Komu bije w dzwon, czyli miej litość Bożena

W koziarni pachnie Bożym Narodzeniem, bo przywieźliśmy z małżonkiem taczkę z czubkiem gałęzi świerkowych, kozy żują jak oszalałe i w powietrzu unosi się zapach świeżo mielonego igliwia i dzwonią dzwoneczki. A dokładniej nie dzwonią, tylko dyndają. I nie dzwoneczki, tylko wielkie jaja Pecika.

Może na wstępie taka informacja dla fanek Pecika. Macie niewymowne szczęście, że tapety na ekranie monitora są bezwonne, w przeciwieństwie do trójwymiarowego Pecika, który jedzie jak stwór nieboski. I mam w związku z tym kolejną rymowankę okolicznościową: Pecik, Pecik, oszczałeś sobie tupecik. I nie tylko tupecik. Bo tudzież nóżki i grzbiecik.

Podobno kozły tak robią, by wzmocnić swój samczy autorytet, i co gorsza, kozom się to podoba. Co jeszcze gorsza gorsza, gorliwy Pecik nie poprzestaje na samobiczowaniu, o nie. Gdy tylko któraś panna kucnie z wdziękiem, by zasilić ściółkę w płynne mikroelementy, Pecik mało nóg nie pogubi by zdążyć na prysznic. I robi potem taką zabawną figurę: przeciąga się jak pies, wyginając grzbiet ku ziemi, unosi wysoko górną wargę ukazując seksowne, nagie dziąsło, i zasysa powietrze z ekstatycznym wyrazem pyska. Ogólnie rzecz ujmując – bardzo jest z siebie zadowolony. Ja trochę mniej, ale kto tu się liczy z moim zdaniem?

Aha, a wszystkie czytelniczki, które pragnęły zostać kozą Kanionka, powinny to jeszcze dobrze przemyśleć. Dziś bowiem siedziałam sobie jak zawsze w koziarni na odwróconym wiadrze, patrząc jak wszyscy jedzą, aż tu nagle przylatuje do mnie Pecik, z jakimiś PRETENSJAMI! Obszczekał mnie, obszarpał za rękaw, strzelił z czółka, popatrzył nagląco, a gdy w końcu wstałam nie wiedząc czego się spodziewać, wspiął się na te swoje krzywe tylne nóżki i próbował wykoziołkować moją nogę! Komuś tu ewidentnie na obsikany dekiel padło. I szkoda, że go nie widziałyście, drogie wielbicielki. Wzrok miał bowiem dziki i suknię plugawą, a mokre na czółku kędziorki poskręcały mu się w diaboliczne loczki, zaś po drugiej stronie rogów tupecik miał potargany jak szalony profesor fizyki, zapewne jądrowej. Wyglądał jak miniaturka Szatana i brakowało mu tylko dymiących nozdrzy. Przysięgam na czarny wąs Tradycji, że się go wystraszyłam.

Tymczasem do meritum. Obiecywałam, że Bożeny macać już nie będę? Obiecywałam. I nie macam. Jednak codziennie obserwuję, brzuch Bożeny wzrokiem przeszywam, śledzę, spojrzeniem omiatam, prześladuję. I NIC się tam nie rusza. Wczoraj, po godzinnym szczotkowaniu całego koziego inwentarza i obowiązkowym drapaniu Bożeny na jej wielokrotnie wyrażone życzenie, osiągnęłam stan świętego spokoju i ostatecznie, jak mi się wydawało, pożegnałam obłęd.

Bożena, mówię, nie ma sprawy. To nic, że nie będzie koziołków. Jesteś u nas już dwa miesiące, żresz za trzech, wyglądasz jak balot siana na czterech kopytkach, ale to nic. I tak cię kocham. Po prostu jesteś baryłą i tyle. Taka uroda, ze mnie też niby coś miało być, a nie ma. I poszłam sobie spać całkiem zadowolona, że nie muszę się już niczym martwić, love and peace, kompot może być bez śliwki, maszyna losująca wyciąga blanka a rakieta nie odczepia silników. End of story.

TYMCZASEM dziś Bożena wypuściła tyłem taki długi glut… Przepraszam, mam nadzieję, że nic akurat nie jecie? No więc taki długi śluzoglut wyprodukowała, biegając z nim od żłobu do garnka, jakby nigdy nic. No to ja pobiegłam po ręcznik papierowy, przechwyciłam glut, obwąchałam podejrzliwie (bo wiecie, naczytałam się o stanach zapalnych dróg rodnych u kóz), i – naturalnie – wpadłam z powrotem w obłęd, jakby wczorajsze zen w ogóle się nie wydarzyło. Glut był całkowicie bezwonny, w kolorze kremowym. To dobrze. Tylko CO ON OZNACZA? Że Bożena jest w rui? Że jest w fazie przedporodowej? Gdybyście przeryli przez tyle wątków okołoporodowych na kozich forach co ja, to wiedzielibyście, że… na dwoje babka wróżyła. A nawet na troje, niestety, bo opcje są dokładnie trzy: ruja, zbliżający się poród, zbliżający się poród martwego koziołka. Uff. Napisałam to. Naczytałam się o martwych koziołkach, a że w Bożenie nic się nie rusza, to weźcie mnie zastrzelcie, bo nie wiem, jak to zniosę.

Pecik się do niej nie zbliża, ale to raczej z obawy o własne życie. Bożena ma go w głębokim poważaniu, bo on dla niej sam jest jak glut, niepotrzebnie zwisający z tyłka wszechświata. Coraz bardziej korci mnie, żeby zadzwonić do pani weterynarz z pytaniem o to USG. Ale czy powinnam niepokoić Bożenę (zawsze to obca osoba i do tego ganiająca czymś dziwnym po brzuchu) tylko dlatego, że mi padło na dzban?

No i nie mam już siły pisać o moich ulubionych jabłkach z dzieciństwa, o tym że małżonek napompował mi wody ze stawu do studni i mogłam umyć włosy i pojechaliśmy przebrani za ludzi na wybory, o tym że małżonek zabezpieczył drewniany próg kurnika blachą z puszki po brzoskwiniach, bo w nim myszy tunel wygryzły, ani o tym, że w ogóle piszę do Was tylko dzięki temu, że małżonek skutecznie ocucił mój klaptop po śmierci klinicznej z powodu atrofii wiatraczka. Nie mam siły, bo czytam ponownie te wątki o kozich porodach i oglądam zdjęcia kozich dup, co chwilę latając do koziarni i świecąc zdziwionej Bożenie latarką pod ogon.

Eny noł kłeszczyns, że pardą?

PS. Przypomniałam sobie: będąc u Mamy korzystałam z jej komputera i na Kanionek.pl doznałam wstrząsu z powodu strasznej czcionki. Strasznej. U mnie jest ładna i czytelna. U Mamy jest popierdolona i gryzie w oko. Żadne ustawienia czcionki z poziomu przeglądarki nie pomogły. Czy Wam się dobrze czyta?? Czy też macie takie posklejane jak bliźnięta syjamskie, wielkie bukwy tnące rogówkę jak wyszczerbiony skalpel? Bo jeśli tak, to muszę coś z tym zrobić.

1 2 3 4 9