Ballada o śmieciach, czyli pluję, gryzę i przepraszam

“Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną

do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych

(…)

gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała

gdzie się swym śmieciem pyszni okolica cała”

Pozwoliłam sobie zepsuć poemat Adama, dodając nieco prawdy ze swojego podwórka.

Mam też dla Was przeróbkę okupacyjnej rymowanki:

Siekiera, motyka, piłka, szklanka

lampka, kalosz i skakanka

siekiera, motyka, syf i swąd

weź pan swoje śmieci stąd!

I w tym miejscu uczciwie zamieszczam ostrzeżenie, że dalsza część notki zawiera treści i wyrazy, jest zupełnie nieśmieszna, może spowodować zgagę, rysę na szkle i zmarszczkę na czole. Osoby wrażliwe uprasza się o podjęcie innej lektury.

O co “mie biega”, mili Państwo. Nie wiem nawet jak zacząć, i obawiam się, że mogę mieć problem, żeby skończyć. Bo mi się we łbie nie mieści, a Wam może nawet wyobraźni nie wystarczyć. Po tym, jak ostatni jesienny załkał lyść, i gdy opadły już z pokrzyw sukienki, a krzaki bezwstydnie ukazywać poczęły nagie szczegóły swej anatomii, na jaw i na przekór złotoustym poetom wyłazić jęły z ziemi mej ojczystej ŚMIECI. Państwo pozwolą, że przybliżę, co mieści się pod tym pojęciem:

Szmaty, gruz, szkło, sznurek, siatki i worki, sieci rybackie, lampki choinkowe, blistry po tabletkach, buteleczki i butelki, szklanki, kubki i słoiki, buty, torebki, paski, lina stalowa o grubości 2 cm, drut zwykły, drut kolczasty, druciki, kable, wiązki kabli, puszki po piwie, puszki po konserwach, cerata, brezent, papa, eternit, garnki, widelce, rękojeści, obejmy, uchwyty, osłona plastikowa filtra powietrza samochodu współczesnego, elementy sprzętu rtv i agd, nakrętki, zakrętki, kapsle, plastikowy korek, gwoździe jebitne, część robocza motyki, łańcuchy, butelka po oleju silnikowym, prawie cała koszula z guzikami, skarpetka, kalosze, ramka od obrazka, wiaderko plastikowe, słuchawka telefoniczna, zawiasy różne, klamka, łuski od nabojów, baterie różne, płachta filcu, kanister, inne przedmioty niezidentyfikowane.

I powiem tak. Jeśli jakimś cudem, lub za czyimś pośrednictwem, czytają to poprzedni właściciele tego gospodarstwa, to niech się, kurwa, wstydzą. Przepraszam, ale musiałam, więcej kurew nie będzie (ale jak skończyłam pisać, to się okazało, że jednak były).

Wygrzebaliśmy już z ziemi na terenie wokół domu pół ciężarówki śmiecia. Zbieramy na bieżąco to, co wyłazi za oborą, nad stawem, za garażem i drewutnią. Co roku wyłażą nowe śmieci, z których najbardziej cieszy nas szkło i druty, a tylko trochę mniej przedmioty z blachy o ostrych krawędziach. Tego są ilości niewyobrażalne. To nie jest gdzieś porzucona butelka, gdzie indziej pieprznięta szmata. To są POKŁADY śmieci wyrzucanych na tyłach gospodarstwa lub zakopywanych w ziemi na podwórku przez dziesięciolecia. Moja niewielka szklarnia ma trzy na cztery metry. Żeby przekopać te dwanaście metrów kwadratowych trawnika na którym powstała, musieliśmy wygrzebać z ziemi trzy taczki gruzu ceglanego, szkła, drutu i innego kur… tego, znaczy się, śmiecia.

Czasem, gdy się człowiek napatoczy na wystający z ziemi sznurek (jaki Państwo sobie życzą: zwykły pakowy, syntetyczny niebieski lub biały, linkę do wieszania prania, żyłkę wędkarską na słonia, w bardzo wielu zwojach?) i pociągnie, to odkopie razem ze sznurkiem zaplątane weń inne śmieci, do wyboru z listy już przedstawionej. Śmieci poprzerastane są korzeniami drzew, krzewów i chwastów.

Zbieranie, czy raczej mozolne wydłubywanie z ziemi cudzych śmieci jest nieprzyjemnym zajęciem (pozdrawiam panią o której wiem już, że stosowała globulki dopochwowe), a jakby tego było mało – niebezpiecznym. Potłuczone szkło, blacha i drut wymagają obsługi w skórzanych rękawicach. Musicie wiedzieć, że piszę ten tekst powoli, zdanie po zdaniu, często stawiając kropkę, gdyż krew mnie zalewa i muszę się kontrolować, żeby mi się ten worek z przekleństwami nie rozwiązał.

Przerwa na tabletki od bólu dzbanka.

Nosz kurwa mać! Przepraszam. A wiecie, co mnie najbardziej i nieustająco urzeka? Wspomnienie o tym, że poprzedni właściciele zabrali stąd absolutnie wszystko, włącznie z głupim kinkietem lampki łazienkowej, kretyńskimi aniołkami z ogródka skalnego i HUŚTAWKĄ drewnianą (chyba dźwig musieli zamówić), a zostawili nam swojego psa i swoje pierdolone śmieci. Pies Atos jest fantastyczny i całe szczęście, że został z nami, ale te śmieci, panie Cebulacki, mogłeś sobie wziąć, razem ze swoją huśtawką, kinkietem, pretensjonalnym amorkiem i jego fikuśnym siusiakiem. Amen.

A nie, jeszcze nie amen, jeszcze nie wszystkie naczynka krwionośne na mym wkurzonym obliczu zrobiły psst i rozlały się w pajęczynki. Jeszcze tylko dodam, żeby nie było wątpliwości: poprzedni włodarze mieszkali tu przez 30 lat i tak, wiem na pewno, że to są ich śmieci. I próbowałam ich, jak również ich protoplastów (niektóre butelki wyglądają mi na lata pięćdziesiąte), rozgrzeszać: że może kiedyś śmieciara tu nie dojeżdżała? Że może to, a może tamto? Ale po pierwsze kurde: znajdujemy puszki po makreli w sosie pomidorowym z datą przydatności, która upłynęła zaledwie kilka lat temu, czyli już za nowej cywilizacji europejskiej, a po drugie kurde: po kiego amorka niedobitego było rozrzucać ten chłam gestem rozrzutnika gnoju po całym terenie?? Było zrobić jeden dół konkretny, lub wybudować byle szopkę na ten śmietnik. Można to było zorganizować na tysiąc lepszych sposobów, niż państwo Cebulaccy to uczynili.

Nie rozumiem, jaki problem mieli z wywożeniem puszek na złomowisko, skoro i tak jeździli samochodem do miasta po zakupy? My swoje puszki wywozimy. Gruz można składować na jednej kupie, nawet i za oborą. Sznurki zwijać w kłębki i trzymać w jednym worku. No ludzie, przecież to są elementarne rzeczy. Teraz, po wielu latach od ukończenia szkoły podstawowej rozumiem doskonale, na czym polega moralność Dulskich. Na chacie skórzana sofa, udrapowane w oknach firanki, dizajnerskie meble na wymiar w kuchni, nowiutki telewizor w sypialni i nadąsany amorek w ogródku, a za płotem syf, makrela i stare podpaski. I love you Cebulacki, i cytując z refrenu piosenki Sandlera: I hope you fucking choke.

PS. Dzięki uprzejmości suszy i wyparowaniu połowy wody ze stawu w tym roku uprzątnęliśmy kolejny kawałek terenu z rozpadającego się obuwia, odzieży, plastiku i złomu: odsłonięte brzegi stawu. “Wiesz co, kochanie? Te kozaczki już są chyba niemodne, no i fleczek mi tu odpadł. WYJEBIE DO STAWU, CO?”. “Oczywiście, kochanie, a skoro już idziesz, JEBNIJ w wodę jeszcze akumulator od Żuka i tę koszulę, co ją sobie pomidorową poplamiłem”.

Dziękuję, przepraszam, następny wpis będzie o kozach i jabłkach. Tak mi dopomóż… Wy wiecie kto :)

1 2 3 4 5 9