkolcowa nawet nie słyszała, i też się przymierzałam, żeby tę francę wyrzucić. W ubiegłym roku po raz pierwszy miała pięć owoców na krzyż, no i nie powiem – Tradycja zjadła, ale ona zjada też liście i łodygi jeżyn, i wszystko jej smakuje. A Twoje leśne jeżyny to też takie krwiożercze pułapki na ludzi? Bo ja rozważam zakup zbroi azbestowej celem ochorny przed tymi zakrzywionymi kolcami.

      Firanek też nie mam, bo nie cierpię. Żaluzji również. Wszystkie moje okna paradują gołe, jak je fabryka stworzyła. Może gdybym miała sąsiadów, to czymś bym je zaciepała, a tak to nie mam po co, i widok ładny z każdego, bez szarpania szmat. Te firanki na namiot to moja Mama przywiozła, i jeszcze rodzinie wyszarpała co tam mieli pożółkłego w pawlaczu ;) I zszywałyśmy ręcznie, dlatego zajęło nam to kilka godzin. Bez Mamy poddałabym się w połowie roboty i spaliła te firanki z mściwą satysfakcją.

      A jak wyglądają Twoje etykietki? Ja już próbowałam zatykać papierki na patyczkach (do dupy, bo wiatr i deszcz), pisać flamastrem na kamieniach (sprawdza się, tylko dużych kamieni trzeba naznosić, żeby je było widać), wtykać w ziemię plastikowe paski wycięte z butelek, z opisem oczywiście (tusz flamastra wyblakł po kilku dniach i tyle wiedziałam, co gdzie posiałam), i to wszystko działa mi na nerwy, więc jednak się poddałam, nie walczę z rodzinną tradycją, nic nie wiem i que sera, sera.

      • Izabelka 28/05/2015 at 18:11

        Precz z jezyną bezkolcową!!!! Niech żyją dzikie jeżyny!!!! Niech żyje zapach i smak dzieciństwa!!!!

  6. ciociasamozło 28/05/2015 at 10:07

    Kanion, takie rzodkiewki to chyba tylko pod ruską granicą ;)
    Rozpuszczalnik nitro do kleju słoikowego? serio? Ja rozumiem, że niektórzy potrzebuja używek, ale żeby zaraz rozpuszczalnik ;) .
    95% tych najbardziej wrednych niezdzieralnych klejów da się usunać olejem roślinnym a potem płynem do mycia naczyń. Ewentualnie dopieścić spirytem. Próbowałam różniastych metod (nitro też) i ta mi się najlepiej sprawdziła.

    A ziemi spod słomy na ziemniaczanym poletku nie użyjesz do użyźnienia warzywniaka? Szkoda, żeby się taka fajna (widać to, widać!) zmarnowała!

    I jesteś b. dzielna (a jaka zmyślna!) z przełączaniem klawiatury :))))

    • kanionek 28/05/2015 at 15:15

      No żesz! I dopiero teraz mi o tym oleju mówisz? Spróbuję. A majonezu używasz Winiary, czy innego? Bo Winiary właśnie kąpałam w rozpuszczalniku i aż ciężko mi uwierzyć, że olej miałby ruszyć to ścierwo klejące. A nitro kupiłam tak, jak ten kit. Do wyboru była cała galeria rozpuszczalników, benzyn i denaturatów, a skąd pracownik sklepu miałby wiedzieć, co podziała na naklejkę ze słoika? Faceci zajmują się raczej tym, co jest w środku.

      A ziemi spod słomy to zaraz użyję pod kolejne rozsady, m.in. cukinii, bo jednak nie odpuszczę. Rosoły i kozy by mi nie wybaczyły. Zaś na warzywnik taczką wozić nie mam już ochoty – musiałabym odgarnąć te masy ściółki w ogrodzie, ziemię przetransportować, rozgrabić, i znów zaściółkować, bo jeszcze jedna ważna rzecz przy okazji: ściółki nie miesza się z ziemią, ani nie przekopuje, ani ziemi na nią nie sypie. Ona ma być na wierzchu. Zakopana w ziemi będzie kradła azot i coś tam jeszcze, celem się rozłożenia.

      A rzodkiewki nawet mnie zaskoczyły, i w pierwszym odruchu zaczęłam się zastanawiać, co zrobiłam ŹLE :D Nie wiem, może symbioza z kapustą przypadła im do gustu, a może ten spokój pod namiotem, wilgoć pod ściółką i warstwa leśnych liści, które wiosną ub. roku targałam z lasu w workach po owsie? W tym roku powtórzę eksperyment i zobaczymy, co z tego wyrośnie.

      • ciociasamozło 28/05/2015 at 16:08

        Winiary! I jeśli dobrze pamiętam to mieści się w tych 95% wrażliwych na olej :)
        Mądre rzeczy o tej ściółce mówisz! Jakbym kiedyś zawzięła się na warzywa na działce to wykorzystam.
        A może jeżyny ciachane w azbestowych rękawicach zastosujesz jako zeribę wokół cukini?

        • kanionek 28/05/2015 at 19:04

          No dobra. Niedawno co prawda kupiłam inny majonez, jakiś lołendowy nołnejm, i nie wiem jeszcze jaką sztuczkę z naklejką zrobił ten akurat producent, ale przy okazji następnego winiarowego sprawdzę Twój sposób.
          Ja tam nikomu, kto jeszcze nie ma wirusa ogrodnika, uprawy warzyw nie życzę i nie polecam :D Jak Cię wciągnie, to nie moja wina, pamiętaj ;)

  7. -EW 28/05/2015 at 11:23

    Kanion, ja jestem tak miejska, że krowy od zboża nie odróżniam, ale chłonę jak kania dżdż Twoje pisanie. Z wypiekami na roześmianym licu!

    • kanionek 28/05/2015 at 15:02

      Cieszę się, EW :) Że na roześmianym, nie że krowy od zboża ;)

      • Kania 30/05/2015 at 07:31

        Potwierdzam – chłonęłam i chłonę i chłonąć będę:)

  8. Barbarella 28/05/2015 at 12:28

    O święty Izydorze Oraczu, jeśli ta rzodkwia to nie fotomontaz, to ja bym poszukała uranu gdzieś w okolicy.
    A z tym pokostem to normalnie na intuicję bym tak odpowiedziała, no ale ja jestem wnuczka kowala.

    • Barbarella 28/05/2015 at 12:29

      Znaczy TFU! Z kitem na pokoście i na minii.

      • kanionek 28/05/2015 at 15:00

        Ja jestem wnuczką krawca, i nawet szyć nie potrafię, a intuicję mam taką z dużym poczuciem humoru. Czarnego humoru. Raz mi dobrze podpowie z kitem, innym razem – do kitu ;)

  9. zeroerhaplus 28/05/2015 at 13:18

    Namiot z firanek wygląda, jakby koty w nim miały robić tureckie wesele ;))
    Rzodkiewka to chyba rzepa z naciągniętą czerwoną pończochą, przyznaj się Kanionek :) No bo to prawie nierealne!
    Patent z cebulą kradnę natychmiast.
    A film o słomie jest bomba i takie lubię. Na temat, po kolei i bez ściemy. Poza tym okazuje się, że moja ściółka to jest taka tylko zabawka, mała huśtawka, czyli konik na biegunach w porównaniu z Twoim ściółkowym koniem trojańskim! (Trojański bez złego podtekstu, ma po prostu ukryte plony przyszłe w sobie, jak się już ktoś koniecznie chce pobawić w ukryty sens przesłania)
    Ale z tym łupaniem siekierą, to już przegięłaś pałę… Podejrzewam, że wołami by mnie do takiej siekanki nie zaciągnęli. No i jeszcze rowerem te pniaczki z lasu ciągałaś?! Ranyboskie!
    Jak jeszcze raz powiesz, że jesteś leniwa, to ja się zakopię w ogródku i przykryję ściółką, cienką warstwą ;)

    • kanionek 28/05/2015 at 14:57

      Wołami też by mnie nie zaciągnęli, ale szajba to zupełnia inna siła pociągowa. A z tym rowerem to żałuj, że Laser nie umie fotek strzelać, bo widok był przedni :)
      Łi tam, koń trojański zaraz. W tym roku to raczej nasza szkapa będzie, bo pech prześladuje moje rozsady, a do tego zimno jak na północnym Uralu, więc ściółka – owszem, wypasiona, ale czy dane jej będzie jakieś dzieci niańczyć, oprócz głodnego ślimaka? Zobaczymy.

  10. bila 28/05/2015 at 14:57

    Kanionku, jesteś jak zawsze niesamowita! Normalnie, to ludzie sadzą sobie rzodkiewki jak każdy, cebulkę jakąś czy cuś, ale Ty, nie! Jak już rzodkiewka, to cztery razy większa, cebula w tle wiadomości o promocjach, sałata w Stonehenge. Boszsze… Kapusta w woalce.
    Uściski przesyłam, uśmiecham się od ucha do ucha!

    • kanionek 28/05/2015 at 15:57

      :D
      No bo jak to – żeby u mnie było NORMALNIE? Bez sensu.
      Uściski odwzajemniam :)

  11. kanionek 29/05/2015 at 01:50

    Ja mam taki komunikat, że mnie zaraz strzeli szewska mać, i że jestem o krok, kroczek malutki od zmielenia modemu w młynku do kawy. Nie dość, że ślimaki w ogrodzie zapieprzają szybciej, niż to łącze internetowe, to jeszcze od wczoraj jest jakiś dodatkowy problem – mianowicie połączenie rwie się w diabły i ciężkie wuje, co dosłownie 5 minut. I nie ma. Nie ma, nie ma, za 10 minut znów jest, ale nadal w trybie ślimaka z nogą w gipsie.
    Trzy razy ładowałam film z kozami na serwer i największy upload jaki udało mi się osiągnąć to 53%. Witkacy mógłby się ode mnie uczyć nowych przekleństw, kurwia ich transferaza w lisią rzyć zapamiętale kopana.

    Tym samym pragnę poinformować, że jeśli mnie nie ma, to albo zjadłam modem (i wiecie, jaka będzie jego dalsza droga), albo nie mam połączenia. Co na jedno wychodzi.

  12. Ynk 29/05/2015 at 10:30

    Jejku-jeej. W tym Kanionkowie czas się chyba zagęszcza. Tyyyleee zrobić podczas gdy ja przewachlowałam tylko stertkę papierów, przedreptałam korytarzy parę ze Starszyzną Rodu, poskrobałam rocznicowo płyty nagrobne..
    Zbiory, te które zdecydowały się wzejść i nie dać zjeść, masz im-po-nu-ją-ce. Twoja pomysłowość, nawet ta inspirowana, i zaradność wprawiają mnie w stupor. Stupor z uśmiechem na paszczy. Po części dlatego, że sama znajduję się na przeciwnym biegunie. Tej pomysłowości, praktyczności i zaradności biegunie. A po dużo większej części – bo przecież widać-słychać- i-czuć-ojaktobardzodobrzeczuć, żeś uosobieniem siły sprawczej i wykonawczej ;-) Tak że z dobrymi radami się nie wychylam. Przychylam się do zdania, że ten wstępny etap z ‘rozprowadzaniem’ serów/mleka musi z konieczności przebiegać drogą pantoflową – okoliczne gospodarstwa agroturystyczne, indywidualni klienci, może i wysyłka na krótkie dystanse. Te nieubłagane liczby, które przytoczyłaś, i czujna konkurencja trochę tu mącą. No i nie po to schowaliście się przed światem, żeby go teraz do siebie ściągać w postaci zanęconych nieziemskimi serami Twemi klientów, turystów, smakoszy, ciekawskich. Contradiction in terms. Hemmm…
    Ślimak z nogą w gipsie stał się moim ulubieńcem :-) Chyba go sobie gdzieś wyhaftuje-namaluje, albo co ;-)
    Sekunduję Ci codziennie, Dzielna Kobieto, z wiadrem, nadzieniem i miło-rzĄbem.

    • kanionek 29/05/2015 at 15:53

      Dzięki, Ynk :)
      U mnie czas się nie zagęszcza, ja po prostu mam osiem dni w tygodniu, a Wy tylko siedem. Wczoraj rozmawiałam z jedną babką przez telefon i mówię jej, że “jutro przecież sobota”. A ona mi na to, że “u niej jutro będzie dopiero piątek”. No i się wyjaśniło, dlaczego ja mam więcej na wszystko czasu :)

  13. Ola 29/05/2015 at 14:46

    Ja tu tylko skromnie dodam, że popadnę w depresję czytając o Twoich wyczynach Kanionek. Nie mam usprawiedliwienia dla mego LENISTWA.
    A! Żeby wyłączyć CAPSLOCK trzeba 5 razy przycisnąć SHIFT :O Przynajmniej w Windowsie 7. Albo wleźć na ułatwienia dostępu w panelu sterowania w klawiaturę ekranową.
    A to zdjęcie z miodem powinno zostać reklamą RAJU.
    To byłam ja, Jarząbek :)

    • kanionek 29/05/2015 at 15:46

      hEJ oLA :) Dzięki za podpowiedź, nawet jeśli u mnie to nie działa. Wcisnęłam pięć razy Shift i Winda zrobiła “pip” i mnie pyta, czy chcę włączyć klejące klawisze (“Do you want to turn on Sticky Keys?”). Gdybym chciała klejące klawisze, tobym sobie sok malinowy na klawę wylała :D
      A jak mam się tłuc po Windy panelach, to już wolę wpinać i wypinać.
      A wiesz, że raje zawsze najlepiej wychodzą na zdjęciach? I ta cała siekierezada i szycie ręczne to było w tamtym roku. W roku bieżącym mam kozy, mleko i małą fabrykę serów, choć oczywiście rozsady porobiłam i może coś tam urośnie, pod moją nieobecność w ogrodzie ;)
      A jeśli chodzi o depresję na tle wyczynów, to nie popadaj. Niewykluczone, że ja też przejdę na ciemną stronę mocy i oddam się lenistwu. I mam nawet kilka usprawiedliwień: “TO jest ciężkie? To lekkie jest” oraz “A czym ty niby jesteś zmęczona?”, tudzież “Przesadzasz”, albo “To po co dzisiaj to robisz? Zrób sobie jutro”. Więc jak któregoś razu “zrobię sobie jutro”, to mam nadzieję, że to będzie owo słynne “lepsze jutro”.

      Tymczasem na niedzielę zapowiedziała się klientka na mleko i ser. Może nie zemdleję z wrażenia chowając zarobiony grosz do portfela :)

      • Ola 29/05/2015 at 17:19

        Dobra, jak się pomądrzyłam, to trudno, trzeba skończyć. 5 x shift = okienko z klawiszami trwałym, praszam – klejącymi :D a pod spodem link do ułatwień dostępu. Wybierasz wszystki elementy a potem klawiaturę ekranową. Miało być szybko, naprawdę! Ale Tobie szybciej idzie przepinanie, poddaję się :D Więcej nie będę, obiecuję :D

      • kanionek 29/05/2015 at 17:24

        Ola, dzięki Twojej podpowiedzi coś mi jednak zaświtało, ruszyłam du, i zmieniłam sobie ustawienia klawiatury – teraz włączam Caps Lock właściwym mu klawiszem, a wyłączam Shiftem, normalnie raz walniętym. O, szczęście niepojęte :D

  14. Ola 29/05/2015 at 17:20

    o o zmieniłam sobie potworka :O

  15. Ola 29/05/2015 at 17:22

    chcę mojego starego!

    • kanionek 29/05/2015 at 17:30

      A nie chcesz mojego? ;)
      Potworek jest do adresu e-mail przypisany. Adresu nik nie widzi, ale POTWOREK WIE, co tam naskrobałaś :)
      Boniu, jakie to piękne – włączam Caps Lock i wyłączam Shiftem. Włączam i wyłączam. Włączam i wy… idę robić twaróg.

      • Ola 29/05/2015 at 22:23

        TwARóG. TwAroGu. TwARoGieM… ech… :) Trzymamy kciuki za klientkę :)

        • kanionek 29/05/2015 at 22:49

          Sugerujesz, że klientka tak wiele ryzykuje kupując ode mnie ser, że trzeba za nią trzymać kciuki? :D
          Ser dla niej będę robiła jutro – pół kg bez dodatków, drugie pół z ziołami. Twarogu nie zamawiała, więc ten dzisiejszy zrobiłam dla siebie (mrożony w szczelnie zakitranych woreczkach jest zawsze pod ręką), i wiesz co? Znów sobie zrobię ciastodomek, i tym razem sama zeżrę. Bo z poprzedniego ledwie zdjęcie dupki zdążyłam zrobić ;)
          Net znowu mi się tnie, a w ciągu dnia było już całkiem nieźle :-/

          • Ynk 29/05/2015 at 23:40

            Włącz kukułkę. Niech nakuka Ci więcej takich klientek ;-)

          • Ola 30/05/2015 at 00:12

            Poprosimy zdjęcie dupki…

          • kanionek 30/05/2015 at 16:12

            Faktycznie, zapomniałam Wam wrzucić. Następnym razem :)

  16. kanionek 30/05/2015 at 16:17

    No nie załaduję tego filmu z kozami. Nie wiem, co ONI kombinują, może jakiś remont przekaźnika na raty, czy co?

    Sery już się prasują w formach, pachną tak znajomo :) Przy dziesiątym kilogramie sera nabiera się cokolwiek wprawy, już nie trzeba przy każdym kolejnym etapie nerwowo zaglądać do sekretnej formuły, i po samym zapachu wiadomo, czy jest OK, czy nie.

    Pogoda u mnie burzowa, przynajmniej z pozoru. Ciepło (20 st.), wiatr gna po niebie granatowe chmury, z których już-już, już-prawie, ale jeszcze ani jedna kropla deszczu nie spadła. Dużo zamieszania, mało efektów. Idę dorzucić słomy w koziarni – przebóg i zaprawdę, dziesięć kóz to nie jedna ;)

    • kanionek 30/05/2015 at 16:29

      I jeszcze skrzynka na e-listy mi się rozkraczyła.
      Ciociusamozło, jakby co – dzwoń.

  17. Fredzia 01/06/2015 at 14:37

    Kanionku, dlaczego ja się muszę z pośrednictwem Barbarelli dowiadywać, że Ty sypiasz z giwerą w koszyczku? Toż to dla mnie – miłośniczki broni palnej – news dnia i temat na pierwszą stronę a nawet kawałek rozkładówki. Poproszę zdjęcie! Fanki flory jadalnej zasypujesz galerią i przepisami, więc teraz czas docenić zwolenników natury martwej i dobrze naoliwionej ;)

    • kanionek 01/06/2015 at 15:12

      Ależ panno Fredziu, pani dobrze wie, co to za giwera, i ona jest taka palna, jak “zaraz w łeb komuś palnę” ;)
      Gdybym miała taką naoliwioną, o której Ty myślisz, to wokół mnie zrobiłoby się nagle bardzo dużo martwej natury. Martwej na kamień i zimny głaz.
      Więc nie mogę, i zresztą – kto by mi dał? A zdjęcie tego Walthera, o którym już przecież wiesz, zaraz zrobię i pod serem wrzucę. Razem z koszyczkiem, żebyś nie myślała, że to figura retoryczna była.

  18. elfickizakątek 02/06/2015 at 00:35

    Zajrzałam i już zostaję u Ciebie. Idę czytać, bo Twoje pisanie dobrze robi na dobry humor :-)
    A przygnały mnie tutaj zrębki i film niejakiego Paula G., co to zrębkuje zupełnie jak ja ostatnio. Tyle, że ja po miesiącu poszukiwań, wypytywania i badania tematu trafiłam na źródło, co to za symboliczny grosz czy czteropak przywiezie zrębki bez problemu. I leśniczy dzięki temu ocaleje ;-) Chociaż ja akurat nie miałam w planach wywożenia lasu do ogrodu, nie ten stopień zakręcenia chyba, albo uratowało mnie to, że trafiła się przyczepka dobrodziejstwa, dzięki czemu uniknęłam bardziej desperackich czynów ;-)

    • kanionek 02/06/2015 at 13:02

      Elfickizakątek, gadaj natychmiast jak na spowiedzi – skąd wziąć zrębki w dużej ilości! :D

  19. Marcin 15/01/2017 at 22:38

    Moze kos juz napisał, ale nie widze: zrębki można położyć raz na kilka klikanaście lat, warstwer od 15 do nawet 40cm i jest spokój, Paul ma dużo filmików pojedyńczych, tam padło, że osttani raz kładł 16 lat temu, a teraz znowu sobie rzuca, bo może :)

    • kanionek 16/01/2017 at 21:04

      Tak, zgadza się. I gdybym miała skąd wziąć warstwę 40 cm, to brałabym z pocałowaniem w łyżkę koparki (co tam w koparkę – przy takiej ilości szczęścia cmoknęłabym w zadek nawet operatora koparki). Moje zrębki były trochę oszukane, bo z leśnego próchna zrobione, a najlepsze byłyby ze świeżo zmielonych gałęzi (wraz z liśćmi) drzew różnych gatunków. Ale nie wiem, czy się za swojego życia doczekam na takie czasy, gdy szastać będą zrębkami Państwowe Lasy. W najlepszym razie będą sprzedawać za straszne pieniądze, a jak na razie to w ogóle muszą kupić rębak :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa