Latające cząstki Multipytona, czyli znów o wszystkim i bez związku

Pomimo kręcenia się jak w betoniarce przez ponad dwa dni, jakoś wcale nie czuję się świeża, odwirowana i nakrochmalona niczym góralski obrus. Raczej zmęczona i zmięta jak ruska torba handlowa w kratę.

Jeśli więc trafią Wam się kiedyś dwa dni wolnego, i będziecie chcieli sobie odpocząć nie robiąc nic, to polecam raczej hamak pod palmami z widokiem na lazur oceanu, a nie własne łóżko przypominające tratwę na Wiśle pełnej zdradliwych wirów, z widokiem na sufit zaiwaniający wokół lampy. Niby na to drugie bilety są tańsze, ale na pewnych rzeczach nie warto oszczędzać.

Wczoraj, jak można wnieść po zmianie blogowego tła, odważyłam się przywrócić swój wątły kadłub do pionu i – stąpając ostrożnie, z wyciągniętymi przed się ramionami jak świeżo przeobrażone zombie – poszłam z małżonkiem do lasu. I choć światło owego dnia nie obfitowało w fotogeniczny nadmiar luksów, a do tego siąpiła październikowa mżawka, zrobiłam kilka fotek ostatnich w tym roku koźlarzy:

koźlaczek1

koźlaczek2

koźlaczek3

Koźlarze (potocznie zwane koźlakami) w tym kawałku lasu różnią się barwą od innych, związanych również z brzozami, przedstawicieli gatunku. Są ciemnoszare z nieregularnymi, białymi przebarwieniami, za młodu prawie czarne, za to w środku koloru ecru, zawsze jędrne i wypasione, a do tego najczęściej bez robali:

koźlarze

A dziś zabrałam wszystkie kozy na spacer (warunki meteo te same, co wczoraj), fotek było dużo i wszystkie rozmazane – te kozy są w ciągłym ruchu.

w lesie2

w lesie

I na zakończenie sezonu znalazłam sobie jeszcze takiego borowika:

borowik

I zauważyłam, że Bożenie będę jednak musiała podciąć racice, ponieważ jako niestabilna baryła unika ona skakania po murkach i innych betonach, więc i przerastających kopytek sobie nie ściera. Ja tam nie mam nic przeciwko zabiegom pielęgnacyjnym, lubię kozy (i psy i koty) czesać, wydłubuję z nich rzepy, ale nie wiem, co na to Bożena. Nie wiem, czy ktokolwiek manipulował jej kiedyś przy kopytkach, ale np. rzepa uczepionego końca ogona nie dała sobie wydłubać. Nie, nie użyła jeszcze nigdy przeciwko mnie swoich rogów, ale przy próbie dotknięcia ogona (albo brzucha, w którym próbuję namierzyć koźlęta) ucieka szybciej, niż ostatni nocny autobus, gdy się ma akurat daleko do domu. Kto próbował dogonić autobus ten wie, że to nie ma sensu. Od siebie dodam, że już lepiej opatulić się przydrożnym kartonem zbiorczym po parówkach i przekimać w rowie (co Wy byście beze mnie zrobili?).

No i wszystkie kozy mają już obroże. Irenka co prawda dostała swoją w spadku po Tradycji, ale reszta ma nowe. Problem z odpinaniem rozwiązałam tak, że przerzuciwszy tonę rupieci znalazłam dwa stare paski (od torby listonosza i dzielnicowego) i zdjęłam z nich te dynksy odpowiedzialne za regulację długości paska. Dynks wygląda tak:

dynks

I na końcówce obroży spełnia taką rolę:

dynks na obroży

Teraz nawet MAŁPA tego nie odepnie, bo nie umie przeklinać, a rzucanie mięsem jest przy tej czynności niezbędne, jak autor zapięcia sam się boleśnie przekonał.

Obroża Pecika jest niebieska i zapina się na zatrzask z krokodylkiem od starej czapki z daszkiem, a na końcówkę uszyłam ciasną szlufkę.

Skoro już nadgryzłam temat zabiegów, to obwieszczam triumfalnie, iż dzięki zębom udało mi się ustalić wiek Ireny i Bożeny. Z kozami jest tak, że od frontu mają zęby tylko w dolnej szczęce (tak, góra to tylko jedno nagie dziąsło pradziadka), a ilość tych zębów świadczy o wieku kozy. Ale tylko do czwartego roku żywota, bo później już nic się nie zmienia w uzębieniu i koza o ośmiu zębach stałych może mieć lat pięć, albo pięćset i wypchaj się, a nie zgadniesz. No może jeśli ma pięćset, to oprócz paru zębów brakuje jej jeszcze kilku części.

No i jakiś czas temu musiałam z nimi zawrzeć swoisty pakt stomatologiczno-laryngologiczny. Mianowicie w zamian za przyzwolenie na obgryzanie moich uszu do granic wytrzymałości, ja mogłam zaglądać im w pyski. To znaczy gdy zaglądałam Irence, moje uszy obrabiała Bożenka, i odwrotnie. Z tego wzajemnego przeglądu wynika, iż Irena ma lat dwa do trzech, a Bożena posiada sześć zębów stałych i dwie dziury w dziąsłach. Albo więc ma lat cztery do pięciu i zaraz wyrżną jej się ostatnie dwa zęby stałe, albo jest starsza niż wiertło z diamentu i właśnie zaczyna zęby gubić. Ja przyjęłam, dla spokojności ducha, że Irena ma dwa lata, a Bożena pięć, i na razie więcej im w pyski nie zaglądam, bo szczątkowa forma uszu jest mi jednak potrzebna, jako iż wieczorem noszę okulary.

A teraz nagła zmiana tematu i wiadro rozmaitości:

wiadro rozmaitości

Z takim wiadrem, pełnym gotowanych ziemniaków, marchwi, dyni i/lub cukinii, jabłek, pomidorów (kozy wolą kwaśne, więc dostają te pomarańczowe), zielonej pietruszki, ogórecznika i wciąż kwitnących nagietków, cebuli, czosnku, porów, selerów, kapusty i czego tam jeszcze, biegnę radośnie każdego dnia do koziarni, nakarmić moje baryły.

Może i jestem jakaś nieżyciowa, ale nie rzucam moim kozom zapiaszczonej marchwi prosto z wora na ziemię, żeby one tę marchew bezradnie obracały w pyskach i ścierały zęby na ziarnkach piasku, tylko wszystko, co dla nich przeznaczone najpierw czyszczę, później przerabiam na plastry, i wymieszane sprawiedliwie zadaję do żłobu, garnka i wiaderka. Jak się ma taką Bożenę, to nie można podać wszystkiego w jednym miejscu. Bożena bowiem, przy użyciu rogów, krótko i treściwie tłumaczy pozostałym kozom, dlaczego tylko ona w ogóle powinna jeść. I z tego też powodu zawsze asystuję przy kozich posiłkach. No i trochę też dlatego, że lubię patrzeć, jak inni jedzą i są zadowoleni. Taka ze mnie ckliwa staruszka ;)

przy żłobie

przy wiaderku

przy garnku

I po jedzeniu:

wtf

razem3

razem2

razem

po jedzeniu

Pecik2

Pecik

na żłobie

Irena

blondynka z niebieskimi

Zdjęcia z lampą mają jakość fotek z przyszpitalnej kaplicy, no nic na to nie poradzę. Za to blondynka dorobiła się błękitnych oczu :)

A u mnie w pokoju króluje swojski zapach kiszonej kapusty. Mój nos z radością wita wszystkie etapy fermentacji, a po tygodniu w odpowiedniej temperaturze kapusta pachnie już tak, no TAK pachnie, że trzewia aż skręca z chęci degustacji. Mogłabym leżeć w wannie wypełnionej kiszoną kapustą i wchłaniać ją przez skórę. Tylko nie mówcie nikomu, bo za takie rzeczy chyba dają kaftan. Jeszcze chwilę potrzymam ją w tym kamionkowym garnku, a później przełożę do słoików i wygnam do piwnicy. Listopad to u mnie oficjalne otwarcie sezonu na bigos :)

kiszona kapusta

54 thoughts on “Latające cząstki Multipytona, czyli znów o wszystkim i bez związku

  1. Lidka 16/10/2014 at 23:12

    Myslalam, ze te pomaranczowe warzywka to jakas salatka, na przyklad do marynowania, a nie „salatka” dla dziewczyn i Pecika! I pozuja fantastycznie do zdjec.
    Gratuluje kiszonej kapusty. Mnie nie wychodzi… Surowka natomiast wychodzi fenomenalnie. Bigos tez, taki z suszonymi sliwkami i na czerwonym winie; zanim dotrwam do konca gotowania -juz jestem pijana.
    A Pan Wiesio juz wiatrownice zmajstrowal? Czekamy na apdejcik prac budowlano- remontowych. Pozdrawiamy dzdzyscie.

    • kanionek 17/10/2014 at 01:53

      O tak, bigos koniecznie ze śliwkami (ja dodaję OPRÓCZ śliwek jeszcze powidła śliwkowe), mnóstwem grzybów suszonych i czerwonym, wytrawnym winem. W moim przypadku gotowanie bigosu to jedyna okazja, by sobie chlapnąć dobrego wina, bo generalnie mi szkodzi, ale przy bigosie mam wymówkę (bo niby cała butelka na gar to za dużo). Co Tobie nie wychodzi z kapustą? Może coś podpowiem.

      Pan Wiesio rozpłynął się w październikowych mgłach, ale na razie nie ma zmartwienia. Po długich wyliczeniach i próbach zdobycia materiału z odzysku musieliśmy się poddać i zamówić deski z tartaku. Gdy tylko dojadą, wyczeszemy Wiesia z chaszczy (ktoś podobno wie, gdzie Wiesio rezyduje) i odnowimy współpracę. My również Was pozdrawiamy, mżaweczkowo, bo u nas skąpo siąpi, a nie pada :)

      • Lidka 17/10/2014 at 02:02

        Nareszcie nadrobilam czytanie komentarzy i gleboko wspolczuje niedyspozycji. Mozemy sobie podac rece, poniewaz cierpie na podobne schorzenie. Dopada mnie zwykle rano, raz na jkies cztery miesiace i trzyma dwa dni. Przebadalam moj blednik i okazalo sie, to nie moje slowa, przysiegam-ze mam za niski poziom plynu w bledniku. Tlumaczylo by to ten smutny fakt, ze nie nauczylam sie jezdzic na rowerze, a i stanie na jednej nodze to wyczyn, o pracy zarobkowej na wysokoscisciach w ogole nie mowiac.
        Pomaga mi…picie magnezu.

        • Lidka 17/10/2014 at 02:06

          Na wysokoscisch mialo byc, mam paluchy zmeczone, bo dopiero wrocilam z pracy i napawam sie Twoim blogiem.
          Kapusta kiszona nie wychodzila mi pewnie dlatego, ze szatkowalam taka zupelnie swieza i zielona, a zdaniem mojej tesciowej ma byc juz lekko zlezala i zolta. Drapie sie w glowe…

          • kanionek 17/10/2014 at 02:23

            Żółta to może nie, ale musi poleżeć z tydzień w absolutnych ciemnościach (i najlepiej w chłodzie), a moja leżała ponad trzy tygodnie. żeby się wybieliła. Ale ważne jest też, żeby to była kapusta „długodystansowa”. W Polsce używa się odmiany „kamienna głowa”. Generalnie chodzi o taką kapustę, która ma zwarte, ciężkie główki, nie taką lekką, zieloniutką, z odmian wczesnych (czyli szybko osiągających dojrzałość do zbioru). I sól najlepiej niejodowaną mieć. Ja dodaję też trochę tartej marchewki, czosnek drobno pokrojony, pieprz w całych ziarnach, ziele angielskie (niedużo, bo ma charakterystyczny aromat) i znikomą ilość kminku, bo go nie lubię, ale na coś tam jest dobry ;)

            Do ugniatania używam rąk, ale w gumowych rękawiczkach, żeby było jak najsterylniej ;)
            Potem ważna jest temperatura. 18-22 stopnie Celsjusza, w miarę stabilna, żeby proces kiszenia nie zamierał, bo bakterie kwasu mlekowego mogą się poddać inwazji innych szczepów. Kisi się różnie długo – czasem po tygodniu jest już OK, czasem po dwóch lub dłużej. I gdy już jest OK, to kapustę wynosi się do zimnego, żeby już mocniej nie kisła, bo będzie zbyt kwaśna.

            A, no i musi być od wierzchu przykryta talerzem i obciążona np. dużym słojem z wodą, żeby sok był cały czas na wierzchu. Ja od góry przykrywam jeszcze garnek czystym ręcznikiem kuchennym, żeby nic niepożądanego do środka nie wpadło.

            I jeszcze jedna ważna rzecz – gdy kapusta zacznie „pracować”, należy co drugi dzień zdjąć obciążenie i ten talerz i poprzebijać kapustę aż do dna naczynia drewnianym patykiem. Ja używam trzonka długiej łyżki drewnianej, którą zawsze przed przebijaniem „sterylizuję” nad palnikiem gazowym. Jeśli nie będziesz przebijać kapusty, nabierze gorzkiego, nieprzyjemnego smaku. Po akcji z przebijaniem znów przykrywasz talerzem, dociskasz, obciążasz i za dwa dni od nowa to samo :) Na wszelki wypadek napisałam już chyba wszystko :)

            Patrz, Ty wracasz z pracy, a ja już powinnam dawno spać :D

        • kanionek 17/10/2014 at 02:33

          Lidka, dziękuję, że mi o tym napisałaś! Od dwóch lat się z tym męczę i szukałam informacji WSZĘDZIE, ale nie znalazłam identycznych jak moje objawy. Ludziom się kręci w głowie w różnych okolicznościach, ale ja mam właśnie tak, jak mówisz. Budzę się z tym zawsze rano, pierwszy dzień (lub dwa) są najgorsze, a potem kilka miesięcy jakby nigdy nic… Ale po raz pierwszy przeszło mi tak szybko, bo zawsze trzymało minimum tydzień. Masz to „od zawsze”, czy pojawiło się znienacka, jeśli mogę zapytać? Bo zastanawiam się, czy płyn z błędnika może tak sobie któregoś dnia uciec…
          Ale na rowerze jednak mogę jeździć, prawo jazdy na motocykl też mam i kiedyś jeździłam, po drabinie na strych obory też wejdę. Poza okresami, gdy mam „atak”, bo wtedy nawet gałką oczną staram się nie ruszać :)
          Magnez też mi pomaga, ale na… arytmię serca.

          • Lidka 17/10/2014 at 03:02

            Nie mam pojecia, czy plyn z blednika moze sobie tak sobie pewnego dnia uciec. Mnie przynajmniej powiedziano, ze mam to od zawsze. Z jakiegos powodu ataki zaczely sie kiedy bylam nastolatka. Wtedy mowiono mi, ze zwyczajnie boli mnie glowa. Ale ja wiedzialam, ze to nie to. W dodatku jestem rowniez migrenowcem i ja NAPRAWDE wiem, co to bol glowy i bycie wylaczonym z zycia na pare dni. Nie wiem, czy te dwie choroby maja jakis zwiazek, ale branie leku na migrene (lek nazywa sie maxalt), zminimalizowalo moje ataki do dwoch, czy trzech rocznie. Nie bardzo jest na to remedium, trzeba poprostu przeczekac, probujac nie zarzygac calego swiata.
            Moj maz- chyba raczej dla dodania sobie odwagi, bo w sytuacjach chorobowych jest nieuzyteczny- kiedys ze mnie zartowal, ze „migrene to maja Lubomirscy czy Potoccy, a Ciebie poprostu leb napierd…”

          • kanionek 17/10/2014 at 03:16

            Fakt, trzeba czekać aż przejdzie, bo NIC się nie da z tym zrobić. Ale wiesz, dla mnie lęk był najgorszy – za pierwszym razem myślałam, że doznałam wylewu! Bo wydawało mi się, że jakaś magiczna siła ściąga mnie na ścianę i nie mam kontroli nad torem lotu ;) Po kilku atakach uznałam, że chyba nie na to umrę, ale złość na tę niemoc pozostała.
            A migreny dwu-trzydniowe, gdy nawet szuranie pająka rozbija czaszkę na pół, też znam. Może te dwie przypadłości jednak mają jakiś związek?
            Lidka, idę spać, bo już padam :) Trzymaj się ciepło i pozdrów małżonka :)

          • pandeMonia 17/10/2014 at 09:16

            Mnie wyrywają zawroty ze snu nad ranem.
            Zauważyłam tez, że mam je jak się wystraszę, np jak coś gwałtownego – mama do szpitala, dziecko spadnie z murka. ;)
            Ponadto jak rano głowę szybko przekręcę i spojrzę równocześnie do góry. Ja to też wiążę ze złymi przepływami krwi do mózgu. Może ucisk na tętnice przykręgosłupowe, albo szyjne?
            Nie wiem. Miałam tomografię 5 lat temu, chcieli mnie dziabotać po kręgosłupie, by stwierdzić czy nie mam boreliozy, przed badaniem błędnika uciekłam. I tyle :)
            Ach, jeszcze jedno. Bardziej mi się kręci po źle przespanej nocy, albo gdy zbyt późno pójdę spać.

            ALeż mają super stwory w koziarni! Jak w SPA!

          • kanionek 17/10/2014 at 20:35

            Ja ze strachu lub stresu to tylko bólu łba doświadczam, a te zawroty są bez związku i sensu. Tylko kilka razy w roku, zawsze z porannym początkiem, i trwające cięgiem aż do całkowitego ustąpienia objawów. W pozostałych okresach czasu mogę łbem kręcić jak koza usiłująca zerwać z sosny szyszkę. I nic.

            E tam, jak w SPA to było zaraz po wapnowaniu i wstawieniu mebli, a potem przyleciały jaskółki, obsrały wszystkie drzwi i ściany od wewnątrz, a kozy poobdzierały wapno z krawędzi murków, po których chętnie skaczą. W przyszłym roku kolejne wapnowanie, a na jaskółki muszę jakiś sposób znaleźć, bo naprawdę mają gdzie gniazdować, a one upierają się w koziarni. I zawsze czają się w pobliżu, a gdy tylko lekko uchylę drzwi, już ich pełno w środku :)

  2. Lena 16/10/2014 at 23:31

    No mój Boże, niebieskie oko mnie powaliło. I te zjęcia i te tło i te grzyby ! Kocham grzyby , mogę je jeść trzy razy w tygodniu i jeszcze w jajecznicy czwarty raz.. Aż mnie skręca z zazdrości! Z żarciem /pardą, jedzeniem /, dla kóz, to Ty jesteś jak ta matka Natura u Sapkowskiego, tylko krasnymawianek z kłosów na głowę i w ręką zielony badylek…A przed nią bieży baranek / zgadnij kiedy?/, a nad nią lata motylek…
    Stary Staszwski patrzy z obłoków leżąc pod moste, popijając conieco i paląc blanta…

    • kanionek 17/10/2014 at 01:44

      Stary Staszewski to miał łeb, trzeba przyznać, a młody umiał spadek z polotem wykorzystać.
      Ale kiedy ten baranek?? Nie zgadnę!

      Nie wiem, czy jestem z tego, czy z tamtego świata
      Gdzie się przybliżam, zaraz wiatr oddali,
      Pędzi w górę, w dół, z ukosa:
      Tak pośród pierzchliwej fali
      Wieczną przelatując drogę,
      Ani wzbić się pod niebiosa,
      Ani ziemi dotknąć nie mogę.

      Ani do rozumu dojść z Twoją zagadką! Powiedz, to obiecuję nie zamieszczać więcej zdjęć grzybów, żeby Cię nie skręcało, a mam ich O TYLE :D
      Mam kilka litrów suszonych, parę kilo mrożonych, i baterię marynowanych w piwnicy, i dokumentację zdjęciową świeżych i nie zawaham się ich użyć :) Też kocham grzyby. Lubię na nie patrzeć, je dotykać, kroić na pół i podziwiać przekrój, a nade wszystko jeść – w sosach, jajecznicach, bigosach, pierogach z kapustą… Chyba już o tym pisałam :D

  3. mitenki 17/10/2014 at 00:05

    Ale grzyby!!!!!!! Czemu u mnie pod domem nie rosną albo chociaż na balkonie???
    Pecik ma cud niebieskie oczyska. Pewnie dlatego dostał obróżkę pod kolor?
    Mieszankę warzywną wzięłam za wsad do zupy dyniowej :D Ciekawa jestem czy chciało Ci się robić? Mnie nie dziwi czyszczenie warzyw dla zwierzaków, jak gotowałam dla kota to czyściłam i obierałam wszystko jak dla siebie. Tyle że nie dodawałam przypraw i soli.

    Pytałaś wcześniej gdzie będzie można przeczytać bajkę o świecie Kanionka :) Ależ oczywiście, że na Kanionkowym blogu, bo gdzieżby indziej? Tylko nie spodziewaj się proszę jakiejś perełki literatury, bo ze mnie żaden Ezop :D Po prostu któregoś dnia po lekturze Twojej notki zaświtał mi głowie pomysł na bajkę.

    • kanionek 17/10/2014 at 01:24

      Co do grzybów „z rurkami”, to wielu już próbowało transplantować je np. do ogródków, pod iglaki itd., ale grzyby nie dały się nabrać. One chcą w lesie i koniec :) Są grzyby wybitnie mikoryzowe, np. maślak żółty, które rosną tylko pod określonym gatunkiem drzew. Wspomniany maślak występuje w związku romantycznym z modrzewiem i sama osobiście miałam maślaki w ogródku działkowym. Ale czy wzięły się tam „z nieba”, czy przywędrowały w postaci plechy na korzeniach sadzonki modrzewia, to już nie wiem. Na balkonie grzyba nie życzę, bo zdecydowanie nie będzie należał do jadalnych ;) Ale wiem, wiem co miałaś na myśli :)

      Pecik ma oczy jak błękitne cyrkonie tylko w świetle flesza, ale robią wrażenie, prawda? Zupa dyniowa czeka na swoją kolej, bo wiem, że będzie tylko dla mnie. Małżonek „dziwnych rzeczy” nie rusza, więc dziś ugotowałam Zupę Szalonego Ogrodnika (w której jest prawie wszystko, co w ogrodzie wyrosło), a dyni zostało mi jeszcze tyle, że zrobię i zupę, i marynowane kostki, i może jeszcze coś, a dla zwierzaków też ze dwa wiadra zostaną. Zamrozić już nie mogę – zamrażarka trzeszczy w szwach. W ogóle bardzo mi się podoba dynia – tak sobie leży, nie psuje się, nie zmienia koloru, ani nawet nie wysycha. Warzywo idealne w przechowywaniu.

      Na bajkę by Mitenki poczekam cierpliwie :) Może być perełką, może być kolorowym szkiełkiem, a nawet bryłką węgla brunatnego – grunt, że będzie dla mnie :)

  4. Lidka 17/10/2014 at 02:44

    Dziekuje za przepis na kiszona kapuste. Wydrukuje i zalacze do moich kulinarnych wycinkow. Mam tych wycinkow sporo, niektorych nawet juz nie potrafie odczytac. Tusz wyblakl. Tak sobie wlasnie pomyslalam, ze zaluje, ze nie zapisalam przepisow mojej babci, fenomenalnych przepisow, bo babcia spedzila mlodosc na zarobkowaniu we Francji. Pichcila, na przyklad, doskonalego krolika czy danie z …golebi. Coz, W moim dziecinnym pojeciu, myslalam, ze babcia bedzie zyla wiecznie…
    Jutro rozejrze sie za „kamienna glowa „;nie jestem jednak pewna, ze to co tutaj jest do kupienia -kwalifikuje sie jako „kamienna glowa”.
    A u mnie dopiero 19:40, czy jak kto woli 7:40 PM. Wychodze z psami na wieczorny spacer, z gleboka nadzieja, ze nie spotkamy tym razem skunksa na naszej drodze.
    Pozdrawiamy i zyczymy zdrowia.

  5. diabel-w-buraczkach 17/10/2014 at 08:00

    Widze, ze Pecik to juz kawal koziola sie zrobil, pieknie.
    A te dwa pyszczki chrupiace warzywka – przeurocze!!!

    • kanionek 17/10/2014 at 20:43

      Tak, Pecik jest zdecydowanie wyższy. A dzisiaj ścinał się z Bożeną i ja znów paznokcie gryzłam, podglądając przez okno. Zdaje się, że dwa rogacze będą walczyć o palmę przewodnika stada. A tak nie chciałam kóz z rogami…

  6. bila 17/10/2014 at 08:57

    Przepiękne grzyby, ja w tym roku marynowałam tylko opieńki, ale dobre i to. Jesień, to dla mnie nie tylko sezon na bigos, ale i kapuśniak (jeszcze mam w garnku, ze wczoraj, ale mało, bo Małzonek lubi BARDZO), krupnik, grzybowa i dyniowa oczywiście.
    Fajnie, że mamy grzyby w lasach. Do znajomej przyjechała Tajka, którą syn poznał w necie i zachwycała się grzybami w lesie, klaszcząc w dłonie na widok podgrzybka.Albowiem mieszkamy w egzotycznej Polsce, no nie?
    Kózki ślicznie na zdjęciach wyglądają, ale co mają nie wyglądać, na tak wypasionej diecie?
    Zdrówka życzę!!!

    • kanionek 17/10/2014 at 20:41

      To prawda, że obcując z czymś od urodzenia nie dostrzegamy już tej „egzotyczności”. Podziwiamy pingwina w zoo, a co ma powiedzieć taki Eskimos?? Dla niego nasze bogactwo fauny i flory to byłby szok i długa terapia ;)
      A wiesz, że nigdy jeszcze nie robiłam kapuśniaku? Bo to kolejna potrawa, której mój nie tknie nawet szklaną pałeczką laboratoryjną :D
      Pozdrawiam :)

  7. Ynk 17/10/2014 at 12:10

    Sceny rodzajowe z życia kóz i koziołka są wybitnie malownicze :-) I jak to pozują jedna przez drugą. Dosłownie PRZEZ.
    Sałatka wielce apetyczna, ale skojarzyła mi się z wizytą z moimi latoroślami u ortodonty i zaleceniem, żeby nie dawać im pokrojonych owoców (babcia wnusiom jabłuszko obierała i w ćwiarteczki kroiła) czy warzyw, tylko całe, niech gryzą, niech chrupią, bo młode zęby i dziąsła tego potrzebują, to je wzmacnia. Czy kozy nie mają tak samo?
    Koźlarza tylko jednego znalazłam, ale za to tego przystojniaka, czerwonego. O wąchaniu grzybów nie wspomniałaś. Ja się zatracam w wąchaniu ich :-)

    • kanionek 17/10/2014 at 20:25

      Ynk, one nie pozują, te małpy w koziej skórze, tylko cały czas tak skaczą, łażą, zaglądają, obczajają, tu podrapią, tam obgryzą… Ja tylko w kącie siedziałam i pstrykałam, a Wam zaserwowałam tylko te nieliczne fotki, które nie składały się z rozmazanych, fruwających w powietrzu łbów i racic :) Mówię serio. Kozy powinny umieć grać w karty, albo obsługiwać maszynę do szycia, bo potwornie się nudzą.

      Te czerwone koźlarze, zwane tutaj „czerwoniakami”, to zaiste pożądany towar. Są jędrne i zwarte niczym borowik, nadają się do suszenia i smażenia, no i dobrze smakują. Ja znajduję zaledwie kilka sztuk każdego sezonu, ale miejscowi mają swoje tajne miejsca, które odwiedzają codziennie skoro świt, by uprzedzić konkurencję. A wąchać oczywiście wącham namiętnie, czasem wtykam nos w słój tych suszonych i narkotycznie omdlewam ;)

      Zęby, kozy i ortodonci. Wiesz, ja jestem osobnikiem znerwicowanym i wieczniebojącym się wszystkiego, więc każdą pierdołę analizuję z poświęceniem godnym programu lotu kosmicznego. I teraz tak: są przynajmniej trzy zasadnicze różnice pomiędzy gatunkiem kozim, a ludzkim, jeśli chodzi o pożywienie. Primo: kozy i inne przeżuwacze mają zupełnie inne uzębienie, niż my. Tylko osiem zębów z przodu i TYLKO W DOLNEJ SZCZĘCE. To są zęby typu siekacze. Potem znów jest przerwa czyli łyse dziąsło, i w głębi pyska dopiero płaskie trzonowce do miażdżenia i rozcierania pokarmu. Tu jest przykładowa rycina obrazująca te dziwy:
      http://usatoday30.usatoday.com/tech/columnist/aprilholladay/2006-09-05-cows-mirrors_x.htm

      I tymi dolnymi siekaczami kozy operują tak, że chcąc odgryźć od gałązki listek, lub szarpnąć trochę trawy, łapią je pomiędzy zęby a dziąsło i energicznie szarpiąc głową w bok tną to zielone jak nożem. Nie mogą zastosować techniki „na cążki” właśnie z powodu braku górnych zębów.

      Secundo: kozy bidule nie mają dłoni. Nie mogą sobie przytrzymać w miejscu marchewki, żeby odgryźć kawałek. A człowiek kulturalnie wsunie sobie cokolwiek do pyska i odgryzie tyle, ile mu się podoba, a reszty nie upuści na zabrudzoną słomę ;) Małych marchewek nie kroję w plastry, ale duże muszę. Koza próbująca obrócić całą marchew w pysku, przy uniesionej głowie, mogłaby się zadławić. Choć wiem, że ludzie tak karmią kozy, to ja nie jestem ludzie, ja jestem panikara ;)

      Tertio: kozy są przeżuwaczami i żują całe życie bez przerwy. Co zeżrą, to wpada do żwacza, z którego po wstępnej fermentacji wraca do przełyku i pyska, i znów trzeba to przeżuć. W dodatku na pastwisku chętniej gryzą gałęzie drzew i krzewów, niż miękkie trawy i chwasty (właśnie wczoraj okorowały mi elegancko karłowatą sosnę i całe pyski mają oklejone żywicą), a ja im jeszcze donoszę gałęzie drzew owocowych i wierzby prosto do koziarni.

      Dlatego nie martwię się, że warzywa w plastrach, stanowiące zaledwie ułamek ich diety, wpłyną na ich uzębienie. No i rozdrabnianie warzyw ma jeszcze jedną w przypadku tych żarłoków zaletę: mogę wszystko wymieszać tak, by każdy łeb dostał sprawiedliwie wszystkiego po trochu. Przepraszam za przydługi wykład, ale może komuś ten temat wyda się interesujący?

      A co do ludzi to ortodonta ma pewnie rację, bo ludzie jedzący papki i fast-foodowe miękkie bułeczki podobno szybciej żegnają się z zębami, które najwyraźniej uznają, iż skoro są generalnie zbędne, to co się będą wysilać stojąc w twarzy na baczność :D

      • Ynk 18/10/2014 at 11:33

        Dzięki za mnogość interesujących informacji. Trafiłaś, Kanionku, w czuły punkt (czułki aż zawibrowały z ekscytacji) – ciekawość :-)
        Lubię się dowiadywać. Dotychczas myślałam, że kozy mają zgryz pudełkowy. Tzn. odwróconego do góry dnem pudełka. Kiedy przypominam sobie ich przeżuwające pyszczki widzę sterczące zabawnie dolne zęby. Nie miałam pojęcia, że górnych nie dostały od Matki Natury (dostały? ale straciły? zjadły na filozoficznych dysputach ze WSZYSTKIM?). I wcale nie musi być praktyczna i przydatna mi tu i teraz. Wiedza ta, znaczy. Bądź co bądź, mam to w nicku: you never know (kiedy się przyda) ;-)
        Tak że dzięki, Skarbnico :-)

        • kanionek 18/10/2014 at 17:44

          Skarbnica ze mnie taka, że może parę moniaków po dnie się wala, jeden złamany szeląg i kilka żetonów na karuzelę, ale z biegiem lat wiedzy przybywa ;) Też lubię dowiadywać się nowych rzeczy, najkrócej zjawisko ujmując. Wspomniałaś o czynniku „you never know”, który zawsze biorę pod uwagę w rozmaitych rozważaniach prowadzących do wyrobienia sobie zdania na taki, czy inny temat. Kiedyś długo sprzeczaliśmy się z małżonkiem właśnie o ten „ynk”. Ja bez ynka ani rusz, a on lubi dochodzić do jasnych, pewnych i niewzruszonych wniosków. Może takie trzymanie cienia wątpliwości w kieszeni umysłowego płaszcza to przymiot natury kobiecej? Nie wiem.

          Skarbnica zaś nadal maca Bożenę po podwoziu, uparcie szukając śladu bytności koziołka(ów), no bo co innego ona może tam trzymać? Szlafrok frotte i klapki, na wypadek zaproszenia do prawdziwego SPA?? Naczytałam się już tyle o koziej ciąży, że łeb mi ciąży, a Bożena wciąż pozostaje Wielką (!) Tajemnicą ;)

          • Ynk 19/10/2014 at 10:10

            Tak, tak (wzdych). 50% geny, 45% tryb życia, 5% you never know. Przy czym zdarza się, że właśnie te 5% decyduje.

  8. Fredzia 17/10/2014 at 13:29

    Państwo tu gadu gadu o kozich sałatkach, przebijaniu kapusty, mikoryzowych maślakach, błędnym magnezie i daniach z gołębia, a tymczasem…
    Wiem, wiem, dobre wychowanie, bą tą, sawuar-rezerwuar i bułkę przez bibułkę bezę łyżeczką nieoblizaną są ważne, ale nie możemy skrywać oczu za okularami grzeczności i udawać, że nie wisi tu kisząc atmosferę istotne, trącające strunę sumienia i grające na kontrabasie ciekawości PYTANIE, które kładąc pod topór życzliwe względy Kanionka ośmielam się zadać. Bo ponad wszystko liczy się PRAWDA. Prawda czasu, prawda ekranu (komputera) i prawda tabloidowa, która z prawdą codziennie się mija, celowo przechodząc na drugą stronę ulicy, by nie dostać po pysku.
    A pytanie owo brzmi: co stało się z właścicielami toreb?! Czy listonosz i dzielnicowy, przywitani szczekająco-machającą przyjaźnią do człowieka wiją teraz gniazdo na najwyższej topoli, zastanawiając się, czy uszczelnienie go wełną szklaną było faktycznie dobrym pomysłem i jak to wpłynie na ich potomstwo? Czy też może zroszone państwowym potem czoła zamiast marszczyć się nad kolejnym okólnikiem szefa zdobią teraz ścianę kozich apartamentów, by Księżniczka i jej świta zawsze mieli w zasięgu języka deser?

    W celu zrozumienia ostatniego zdania polecam seans filmowy:
    http://www.youtube.com/watch?v=1q9hiHNsf84

    A pytanie wisi.
    I czeka…

    • diabel-w-buraczkach 17/10/2014 at 13:58

      no ja slyszalam ze kozy to WSZYSTKO potrafia zjesc… ale nic nie chce sugerowac!!!

      • kanionek 17/10/2014 at 19:15

        :D Potrafią, ale zapewniam Cię, że z listonosza i dzielnicowego W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI obżarłyby właśnie paski od toreb, później czapki i guziki, a dopiero na końcu części zasadnicze panów mundurowych :D

    • kanionek 17/10/2014 at 19:48

      @Fredzia
      WIEDZIAŁAM :D Wiedziałam, że jeśli ktokolwiek w ogóle na chwilę zatrzyma wzrok, by bystrym okiem Sherlocka bezbłędnie wyłowić spośród tego literackiego farszu z grzybów i kapusty dwa słowa z pozoru błahe, i zasępi poorane bruzdami intelektu czoło nad losem dwóch w domniemaniu niewinnych urzędników, to będziesz to właśnie Ty. Choć co do linka to obstawiałam scenę z „Brudnej roboty” Moore’a, w której harpie z kanałów wylizują ludzką czaszkę (choć nie wiem, czy Brudna robota doczekała się ekranizacji, bo zwykle poprzestaję na książkach).
      Ja nawet tej „Kołysanki” nie widziałam – warto?

      A pytanie wisi (w przeciwieństwie do listonosza i dzielnicowego, zapewniam) i czeka. Powiem tylko, że nie mam w pobliżu żadnej topoli, na podwórku zaś stoją jedynie dwie niewysokie lipy i gdyby panowie zechcieli wić na nich gniazdo, to po pierwsze psy by im portki obżarły (naprawdę niskie te lipy), po drugie tam już jest karmnik dla ptaków, po trzecie – Ty mnie masz za jakąś niegościnną? Żebym na deszczu przedstawicieli ważnych służb trzymała? NAWET JEŚLI listonosz z pewnej gminy przez dwa lata udawał, że mój adres to urzędnicza pomyłka? A dzielnicowy miał to w nosie? NO SKĄD :) Ja mam tu dużo różnych zadaszonych zakamarków, które można zamknąć od zewnątrz i ten… Dobrych ludzi miską gwoździ podjąć :)
      I przysięgam, że w piwnicy trzymam tylko słoiki. NIE z taką zawartością, co u Sobaszka w „Muszę kończyć, umieram” ;)

  9. Kachna 17/10/2014 at 15:08

    Ja przez WAS WSZYSTKIE umrę ze śmiechu!

    Ofkors, pomijając kwestie zawrotów w betoniarce….(miałam migreny z aurami różnymi – ale mi minęło 13 lat temu).

    Taka soczysta ta notka Kanionku jak ta kapusta kiszona – uwielbiam!

    A kozuchy mieszkają i jedzą jak królowe jakie. Pamięta jeszcze, że uwielbiałam chować się i przebywać w owczarni jak była śnieżyca – było bardzo cieplutko, a ona chrupały, i jeszcze między nimi skakało kilkanaście królików.Cudnie było.
    Tradycja wygląda jak baryłeczka:)
    Boże jaka ona piękna!

    • kanionek 17/10/2014 at 19:09

      Piękna, szczególnie na tym zdjęciu, gdzie łeb wykrzywia jak kobra z porażeniem mózgowym, patrząc z góry na Pecika i zastanawiając się „kto u czorta kima na mojej ławeczce?”.

      I w nawiązaniu do Twojego wspomnienia o ciepłej owczarni – zastanawiam się, czy tym moim królewnom nie będzie zimno w ich pałacu. Na takim metrażu można spokojnie upchać trzydzieści kóz, a ja mam tylko cztery. Pecik ma futerko jak królik angorski, Tradycja szczecinę mamucią, ale Irenka i Bożenka nadal chodzą w letnich kieckach. Z drugiej strony, myślę sobie, skoro sarny w lesie spędzają zimę pod gołym niebem…
      Chyba znów za dużo kombinuję i martwię się o to, czy Słońce poradzi sobie z reakcją termojądrową, a kamienie zrozumieją prawo ciążenia ;)

    • Lidka 17/10/2014 at 21:21

      A jak to sie stalo, Kachna, ze ta migrena Ci minela?

  10. Michalina 17/10/2014 at 15:37

    Prawdziwe akrobatki z tych kóz!
    wcale bym się zdziwiła jak kiedyś pokażesz nam zdjęcie, na którym Twoje kozy ćwiczą ustawianie żywej piramidy. Już to widzę: na szczycie Tradycja koniecznie z Panem Kotkiem na głowie hehe
    Pecik – de best!

    • kanionek 17/10/2014 at 18:54

      Taką grubaskę na szczyt piramidy?? Litości nie masz :D Ja się może nie znam na budownictwie, ale najcięższe klocki chyba idą na fundament…
      A Kotek, w tym swoim gustownym fraku i z pełnym wyższości spojrzeniem, mógłby zostać Dyrektorem Koziego Cyrku.
      Dlatego tak się boję zimy – bo co oni wszyscy będą robić, gdy dokoła zalegnie śnieg i martwa cisza? Będą knuć i spiskować, wymyślać diabelskie sztuczki i – rzecz ujmując w trzech słowach – szarpać moje nerwy ;)

  11. kanionek 17/10/2014 at 17:21

    Uwielbiam Was :D
    Wszystkim i każdemu z osobna odpiszę później, gdyż dopóki jasno na zewnątrz, prowadzone są zajęcia poza domem (wszystkie 16 racic już skorygowane).

  12. czubatka 17/10/2014 at 17:50

    Toż te Twoje kozy to istne akrobatki.Nie miały przypadkiem propozycji z Cyrk De Soleil?No,ale po takim jedzonku to wigoru pewnie im nie brakuje.Ja też myślałam, że to pomarańczowe to jakaś sałatka na zimę, a nie kozie żarełko.A teraz z innej beczki.Czy przypadkiem Ciebie i Twoich czytelniczek nie połączyły zaburzenia błędnika?Ja też to mam.Na szczęście trwa to krótko, ale wygląda to jak bym golnęła coś-bez względu na porę dnia i okoliczności.U mnie chyba to dziedziczne:babcia ma, tata ma i brat też.Ale to chyba nie jest śmiertelne,bo babcia ma już 92 lata.Czego sobie i Tobie i innym życzę.

    • kanionek 17/10/2014 at 18:46

      A w mojej rodzinie tylko ja taka dziwaczna :)
      Muszę z tą sałatką wyjaśnić – może na zdjęciu ciężko złapać skalę, ale to są duże i dość grube plastry. Taką sałatkę żułabym przez tydzień ;)
      Kozy są akrobatkami z natury, przekazując ten cyrkowy gen z dziada na dziada :D Zanim koza została udomowiona (i zaczęto w drodze hodowli selektywnej i dzięki łączeniu ras uzyskiwać np. rasy wysokomleczne lub typowo mięsne), hasała sobie po górach, a nierzadko i po drzewach.
      Gdyby kozę trzymać na ciągłej uwięzi, lub tylko na płaskim terenie, to zakładam śmiało, iż popadłaby w depresję i zdechła. Każda koza pragnie znaleźć się wyżej, niż inne kozy, choćby miała stanąć czterema kopytkami na kawałku cegły ;)

      Nie, Kanionek.pl to nie jest Forum Błędnych Rycerzy (cerek?) :D Inne błędniki zgłosiły wyrazy współczucia na wieść o moim podupadłym chwilowo stanie zdrowia, i obyśmy jak najrzadziej miały okazję do pogawędek typu „pani kochana, ależ mnie ta proteza biodra uwiera”.
      Żyjmy długo i szczęśliwie, bezbłędnie i na oryginalnych podzespołach :)

  13. zeroerhaplus 17/10/2014 at 19:18

    Ni z gruchy, ni z pietruchy (ani z selera): zrobiłam dziś Twoje penne z tuńczykiem. Baaaardzo dobre!!! (lub cytując męża: „PYCHA”)
    Ale nie zgadzam się z degradującym stwierdzeniem „śmierdziel”. To danie PACHNIE.
    Od dziś wchodzi na stałe w nasz jadłospis, z drobnymi zmianami uwzględniającymi szerokość i długość geograficzną, upodobania kubków smakowych osób spożywających oraz aktualną wilgotność względną.
    Dzięki za zamieszczenie przepisu :))

    PS. Koźlarzowa brzezina to faktycznie coś, co tygryski lubią najbardziej. Czy prowadzasz też kozy w koźlarze? Jeśli tak, to pewnie w kozakach ;)
    (Żeby nie rozraciczkowały, naturalnie. Przecie, że nie dla żartu)

    • kanionek 17/10/2014 at 21:08

      Mi też pachnie, ba – wystarczy że czytam, że zrobiłaś i JUŻ czuję ten aromat i ślinianki mają wściekliznę. No to smacznego :)

      Haha, osiem par butów dla tych utrapieńców, niedoczekanie. A ostatnie kozaki, jakie JA miałam na nogach, to były te tłuste, plastikowe Relaxy, i to była straszna kara. Kara i wieczne potępienie, i lęk przed hańbą, która mnie okryje wśród butów w dole (kiepska parafraza Miltona, prosz). A gupich koziołków tam nigdy nie zabiorę, bo to jak iść na róże z kosiarką! One by opędzlowały zasoby brzozowego Lasu Na Bagnach w 10 minut :)
      Lubią grzyby, a Tradycja całkiem zgłupiała i wczoraj próbowała zeżreć muchomora czerwonego. Następna wycieczka do lasu dopiero po zamarciu wszelkiego życia blaszkowego.

      • Lidka 17/10/2014 at 22:00

        Chcialam sie pochwalic, ze znalazlam kapuste „kamienna glowa”. Przebieglam chyba z szesc sklepow, az w koncu zahaczylam o meksykanski warzywniak i tam lezala sobie moja sliczna, ty, ty kapucha! To sa uroki wielokulturowego panstwa, ze wlasciwa kapuste mozna znalezc dopiero w meksykanskim sklepie. „Glowy” wygladaja bialawo i sa zwarte i ciezkie, tak jak w Twoim opisie. Jutro wiec zaczniemy z malzonkiem robote. Garnek juz przygotowany. Mam tez kamien do przylozenia.
        Przypomnialo mi sie kiszenie kapusty w moim domu rodzinnym. Dziadek byl tym, ktory udeptywal i co roku biadolil, ze kapusta nie wyjdzie, bo powinna ja udeptywac…dziewica. Jakby faktycznie od tego zalezalo istnienie kiszonej kapusty- nikt na swiecie by jej nie mial.

        • kanionek 18/10/2014 at 01:07

          Buhaha! Może by szło dostać taką kapustę, ale wyobraź sobie, ile ona by wtedy kosztowała! I te ogłoszenia w prasie: „Krajowa Wytwórnia Kapusty Kiszonej pilnie przyjmie dziewice do pracy. Wysokie wynagrodzenie, praca w młodym, dynamicznym zespole, wiaderko i łopatka gratis, premia za wyniki – wielopak słoiczków Gerber”.

          Cieszę się, że się odważyliście odkopać starą tradycję :) Ilość soli per kilogram kapusty (najlepiej ważyć już poszatkowaną) jest najczęściej podawana jako „łyżka stołowa”, niektórzy dodają, że płaska. Ale nie tylko łyżka dziś łyżce nierówna, sól soli również. Osobiście uważam, że lepiej dać za mało, niż za dużo, choć może się mylę. Ja jeszcze po ostatecznym przemieszaniu i ubiciu biorę kęs tej kapusty i oceniam wg własnego „widzimisię”, czy jest wystarczająco słona. I ubijajcie sił nie szczędząc, żeby dużo soku na wierzchu było.
          Powodzenia, będę trzymać kciuki :)

      • zeroerhaplus 18/10/2014 at 05:48

        Kanionku. Dzieci są dziwne. Wiesz, że ja prawie marzyłam o Relaxach i (dzięki, mamo!) nigdy ich nie dostałam? Teraz na samą myśl o tym pocą mi się stopy ;)
        A „Raju utraconego” i tak nie czytałam, troglodytka jedna. Tylko „obrazki” oglądałam namiętnie..
        Więc gdybyś nie napisała, kogo parafrazujesz, to NIC bym nie zauważyła :))

        PS. Zapomniałam dodać, że koziarnia jest super. Sama bym tam zamieszkała. I nic to, że zimno. Człowiek, jak trzeba (i chce), to i futrem porośnie.

        • kanionek 18/10/2014 at 18:05

          Zeroerhaplus, co Ty robisz PRZYTOMNA o 5:48??? W sobotę rano! Wspominałas coś o innej szerokości geograficznej, ale – jeśli wolno zapytać – jak bardzo innej?

          O tak, dzieci są dziwne. Wiem, bo podobno miałam kiedyś pięć lat i dostałam pierwsze kalosze. Białe. Zafascynowana niepojętym zjawiskiem nieprzemakalności i zakochana w lśniącej powierzchni białej gumy, uparłam się w nich spać. I Mama mi pozwoliła, bo zawsze była kochana i dopóki nie chciałam sobie wtykać noży w oko albo spać z żabami, pozwalała mi doświadczać życia i badać cuda natury na własną rękę :)

          Milton-szmilton. Ja generalnie nie lubię szastać cytatami i rzadko je wtykam między wiersze, a jak już wtykam, to staram się pamiętać o podaniu źródła pochodzenia. Bo prawda jest taka, że nie ma człowieka, który by przeczytał wszystkie książki tego świata, a do tego uważam, że jak w każdej dziedzinie sztuki, tak i w literaturze znalazło się miejsce na snobizm, mody szał i tworzenie na siłę rozmaitych panteonów, rankingów, zestawień typu „jeśli tego nie czytałeś, toś bałwan”. I obnażę śmiało taką na przykład prawdę o sobie: czytam obecnie pierwszą w moim życiu książkę Pratchetta. Po tym, jak po raz ętnasty natknęłam się na cytat, oraz po dojrzeniu dwóch jego książek w kieszeni fotela samochodu gościa, który obwoził nas po składzie węgla uznałam, że muszę w końcu sprawdzić, w czym rzecz. W bibliotece wzięłam Zimistrza i – tadam! – jak na razie nie żałuję :)

          Czasem żałuję, że wszystkie jesteśmy tak rozproszone po kraju i świecie – zaprosiłabym całe wierne grono czytelniczek (i ków), i zrobiłybyśmy sobie sabat czarownic w koziarni :D

          • zeroerhaplus 19/10/2014 at 00:08

            Lubię Cię.
            Na tyle zdobyłam się dziś.
            Jutro więcej, cholero :))

          • kanionek 19/10/2014 at 00:35

            Lubisz mnie o 5:48 w sobotę rano?? Ja o takiej godzinie nie jestem nawet przekonana, czy nadal chcę żyć :D
            Wiem, bo kiedyś musiałam wstawać o 5:15 i jeszcze o 6:00 byłam przekonana, że nie, lepiej rzucić się pod tramwaj i położyć kres codziennej torturze budzika ;)

          • zeroerhaplus 19/10/2014 at 01:46

            Tja.
            Godziny to jest mały pikuś.
            Jakbym Ci powiedziała, że mój tydzień ma sześć dni.. że normalnie nie znam poniedziałków, ale czasami mam ich dwa w tygodniu.. to dalej byś się chciała ze mną bawić? ;)

            Tymczsem moja kotka na mnie warczy*.

            Pratchetta nigdy zacząć nie późno.

            A tak na marginesie – uwierz mi, nie chciałabyś większości ze swoich czytelników „na żywo” spotkać :) Czy się mylę?

            ______________________
            * warczy, bo ma mysz. W pysku. Proste, nie?

            Uwilebiam koty. Tak na maginesie marginesu, cytacik z Pratchetta:

            – Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
            Śmierć zastanowił się przez chwilę.
            – KOTY.

            (…)

            (.)

          • kanionek 19/10/2014 at 20:00

            @zeroerhaplus

            Moje koty też warczą, choć na nas się nie odważą. Ale na siebie nawzajem, psy, kozy i tak w przestrzeń, to owszem.

            Czy ja bym chciała spotkać na żywo moich czytelników… Ja generalnie unikam zgromadzeń (tj. tłumu powyżej dwóch osób) i ludzie mnie stresują (samą obecnością, i bez znaczenia jest to, kim są, co mówią i robią), ale raz do roku, trzymając w kieszeni opakowanie Solpadeiny, a w drugiej jakąś nalewkę, to chyba bym zniosła :D Albo po prostu schowałabym się na strychu, a Państwo by sobie zwiedzali, głaskali zwierzęta, wzięli po jajcu od wolnej kury, poopalali się na pomoście i takie tam. W razie jakiejś rozróby i zachowań niegodnych, mogłabym strzelać śrutem kaliber 4.5 z mojej repliki Walthera CP99. A oko mam :)

            Co do kotów, to jeden właśnie „pomaga” mi pisać tę odpowiedź na Twój komentarz. Jego uwagi brzmią mniej więcej tak: „mmmmhfmmmmmwye784 „.
            Może Twój kot Ci to przetłumaczy…?

          • zeroerhaplus 19/10/2014 at 01:49

            a tak poza tym, to uwierz mi, ze jakbym o tej porze MUSIAŁA wstawać, to zapewne nikogo bym nie lubiła.
            ale to już inna historia)

          • kanionek 19/10/2014 at 19:45

            @zeroerhaplus (bo grom wie, gdzie to poleci)

            Ktoś mi tu zarzucał, że ta JA jestem tajemnicza. Ale OK, już Cię nie ciągnę za rękaw w sprawie bardziej szczegółowych zeznań :)

          • zeroerhaplus 21/10/2014 at 17:07

            1. Oglądnęłam sobie tego Walthera. Replika, nie replika, dziękuję, zostaję w domu ;)

            2. Białe kalosze?!? Twoja Mama jest bombowa!
            Białe kalosze, to jak niebieska jajecznica, czarny papież, tęczowy mundurek chińskiego robotnika. W jednym.

            3. „mmmmhfmmmmmwye784 „ …??
            Przepytałam o znaczenie powyższego tekstu wszystkie kociaki, które po naradzie stwierdziły zgodnie: „To było do nas”. Hmmmmmmmm…… Ja myślę, że one coś ściemniają. Albo ja źle akcentuję po kociemu. Ojej, mogłam im dać samym sobie przeczytać….

            4. Solpadeina mnie rozwaliła, nawet nie wiedziałam, że istnieją takie kombinacje (i się z tego cieszę, że nie wiedziałam).
            Stanowczo zostaję w domu, w trosce – tym razem – o Twoje zdrowie ;))

          • kanionek 21/10/2014 at 17:44

            Mam jeszcze (ale w domu rodzinnym) fotę, jak z fryzurą „na grzybek” i tych białych kaloszach, siedzę na peerelowskiej wykładzinie w pokoju :)
            Moja Mama jest bombowa i to mówię nie tylko ja – każdy z moich znajomych, kto miał okazję Ją poznać, potwierdza :)
            Zazdroszczę Tobie braku znajomości z czerwonym pudełkiem. Ja zużywam od jednego do dwóch miesięcznie. Szlag.

            No pewnie, że koty ściemniają, kombinują i spiskują za naszymi plecami. Dlatego pod żadnym pozorem nie wolno im dawać telefonów komórkowych, ani dostępu do netu. Rządziłyby światem najdalej za kwartał.

  14. Fredzia 18/10/2014 at 18:46

    Pratchetta pokochasz, a on Cię wciągnie, wessie, pochłonie i zbałamuci. Na depresję i nerwicę działa lepiej niż psycholog – sprawdzone. I tylko mój połówek jest zazdrosny, bo każdej nocy biorę Pana P. do łóżka i zasypiam w objęciach jego nieziemskiej fantazji.
    Polecałabym Ci jednak nie zaczynać dyskowej serii od końca, bo wątki tam się z odcinka na odcinek ciągną i splatają. Gdybyś potrzebowała pomocy w dotarciu do lektury, daj znak-sygnał na mojego maila. Tu i teraz, wszem i wobec, będę wściekle tajemnicza, bo podobno każdy dobry uczynek musi zostać ukarany ;)
    Z „Kołysanką” już niestety nie pomogę, ale gdybyś miała okazję – koniecznie obejrzyj. Po „Seksmisji” i „Kingsajzie” to trzecia pozycja w moim rankingu komedii Machulskiego :)

    • kanionek 19/10/2014 at 00:43

      Tak coś podejrzewałam, że wylosowałam kartę ze środka talii. OK, sprawdzę zasoby biblioteki i w razie czego zgłoszę się po Twój rąbek tajemnicy. Ale serio? Każdy dobry uczynek? To mi źle wróży przed 1 listopada, bo obiecaliśmy pani J., że ją zawieziemy na baaardzo odległy cmentarz, na którym ona chce odwiedzić swoich pochowanych. Ale w sumie taki dobry uczynek JUŻ ZAWIERA karę w sobie, bo ona nam będzie całą drogę opowiadać dziwne historie ;)
      W każdym razie dziękuję :)

      • zeroerhaplus 19/10/2014 at 01:51

        Do Australii jedziecie? :P

        • kanionek 19/10/2014 at 14:00

          Niee, korzenie drzewa genealogicznego pani J. nie sięgają, na szczęście, aż tak głęboko. Tylko 160 kilometrów po takich drogach, na których jechać szybciej niż 80 km/h to prosić jawnie o bolesną śmierć. No i pani J. rok w rok zapomina, gdzie są te jej kwatery. I pół biedy, jeśli pogoda dopisze, ale dwa lata temu brnęliśmy jak jakie dziady posępne w błocie po kostki, opierając się pizgającemu złem wiatrowi z mroźną mżawką, oblepieni mokrymi liśćmi z drzew, a gdy po godzinie kwatery się znalazły, sztywnymi z zimna palcami usiłowaliśmy trafić gasnącą zapałką w knot, bardzo sprytnie umiejscowiony gdzieś na dnie dwulitrowego znicza. Takie tam. Generalnie dzień z głowy i pod wieczór reset mózgu silnym alkoholem, ale przeżyliśmy ;)

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa