Pompon w Nowym Jorku, czyli o wędkarstwie podlodowym

Polska jest jak Nowy Jork – jeśli dacie sobie radę tutaj, dacie sobie radę wszędzie.

Piętnasty grudnia, piękna pogoda, słońce bawi się w chowanego, co chwilę krzycząc zza chmur – tutaj jestem, gupi Kanionku! Gupi Kanionek cieszy pysk do ułamków słońca, roniąc łzy z oczu i nosa, a zimny wiatr pieszczotliwie naiwania go po zbielałym licu.

–  Daleko jeszcze? – pyta Bożena. – Bo już ciaśniej kurtki zapiąć nie mogę.

–  No jak “czy daleko jeszcze”? Przecież na łąkę idziemy, tę co ją już znacie.

– A ten mały czarny po co z nami? – Irena przeszywa Lasera nieprzyjaznym wzrokiem.

–  Żeby się trochę rozerwał – mówię ja, pomiędzy dwoma szarpnięciami czkawki.

– Andrzej go może rozerwać. Na krwawe strzępki – podpowiada usłużnie Irena, zgrabnie przeskakując nad stertą gałęzi. – Przynajmniej do czegoś by się przydał, konus obszczymorda.

–  Że co? – beczy chłopięcym falsetem Andrzejek, chowając się za białym kafarem* Tradycji.

–  Że pstro – spluwa przez zęby Irena. – Kozioł z ciebie jak z kurzej dupy puzon.

–  Co to puzon? – Andrzejek patrzy na mnie tym swoim psim wzrokiem, co serce rozrywa i dech z płuc wyciska.

–  Taka duża trąba – wtrąca się Bożena.

–  Taka duża, jak ty? – ryzykuje zaczepnie Andrzej.

–  Ty weź się, capynko, bo ci zaraz przypomnę, jak się na karuzeli fruwa.

–  A ja wezmę pilnik do drewna i wam wszystkim rogi do mózgu spiłuję, jak się nie uspokoicie.

–  TO TAK MOŻNA?? – cztery pary oczu wpatrują się we mnie jak w gadający kamień. Dwie pary z lękiem, dwie z nieskrywaną nadzieją.

I tak sobie gawędzimy przyjaźnie, przełamując fale lodowatego wiatru, w drodze na łąkę, gdzie mały czarny rozrywa się rozkopując mysie nory, a pyskate kopytne nareszcie milczą, napełniając zbiorniki resztkami zielonej trawy i koniczyny. Gupi Kanionek siedzi na stercie desek z upadłej myśliwskiej ambony i strzelając do kóz z krótkiej lufy kompaktowego obiektywu planuje zajęcia na resztę dnia.

w biegu

w kupce

konus z kafarem

Ziokołek pochmurny

Andrzej

Bożena

powrót do domu

Rozwiązanie problemu Lasera kradnącego jajka z kurnika wymyśliłam sobie takie:

wkręcik

drzwiczki do kurnika

Wkręt ogranicza możliwość otwarcia drzwiczek tylko do takiej szerokości, by kury wlazły a pies nie. Od środka jest włożony kamień, który z kolei nie pozwala podmuchom wiatru zamknąć tych drzwiczek. Na razie się sprawdza.

Później zajęłam się naszym systemem odprowadzania deszczówki do stawu. Od rynny zamocowanej przy dachu obory:

rynna obory

wodę odbiera taki niebieski wąż:

z rynny do rury

Który z kolei wpada w rurę pcv, zakopaną w ziemi jeszcze przez poprzednich właścicieli. Wylot tej rury znajduje się nad stawem i do niego właśnie woda z dachu obory ma spływać. Sęk w tym, że odkąd poziom wody w stawie spadł o ponad metr, woda wylewająca się z czarnej rury spływa po odsłoniętym brzegu, rozlewając się na boki i częściowo wsiąkając w ziemię. Zadanie na dziś polegało więc na wykopaniu łopatką ogrodniczą wąskiego kanału, od wylotu rury po samą taflę wody (a właściwie lodu), i wykafelkowanie kanału odłamkami dachówki ceramicznej. Ale że znalazłam za drewutnią akurat pasujący kawałek przeciętej wzdłuż innej rury pcv, to go użyłam i wyszło szybciej.

odpływ do stawu

Ten wielki kamulec u samej góry ma zapobiegać wpadaniu liści, trawy i innego dziadostwa do wylotu rury, który często się zatyka. Kupka mniejszych kamieni po bokach i na dole ma stabilizować półrurkę. Na ile to się sprawdzi – zobaczymy. Kozoodporność tej konstrukcji jest mierna, a właściwie żadna, ale już mi się dziś więcej szarpać z materią nie chciało. Tym bardziej, iż wcześniej podjęłam próbę zważenia kopytnych i siły nadwątliłam. Udało mi się zważyć Irenę (23,5 kg), Andrzejka (21,6 kg), a nawet Bożenę (37,4 kg), ale wymiękłam przy kredensie. Dwa razy udało mi się dźwignąć Tradycję, odpalić wagę, odczekać aż się wyzeruje, wtargnąć na wagę i czekać, aż wynik się ustali. Bo kredens jest tak wielki, że nie da się ponad nim spojrzeć w dół w trakcie ważenia i trzeba poczekać, aż waga się zdecyduje na jakąś wartość, po czym zejść i szybko odczytać.

Niestety wynik się nie ustalił, gdyż bydlę niepokorne wierzgało niemiłosiernie, a przekonać się o tym mogłam dopiero postawiwszy bagaż na ziemi. Na trzecią próbę zabrakło mi sił, ale na oko, nadgarstek i zwyrodniały krążek w odcinku piersiowym mogę stwierdzić, że Tradycja waży więcej od Bożeny. I ciekawostka – w odcinku lędźwiowym kręgosłupa mam same zwyrodnienia, przeciążenia i jeden kręgozmyk, ale tam jakoś ważenia bydlaków nie odczułam. Natomiast w odcinku piersiowym nie wiem dokładnie co obecnie mam, za to napieprza wybornie.

Zbadałam też grubość i kohezję pokrywy lodowej na powierzchni stawu i wywróżyłam z łusek po owsie, że prędzej skończy się czas odwilży, niż to się samo roztopi. Zabawiłam się więc w moździerz (rodzaj prostego działa strzelającego stromotorowo) i rozbiłam lód końcówką drąga długiego na prawie trzy metry, balansując jak pijany tyczkarz na platformie chybotliwego pomostu. Potem do drąga wystarczyło przyczepić pompę na stalowym drucie, i usadowić tąż w przerębli niczym spławik na żyłce, zatknąwszy drugą końcówkę drąga pod poręczą barierki. Wszystko trzeba wymierzyć dość precyzyjnie, gdyż pompa jest pociskiem pionowym i długim, i musi być zanurzona, ale jednocześnie nie dotykać dna stawu, bo na co komu muł w studni. Pomysłodawcą konstrukcji był co prawda małżonek, ale użył drąga tak krótkiego, że trzeba było z tą wędką siedzieć na pomoście i pilnując właściwego poziomu zanurzenia odmrażać sobie tyłek. Dziś napompowałam sobie wody po niebieski pompon, sącząc kawę w kuchni. I umyję się jak człowiek współczesny, polewając się wodą z prysznica bieżącą. Pompa (już wynurzona) wygląda tak:

pompa

Wędka z drąga tak:

wędka na pompę

A koniec i sens cały instalacji jest tu:

wąż do studni

Wiem, wiem, FASCYNUJĄCE. Jak trzynasta powtórka „Kevin sam w domu”. I ponownie Was nie zaskoczę – jeśli do jutra odpuści mi sztylet w kręgosłupie, to wiecie, co zrobię? Pierogi z kapustą i grzybami. Bo omletów, naleśników, jajecznicy i sałatki z jajek na twardo mam już powyżej pompona.

*najlepszy dowód na to, że kafar wymyślił facet? Proszę, cytat z Wikipedii:

“Głównym elementem kafaru jest baba – masywny ciężar służący do dobijania wbijanego pala.”

Ale kafar wymyślono już w czasach starożytnych, a dziś to właśnie facetów najczęściej określa się mianem kafarów. Bo oni od czasów starożytnych bardzo się zmienili. Kiedyś na ten przykład walczyli wręcz, ujeżdżali i kuli konie, nosili ciężkie przedmioty i włócznią lwa przebijali. Dziś siedzą w samochodzie, przy biurku, przed telewizorem, i mordują kotleta. Nie pozwólcie, by w Waszych facetach zalęgło się ziarno kryzysu tożsamości. Zabierzcie ich czasem na łąkę – niech choć na myszy zapolują.

59 thoughts on “Pompon w Nowym Jorku, czyli o wędkarstwie podlodowym

  1. Anika 15/12/2014 at 23:33

    Normalnie widzę Cię oczyma wyobraźni – pomysłowy Dobromir! Jestem przekonana, że to nie pompon, a skacząca po głowie piłeczka – Mam Pomysła, iiiiiHA!! Dla mnie rewelacja i majstersztyk!
    PS. Jak długo trwa ciąża u kóz, bo już się pogubiłam – będę chrzestną babką czy nie?

    • kanionek 15/12/2014 at 23:51

      O tak, ja mam dużo pomysłów, tylko większość z nich realizuję dziadowskimi sposobami. Ale prowizorki lubią działać najdłużej ;)
      Ciąża u kóz trwa średnio 155 dni, i ja już się co do Bożeny nie łudzę. Jedyna nadzieja w Andrzeju i wiosennych wykotach. Albo letnich. Albo jesiennych… Na skarlałych barkach Andrzeja spoczywa odpowiedzialność za Twój tytuł honorowy, no i mleko, i ser :)

      • Lidka 16/12/2014 at 00:18

        Dzieki bogom, ze masz ten staw.
        Moja stodola tez byla w takim kolorze. Nazywalam go rozem majtkowym.

        • diabel-w-buraczkach 16/12/2014 at 08:12

          Moja sasiadka miala pokój wymalowany na zólty majtkowy, tez sama tak to okreslila. Taki blady zótly.
          Rzeczywiscie kiedys majtki mialy takie kolory – i gumke wciagnieta „w pasie” :)

          • ciociasamozło 16/12/2014 at 10:21

            wciagnięta gumka przynajmniej nie gryzła ;)

        • kanionek 16/12/2014 at 17:11

          Bogom jak bogom… Ten staw w inwentaryzacji Lasów Państwowych nazywa się bagienko. Cebulaccy go sobie pogłębili i to oni wkopali rury pcv w ziemię, zapewne po to, by staw się szybciej wodą napełnił, albo i dla lepszego odwodnienia terenu wokół obory.

          Ten róż majtkowy nawet mi się podoba i nie gryzie się zanadto z otoczeniem, ale niestety warstwa, a raczej kilka warstw, tynku z obory odpada kawałkami. Jest to najprawdopodobniej tynk wapienny, nietrwały, choć tani. I też zamierzam otynkować oborę wapnem, tym razem na niebiesko, ale to już w przyszłym roku, bo w tym daliśmy dupy.

          • Lidka 16/12/2014 at 20:00

            O, kurcze, a ja ten tynk wapienny skubalam i jadlam, bedac malym dziewczeciem. I musialam przepychac sie przez tlum kurzany, ktory rowniez ten tynk wchrzanial. A w ogole to mam cala liste watpliwych smakolykow, ktore jadlam jako bachor, na przyklad stokrotki i- absolutny przysmak- krede szkolna… Ktos z Was, drogie Ladies, tez takie frykasy wtrynial?

          • zeroerhaplus 20/12/2014 at 23:56

            Nie wiem, czy to się liczy, ale ja dopiero ostatnio stokrotki doceniłam. Klasyczne odwrócenie sytuacji: dziecięciem byłam poważnym i odpowiedzialnym, za to na starość zdurniałam, bogudzięki :)

          • kanionek 21/12/2014 at 19:17

            Ma się rozumieć, że się liczy. I zna się takie przypadki…

  2. mitenki 16/12/2014 at 01:33

    Nie pierwszy raz, czytając Twój blog pomyślałam, że potrzeba jest matką wynalazków :) Jesteście oboje, Ty Kanionku i Twój i małżonek pomysłowym Dobromirem, MacGyverem i Adamem Słodowym w jednym.
    Zaglądam tu często, ale rzadko piszę, bo i nastrój wisielczy i klawiatura jakoś nie chce składać słów z literek… To też nie dziw się, że komentuję hurtem kilka notek.
    Atos pies pięknie się prezentuje, na zdjęciach w poprzedniej notce (z podwórka) wygląda jak landlord spoglądający na swoje włości i poddanych. Czy dobrze rozumiem, że jest troszkę lepiej?
    Uśmiałam się z rozmowy z kozami, tak jak kiedyś z dialogu z nornicą :D Miałam się tu produkować literacko, ale im dłużej Cię czytam tym bardziej nie śmiem się tu wygłupiać. A właśnie, a propos literacko… Ktoś tutaj zaproponował nazwę dla klubu kanionkofanek – Obora Kanionka i mnie się to skojarzyło z salonem literackim, gdyż niedaleko mego city jest Dom Pracy Twórczej dla literatów, w Oborach właśnie. Tak więc mamy salon literacki (brzmi dumnie) :D
    I chciałam Ci jeszcze powiedzieć, że dzięki Tobie polubiłam latające myszy! Do tej pory bałam się ich, może bardziej brzydziłam, a tu proszę – taki sympatyczny brzydal. Trzeba mu chyba nadać imię, proponuję Gacuś Nocny, bo nie wiem jaki to gatunek :D

    • kanionek 16/12/2014 at 17:23

      Nastrój wisielczy i klawiatura oporna? Witaj w przepełnionym już klubie :)
      Daj spokój, Słodowy się w grobie przewraca… To co my tu robimy, to jest chała i tandeta. Brzydkie, pokraczne i z byle czego, ale grunt, że działa.
      A Ty się nie bój wygłupiać – wszyscy jesteśmy jak drut pogięci, pyłkiem na wietrze, bredzeniem w malignie, krótkim epizodem czkawki w Kosmosie i tak dalej. Wyginaj śmiało ciało i nie bój latającej żaby, Mitenki :)

      • Ania W. 16/12/2014 at 17:29

        Mam gud niusa: Słodowy ciągle żyje, serio serio.

        Obora Kanionka! I am in!

        • kanionek 16/12/2014 at 18:31

          A wiesz, że mój mózg to wiedział, ale nie powiedział? Słowo daję, ja nie wiem, co poszło nie tak z ewolucją ludzkiego mózgu. Wiem, że Słodowy żyje, bo jeszcze niedawno o nim coś czytałam, a mimo wszystko „w grobie się przewraca” samo mi się napisało.
          Adam Słodowy – wróg ZUS nr 1. Niech żyje :)

          • Ania W. 16/12/2014 at 19:47

            No właśnie ja też skojarzyłam dlatego, że mi się ostatnio gdzieś pokazał w internetach. A jak go dzisiaj wyguglałam, to się okazało, że i jego żona ciągle w wielkim Onlajnie.

            Oraz że był majorem Ludowego Wojska Polskiego.

    • Ynk 16/12/2014 at 17:43

      Sympatyczny brzydal? Belmondo?

      • kanionek 16/12/2014 at 18:34

        Belmondek. Mondek. Mondziu. Schodząc do piwnicy po jakiś słoik zapytam go, jak mu się widzi :)

      • Lidka 16/12/2014 at 21:33

        @Ania W.

        Z jakiegos powodu zawsze myslalam, ze Adam Slodowy jest gejem. Nic absolutnie nie mam przeciwko gejom, z gory zaznaczam. A tu mowisz, ze zone ma. Hmmm…

        • kanionek 16/12/2014 at 21:53

          Ale kiedyś geje się żenili, dla niepoznaki, przed rodziną, itd. Dziś niektórzy pewnie też. Ja tam panu Adamowi nie zaglądam do sypialni, tylko podnoszę, iż ożenek nie zawsze bywa gwarantem opcji. A z tym tynkiem to nie pękaj – moje kozy też ściany obgryzają, ale chyba dla draki, bo dostają przecież kredę pastewną, czyli węglan wapnia, do żarcia. One z nudów wszystko zeżrą, więc i po ścianach zębem pojadą. A takie ładne były, bieluśkie…
          Ja chyba nic dziwnego w dzieciństwie nie jadałam, a przynajmniej Mama mi nie doniosła, za to miałam koleżankę w klasie, co oprócz kredy spod tablicy jadała również klej biurowy z tubki i drewno. Może też miała zadatki na kozę? Ale z tego co wiem została lekarzem, nie bydlątkiem.
          Ja kredy nie mogłam nawet dotknąć. A gdy musiałam (przy tablicy, rzecz jasna), to zęby mi same zgrzytały i ciary po plecach chodziły. Do tej pory tak mam i palcem po ścianie wapnem bielonej nie jeżdżę ;)

          • Ola 16/12/2014 at 22:20

            brrrr zgrzyt kredy! i jeszcze paznokciem po ortalionie! uuuuu!

          • Magda 17/12/2014 at 00:26

            Szklanki. Ja jadłam szklanki :-D miałam taki okres, że jak ktoś dał mi pić w szklanym naczyniu, to oddawałam z wygryzionym półkolem. Szkło, rzecz jasna, wypluwałam ;-)) Do tej pory nie mam pojęcia jak to było możliwe, że się nie skaleczyłam.

            Ps. Widzę, że Gonzales też się wybrał na spacer :-)

          • Modra 17/12/2014 at 12:11

            I ja jadłam szklanki! I ja! :-)

          • kanionek 17/12/2014 at 23:39

            No ładnie. To chyba możemy już, obok Chóru Staruszków, zakładać nową sekcję – cyrkową :D
            Kobiety jedzące szklanki – proszę zgłaszać się na casting!

        • Ania W. 17/12/2014 at 05:07

          I dwóch synów ma :) Co rzecz jasna o niczym nie przesądza :)

  3. mitenki 16/12/2014 at 01:36

    Uff udało się! Wyprodukowałam pod tym blogiem kilka komentarzy, które posłałam w kosmos jak blondynka… F5

    • Lidka 16/12/2014 at 02:17

      Boje sie troche nietoperzy; kiedy bylam mala latalo ich sporo wieczorem naokolo domu i wydawaly skrzydlami (chyba?) taki dziwny dzwiek i dziadek straszyl mnie, ze jak sie nietoperz wplacze we wlosy, to nie ma wyjscia tylko trzeba ogolic do lysej czachy.
      A ten Gacus Nocny to jest „sliczny inaczej”… Ladne imie wymyslilas. Podziwiam ludzi, ktorzy imieja nadawac imiona. Moje psy byly dlugo „Ciapkami”, a koty „Kiciami”. Zero inwencji… Mam kolezanke, ktora potrafi wymyslac takie imiona, ze mozna peknac ze smiechu, na przyklad maskotke losia, przywieziona ze Szwecji, nazwala Gustaw Gustawson.

      • kanionek 16/12/2014 at 17:27

        Ja lubię ten dźwięk, co jest prawie bezdźwięczny. Zupełnie inny niż ptasi. Gdyby mi się jakiś nietoperz z zepsutym radarem wplątał we włosy, to bałabym się tylko tego, że przy próbie wyplątania by mnie ugryzł. Tygrys to może nie jest, ale podobno wścieklizną może poczęstować. A może to kolejna bajka ludowa, muszę sprawdzić.

        • kanionek 16/12/2014 at 17:28

          Może może może. Facepalm, groch pod kolana i karna ławka.

  4. diabel-w-buraczkach 16/12/2014 at 08:15

    Kozie stadko w galopie jest przeurocze, i wyglada na bardzo szczesliwe. Dobrze im tam u ciebie!

    • kanionek 16/12/2014 at 17:33

      Mi też z nimi dobrze. Wieczory w koziarni, nawet jeśli to jest tylko 20 minut, są bezcenne. I pomyśleć, że mogłam całe życie spędzić bez ani jednej kozy. Może uda mi się kiedyś uwiecznić na fotce, jak Irena staje dęba przed Laserem, zapraszając go do pojedynku na łby :) Ona go szczerze nie cierpi :)

  5. sieka 16/12/2014 at 11:12

    Witaj Kanionku. No otworzyłaś mi oczy na tę małą ilość komarów w zeszłym wpisie znaczy roku, fakt była susza, ale za to można było siedzieć na podwórku dłuuugo wieczorem, tyle że dla odmiany, trzeba było się oganiać od much. One co? jako pomiot szatana (celowo z małej litery – żeby pognębić)lubią jak jest sucho? A co do konstrukcji, pomysłowo, pomysłowo, a to niebieskie połączenie Ci nie zamarznie? Ja wiem, że to odpływ na czasy jak jest ciepło, ale… szkoda,że nie możesz wkopać bo tam beton widzę. Z innej beczki: uśmiejesz się, mam 37 lat a dopiero parę miesięcy temu dowiedziałam się, że kury nie potrzebuję koguta w celu znoszenia jaj, no po prostu przełom kopernikański w mojej głowie się dokonał. Dla mieszczuchów i podmiejskich etatowców, pytanko: jak spędzacie zimowe wieczory, bo ja, jako, że nie mam TV (nie stawiamy kibla w salonie wg mojego Małżonka ;)) SZYJĘ, laboga! patchworki.
    Pozdrawiam z wilgotnego Wro.

    • kanionek 16/12/2014 at 17:46

      Mucha… sama jest sucha :D Jakoś im upały nie szkodzą, może dlatego, że nie potrzebują wody do rozmnażania?
      Taa, z tym niebieskim to jest tak, że kombinowaliśmy jak koń pod górę, bo na wylot rynny małżonek kiedyś założył plastikową butlę 5 l, a na szyjkę tej butli nie wszystko pasuje, a to niebieskie akurat dało się nałożyć i obwiązać drutem. Cokolwiek byś tam zamontowała musi być elastyczne i przejść pod ogrodzeniem, które jak widać na zdjęciu też jest zaciepane czym się dało, bo tam sobie psy dziurę w siatce kiedyś zrobiły i zmykały na długie rajdy po lesie.

      Koguty. No fakt, na fermach jajecznych kogutów nie trzymają :) Ale jak się chowa kury po normalnemu, to kogut podobno wpływa na morale stada. Ma też służyć jako wabik i potencjalna ofiara drapieżników – właśnie dlatego jest taki kolorowy. No i do rozmnażania się przydaje, i do darcia paszczy w dzień i w nocy, żeby ludziom smutno nie było ;)

      Ale w jakiej formie te patchworki? Tzn. narzuty, coś na grzbiet do włożenia, tak? Pytam jak głupek, bo nic w tej materii nie wiem. A może w ramach zimowej rozrywki wieczornej czaśniesz sobie bloga i będziesz na nim prezentować swoje patchworki?

      • Lidka 17/12/2014 at 01:27

        Patchworki sa strasznie pracochlonne. SIEKA, szacun. Z mojej strony podworka nazywaja sie quilts i kiedys probowalam sama, ale cienko mi wychodzilo. Wybralam wiec robienie na drutach.

      • sieka 17/12/2014 at 07:52

        Od tyłu, oj nie czasne bloga bo jestem przeraźliwie nieśmiała. A patchworki to na razie tylko zszywane kwadraty i prostokąty, też krzywo wychodzą ale są takie….milusie (oj coś z głową u mnie). W nawiązaniu do drobiu: podoba mi się rola samca jako ofiary dla drapieżników, rozciągnęłabym to na inne gatunki ;), no dobra tylko czasem, jak jest za dużo sprzątania z gotowaniem. Co do much, to rozpięłam w oknach firankę za 15 zł (3 m długą i szeroką też mocno) i trzymałam bachory i koty z daleka. Zauważam u siebie jak u mojej Babci, tendencje do podawania cen przy opisie rzeczy, hmmm…..

        • kanionek 17/12/2014 at 23:36

          To ja też na pieska ;) Mam od zawsze tendencję do podawania cen rzeczy, które kupiłam. I nie widzę w tym nic zdrożnego, choć PODOBNO to jest faux pas, czy inny niezręcznik. Tylko niby dlaczego, ja się pytam? Ktoś zna odpowiedź, czy to jedna z tych spraw, co do których wszyscy wiedzą, że „nie wolno” albo „nie należy”, tylko nikt nie wie dlaczego?
          A blogi są jak najbardziej dla nieśmiałych – możesz się nie przedstawiać, albo wymyślić sobie pseudonim artystyczny, i publikować zdjęcia czegokolwiek całkiem bezkarnie ;)
          A czym zszywasz te kawałki – ręcznie igłą i nitką, maszyną do szycia? Bo kurde, może i ja spróbuję i okaże się, że coś potrafię??

          • sieka 19/12/2014 at 21:32

            Oj dopiero teraz zauważyłam, że pytasz o te moje zszywanki. Na taniej i małej maszynie z Ikei (można to pisać?) lecę, bo ta „lepsza za 4 stówy padła w momencie kiedy mój 6-letni syn błagał o fartuszek kuchenny..te oczy, te oczy. O mam pomysła, jak zrobię jakiś kocyk z motywem kozim to Ci wyślę, bo ja to lubię robić a nie mieć. Wyobraź sobie rozluźnia mnie to,a mój szanowny Małżonek wie, że mnie nie łatwo rozluźnić, oj nie..No i teraz jestem klientem takich zapomnianych sklepów jak pasmanterie. Oby mi się nie znudziło. A kominek masz? Piec kaflowy może? Bo to już byłby całkiem raj, ta Twoja Panderosa.

          • kanionek 21/12/2014 at 19:37

            Mam piec kaflowy, a nawet kilka, ale tylko jeden w użyciu – taki w ścianie pomiędzy pokojem moim a pokojem małżonka. Od mojej strony jest komora spalania i ściana pieca równa ze ścianą działową, a u małżonka dupa wystaje. Piecokuchnia jest oczywiście w kuchni, ale nieużywana, jako nieekonomiczna (nie kumuluje ciepła, można za to na niej gotować, jak ktoś umie). I są jeszcze dwa piece w drugiej połowie domu. Stare i nie roszczące sobie praw do arcydzieła sztuki zdunowskiej (zduńskiej?), ale mi się podobają.

            Można pisać o czym się chce, i skąd się to ma :) Kocyk z motywem kozim brzmi wręcz ślicznie, ale nie, naprawdę – ja nie mam się jak Wam odwdzięczyć, a Wy mi ciągle chcecie coś wysyłać. Jak zrobisz – wyślij mi fotkę i krótki instruktaż, może to mnie zmobilizuje do własnego wysiłku? :)

        • Lidka 18/12/2014 at 16:02

          Nie widze nic zlego z tym podawaniem cen. Czasem cos sie komus u kogos podoba, a na przyklad glupio mu, czy wstydzi sie zapytac „za ile toto” i akurat ta wzmianka ceny przydaje sie jak znalazl. Mysle, ze faux pas z tym podawaniem cen przy rzeczach, to sie wzielo przez takich ludzi jak moja macocha. Tak, tak, mialam w domu taki wynalazek jak macocha. Zaznaczam, ze nie twierdze, ze wszystkie macochy sa koszmarne- moja akurat byla. Kiedy wracala z zakupow podsuwala mi pod nos rachunek z zakupami, tak blisko, ze litery zlewaly sie w jedno, i syczala, ze tyle, az tyle musiala wydac.

          • kanionek 18/12/2014 at 19:22

            O matko… Dobrze, że masz to już za sobą. Choć wiem, że się pamięta.
            Ja też mam kilka trupów w rodzinnej szafie, ale ich jednak nie wyciągnę. Są w mojej pamięci, wciąż sącząc w krwiobieg swój trupi jad, ale tutaj nie miejsce dla nich.

            A z tym podawaniem cen to się zastanawiam, czy my, Polacy, nie jesteśmy jakoś tak ogólnie przwrażliwieni na punkcie pieniędzy. I chyba wszystkich ludzi pracy irytuje to, że ubiegając się o etat są do samego końca trzymani w niepewności co do wysokości wynagrodzenia. Przechodzisz przez piętnastostopniowy proces rekrutacji, potencjalny Pracodawca chce wiedzieć o tobie wszystko, a na końcu dowiadujesz się, że wygrałeś pół etatu, za pół minimalnej krajowej, a do tego połowa pod stołem. Marnujesz kupę czasu i paliwa na dojazdy żeby na końcu pozbierać szczękę z podłogi i powiedzieć – nie, dziękuję.

  6. Ola 16/12/2014 at 12:34

    Irenka, ratujesz mi dziś dzień swoimi uwagami!
    Jejuny, dziewczyny, też macie takie dni? Od rana mam ochotę płakać i komuś dokopać na przemian :(

    • Lidka 16/12/2014 at 15:24

      Ola, wypij drinka i zjedz ciastko. Zaraz przejdzie. Pozdrawiam i sciskam.

    • kanionek 16/12/2014 at 17:53

      To może ja odpowiem na pytanie „czy macie takie dni”. Od miesiąca mam tylko takie dni. A w skali całego roku mam takich dni więcej, niż innych dni. Nie kopię pana tylko dlatego, żeby się nie spocić. Staram się też za dużo nie płakać, bo potem mi się soczewki źle na oku układają :)

      • Ola 16/12/2014 at 22:13

        @ Kanionek, praszam, niefajnie, że użalam się nad sobą, każdy ma jakiegoś garba, no ale dziś to już po prostu mi pękło. Obiecuję nie smucić. A Ty nie rozpuszczaj soczewek :)

        • kanionek 16/12/2014 at 23:28

          No czo Ty, Ola? A gdzie się będziesz użalać, jak nie tu, w tej oto wirtualnej Oborze (o Boże?). Zawiń się w słomę i szlochaj w garnek z owsem, kozy wybaczą. Mi też pękło, i nie wiem jak pozszywać, więc ten. Przecież już kiedyś mówiłam – piszcie ile i co chcecie, mięsem sobie porzucajcie, byle nie w innych, i szafa gra. Jest chociaż szansa, że jutro będzie lepiej?

          • Ola 17/12/2014 at 00:03

            Szansa jest zawsze? Latam koło tych szafek, zamykam wypadające szufladki i zatrzaskuję drzwiczki. Co chwilę jakieś się znów ze zgrzytem otwierają, a ja łup, trzask. Może się uda i znów na chwilę będzie spokój.
            podpisano: olabogawoborze

    • Ola 16/12/2014 at 22:01

      na drinka nie mam w tym miesiącu, a ciastko zjadam od 3 dni, bo piernika piekłam i „krojki” zostały… „Krojki” się należą przed świętami ;) I nie noszę soczewek, więc motywacja jakaś nędzna… Ach jo…

      • Lidka 17/12/2014 at 00:39

        @Ola

        Ja mam zawsze gdzies w lodowce jakas kryzysowa butelczyne. I robie sobie malego drinkusia w MOMENCIE, kiedy juz nic nie pomaga. Jak to mowia Rosjanie: bez wodki nie rozbieriosz, czy jak tam to idzie… Musze niestety chowac butelczyne przez malzonkiem, bo on ma tych MOMENTOW o niebo wiecej niz ja.

      • Kachna 17/12/2014 at 07:12

        Ola….ściski najmocniejsze.
        Ja zagłaskałam dziś już dwa koty. Więcej nie mam….

        • Ola 17/12/2014 at 10:53

          Dzięki. Głaskanie pomaga, a koty chyba nie wnoszą skarg?

  7. Ynk 16/12/2014 at 17:39

    Coś podobnego, grudniowy wypas? „Taki mamy klimat”.
    Te zobrazkowane pomysły, rozwiązania i innowacje robią wrażenie. Proste a skuteczne. Jeszcze trochę a stworzycie gospodarstwo samowystarczalne.
    Niech Ci woda obfitą będzie! :-) (ale tylko Ci, komarom ni)

    • kanionek 16/12/2014 at 18:28

      No właśnie sama się zdziwiłam, że po tej nocce z minus dwanaście i kolejnych niewiele cieplejszych coś na łąkach przeżyło. W ogrodzie kapustę pekińską tak zmroziło, że rozpłynęła się po ziemi jasnozieloną mazią, ale jarmuż wygląda, jakby nigdy w życiu nie czuł się lepiej. To samo jeżyny bezkolcowe, a nawet liście truskawek jeszcze kozom serwuję, zielone :)

      • Ola 16/12/2014 at 22:19

        Jarmuż można ponoć na grządce trzymać w zimie. Nam się nie udało sprawdzić, kiedyś, bo płotu jeszcze nie było i zające zeżarły.

      • Lidka 17/12/2014 at 01:28

        Tak zescie mi tym jarmuzem narobily smaku, ze dzis kupilam i udusze na boczku. Z cebulka. I drink do tego. I ciastko tez.

        • Ola 17/12/2014 at 01:35

          o! nigdy tak nie robiłam, z boczkiem powiadasz? i z cebulką?

        • Lidka 17/12/2014 at 01:53

          Tak tak ! Pycha. Polecam. Ola, lepiej?

        • Lidka 17/12/2014 at 04:10

          A wyobraz sobie, ze w poludniowych Stanach dodaja do tego jeszcze cynamon i lyzke brazowego cukru. Tez dobre, ale to tak zwany aquire taste.

          • Ola 17/12/2014 at 10:52

            lepiej chyba? takie smutki człowieka nachodzą, choć dotyczą tego co dawno i nieprawda. Dzisiaj do przodu :) Dzięki
            A ten cynamon? Mniam! Lubię i wypróbuję.

  8. sliwka 16/12/2014 at 18:49

    Czy na tym pierwszym zdjęciu przemyka również Gonazles, który wypuścił się na wiewiórki?

    • kanionek 16/12/2014 at 19:08

      Tak, ciągnął się za nami, taki nie do końca zdecydowany, czy chce być dziś tygrysem, czy skórką przed kominkiem. Odłączył się od stada gdzieś w połowie drogi i gdy wróciłam z kozami, on już grzał parapet :)

  9. Kachna 16/12/2014 at 22:14

    Patrząc na te zdjęcia zaczynam wierzyć. że internet trzymasz rzeczywiście w wiaderku…. Na lodówce. Albo w piwnicy.
    Hi hi hi.
    Dialog ze zwierzyną – jak zwykle the best.
    Fanką jestem. Zwierzyny też.
    Gonzales – całusy:)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa