Stop DHMO, czyli o babci na złość i czuciu mięty

Nie? TO NIE! Nie będę już czekać na deszcz. Może się wypchać diwodorem i udławić monotlenkiem. Z obiecanych przez prognozy opadów dostałam tylko jakieś popłuczyny – pięciominutową mżawkę i względne uczucie wilgoci w powietrzu.

Nadygałam wiadrem sto osiemdziesiąt litrów wody ze stawu, sprawdzając w studni latarką, na ile lustro sięga powyżej koszyka ssącego, bo w końcu muszę zrobić pranie, albo dwa. Śpimy w ostatniej zmianie pościeli, kończą się ręczniki i inne, bliższe ciału tekstylia. Jeśli dane Wam było w dzieciństwie przerobić serię przygód Pollyanny, to zapewne pamiętacie jej życiowe motto: gdy jest ci źle, pomyśl, że mogło być gorzej.

I tak przelewając wiadrem z prawie pustego w próżne, wizualizowałam sobie na pocieszenie, jak zaiwaniam z koszem pełnym dżinsów, prześcieradeł i skarpetek nad pobliską rzekę. Jak ostrożnie zsuwam się z tym bagażem po stromych brzegach w dół, łapiąc w tyłek kolce jeżyn, i jak później naparzam te mokre szmaty jakimś dębowym kijem, a łapy mi z zimna pękają na pół. Przy wlewaniu zawartości szóstego wiadra w ziejącą gębę studni skonstatowałam z satysfakcją, że jeszcze musiałabym uważać, zwisając nad mętną nurtu tonią, by nie wpaść do wody, bo bobry tylko czekają, żeby komuś upierdzielić nogę tuż pod kolanem, takie są ostatnio znudzone.

bobrza robota1

bobrza robota2

bobrza robota3

I to wcale nie są drzewa tuż nad rzeką, tylko jakieś 50 metrów od brzegu, a bywa, że i tuż przy leśnej drodze.

Przy siedemnastym wiadrze targniętym ze stawu skończyły mi się pomocnicze wizje i jakiś wcześniej mi nieznany mięsień między łopatką a kręgosłupem.

Przerzuciłam się więc na taczkę i łopatę. Po długim okresie nieaktywności krety i karczowniki wznowiły prace ziemne, a że matka gleba jest sucha i dżdżownice już dawno przeniosły się w okolice stawu, to kury nie rozgrzebują kopców, bo i po co. Ziemię z kopców można wykorzystać na kompost (co którąś warstwę odpadków organicznych) lub do wiosennej produkcji rozsad.

Korzystając z korytarza powietrznego dla airbusa, wyciętego w olszynowym lasku przez Energę, zabraliśmy kozy skrótem na łąkę, na której obrzeżach wciąż pyszni się soczysta, zielona koniczyna, a gdzieniegdzie nawet całkiem do rzeczy wrotycz i jakieś kwiatki podobne do rumianku. Anika by wiedziała. Pomogła mi zidentyfikować upartego, aromatycznego chwasta, którego nie szło się pozbyć z ogródka, jako… polną miętę :) I nie myślcie sobie że PFF, że miętę każdy głupi zna, bo w Polsce rośnie jej kilkanaście różnych gatunków plus mieszańce, a ta moja dodatkowo zalatywała nie tylko pieprzem, ale i cytrusami. Fakt, że dałam roślinę do przetestowania Tradycji i jej smakowało, też niczego ostatecznie nie wyjaśniał, albowiem Tradycja z równym upodobaniem zjadłaby kilogram lateksu i popiła wyciągiem z kalosza. A ja, dzięki Anice, całe lato nasączałam się jak biszkopt takim oto naparem:

mięta w kubku

Surowca miałam na pęczki:

mięta pęczek

Po dłuższej lekturze bloga http://chwilezachwycone.blogspot.com/ odkryłam, że wysokie i mało ozdobne wiechcie zielska porastające tereny przydrożne oraz część mojego podwórka, to aromatyczna bylica, której suszone kwiatostany służyły niegdyś za przyprawę do np. pieczonych mięs, a w dodatku ma ona właściwości lecznicze. I tak oto, czytając o cudzych pasjach, możemy sobie wyciągnąć korzyści osobiste i zapełnić wiedzą te szare komórki, które dotąd były do wynajęcia. Bylicę, rzecz jasna, ususzyłam. Pecik za nią przepada :)

bylica

A skoro już jestem przy Anice i jej blogach (tak, ma trzy blogi, a jeden jest poświęcony tylko ważkom!), to pora wyjaśnić, dlaczego Bożenka została Bożenką: http://inspirujacacodziennosc.blogspot.com/2014/08/wywiadowka-u-bozenki-o-przymiotach.html

A tu już kóz pasienie na koniczynie:

Irenka na łące

Irenka na łące2

kozy na łące2

kozy na łące

Tradycja na łące

Laser na łące

Atos na łące

Pecik

A to wspomniany korytarz. Zanim powstał, nasz dom był ukryty niczym orzeszek w kulce Ferrero i można nas było zobaczyć tylko z lotu ptaka. Zdarzało się, że kurier jadąc do nas po raz pierwszy, mijał nasz dom, przycupnięty wśród bujnej roślinności jak jajko wśród pęt kiełbasy w koszyku wielkanocnym, by zabrnąć w dzikie lasu ostępy i potem piłować mozolnie na wstecznym, bo w lesie nie ma gdzie zawrócić.

przez dziurkę od klucza2

przez dziurkę od klucza

przez dziurkę od klucza3

Płynąc na fali przypływu energii (bo dziś NIC mnie nie boli, nie licząc mięśnia za łopatką) dokończyłam rozpoczęte przez małżonka malowanie “farbą na rdzę” eksperymentalnego paśnika na siano, oczywiście dla kóz. Bo mają piękny, klasyczny żłób, w którym mieści się prawie cały balot siana i z którego można sobie elegancko wyciągać źdźbła przez przestrzenie pomiędzy żerdziami, ale nie. Kozy zaanektowały żłób na sypialnię, ubiły całe siano na sztywny materac, a do tego potrafią sobie do niego nasikać. Typowo kozia dezynwoltura i z kopytka wzięte przekonanie, że mi to siano spada z nieba, a wymiana obsikanego na świeże to dla mnie zaszczyt i czysta przyjemność. Bo obsikanego siana nikt przecież nie będzie jadł, proste. A że po ogrodzie walał mi się spory kosz z grubego, stalowego drutu (nie wiem, do czego służył, znalazłam go za oborą trzy lata temu i co roku przestawiałam w inne miejsce w nadziei, że napadnie na mnie co do jego dalszych losów natchnienie), to w końcu wymyśliłam, że ten kosz podwieszony na belce stropowej i zwisający nad ziemią na takiej wysokości, żeby każdy pyskiem dosięgnął, może się sprawdzić jako dyspenser siana. Co wieczór i rano będę do niego ładować porcję do bieżącej konsumpcji i problem – mam nadzieję – rozwiązany.

I w świerkowym lesie widzieliśmy sikorę czubatkę, sztuk dwie. Urocze maleństwa. Oczywiście, że akurat wtedy nie miałam aparatu. Tak samo jak wtedy, gdy obserwowaliśmy z całkiem bliska wiewiórkę, a ona nas, gdy podglądaliśmy leniwe, wodne akrobacje bobrów, albo wtedy, gdy po dachu obory śmigał zielony dzięcioł. I dlatego, proszę Państwa, ciągle oglądacie kozy.

A dziś na obiad była fasolka po bretońsku… Dobra, żartowałam. Idźcie w pokoju, to już koniec na dziś :)

nudy

1 7 8 9