Fura, ekoskóra i magazyn dziwów, czyli o Gwiazdolocie

Akuku! Niespodzianka. Pies Interwencja pozdrawia z grodu Neptuna.

Laser w Gdańsku

Jak wiecie istnieje w przemyśle muzycznym coś takiego, jak piosenka drogi. Nie wiem, czy będę oryginalna, jeśli zaprezentuję Wam ekwiwalent blogerski – wpis drogi, albo wpis po drodze, ale i tak zaprezentuję.

Pędząc na spotkanie z Mamą swoim Gwiazdolotem* i osiągając zawrotne prędkości rzędu 100 km/h, umilałam sobie czas układając w głowie to, co właśnie czytacie. Może nie DOKŁADNIE to, bo najlepsze myśli uciekają mi zaraz po tym, jak się pojawiły (by nie wrócić już nigdy), ale coś w przybliżeniu. Na tylnym siedzeniu Gwiazdolotu wiozłam Psa Interwencję, czyli znanego Wam już Lasera. I wspólnym wysiłkiem wymyśliliśmy sobie nawet stosowną na tę drogę piosenkę, śpiewaną na melodię popularnego niegdyś szlagieru “Autostop”:

Jedziemy Gwiazdolotem

jedziemy Gwiazdolotem

Gdzie szosy wstęgi szare

Tam Laser drze koparę

I nie myśl już, co będzie potem

Jeśli chcecie naprawdę poznać Lasera, musicie posiąść wiedzę również o ciemnych rysach jego osobowości. Każdy jakieś ma. Ktoś np. zbiera znaczki i gotów zabić w obronie najcenniejszego klasera, ktoś inny lubi ogolić sobie jajka i założyć mamuni szpilki. Laser zaś, jako Pogromca Wszystkiego Co Żywe, podczas każdej przejażdżki samochodem lubi bacznie wypatrywać przez boczną i tylną szybkę wszystkiego, co zasługuje na srogi ochrzan. Nie przepuści żadnej okazji, by śmiertelnie wystraszyć: wyprzedzanego rowerzystę (lub skuterzystę), mijaną krowę (lub konia), zwisającego w filozoficznej zadumie tuż nad linią ciągłą okolicznego lumpa, że nie wspomnę o innych psach. Laser na dodatek niekoniecznie musi coś lub kogoś takiego widzieć. Wystarczy, że WYDAJE mu się, że widzi, a już kopara idzie w ruch, bryzga wokół z pyska piana, a gdyby nie fakt, iż zagłówki w Gwiazdolocie obleczone są grubym tworzywem skóropodobnym, to fruwałaby rozszarpana na strzępy gąbka, co do której jestem przekonana, iż siedzi w zagłówkach. Taki los spotkał gąbkę z zagłówków naszego poprzedniego samochodu, Daewoo Nexia. Co zrobić, TO jest silniejsze od niego.

Jeśli jesteście ciekawi, o czym mówi ostatni wers piosenki, “I nie myśl już co będzie potem”, który tylko z pozoru zupełnie tam nie pasuje, to spieszę z wyjaśnieniami. Wers mówi o tym, że nie ma sensu oddawać się czczym rozmyślaniom na temat “co będzie po zawale, którego właśnie doznaliśmy”. A dlaczego doznajemy zawału? Bo jedziemy sobie od dłuższego czasu zamyśleni. Jedziemy zamyśleni, gdyż nie mamy innego wyjścia – rok temu zmarł nasz samochodowy odtwarzacz CD, a wkrótce dołączyło do niego radio. Nie możemy więc błogo zatapiać się w nurtach płynących z głośników (całkiem jeszcze jak na złość dobrych) pieśni na okoliczność podróży wybranych. Musimy, niestety, myśleć.

Snujemy więc w myślach wątki różne, rozgrzebujemy sprawy zadawnione, roztrząsamy zagadki wszechświata (słyszeliście o anomalii sond Pioneer?), coraz bardziej oddalając się duchem od przemykającej za oknami rzeczywistości, aż tu nagle jak nie JEBUDU! Ożywa Kopara Sprawiedliwości, czarna furia przechodzi w lotny stan skupienia i jest prawie wszędzie, fruwa wspomniana piana, a sztywny ogon Pogromcy naparza nas po potylicy. Krowy padają zemdlone, rowerzyści gubią łańcuch, czapkę i przerzutki, a zwisający lump z wrażenia decyduje się przekroczyć Rubikon linii ciągłej. Nie mamy już o tym na szczęście bladego pojęcia, bo zdążyliśmy zejść na zawał i przywitać się w zaświatach z naszym radiem i odtwarzaczem CD.

A za co tym razem ten uszczerbek na moim kardiologicznym status quo? Za sztuczne, kurde, psy. Dwa plastikowe owczarki, wykonane w skali 1:1, ustawione zamiast tych nudnych bocianów i krasnali, na podwórzu przydrożnego zajazdu. Zastygłe w pozie “chyba widzę zająca” owczarki dostały od Lasera opiernicz wszech czasów, a ja kolejną bliznę na najważniejszym mięśniu jaki mam na stanie. I taka uwaga na marginesie – małżonek nigdy nie przyzna, że dybie na moje życie, ale sami powiedzcie – dlaczego na pół godziny przed odjazdem wcisnął mi tego chudego opętańca do towarzystwa, jak zatrutą kanapkę z jajkiem na drogę, i nawet spakował mu jedzonko na trzy dni i miseczkę? “Bo Twoja mama go tak lubi…”. AKURAT! To znaczy lubi, owszem, moja Mama lubi wszystkie zwierzątka, ale nie oszukujmy się – nie mogło tylko o to chodzić. Na poparcie swojej teorii mam jeszcze jedno zagranie małżonka, którym moim zdaniem chciał sobie zapewnić, że jeśli nie zejdę na zawał, to może przynajmniej mnie zamkną w psychiatryku. Zaproponował mianowicie, że skoro nie mogę zabrać ze sobą koziołków, to może wzięłabym chociaż jednego koguta. Witamy u czubków, droga pani, pieska poddamy egzorcyzmom, a kogucika podamy na kolację.

Odkładając na bok tak pięknie kobiece uwielbienie dla teorii spiskowych i paranoi, i korzystając z tego, że Mama już śpi, a ja wciąż jadę na nadwyżce adrenaliny, opowiem Wam o tym, jak zmienia się rola samochodu w życiu człowieka, gdy człowiek zostaje wieśniakiem. Po moim (niegdyś błyszczącym od wosku) samochodzie chodzą sobie kury, kiedyś jedna koza, śpią na nim koty, a czasem i psy. W moim samochodzie jeżdżą kury, kozy, koty, psy, suszony chleb, skorupki jajek, worki ziemniaków, marchwi i cebuli, rury, rurki, siatki, gruz w wiaderku, grzyby nanizane na nitki… Latem bowiem Gwiazdolot zamienia się w uniwersalną suszarnię. Jeśli macie stary samochód, fabrycznie pozbawiony klimatyzacji i fabrycznie wyposażony w szyby z tej epoki, gdy nie stosowano w nich zmyślnych filtrów światła słonecznego, to Wasz samochód również świetnie nadaje się na suszarnię.

Pozostawiony w słońcu nawet z lekko opuszczonymi szybami, i tak nagrzeje się do sześćdziesięciu stopni. A skorupki jajek naprawdę łatwiej zmielić w młynku do kawy, gdy są suchutkie – kruszą się wtedy niemalże pod samym spojrzeniem. Czerstwy chleb pokrojony w kromki jest gotowy do przepakowania w worki po upływie doby. Grzyby max po dwóch. I po jakimś czasie już nie przeszkadza Wam, że przed wyjazdem po zakupy do miasta zapomnieliście zdjąć z tylnej półki pod szybą kartonik ze skorupkami, a pomiędzy uchwytami obu stron kabiny dyndają na nitkach rozczłonkowane podgrzybki.

wieśauto1

wieśauto2

Jestem właścicielką tej emerytowanej taksówki dopiero niecałe trzy lata, a już stała się ona samochodem wielu wspomnień i równie wielu zastosowań. Dziękuję ci, mój wierny Gwiazdolocie!

*Gwiazdolot – Mercedes Benz, model 200D, rocznik 1992. Kremowy. Przyspiesza do setki w niecałe trzydzieści sekund. Brak stref zgniotu, bo po co miałby mi się samochód pognieść??

PS. Nie, proszę pana, który mi siedzisz na tylnym zderzaku w swojej błyszczącej audicy, nie mogę jechać szybciej po tym dziurawym prawym pasie, bo ja tu wiozę dla mojej Mamy wiejskie jajka, słoiki z kapustą, ogórkami i grzybami, że nie wspomnę o butelczynie malinowej nalewki. Chce pan pogadać z Psem Interwencją??

75 thoughts on “Fura, ekoskóra i magazyn dziwów, czyli o Gwiazdolocie

  1. sliwka 09/11/2014 at 13:47

    Mieszkańcy grodu Neptuna witają delegację z Koziarni :) Zaprosiłabym na kawę, ale obawiam się, ze moje koty by nie przeżyły spotkania z Laserem.

    • kanionek 09/11/2014 at 19:35

      Kawa! Ja tu mam tak napięty grafik, że niedobór kawy w organizmie będę uzupełniać w nocy :D Mam już na przykład bagażnik pełen jabłek, dwa garnki jabłkowego musu, słoik zupy na drogę, a jutro gościmy Babcię i będzie dużo opowieści… Laser pozdrawia Twoje koty i mówi, że dobra, tym razem im się upiekło, ale on tu jeszcze kiedyś wrrrróci.

      • sliwka 10/11/2014 at 13:39

        Koty w ramach protestu okopały się w pościeli i twierdzą, że tą pozycję zajmują do wiosny.

  2. Fredzia 09/11/2014 at 13:59

    Dziękuję, Kanionku, że JESTEŚ :)

    Rzeczywistość potrafi tak kopnąć w dupę, że człowiek nie ma siły, by się odwinąć i jej oddać. A jak już niemoc minie, zamiast pałania żądzą zemsty jest ulga, że skończyło się na 4 dniach w szpitalu i 120-złotowym rachunku z apteki.

    Będzie refleksyjna dygresja na temat – lekarka wypisując moją lepszą połówkę do domu wręczyła Mu receptę i nabazgrała „coś tam coś tam” o dawkowaniu. Połówek – jak na prawdziwego mężczyznę przystało – minutę później nie pamiętał ani zaleceń ani nawet nazwiska lekarki. Godzinę błąkałam się po oddziale próbując znaleźć innego łapiducha, by wreszcie usłyszeć „te rano, te potem”. Kolejną godzinę zajęła lektura wszystkich ulotek, dzięki której wiem, że jedne leki trzeba brać na czczo, inne obficie popijając, jedne przy jedzeniu, ale nie białego sera, a drugie broń Boże razem, bo się nie lubią. Rozpisałam harmonogram godny kartki z Twojego kalendarza i niczym idealna pielęgniarka co dwie godziny przekonuję pacjenta, że tabletka w żołądku jest lepsza niż jej brak. Każda kobieta, która kiedykolwiek miała do czynienia z chorym facetem wie, że dopóki mają gorączkę i coś ich boli, połkną nawet pigułki z suszonej żaby, ale jak tylko poczują się lepiej przyjmowanie leków uznają za szatański wymysł mający pozbawić ich męstwa, jajek, honoru i godności. Koniec refleksji.

    W takich chwilach bardzo BARDZO pomagają mi Twoje kozie opowieści. Kiedy mózg krąży po farmaceutycznej orbicie, każde lądowanie na planecie wolnej od zarazków jest jak letni wypad z przyjaciółmi :)

    Przepraszam za przynudzanie, ale musiałam spuścić trochę pary. Na studiach czytałam, że ci, którzy tłumią emocje kończą w piwnicy ozdobionej narządami sąsiadów, ale nie mamy piwnicy, więc staram się nie tłumić ;)

    • kanionek 09/11/2014 at 19:32

      :D Nie no, pewnie, że lepiej nie tłumić. Ale jakby co – dobrze zapasteryzowane (mięso trzeba minimum trzy razy, przez trzy kolejne dni) może stać i w ciepłym ;) Dla niepoznaki i żeby żaden Policjant nie miał ochoty zaglądać, na drzwiach szafki przechowującej TAKIE słoiki, wystarczy nakleić duży napis: tampony.

      Na temat szpitali przemilczę godnie (byłam pensjonariuszką o pięć razy za dużo, najdłuższy pobyt – miesiąc), bo Barbarella powiedziała, że każdy człowiek ma jeden worek przekleństw na całe życie (czy jakoś tak) i boję się, że mój worek opróżniłby się na tym jednym komentarzu.
      Co do chorujących facetów – Ty się ciesz, że Twój chociaż w malignie coś przyjmie. Mój jest czujny jak ważka i tabletki żadnej i na nic nie łyknie, choćby wił się w męczarniach. Może on jest kotem?? Następnym razem spróbuję mu podać w maśle.
      Nie wiem, czy już kiedyś o tym wspominałam, ale NIE PRZYNUDZASZ. A Twojemu życzę zdrowia. A Tobie zdrowia i wytrwałości :)

    • ciociasamozło 12/11/2014 at 10:16

      Fredziu, pamiętaj, że są też tacy, co nie tłumią emocji, a u których narządy sąsiadów służą za dekoracje świąteczne na ganku czy balkonie ;)
      Prawda, że Kanionek dobry jest w zdrapywaniu z podłogi i dodawaniu życia jestestwu zdeptanemu przez różne upiory?

      Ps. Trzym się! Mnie ostatnio, na spółkę z Kanionkiem, pomogła książka „Maju-Baju, czyli żyrafy wychodzą z szafy”

      • Fredzia 13/11/2014 at 15:21

        Kanionek jest dobry na wszystko
        Kanionek na drogę za śliską
        Kanionek na stopę za niską
        Kanionek podniesie Ci ją :)

        Mnie podnosi jeszcze fantazyjny humor Pratchetta i kosmiczna fabuła opowiadań sci-fi – im coś dzieje się dalej od Ziemi, tym łatwiej strumień mojej świadomości obsikuje tutejsze upiory.

        Przy okazji protestuję przeciwko określeniu „kosmiczna pustka”, które z racji wielu kosmicznych bytów nie ma racji bytu ;) Czego dowodem historia Filipka, któremu po 10 latach udało się wreszcie dopaść rozwydrzoną ruską biczkę :D Zuch chłopak! I gratulacje dla kobiety, która przez parę godzin prowadziła non-stop transmisję z centrum kontroli lotu (paru jajogłowych i monitory z cyferkami – żadnych przekazów live, pasjonujących nagrań, pierwszych kroków dla ludzkości i selfie z kosmitami) i potrafiła tę przeraźliwą nudę zmienić w całkiem zajmujące widowisko.

        Oraz dołączam do ukłonów i wyrazów za odmienienie psiego losu. Mam nadzieję, że w Bożej Kartotece zaświadczenia o stosunku do zwierząt drukowane są czerwonym kolorem i zaznaczane błyskającymi jak światełka na pasie startowym fiszkami, by Wielki Kadrowy od razu był naprowadzany na właściwy kurs i widział, komu jaki przydział się należy ;)

        • kanionek 13/11/2014 at 17:42

          Fredzia, Ty bestio :D
          Weź nie bądź taka i chociaż małego blogasia autorskiego odpal (wiem, wiem, nie masz czasu, zarobiona jesteś, żadnej roboty do końca roku nie weźmiesz), bo na bank nie tylko ja byłabym Twoim stałym czytelnikiem.
          I kurczę, zgodnie z Waszymi poradami postanowiłam zacząć Świat Dysku od początku, z żalem rozstając się z napoczętym Zimistrzem. Mam tylko nadzieję, że życia mi wystarczy, bo spis książek do przeczytania wciąż się wydłuża. Na dodatek wczoraj wieczorem, gdy padł mi klaptop całkiem na amen, wzięłam się za sprzątanie i znalazłam za łóżkiem książkę, którą parę miesięcy temu zaczęłam czytać, a potem przepadła. No to teraz muszę ją dokończyć, bo zapowiada się nieźle („The Terrible Privacy of Maxwell Sim”, Jonathan Coe – ktoś czytał?), a mam jeszcze jeden projekt do zrealizowania i…

          Teraz tak: z tym Filipkiem to pojęcia nie mam o co chodzi i choć się wstydzę, to się przyznaję. Co do kosmicznej pustki, to może ona ciut pokrzywdzona, że się tak o niej zimno mówi, ale sama sobie winna. Było się rozkurczać? Znaczy rozszerzać? W kupie zawsze raźniej i weselej, a teraz co – między jednym ciałem niebieskim a drugim takie przestrzenie, że nikt nawet nie ma takich ilości sucharów z kminkiem i książeczek z dowcipami, żeby wystarczyło na podróż.

          Wielki Kadrowy i Jego Kartoteka. Jestem jak najbardziej ZA tymi światełkami! Niech błyskają tak intensywnie, żeby Kadrowy oślepiony ich blaskiem nie dojrzał już tych ciemnych stron Kartoteki Kanionka, to może mi się jakoś upiecze… Niekoniecznie w Czarcim Kociołku ;)

          • Fredzia 14/11/2014 at 16:17

            Szortem, bo dziś czas ma krótkie nóżki – 10 lat temu Europejska Agencja Kosmiczna wypuściła sondę Rosetta w pogoń za kometą Czuriumow-Gierasimienko (od nazwisk rosyjskich naukowców, którzy ją wypatrzyli). Skomplikowane to było wielce, bo nie dało się pruć jak poseł Hofman po najmniejszej linii oporu, tylko trzeba było zataczać kółka niczym Polak w drodze na poprawiny*
            W końcu jednak Rosetta kometę dopadła i posłała na nią lądownik Philae. I tak 12 listopada Filipek dosiadł ruskiej biczki. Wyjątkowo zimna i niegościnna to damesa:
            http://www.crazynauka.pl/wp-content/uploads/2014/11/Welcome_to_a_comet-800×467.jpg
            nic więc dziwnego, że Filipek zamiast od razu przykomecić, fiknął na kilometr w górę i wrócił dopiero dwie godziny później. A teraz leży na boku i ma jedną nóżkę bardziej, co trochę martwi jajogłowych, którzy w ekstazie powsadzali mu za majtki uczelniane granty, bo może się okazać, że Filipek będzie najdroższą w historii wszechświata wyrzuconą pralką (takiej jest wielkości). Miał bowiem mierzyć, ważyć, rejestrować i zapuszczać sondy (w tym jedną made in Poland), a na razie leży i słucha komeciego śpiewu:
            https://soundcloud.com/esaops/a-singing-comet
            Co moim prywatnym zdaniem dowodzi, że po pierwsze kosmos żyje, a po drugie – nawet tam obowiązuje gra wstępna ;)

            * Na komecie spotykają się Amerykanin, Rusek i Polak.
            – Ja tu mam pierwszeństwo, bo mnie wysłała NASA – mówi Amerykanin.
            – To ja mam pierwszeństwo, bo mnie wysłał ZSRR – upiera się Rusek.
            Obaj odwracają się w stronę Polaka.
            – A ty?
            – Ja z wesela wracam.

          • kanionek 16/11/2014 at 23:41

            :D

            Rany Jowisza, Fredzia, ja wiem o tym lądowniku na komecie, i żeby było śmieszniej, dopiero na drugi dzień po Twoim pierwszym komentarzu załapałam, że to o to chodziło z tym Filipkiem i ruską biczą. I to jest najlepszy dowód na to, że paracetamol brany regularnie przez piętnaście lat szkodzi na mózg. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu szukałam powiązań w świecie fikcji literackiej i nic mi nie pasowało. A łeb nadal boli.
            A dowcip przedni. Lubię takie.
            I faktycznie lipa z tym milczeniem Filipa, bo takie było WOW i HURRA, a teraz smętna, czarna dupa. Ale jakieś tam dane powysyłał. I w kontekście mojego ostatniego wpisu o śmieciach to można powiedzieć, że zrobiliśmy ogromny krok naprzód. Najpierw naśmieciliśmy na Ziemi, potem na jej orbicie, a teraz to o – pierwszy złom made by human wylądował na komecie. Ma się ten rozmach, hreh hreh.

  3. mp 09/11/2014 at 14:31

    O popatrz, co za uniwersalna maszyna, wypisz- wymaluj jak z telezakupów :) Chyba polubię mercedesy, za ich uniwersalność i przydatność w gospodarstwie domowym.
    co do uniwersalności zamochodów- niestety, mam za mały ogródek i nie mam takiej możliwości, ale zawsze marzył mi się mały kurnik, w sam raz nadawałby się nań mój ś.p. matiasek (czyli matiz)…
    A dzięki Psu Interwencji przynajmniej nie uśniesz w podróży :)

    • kanionek 09/11/2014 at 19:21

      Mało kto lubi spotykać te merce na swojej drodze, bo faktycznie zrywne są jak fura z węglem, ale ja się golfom i passatom śmieję w nos. Nie jeżdżę lewym pasem, jeśli mogę to ułatwiam wyprzedzanie mojego wehikułu, a najważniejsze jest to, że ta maszyna, gdy raz się już rozpędzi, to „sama jedzie”. Mam wielkie okna, wszystko widzę, w środku można wyprostować nogi i ręce, nie błyska mi po oczach osiemdziesiąt osiem światełek od czujników wszystkiego, i nawet mam zegar wielki jak w kuchni :D A gdy ktoś zechce mi wjechać w zad, to biada jego puszce z folii śniadaniowej.
      Tak, matiasek by pomieścił spokojnie 10 kur, plus kogut za kierownicą :)
      Dzięki Psu Interwencji nie mogę spać jeszcze długo po podróży :D

  4. shal 09/11/2014 at 14:44

    Oby Twój dowcipny małżonek nie musiał być samotnym akuszerem.Trzymam kciuki za Bożenkę.Serdeczne pozdrowienia dla Mamy.Uważaj na pieska,choć mam nadzieję,że w Gdańsku nie sypią trucizny na trawniki,tak jak u nas w kilku dzielnicach.Na szczęście mój piesuś zawsze w kagańcu na spacerach.

    • kanionek 09/11/2014 at 19:09

      Nie strasz, bo już dwa razy dzwoniłam i małżonek nie odbiera. Może właśnie odbiera u Bożeny…? Pewnie najadłby się trochę stresu, ale wierzę w jego rozsądek i zimną krew. Niewykluczone, że byłby lepszą akuszerką niż taka jedna panikara ;)
      Trucizny na trawnikach?? Ludzie nie przestaną mnie zadziwiać. Ja nie mam dzieci, ale jest wiedzą powszechną, że maluchy lubią czasem coś podnieść z ziemi i wpakować do buzi. Ale być może truciciele psów mają wywalone po całości. Czarnego Oqrwieńca prowadzam i tak profilaktycznie na smyczy i obserwuję – zdziczał trochę w naszym lesie i przeraża go wszystko. Rowery, samochody, pani z siatami, spadający liść ;)

  5. Magda 09/11/2014 at 19:53

    O Boże! Też takim jeżdzę -w201 diesel z 1987 roku. Stare Gwiazdy sa super!

    • kanionek 09/11/2014 at 21:47

      Gwiazdy górą :D
      Moje taxi to dokładnie w124, 2.0 diesel, czterobiegowa skrzynia (przez jakiś czas po zakupie jeszcze szukałam „piątki”). A do miasteczka, w którym robię zakupy, przyjeżdża mnóstwo Rosjan i niektórzy mają jeszcze starsze egzemplarze, np. W123. Jeden taki budzi moją zazdrość z powodu pięknego stanu (ach! lakier i felgi i chromowane listwy), a jeden odwrotnie – jest tak połatany i fantastycznie gruchotowaty! I tym drugim przyjeżdżają dwie laski i zawsze mają napakowane towarów tak, że przez tylną szybę na bank nic nie widzą :)
      Dobra, wracam z Mamą smażyć tonę kotletów rybnych, w końcu jestem w Gdańsku ;)

  6. nikt wazny 10/11/2014 at 02:01

    I co? Wykąpałaś się?:)
    Co do mercedesa, to przyznaj się, tym siankiem udrapowałaś go na potrzeby fotki na bloga.

    Przyłączę się do Fredzi: Kanionku, dzięki, że jesteś.
    Oraz: Kocico, dzięki za linka!

    • kanionek 10/11/2014 at 11:19

      A wykąpałam, wykąpałam :) Omal sobie zdjęcia wanny z wodą nie zrobiłam, żeby mieć co wspominać w zimowe wieczory :D
      Nieeee :D Po prostu jak kursowałam z naręczami siana do koziarni, to musiałam zahaczyć o gwiazdę (fura stała na trasie pomiędzy garażem, w którym trzymamy trzy baloty, a koziarnią). Ale oczywiście zdjęcie zrobiłam już tak, dla jaj, bo wiadomo że podczas jazdy siano i tak by odfrunęło. Za to przed ostatnią podróżą mogłam zrobić fajną fotkę – na przedniej szybie zaschnięte ślady łapek Kotka (szedł z maski na dach), a na masce błotniste ślady łap Lasera. Dużo śladów, bo on się zawsze długo kręci w miejscu zanim uzna, że już się może wygodnie ułożyć. Tylko aparat był już spakowany i mi się nie chciało :)

      Ja też Wam wszystkim dziękuję, że jesteście. Bez Was pisałabym w kosmiczną pustkę, a tam podobno jest trochę smutno i trochę nudno ;)

  7. diabel-w-buraczkach 10/11/2014 at 09:13

    Taki merc to najlepszy samochód ever! Bo niepsujacy.
    Ale bardzom ciekawa jak bylo w wannie? Ja jak weszlam do wanny pierwszy raz po trzech latach mieszkania tylko z prysznicem, to myslalam ze sie poplacze ze szczescia.
    Prysznica NIE CIERPIE. Ile bym pod nim stala, to i tak mi zimno. Te trzy lata byly koszmarne, raz nawet w koncu z tej zlosci i rozpaczy poszlam sie kapac z kubkiem herbaty w rece, zeby mi sie szybciej cieplo zrobilo.

    • kanionek 10/11/2014 at 11:34

      Och, fajnie było… Ja zawsze byłam zafascynowana wodą (i całym podwodnym życiem), a że jestem cykor i nie dla mnie nurkowanie w głębiny oceanów, to zostaje mi podziwianie własnej stopy zanurzonej w wannie :D
      Rozumiem doskonale Twoje odczucia po tych trzech latach z prysznicem, a teraz wyobraź sobie, że ja (oczywiście) MAM GORZEJ :D Bo ja w domu nie mam kabiny prysznicowej, tylko właśnie ogromną wannę, do której NIE MOGĘ sobie nalać wody nawet do połowy. Nawet wtedy, gdy woda w studni jest. Bo raz: ogrzanie takiej ilości wody, bo dwa: przydomowe szambo. I jeszcze wiosną i jesienią, gdy nie używamy centralnego ogrzewania, w łazience jest zimno jak w magazynie z kapustą. Pozostaje więc szybki prysznic w wannie na klęczkach, z zębami zaciśniętymi na ręczniku. To jest, oczywista, gdy w ogóle mamy wodę :D
      Jedyne, co w takim przypadku pomaga, to obejrzenie przed ablucjami filmiku na youtube o rosyjskim odłamie Morsów kąpiących się w przerębli. Plusy są takie, że to podobno zdrowo się tak nie przegrzewać (ha, bloody ha), no i że mamy miękką, „naturalną” wodę, i po raz pierwszy od dwudziestu lat nie mam w domu ani jednego kremu do twarzy, czy balsamu po kąpieli. Jestem wolna od smarowideł!

      • diabel-w-buraczkach 10/11/2014 at 15:48

        SZACUNECZEK. 3x. Albo i po stokroc. Ja bym umarla z zimna, po prostu. Po czym bym sie przewrócila na kafelki i rozbila na 1000 kawalków… Ciekawe czy malzonek zdolalby potem poskladac takie puzzle 3D czy zostalby wdowcem?

        • diabel-w-buraczkach 10/11/2014 at 15:49

          albo by wcale nie skladal, tylko zmielil i przerobil na kompost, hyhy.

          • kanionek 11/11/2014 at 17:35

            Tak, obstawiam kompost. Oni są tacy PRAKTYCZNI :)

  8. Lena 10/11/2014 at 11:10

    A ja jestem właśnie po dłuuugich imieninach, jeszcze tort na balkonie stoi /częstuję Was wirtualnie.Zaraz przyjdą koledzy z mojego stowarzyszenia, z którymi startuję w w yborach na radną, zjemy resztę tortu /kwiatki już dostałam 6-go, w Leonardy /jakie towarzystwo: Da Vinci, Cohen, Di Caprio, nawet Lenny Kravitz też nazywa się Leonard:)/.
    Mercedes śliczny, a z zawartością jeszcze jego wartość znacząco wzrosła. Ja chwilowo jeżdżę 16 letnią skodą Felycją, trochę skorodowaną, ale silniczek-brzytwa / nowy samochód mój były pożyczl na dwa dni, jeździ już 3 tygodnie, cutas jeden/ złamany. A ja mam nawyki drogowe od Hondy…Cóż, pokora jest dla mnie jednym z grzechów śmiertelnych. Teraz siedzę sobie wspominam wczorajszy spektakl 4i pół godzinny Warlikowskiego,więc buty mnie cisły, i oczywiście goły kutasik pomalowany na granatowym młodym ciele Apolla był, ale fajnie było, załuj, rudy, żałuj, że nie widziałeś… Cielecka, Chyra, Stuhr młody, Poniedziałek, Dałkowska i pięknie śpiwająca diva z mocno owłosionymi przedramionami była z młodym zespołem, który łoił, aż miło. Potem była standing owation i pomknęłam w noc swoją turkusową Felycją, tylko jeden mnie wyprzedził jakimsiś karawanem 4×4. Potem se zjadłam obfity posiłe, tortem zakąsiłam o piewrwszej w nocy / na stare piniędze 2-ga/ i sprawdziłam co tam w świecie Kanionka słychać…Buziaki, pozdrów morze.

    • kanionek 10/11/2014 at 11:48

      Łeee no, Kanionek przy takich atrakcjach to jak pusta rowerownia z czasów peerelu przy współczesnym sklepie „wszystko za 5 złotych” ;)
      Wszystkiego najlepszego! I wygrania w wyborach! Lena na radną, bo inni kradną! Wybierzcie Lenę, ona ma wenę! Lena rządzi, Lena radzi, Lena nigdy was nie zdradzi! (wiem, że ktoś już tu parafrazował hasło z Seksmisji, ale co ja poradzę, że i mi pasuje)

      Pozdrowię morze, mam stąd do niego w linii prostej dwa i pół kilometra :)

  9. Ola 10/11/2014 at 20:59

    Miała być przerwa w nadawaniu, a tu o! Wczodzę dziś rano i patrzę i widzę zestarzałego juz nowego niusa! Pffff…
    Laser na smyczy też japę drze i rzuca się? Czy tylko zza płota/szyby?
    Ale… ale… jaki on pięknyyyyyyyyyyy!!! I takie niewiniątko na łóżku sobie leży, ślipiami błyska. Pomyślałby kto, że to wiejski burek jest :P
    /Kuba wskakuje do łóżka, jak się tylko zwolni ciepłe miejsce rano, albo cichaczem na paluszkach w nocy i wydaje mu się, że taki malutki i w ogóle nie da się go zauważyć/

    • kanionek 11/11/2014 at 17:30

      Przepraszam za niezapowiedizaną niespodziankę ;)
      Naprawdę nie sądziłam, że coś napiszę nie mogąc zasnąć, no jakoś tak wyszło.

      Tak, Laser na smyczy jest równie groźny, co za szybą lub płotem. Z jedną różnicą: na smyczy będąc zgłasza pretensje tylko do psów, natomiast rowerów, deskorolek, wózków dziecięcych itp. panicznie się boi. Przez te wszystkie lata obserwacji doszliśmy do wniosku, że on cierpi na jakąś głęboką nerwicę lękową. Bo tak poza tym, jest psem cudownym. Wykonuje polecenia, uwielbia nas, nie robi krzywdy naszym pozostałym podopiecznym, włazi na kolanka (za pozwoleniem) i przytulając się – zasypia. Jest radosnym, pełnym energii żywiołem, któremu można kość z pyska wyciągnąć, lub wręcz kazać wypluć i on wypluje i odda. Irenie sam schodzi z drogi, bo już kilka razy oberwał z bańki i nawet nie próbował oddać. Ale te jego zrywy obłąkańcze, gdy jesteśmy w mieście, lub gdy ktoś obcy podejdzie do furtki… No trudno, nikt nie jest bez wad :)

      • Ola 11/11/2014 at 17:50

        Pytam, bo Kubiszon też tak ma, wkurzają go psy, ale i rowery oraz niektóre ludzie. Czasem wracam ze spaceru zła i uszarpana. Ale potem sobie myślę, że zwierzak swoje w życiu przeszedł i jak mówisz, nikt nie jest idealny. Eh… A Laser za wsiowego burka chyba nie pogniwał, bo akurat takim jak on, to każdy chciałby.

        • kanionek 11/11/2014 at 18:33

          Znam niestety ten stan uszarpania – rąk, stawów, nerwów. Za czasów miejskich też mieliśmy dwa psy – Lasera, którego już znacie, i Szeryfa, mojego ukochanego psa jeszcze z Gdańska. Szeryfa już niestety z nami nie ma, a był to mój pies, brat, przyjaciel, pokrewna dusza. W każdym razie nerwica Lasera, który dobił do naszej drużyny później niż Szeryf, zaczęła się udzielać i Szeryfowi. Spacery po miejskim parku z dwoma psami (jeden 15 kg, drugi 30 kg) na smyczach, trzy razy dziennie, to była udręka. Mięśnie barków i ramion miałam tak wyrzeźbione, że moje nogi wyglądały przy nich jak od innego kompletu. I to ciągłe skanowanie otoczenia pod kątem potencjalnych iskier zapłonowych dla dwóch narwańców… Ech, pieseczki nasze kochane :)
          Laser został przeze mnie wyżebrany od ciecia na placu budowy, na którym stał kontener biurowy, w którym wtedy pracowałam. Biegał ten pies przez trzy dni ze złamaną przednią łapą, która zwisała żałośnie i była opuchnięta, a cały pies trząsł się jak żałosna galareta. Na ten trzeci dzień nie wytrzymałam i zapytałam ciecia, czy zamierza coś z tym zrobić. On się wystraszył i odrzekł, że to „szefa pies”. Może skrócę tę historię: obiecałam zabrać psa do lecznicy, opłacić leczenie, przetrzymać u siebie do czasu pełnego ozdrowienia (dwie kości złamane, ciężko to było poskładać), a potem oddać całego i zdrowego. I zrobiłam, jak powiedziałam, za wyjątkiem ostatniego punktu. Nie oddałam im Lasera, bo plac budowy był nieogrodzony, a tuż przy nim ruchliwa krajowa siódemka. Psy tej firmy ochroniarskiej notorycznie ginęły pod kołami ciężarówek. Cieć był generalnie w porządku, tylko panicznie bał się o swoją posadę, więc porozmawiałam osobiście z „szefem” i przekonałam go, że nie chce Lasera z powrotem. I w ten sposób Laser został najpierw miejskim postrachem wszystkiego co żywe, a po niespełna dwóch latach wiejskim stróżem porządku na podwórku ;)

          Aha, i Laser pozdrawia Kubę i mówi: tak trzymać!

          • Ola 11/11/2014 at 22:10

            Dziękujemy! Dziękujemy! (jedno dziekuję to za krótko)

          • ciociasamozło 12/11/2014 at 09:54

            Kanionku, zaczynam podejrzewać, że moja suka i Twój Laser muszą mieć wspólnych przodków ;)
            Nawet fizycznie podobne, choć Buła w wersji blond ze stojącymi uszami.
            Amplituda emocji od euforii do zaszczekania wroga na śmierć (przy jednym i drugim trzeba oczywiście rączki pani ze stawów powyrywać) to norma. Trochę udało się nam już ją wyciszyć – nie wybija zębów przy powitaniu, jest szansa na w miarę płynne minięcie innego psa, jeśli jest po drugiej stronie ulicy; nie każdy tramwaj to najgorszy wróg; samoloty nie wymagają odstraszenia szczekaniem, wystarczy odprowadzane ich wzrokiem; nie musi już łapać każdego poruszającego się listka. Tylko u mojej zołzy nie ma lęku. Ona się niczego nie boi tylko wszystko albo ją bardzo interesuje, albo bardzo wkurza (a czasem jednocześnie, zwłaszcza jak nie może zaspokoić ciekawości). Zero stanów pośrednich. Odwrażliwianie, kontrwarunkowanie, przekierowanie uwagi itp. przerabiam z nią na wszystkie strony, ale wystarczy chwila nieuwagi i już trzydziestokilogramowa sprężyna próbuje przeorać mną chodniki i trawniki. I mogę sobie tylko powtarzać „widziały gały co brały” :(

          • Ola 12/11/2014 at 15:19

            #ciocia? Odwrażliwianie, kontrwarunkowanie, przekierowanie uwagi itp. Czyli jak to robisz? Bo ja niezdarnie kombinuję, np. zawracam i idę w inną stroną, albo każę usiąść i uspokajam, albo w kieszeni noszę piszczącą zabawkę i stosuję w celu odwrócenia uwagi. Co mogę jeszcze? Jak mu wytłumaczyć, że nie ma się czego bać?

          • kanionek 12/11/2014 at 17:41

            No właśnie, Ciotka, opowiadaj!
            Może stosowałaś podejście Cesara Millana? My się naoglądaliśmy do rozpuku i powiem Wam, że na wszystkich psach świetnie działało, oprócz Lasera. Tzn. w kwestii niebania się i pozbycia agresji na tle lękowym, bo tak poza tym to też działa. Cesar jest moim idolem :D I chciałabym mieć jego spokój, opanowanie i zrozumienie, nie tylko w stosunku do psów.

            I dodam jeszcze uczciwie, że lepiej wcielanie się w Cesara wychodzi mojemu małżonkowi. Ja miętka jestem, a psy zawsze przejrzą mnie na wylot. No trudno. Ktoś musi być od karmienia, czesania i sprzątania kupy, żeby ktoś inny mógł mieć autorytet. Czy coś ;)

  10. pluskat 10/11/2014 at 21:15

    Przystojniak z tego Lasera, ale widać, że straszny służbista.

    • kanionek 11/11/2014 at 17:21

      O tak, sierżant Laser jest ZAWSZE na służbie. Nawet kiedy leży zwinięty w rogalik pod moją kołdrą, czuję, że jest napięty jak struna, czujny jak czujka czadu i gotowy wyskoczyć jak sprężynka z pudełka, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.

      • Ola 11/11/2014 at 17:41

        Sprężynka! Dobrze powiedziane. On właśnie wygląda jak umięśniona sprężyna!

  11. Kania 11/11/2014 at 08:26

    Mam pomysł racjonalizatorski – zainstaluj wannę w Gwiazdolocie. Latem woda ogrzana słońcem, odprowadzona na grządki. A jeśli masz szyberdach to jeszcze nakapana z nieba. Same korzyści. No i pewnie niedługo będziesz mogła się kąpać w kozim mleku, to dopiero będzie spa:)

    • kanionek 11/11/2014 at 17:12

      @Kania

      Jak już, to iść na całość:
      http://superauto24.se.pl/basen-w-samochodzie,451534/

      Z tym kozim mlekiem to ja nie wiem, kiedy się doczekam. Bożena jest u nas prawie dwa miesiące i ani drgnie. Pewnie po prostu taką ma beczułkowatą budowę. Jeśli Pecik nie strzela ślepakami, to może za pół roku… Trudno, cierpliwość podobno jest cnotą :)

      • ciociasamozło 12/11/2014 at 10:05

        Kanionku, czy myślałaś o zrobieniu Bożence USG?
        Sa weci, którzy jeżdża na wizyty ze sprzętem. Nie mam pojęcia ile to kosztuje, ale może warto zainwestować w odrobię spokoju :). Bo jeśli Bożenka faktycznie zakoźlona, to będzie można stwierdzić, w jakimś przybliżeniu, kiedy urodzi. A jak nie zakoźlona, to sprawdzić, czy nie ma jakiejś niefajnej przyczyny rozdętego bandziocha.
        Jeśli nie znasz jakiegoś jeżdżącego weta z Twojej okolicy, to może da się go znaleźć przez Izbę Lek.-Weterynaryjną, albo przez uczelnię w Olsztynie? To byłam ja, Ciociadobrarada, już się zamykam ;)

        • kanionek 12/11/2014 at 17:19

          Myślałam o USG, ale najpierw poczytałam na kozich forach jak ta usługa wygląda, w sensie sprawdzalności przepowiedni ;) No i okazuje się, że niektórzy weterynarze w ogóle do kóz nie chcą jechać, bo „nie znam się na kozach”, a bywa, że dostrzeżona na maleńkim ekranie „ciąża” była najprawdopodobniej ruchem treści pokarmowej w żwaczu ;) Inni pacjenci mieli mieć koziołków sztuk dwie, a dostali jedno itd.
          Reasumując: uznałam, że nie będę zawracać Bożenie du tylko po to, by zaspokoić swoją ciekawość. W końcu lekarz to obca osoba, a jeżdżenie głowicą po brzuchu Bożeny byłoby sportem wyczynowym – ona nie przepada, gdy ją tam macać. Gdyby zdradzała oznaki złego samopoczucia, to co innego. Tymczasem jest całkowicie sprawna, żre za trzech, przybiera na wadze i rozstawia wszystkich po kątach.

          I przestań z tym zamykaniem się :D Wiesz, jeśli do końca roku Bożena się nie rozwiąże, a nadal będzie przybierać na wadze, może się skuszę na weta. Mam tu taką babeczkę, kilkanaście km stąd, co prawda „od bydła”, ale jest młoda i wygląda na ambitną. Tylko nie robię sobie złudzeń – jeśli koza okaże się chora, nikt nie zaproponuje skomplikowanej operacji. To nie program Weterynarze Bez Granic, tylko zwykłe realia małorolne. Dobra, po co się martwić na zapas? Kończę przynudzać :)

  12. bila 11/11/2014 at 13:56

    Ja lasera rozumiem, bo moja Karmel dostaje hopla z niewiadomych powodów, szczekając i rzucając się na okno samochodu czy też domowe(mam dom tuż przy chodniku). I oczekuje pochwał, hehe.
    Mercedes rulezzzz!!!

  13. bila 11/11/2014 at 13:57

    łomatko!!! miało być Lasera, z dużej. Sorry

    • kanionek 11/11/2014 at 17:17

      Daj spokój, Laser nie zwraca uwagi na takie drobiazgi. Sam jest w sumie niewielki, ale nie ma chyba takiego przyrządu pomiarowego, który dałby radę objąć jego ego :D

      Rany, gdybym nazwała psa Karmel, śliniłabym się wołając go do siebie :) Karmel, ciastko, czekolaaaada! W sumie fajne imiona dla trzech psów.

      Laser nawet pochwał nie oczekuje. Rozumiesz, opiernicz jest jego obowiązkiem.

      Mercedes skromnie dziękuje, pomrukując nierówno ;)

  14. bila 11/11/2014 at 19:56

    Moja suczka jest z odzysku, nazywała się Karmen, ale syn stwierdził, że to dziwkarskie imię no i przerobiliśmy z deczka. A że jest rudą spanielką, to i wygląda jak karmelek…
    Aczkolwiek, moja mama jest zgorszona jej imieniem, bo jak można nazwać tak psa(suczkę), skoro jest Matka Boska z Góry Karmel? Wygląda na to, że i cukierki przydałoby się przechrzcić…

  15. bila 11/11/2014 at 20:11

    Wogóle podoba mi się idea nazywania zwierząt spożywczo. Moja przyjaciółka nazywa swoje bernardyny jak alkohole- Koniak,Burbon. A inna koty nazwała Tymianek i Majeranek. Znam też kota Imbirka.

    • kanionek 11/11/2014 at 21:30

      Faktycznie, brzmią aromatycznie i sympatycznie. Estragon i Cząber. Kminek i Oregano. A dla kotek: Papryka lub Trybula.

      Chcielibyśmy mieć kiedyś owczarka kaukaskiego, ale pewnie zawsze będziemy przygarniać jakieś przybłędy. Gdyby jednak… Jakie imię „spożywcze” pasowałoby do psa, który wygląda jak miś? I żeby miało dwie sylaby, bo takie podobno łatwiej psu wpadają w ucho?

      • ciociasamozło 12/11/2014 at 09:25

        Ha! moja suka też spożywcza – Buła (choć bardziej pasowałoby Cykuta).
        Słyszałam o zestawie psio-kocim: Gin z Tonikiem i Cytryną :)
        Dla kaukaza może coś z kuchni kaukaskiej – Lezu (ozory wołowe),Lawasz (chlebek) albo Hummus ;)

        • kanionek 13/11/2014 at 18:14

          „Buła” mnie rozłożyła :D

          • ciociasamozło 13/11/2014 at 19:13

            Buła rozkłada wszystkich, zwłaszcza jak wbija w człowieka swoje 20 kg z impetem kuli armatniej ;)

  16. bila 11/11/2014 at 22:00

    Może…Muffin? Albo Cząber? ;-)

    • Ola 11/11/2014 at 22:16

      Muffin! hi hi… ale Burbon też jakoś pasuje do wielkiego miśka :D
      A Karmel to też fajny libański film, babski, ale bez przesady…

      • bila 11/11/2014 at 23:14

        Znam i lubię ten film choć depilowanie karmelem trochę mnie przeraża.
        Rumsztyk? Gulasz? Eeeee…Omlet? Biszkopt? Słodyczowe i alkoholowe imiona pasują chyba najlepiej

  17. pluskat 12/11/2014 at 14:45

    Kto by pomyslal, ze lsniacy Laser ma tak dramatyczna historie. Nie tylko koza byc dobrze u Kanionka…

    • kanionek 12/11/2014 at 17:29

      Dramat to MY przeżywaliśmy za każdym wyjściem z psami z domu. Małżonek był na skraju wyczerpania nerwowego i niewiele brakowało, a zamieszkałabym wraz z Laserem i Szeryfem w kartonie pod blokiem. Ale jakoś przetrwaliśmy, a teraz to faktycznie zwierzaki mają tu jak w raju.
      A propos „lśniącego” to jeszcze anegdotka mi się przypomniała. Tego mianowicie dnia, gdy wyżebrałam Lasera od ciecia, zadzwoniłam z pracy do małżonka z zapytaniem, czy mogę przywieźć do domu brązowego pieska ze złamaną łapą itd. Cóż, po pierwszym „kąpaniu” (czyściłam go chyba jakoś mokrą szmatką, bo łapa w gipsie) okazało się, że Laser nie był brązowy, tylko czarny. Na placu budowy kurzyło niemiłosiernie: kruszywo na podbudowy, piasek i inne takie, więc i pies był koloru otoczenia.

      Teraz znów jest lekko brązowy miejscami, być może wyblakł od długiego przebywania na słońcu.

  18. kanionek 12/11/2014 at 17:33

    W sprawie imienia dla Kaukaza odpowiadam zbiorczo: podobają mi się Hummus, Gulasz i Muffin. Ale Gulasz najbardziej :D Bo wiecie, zawiera w sobie subtelną sugestię co do tego, na jaką potrawę piesek przerobi każdego, kto wejdzie na podwórko bez pozwolenia ;)
    Mógłby mieć jeszcze suczkę do towarzystwa, a ona nazywałaby się Kasza. Bo wprost przepadam za kaszą z gulaszem.

  19. Ania W. 12/11/2014 at 17:49

    A propos oryginalnych imion dla zwierząt – moja śp. Mama nazwała nasze koty następująco: Fukacz- Cebula (to po jakiejś pani z TV), Myszka oraz Pickup… Ciotka swoją kotkę ochrzciła Przebrzydła, no i mieliśmy w rodzinie jeszcze Skórkę. A moja niedawno zeszła (chlip) kocica miała na imię Laska…

    • kanionek 16/11/2014 at 23:51

      Ania :) Przepraszam, że przegapiłam. Fukacz-Cebula to jest fantastyczne imię :D Mój małżonek lubi nadawać przydomki w tym guście.
      Laska. Ja też pożegnałam już kilka ukochanych zwierzaków. Nie cierpię, kiedy to robią :-/
      W ogóle w życiu na ziemi najmniej podoba mi się śmierć. Do dupy takie zakończenie.

  20. ciociasamozło 12/11/2014 at 19:34

    Ola, Kanionek, nie dało się już wstawić komentarza do komentarza więc odpowiadam Wam tu.
    Kanionku w temacie Cezara Milana i metod przez niego stosowanych:
    http://dominikaknossalla.blogspot.com/2010/08/ave-caesar.html
    http://www.dobrypies.eu/zgin_przepadnij_czyli_wiecznie_zywa_teoria_dominacji,doc,14.html
    http://www.psy24.pl/992-Czy-psy-dominuja-czyli-teoria-dominacji.html
    więcej nic nie powiem, bo o tej porze ciśnienia sobie nie chcę podnosić.
    Przeciwwarunkowanie (kontrwarunkowanie) – Olu, to właśnie to „siad” gdy widzisz innego psa :). Czyli bardzo konsekwentne uczenie psa, że zachowanie inne niż wyskok z darciem paszczy jest bardzo opłacalne (smakołyki jak siedzi!). Trzeba najpierw b. dobrze utrwalić u psa komendę w sytuacji bez rozpraszaczy, a potem stosować ZANIM pies się nakręci na widok innego stwora i straci się z nim kontakt. Uwaga! jeśli pies się panicznie boi (ale wtedy próbuje zwiewać a atakuje dopiero przyparty do muru) niczego się nie nauczy, bo strach blokuje uczenie się.

    • ciociasamozło 12/11/2014 at 19:34

      C.D. bo nie weszło.
      Odwarażliwianie tu jest fajnie opisane: http://www.zpazurem.pl/artykuly/techniki__behawioralne_w_pracy_z_psem_lekowym
      U psa pobudliwego jak Buła bardziej jest to habituacja – też pod tym linkiem (tak straciła zainteresowanie samolotami, przyzwyczaiła się, że ich obecność nie ma konsekwencji).
      Odwracanie uwagi – ale ja jestem fajna! i mam super zabawkę! i jak pobiegniesz za mną to ją dostaniesz, i smakołyk też, i będzie super impreza! (ZANIM pies zacznie gulgotać na innego stwora)
      No i zero ciągnięcia na siłę, krzyczenia, karcenia bo tylko wzmaga agresję (tzw. agresja smmyczowa, zasadniczo piesek idzie spokojnie, ale własćiciel przewidując drakę ściąga nerwowo smycz przez co daje sygnał psu „będzie źle!”, więc pies bez smyczy podszedłby, obwąchał, a na smyczy furiat). Ommmm…. siła spokoju.
      Tia łatwo powiedzieć ;)
      A, i nie uspokajać „cicho piesku, dobry piesek” itp. jak się już wkurzył bo się nagradza agresję.
      Specjaliści (zoopsycholodzy, behawioryści) dostosowują metodę do konkretnego przypadku, bo to czasem wymaga głębszej pracy nad relacjami z właścicielem, uporządkowania psiego życia, czy nawet farmakoterapii, a ja tu tylko ogólnikami walę :)

      • Ola 12/11/2014 at 20:22

        Dzięki :) Wychodzi na to, że idę w dobrym kierunku. Tylko jeszcze mój strach muszę jakoś załatwić, bo jak piszesz – ściągam nerwowo smycz, za każdym razem, kiedy ktoś koło nas przechodzi. No ale nie mogę eksperymentować na cudzych ludziach… Kuba jest wyuczalny – wycie, kiedy zostaje sam udało nam się opanować małymi kroczkami. Zobaczymy :)

        • ciociasamozło 13/11/2014 at 12:36

          Trzymam kciuki! powodzenia!
          Podobno każdy pies jest wyuczalny, tylko z ich opiekunami gorzej ;)
          Żeby opanować własne lęki najlepiej poćwiczyć „na sucho”, gdzieś w parku, ze znajomym (np. na rowerze), który nie boi się psów. Jak już będziesz wiedziała co najlepiej robić, co najskuteczniej działa na Kubę, to z większą pewnością zastosujesz to w normalnych warunkach.

          • kanionek 13/11/2014 at 17:48

            Potwierdzam, z opiekunami jest gorzej :D
            My ludzie jesteśmy chyba zbyt skomplikowani. Mam takie dni, że zwierzaki wchodzą mi na głowę, i takie, gdy czują respekt. I to wcale nie wtedy, gdy łażę zła na cały świat. Wystarczy, że wzrośnie mi samoocena i poziom ogólnie pojętej radości życia, a nagle wszyscy chcą ze mną współpracować. Gdy zaś jestem spięta, smutna, lub na coś zła, to nie mam wśród zwierzaków autorytetu. I przed nimi naprawdę trudno udawać, one mają instynkt wyczuwający tę „aurę” wokół człowieka na poziomie komórkowym. Tylko koty mają generalnie w dupie, jak się czuję i co myślę. Daj żreć, reszta nas gila i za funt sierści nawet nie dotyczy ;)

    • kanionek 13/11/2014 at 18:10

      Byłam dobę bez kompa, więc muszę nadrobić. Zaraz poczytam co kryje się pod linkami, które podałaś, tylko jedno chcę już teraz napisać. Cesar Millan nie opiera całej swej filozofii wychowania psa na kwestii „dominacji”. Pamiętam wiele odcinków jego programu, w których pracował z psami mającymi problem z agresją wynikającą z lęku właśnie, oraz takimi, które nie były agresywne, tylko bały się wszystkiego lub czegoś w szczególności. I tam nie było mowy o ludzkiej dominacji. Podoba mi się w facecie właśnie to, że nie jest zaciętą płytą. Że ma wyczucie i próbuje różnych technik. Zgadzam się z tym, że pies jest zwierzęciem stadnym i że analizując psie problemy powinniśmy mieć na uwadze to, jak mocno odciągnęliśmy psa od jego korzeni, tak w zakresie środowiska życia, jak zwyczajów w „stadzie”. Można się spierać o niuanse w zakresie technik „wychowania”, „układania” czy „trenowania” psów, ale ja oglądając pracę Millana odniosłam wrażenie, że on pracuje bardziej dla dobra psów, niż posiadających je ludzi. Czytałam też sporo książek nt. współpracy człowieka z psem (m.in. Okiem Psa, Zapomniany język psów, a nawet jakąś bardzo starą pozycję o tresowaniu psów policyjnych), i ze wszystkich tych nauk próbowałam wyciągnąć wspólny mianownik. Każda pliszka swój ogonek chwali, a my sami musimy w drodze niekiedy trudnej analizy stwierdzić, czy to my mamy problem, czy nasz pies, i jaką metodę wybrać, by nikomu nie stała się krzywda. Jeśli chodzi o Lasera to nie ukrywam, że zwyczajnie się poddaliśmy. Mieszkając w mieście z dwoma psami, pracując na wyczerpujących nerwowo posadach, nie mieliśmy ani dość czasu, ani siły psychicznej, by sprostać jego problemom. Dobra, idę czytać.

      • kanionek 13/11/2014 at 19:18

        No i dobra…
        Pod linkiem: http://dominikaknossalla.blogspot.com/2010/08/ave-caesar.html
        znajduje się coś, co nazywam artykułem tendencyjnym. Przyznam, że obejrzałam WSZYSTKIE programy Cesara Millana i być może dlatego mam własne zdanie. Nie interesuje mnie, kto zbił jaką fortunę na ich prezentacji. Rozumiem mechanizm robienia biznesu po amerykańsku. Nie mam niedorzecznych pretensji do Millana o to, że stał się bogaty, a to najwyraźniej jest jednym z czołowych argumentów organizacji i stowarzyszeń różnej maści przeciwko Millanowi ;)

        Co do meritum – jako ktoś, kto obejrzał chyba wszystko, co w temacie Millana obejrzeć można, zapytuję w przestrzeń: skąd biorą się absurdalne oskarżenia o „stosowanie przemocy”, „agresję” lub stosowanie teorii dominacji w czambuł w każdym przypadku, gdy to zwyczajnie nie ma miejsca?
        W przeciwieństwie do blogerki, która pokusiła się o przytoczenie samych negatywnych „opinii amerykańskich naukowców”, nie mam ochoty na krucjatę. Nie wydaje się Wam jednak cokolwiek dziwne, że Cesar Millan to Samo Zło, wszystko robi źle, nikt nie jest zadowolony z efektów jego pracy itd.? To jest właśnie pisanie tendencyjne, a ja wzdragam się przed manipulacją.

        W artykule: http://www.zpazurem.pl/artykuly/techniki__behawioralne_w_pracy_z_psem_lekowym
        żeby było śmieszniej, są opisane bardzo fajne techniki, które stosuje między innymi właśnie Cesar Millan. Pamiętam psa, który bał się odkurzacza i został potraktowany inaczej niż pies, który nie bał się odkurzacza, tylko chciał odkurzacz pokonać i wypędzić z domu ;) Pamiętam też psa, który bał się przechodzić przez oszklone drzwi, chodzić po lśniących podłogach itp., i tam nie było mowy o niczyjej dominacji.

        Technika ostatnia, czyli „bombardowanie bodźcami”. Jak sami autorzy artykułu przyznają, budzi ona trochę kontrowersji. Bombardowanie może się nie sprawdzić również w przypadku chęci oduczenia spontanicznej agresji o nieustalonej etiologii ;) Pamiętam, że skusiliśmy się z małżonkiem na odwiedziny u pewnej pani, mieszkającej w Ornecie lub okolicy, którą polecał nam pewien weterynarz. To znaczy polecał na podstawie opinii swoich klientów. Pojechaliśmy, rzecz jasna, z Laserem. Pani, której nazwiska nie pamiętam, zrobiła na nas dobre wrażenie i też najpierw zaproponowała lekcję z nagrodami itp., chciała lepiej poznać zarówno Lasera, jak i nas samych. I Laser zrobił na niej całkiem dobre wrażenie, my o dziwo też, ale uprzedziliśmy ją, że on ma problem z innymi psami. Skracam historię, bo chodzi mi tylko o technikę „bombardowania”. Zapoznawszy się więc z reakcją Lasera na obce psy (a miała ze sobą dwa własne, ładnie ułożone charty), zaproponowała „zmęczenie materiału” w postaci przespacerowania się z Laserem (wielokrotnie) przez alejki pomiędzy domkami jednorodzinnymi na przedmieściach, gdzie jak można się domyślać, co domek to i wściekle ujadający burek za płotem :)

        To była gehenna. Wierzcie lub nie, ale zmęczyłam się ja, zmęczył się małżonek, zmęczyła się pani trenerka, a boski Laser, choć już pełzał z wyczerpania po asfalcie, nadal toczył pianę z pyska we wszystkich kierunkach. Po GODZINIE takich atrakcji, gdy mieszkańcy domków zaczęli nerwowo przeszukiwać szafy celem odnalezienia dwururki po pradziadku, pani trener wymiękła i orzekła, że wyczerpały jej się pomysły. I ja ją doskonale rozumiem. Laser jest kosmitą, na niego ziemskie techniki nie działają ;)

        Artykuł Grzegorza Firlita (http://www.dobrypies.eu/zgin_przepadnij_czyli_wiecznie_zywa_teoria_dominacji,doc,14.html) podoba mi się dalece bardziej, niż ten wspomniany na wstępie, gdyż jest rzeczowy i dogłębnie bada teorię dominacji. Ja również nie rozumiem, skąd wzięło się u niektórych ludzi przekonanie, że „dominacja” oznacza przemoc. Nie rozumiem też wiązania tego terminu w sposób oczerniający i pejoratywny z nazwiskiem Millan. Trzeba być z gruntu źle nastawionym, by odbierać przesłanie Millana w tak klapkonaoczny sposób ;) Nieważne.

        Warto czytać. Próbować. Myśleć. I próbować. Nie wolno stosować przemocy, dotkliwie karać, zamykać w szafie czy wiązać. Z tym się pewnie zgodzi większość. Reszta jest moim zdaniem próbą, czasem dokonywaną po omacku, dogadania się z innym gatunkiem. Nie twierdzę, że Millan jest psim Jezusem, który wie wszystko – on sam się wiele razy poddał i umiał do tego przyznać. Fakt, że zrobiono z niego gwiazdę National Geographic, że ktoś zaczął go czesać i ubierać, to cena podjęcia pracy dla przemysłu telewizyjnego, plus zapewne jakaś cząstka zwykłej, ludzkiej próżności. Ja na ten przykład jestem tylko małym, gupim Kanionkiem, a miewam chwile, gdy wydaje mi się, że wszystko wiem ;-P

        Można już rzucać pomidorami. Kiedy ja zrobię to forum??

        • Ola 13/11/2014 at 21:46

          Można wszystko krytykować, można też – jak mówisz – próbować ze wszystkiego wyciągnąć jakąś naukę dla siebie. Nie wypowiadam się na temat Millana, bo widziałam zaledwie kilka odcinków będąc w gościach. Ale nasunęło mi się porównanie z Dorotą Zawadzką. Też sporo osób psy wieszało. A pani wiedzę ma i coś tam próbowała przekazać.

          • kanionek 13/11/2014 at 22:26

            Jeśli chodzi o osoby występujące publicznie, to one są skazane na ocenę, a w tym i krytykę. To normalne. Ja tu też wypisuję różne rzeczy i podejrzewam, że czasem należy mi się prztyczek w nos, a może nawet kopniak w kolano, co i sama widzę, choć poniewczasie. Zachęcam niniejszym do „kopania autora”, gdyż albowiem zaprawdę powiadam Wam, tyłek autora nie jest święty. A ból podobno uczy, tylko nie pamiętam czego.

            Jeśli chodzi o psy, to niewiele jeszcze napisałam o Atosie, którego dostaliśmy wraz z domem, bo właściciele nie chcieli go zabrać ze sobą. I przysięgam, nie znałam wcześniej takiego wyluzowanego psa, którego nie sposób zepsuć. To jest Pies Zen, pies Wszystko Mi Się Podoba, pies Kocham Was Ale Mam Też Swoje Sprawy (oraz: nauczę się siadać i dawać łapę, bo widzę, że was to kręci, ale słowo honoru, nie wiem po co ten cyrk). Zrobię o nim notkę, tylko musi mnie wena najść.

  21. ciociasamozło 14/11/2014 at 12:03

    1. Gdyby C.M. oglądały tylko rozsądne Kanionki, świat byłby piękniejszy ;)
    2. CM na pewno stosuje wiele słusznych metod, ale niestety większość ludzi wyciąga nie to co trzeba (ostrzeżenie „nie próbuj tego w domu” jest sposobem na uniknięcie ewentualnych procesów, bo to co CM proponuje bywa naprawdę b. niebezpieczne!), zapomina, że to tylko telewizja i wiele można zmontować.
    3. Kilka odcinków ogladałm b. dawno temu, jeszcze nie skażona wiedzą o psiej psychologii itp.,
    a/ byłam zachwycona, że można „naprawiać” psy
    b/ bylam totalnie zniesmaczona konwencją programu, amerykańskim gwiazdorstwem itp.
    c/ nie przekonały mnie, a wręcz zniechęciły do programu przedstawione kopanie psa w bok, szarpanie, przyciskanie do ziemi itp.
    4. Może powinnam obejrzeć nowe odcinki, może CM się rozwija i nie stosuje już metod przemocowych
    5. Tendencyjność wpisu na blogu, do którego link podesłałam, wynika zapewne z osobistych, nieciekawych doświadczeń ze szkołą CM, jakie miała autorka i uważam, że jest ciekawym kontrastem do bezkrytycznego promowania metod CM przez media.
    6. Z pewnością wielu ludzi zalewa żółć z powodu sukcesów medialnych CM, ale nie każda krytyka jego metody ze strony osób, które pracują z psami, mają wiedzę i doświadczenie jest czystym hejtem (znam takich)
    7. Ogromną zasługą CM jest to, że dzięki niemu wielu ludzi dowiedziało się, że z psem można i trzeba pracować.
    8. Podstawowym zarzutem wobec CM, pod którym się podpisuję, jest to, że propaguje (propagował?) metody niebezpieczne, szkodliwe, w których najważniejszy jest szybki, efektowny skutek (niekoniecznie trwały).

    Jak uda mi się odgrzebać list przesłany przez panią „wyedukowaną” przez telewizję, do naukowców zajmujących się behawiorem psów i wilków, to prześlę Ci go, Kanionku, na maila. To bardzo ciekawy przykład, co przeciętny Kowalski może zrozumieć z metod CM.

    Co do Lasera, od pierwszych słów o nim podejrzewałam, że on z innego układu planetarnego musi być ;). Dobrze, że dla równowagi masz Atosa-Psa Zen.

    To Ty rzucaj pomidorami! A najlepiej przecierem ;)

  22. kanionek 14/11/2014 at 16:22

    No czo Ty? Moim drogocennym, na własnych nogach wystanym przy garze przecierem? Śmieciami mogę porzucać, bo nazbieraliśmy dzisiaj dużo w okolicy naszego gospodarstwa. Jeszcze mnie trzęsie, niewykluczone więc, że powstanie z tego jakiś wpis przesiąknięty jadem.

    Wracając do CM i przeciętnych Kowalskich – ja wiem, dla przeciętnych Kowalskich robi się reklamy past do zębów „polecanych przez Stowarzyszenie Polskich Dentystów” i to dla nich kręci się emocjonujące paradokumenty o Joli, co miała trójkę dzieci, w tym jedno bez głowy.

    Wiesz, tak sobie myślałam, że temat wychowania psów (albo na ten przykład odwieczna wojna: czy psy są lepsze od kotów i odwrotnie) budzi równie wiele emocji i kontrowersji, co religie, orientacje seksualne i doniesienia o lądowaniu UFO :)
    I na tak nośnej platformie można używać do woli, co skwapliwie wykorzystują media, biznes (produkcja karm, akcesoriów, zabawek) tymczasowi idole i autorytety.

    Niebezpieczne techniki – pewnie, że nie należy rzucać się na wkurzonego dobermana po obejrzeniu paru odcinków CM, i wielu ludzi nawet by nie chciało próbować. Na idiotów z kolei nie ma rady – wszak są tacy, co potrafią sobie przyświecić zapałką nad kanistrem z benzyną. W Stanach Zjednoczonych już chyba wszystkie sieci sprzedające kawę w styropianowych kubkach umieszczają na nich napis: uwaga, kawa może być gorąca.

    Eeee… Co to ja jeszcze chciałam… Nieśmiało zaprotestować przeciwko określeniom typu „kopanie psa w bok” na przykład. „Kopanie” może być źle zrozumiane przez osoby, któe nigdy CM w akcji nie widziały. Uważam, że jest różnica między kopaniem sobie od niechcenia kamyczka po drodze, a np. kopaniem leżącego przez grupę wyrostków żądnych twardych emocji. I szturchnięcie butem w psią tylną nogę tak, by wyrwać go ze stanu nadmiernej koncentracji na np. wiewiórce, uważam za szturchnięcie, nie kopanie. „Przyciskanie do ziemi” – zwróć uwagę, w jak znikomej ilości przypadków per całość zostało zastosowane. Tymczasem kiedy czytam „CM kopie psy, przygniata je do ziemi, szarpie i obsztorcowuje” to widzę obrazek brutalnego szaleńca z pianą na pysku, który przerabia biedne psiaki na mielonkę :D

    Formuła programu też szybko zaczęła nas mdlić, choć mam wrażenie, że olśniewający wyszczerz zębów, jaki CM funduje na końcu, mówiąc „bla bla bla, on National Geographic Channel”, zawiera w sobie zamierzoną nutkę przekornej przesady.

    Ale wuj tam z idolami, pomniki zawsze powstają po to, by je później obalać. Grunt, że nasze Buły, Lasery, Kuby i Gulasze i tak „robio z nami co chco”, a my możemy się pochwalić biblioteką naukowych materiałów jakie opanowaliśmy do perfekcji, w temacie gatunku niby stojącego niżej od nas w ewolucyjnej hierarchii ;) Zawsze mnie to rozkładało na łopatki :)

    Tymczasem idę nakarmić kozy, a później przerobić trochę owoców pigwowca. I może się w końcu wezmę za nowy wpis. Buziaki od Waszej pokraki :-*

    • shal 14/11/2014 at 18:03

      Ach,ileż bym się ciekawych rzeczy dowiedziała z tv,gdybym mogła ścierpieć „amerykańską formułę”.Mojego psa nauczyłam,że zawsze mam prawo wyjąć mu z buzi co chcę,no i takie proste komendy.Bez szturchania nawet,tylko „godnościom osobistom”.W lot pojął,kto jest najważniejszy w stadzie:}.Ma już 14lat i liczę,że jeszcze długo z nami zostanie( rasa-coondello}

      • kanionek 14/11/2014 at 18:25

        Najłatwiej jest wtedy, gdy ma się psa od szczeniaka i uczy pożądanych zachowań. Mojego Szeryfa też od małego uczyłam jazdy samochodem, autobusem, tramwajem i pociągiem, żeby nie przeżywał traumy w życiu dorosłym na wypadek podróży. Wyjmowałam z pyska zabawki i smakołyki, żeby mi kiedyś ręki nie odgryzł, gdy będę chciała choćby tylko przesunąć jego miskę, itd. Inna sprawa, że Szeryf był psem we mnie wpatrzonym i uwielbiał się uczyć (uwielbiał też smakołyki będące pomocami naukowymi), a taki np. Atos jest psem do rany przyłóż, tylko za nic w świecie nie rozumie korzyści płynących z własnej edukacji ;)

        Gorzej, gdy trafia nam się, takim czy innym zrządzeniem losu, pies „po przejściach”, który już ma złe nawyki lub panikuje z „byle powodu”. Wiadomo.

        Wszystkie moje psy były i są wieloowocowe, lub jak Ty je nazywasz – coondello :)
        Niech żyją!

        PS. Pigwowiec zasypany cukrem. Teraz pasta z makreli, później sałatka jarzynowa. Trzeba gdzieś upchać te jajka.

    • ciociasamozło 14/11/2014 at 19:58

      Te przeciery to ja bym łapała! No przeca nie dopuściłabym do marnowania takiego dobra!
      Teraz to chętnie obaliłabym jakiś dobry likierek, a nie pomniki. A potem zagrzebała się w ściółkę i obudziła na wiosnę.
      Nakarm kozy i opowiedz czy się za Tobą stęskniły :)

      Ps. Ale ja widziałam jak CM kopie i bije, żeby ukarać albo pokazać swoją siłę, a nie żeby odwrócić uwagę :(
      Co do kontrowersji masz rację. Już dawno darowałam sobie „psie fora”, bo co chwila jatka jak we wszystkich „Rambo” na raz.

  23. Kachna 14/11/2014 at 22:20

    Kanionek chce dobić do 100 komciuf….
    ;)

    • kanionek 15/11/2014 at 00:04

      Kachna :) Cokolwiek lepiej u Ciebie?
      Jakich stokomciów, zaraz zapraszam Państwa do następnego wpisu (tylko dzieciom nie pokazywać!). Czerwonam na gębie jak Diabeł na zadku, ciśnienie mi zawór rozsadziło, ale trudno. Napisałam i opublikuję.

  24. Lena 15/11/2014 at 12:18

    Kocham Cię Kanionku za to, że jesteś.Podeślę link do Ciebie mojej prawie 26 letniej miastowej córce, która tylko kilka razy w życiu była u rodziny na wsi, ale kurami, kaczkami świniami i innym drobiem jest zauroczona. Królika i chomika i psa miała w dzieciństwie, jak każde miastowe. Tak bym chciała, żeby się tak przywiązała do Ciebie i twoich akolitek, jak ja:)Czytanie Was zastępuje mi najlepszą książkę. Tera jest cisza wyborcza, nudzę się jak mops albo mój coondell Maksio. Mój, odkąd jest nie na smyczy, tylko obok smyczy, zamienił się w przyjazną, radosną czarną poczciwinę z wiatrakiem ogona. Ma już 12 lat, drżę na myśl, że mogłoby go zabraknąć kiedyś. Kiedy jestem chora albo zmęczona , pakuję się do mnie albo na mnie, kładzie pysk na kolana i zabiera troski i choroby. 15 kg szczęścia. Moja córka w podstawówce tak bardzo chciała pieska/ kiedy nam zdechł chomik z powodu guza brzuszka, w ostatnim porywie przed śmiercią użarł mnie w palec/, a królik miniaturka Pasztet zdechł ze starości /był wielkości wielkiego kota/, jojczyła, żeby kupić jej psa. Kupiłam na bazarze czarnego maluszka, okazał się dobermaniątkiem. To był luty, piesek szczał po całym mieszkaniu, rzygał, srał /sorry/, cała chałupa w gazetach była jego. Musiałam go trochę odweterynarzyć, zabierać codziennie do pracy. W czasie jazdy samochodem jedną ręką przytrzymywałam mu łepek na wykładzinie a on mnie gryzł. W pracy się zesrał/ sorry na piękną wykładzinę sekretarce pod nogi.Z robakami… Trochę to trwało, ale jak zaczął ganiać moją córkę i gryźć w pięty, ona uciekała, nawet nie uznawał mojego faceta za wodza, tylko mnie. Na innych warczał i gryzł. Kiedy moja Mama stwierdziała, że jakiś dorosły doberman zgwałcił dziewczynkę, załamałam się. Córka się go bała, Dyrektor powiedział „on, albo ja”- z bólem, ale i ulgą oddałam go facetowi kuzynki. Miał tam pod Warszawą olbrzymi ogród, kochającą rodzinę i żył sobie szczęśliwie kilka lat, ale ponieważ nie był do końca rasowy, zaczął być wredny i rzucać się na domowników. Facet mojej kuzynki musiał go zastrzelić. Głupi ludzie, biedny Poker… Potem był nasz Maksik, też kupiony na bazarze w lutym, trzęsący się pakuneczek czarny. Mama jamniczka, ojciec N.N.Ale przynudzam… Jest z nami 12 lat, kocha wszystkich, nawet listonosza i kurierów.Każda potwora znajdzie swojego amatora-to o mnie. Pozdrawiam psie Mamy:)

    • kanionek 16/11/2014 at 23:29

      Nie przynudzasz, Lena :) Wiem, że są ludzie, znam takich, którzy w ogóle nic nie czują do zwierząt, żadnych. Nie powiem, że im współczuję, bo jeśli im tego nie brakuje, to nie ma czego współczuć. Ale cieszę się, że nie jestem jedną z nich. Bez zwierzaków mój świat byłby niepełny. Jak pizza bez sera i budyń bez rodzynków. I każdy, kto ma zwierzaka, ma swoją historię :)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa