Krowy nie są głupie, czyli o poglądach

(Fredzia, co ja się namęczyłam, żeby skrócić ten tytuł, pierwotnie dwa razy dłuższy! On się nie chciał dobrowolnie poddać amputacji i machał w proteście wszystkimi odnóżami. Musiałam go wyprać w sześćdziesięciu stopniach, a że tego jeszcze było mało, to ściągnęłam mu lico glinką zieloną i spięłam go klamrą od wecka. I patrz, jaki piękny :) Ściśnięty jak stoczniowiec w tramwaju, streszczony jak “Lalka”, ściągnięty w cuglach jak kuce Korwina, ścisły jak matematyka i gęsty jak olej z pierwszego tłoczenia. Ju prałd?)

…I tak sobie z nimi wczoraj leżałam. Ja i Pecik na koziej ławce, Tradycja i Irena na siedmiu pierzynach siana w żłobie, a ciężarówka Bożena na grubym materacu słomy. Bożena z pewnością wolałaby i autorytarnie zagarnęła wygodną miejscówkę w żłobie, z którego ma się widok na WSZYSTKO i można to wszystko oceniać i kontrolować, ale gdy się dźwiga w sobie karuzelę z koziołkami, to jednak za duży wysiłek tak się wspinać.

Cztery żwacze pracowicie burczały, myszka w kąciku pracowicie wyczesywała ze słomy ziarenka pszenicy, a ja pracowicie wydłubywałam z Pecika łopianowe kulki rzepów. Te syntetyczne taśmy nazywane rzepami mają zaiste daleko do oryginału i muszę wziąć kosę i odnaleźć miejsce, w którym kozy zbierają te upierdliwe kulki, bo Pecik bywa nimi upstrzony jak potargana choinka zatwardziałego hippisa i w chwilach desperacji mam chęć go ogolić.

I było cicho, przytulnie i całkiem miło. Zupełnie inaczej, niż dwa dni temu, kiedy to wróciliśmy do domu po czterogodzinnym zwiedzaniu gospodarstwa, z którego pochodzi siano, słoma i zboża dla naszych zwierząt. To znaczy pojechaliśmy na godzinkę, ale okazało się, że to jest GOSPODARSTWO, a nie jakiś chlewik, łysy pies i trzy kurczaki.

No i spóźniona z owsem o całą godzinę wchodzę owego wieczoru do koziarni, wszystkie wiedźmy do mnie lecą, po czym nagle… cofają się! Irena i Bożena synchronicznie, nieobyta wciąż Tradycja jakoś bokiem i zezując na mnie przepraszająco, a Pecik to się w ogóle wystraszył.

– Byłaś u KRÓW! – beczy z niedowierzaniem Irena. – U jakichś krrrów byłaś!
– Y-y-y-y – zachrypniętym głosem basuje Bożena z ponurą dezaprobatą.
– A co macie do krrrów? – pytam niepewnie, ściskając miskę z owsem i z automatu wzmacniając “r” wzorem Irenki. “I SKĄD WIECIE??”, pomyślałam tylko w swojej głowie.
– Kurtka ci śmierdzi. Krrrową i sianokiszonką – znów oczywiście ta mądrala Irena.
– I spodnie – dodaje krótko Bożena, ale ona wcale nie jest zła, tylko rzeczowa.
– I bu-u-uty! – piszczy radośnie Pecik, który wreszcie załapał kogo biją i za co.
– Żebym ja tobie, Pecik, nie przypomniała, czym TY śmierdziałeś, jak cię tu przywiozłam!

Pecik speszony zwiesza paradną łepetynę i idzie pod ławkę, ale spoko, on się jeszcze kiedyś wyrobi.

– No to co macie do tych krów? – wracam do wątku głównego.

Tradycja podziwia belki stropowe udając, że nie słyszy pytania, bo ona zwyczajnie nie ma pojęcia, co to są krowy, a zapach sianokiszonki wcale nie wydaje jej się taki obrzydliwy. I na wszelki wypadek woli nie trzymać niczyjej strony. Bożena tylko krótko prycha, jakby chciała cały temat krów skwitować jednym “a daj spokój”, za to Irena, młoda, gniewna i w gorącej wodzie kąpana, wbija we mnie dwa sztylety poziomych źrenic i uderzając drobnym, eleganckim kopytkiem w ściółkę, krzyczy do mnie, jak do jakiej nietutejszej:

– No jak to co? Jak co? Krowy są GŁUPIE!

A że uderzanie kopytkiem w grubą warstwę słomy nie daje widowiskowych rezultatów, wskakuje na ławkę, z niej na murek, na najwyższy murek, potem znów na ławkę, a w końcu niezwykle popisowo z ławki na poręcz żłobu, i balansując zgrabnie swym wysportowanym ciałem, przechadza się po belce, stawiając rytmicznie kopytko przed kopytkiem.

– Krrrowy. Są. Głupie. NIE. CHCEMY. Tu. Żadnych. Krrrów!
– Ale kto mówi… Nie, zaraz – na chwilę wraca mi rozum i pamięć o tym, że to ja tutaj jestem na szczycie piramidy i w ogóle. – Wcale nie są głupie. Mają mądre spojrzenie. I są bardzo miłe, a jedna z nich będzie miała cielaczka i ma całodobowy monitoring… – tu czuję zmysłem numer pięć i pół, bo szóstego nie mam, że znów robię z siebie kretynkę w mokrych majtkach i szybko wracam na właściwy poziom konwersacji.
– I nie są głupie. Tylko bardzo duże i dlatego nie będzie tu krów, bo ja się ich trochę boję.

Bożena znów prychnęła, ale to dobra koza, więc zaraz litościwie udaje, że niechcący wciągnęła trochę siana nosem. Za to zołzowata i przemądrzała Irena zanosi się teatralnym śmiechem tak mocno, że mało nie spada z tej swojej żerdzi. Gdy już odzyskała równowagę i przednim kopytkiem otarła łzy złośliwego chichotu, postanawia podzielić się ze mną swoją wyższą wiedzą.

– Nie boi się krów! Czekaj. Nie bać się krów! Ty Bożena, jak się to kurde mówi?
– Nie należy bać się krów – Bożena patrzy na mnie swym wyrozumiałym wzrokiem.
– No właśnie! Nie należy krać się bów – trajkocze Irena – bo one są GŁUPIE! – i znów chichocze jak opętana histeryczka. – Głupie. Głupie.

Tu dla akcentu walnęła kopytkiem w poręcz i w końcu spadła z tej swojej mównicy, choć trzeba jej oddać, że w locie opanowała sytuację i wylądowała na czterech. A szkoda, mogłaby sobie trochę stłuc ten łaciaty zadek.

– Ty już Irena nie dostaniesz więcej płatków kukurydzianych, – mówię ja – bo się robisz hiperaktywna i masz w głowie turbulencje.
– COO?
– PSTRO! – zniżyłam się do poziomu interlokutora, bo mi ręce ścierpły od ściskania miski, bo zawsze się głupotami przejmuję i wszystko mam napięte. – Chcecie ten owies, czy nie? Bo mogę KROWOM oddać – dodaję złośliwie.

No i pewnie, że chciały, a potem się wszyscy pogodziliśmy i drapaliśmy za uszami. I powiedziałam Pecikowi, że co było to zgniło, a teraz to on pięknie pachnie uroczym koźlęciem i że ma rogi świetnie zapowiadające się.

A krowy naprawdę nie wydały mi się głupie. Sama czułam się głupio, gdy tak patrzyłam, jak wciągają wiadro siana jednym ruchem długiego jak krajowa siódemka jęzora, ich wielkie brzuchy parują, a żwacze, z których każdy mógłby w sobie pomieścić co najmniej jednego Kanionka, huczą jak huta żelaza. Automatyczne dojarki doiły, robiąc miarowe “tsyk, tsyk, tsyk”, i świeże mleko płynące zmyślnym systemem rurek, tubek i filtrów napełniało błyszczącą cysternę o pojemności kilku metrów sześciennych.

Czy Wy wiecie, jakie krowa ma wielkie uszy?? Pierwszy raz w życiu byłam na wyciągnięcie ręki od krowiego ucha. Wielkiego, kosmatego ucha, które jednak sprawiało wrażenie puszystego i miłego w dotyku. Nie, no co Wy, oczywiście że nie dotknęłam. Omdlałabym z nadmiaru emocji. Tak, teraz wiem, czemu krowy nie wydały mi się głupie. One NA MNIE patrzyły z politowaniem. Widać wszystko zależy od tego kto, skąd i na co patrzy.

60 thoughts on “Krowy nie są głupie, czyli o poglądach

  1. Eli 13/10/2014 at 09:25

    Pojechałaś po bandzie :-) miło czytać, że nie tylko ja wchodzę w dyskusje z „futrami” ;-)
    U mnie dziś przerabianie papryki na ajwar ino taki zmodyfikowany, bez bakłażana:-)

    • kanionek 13/10/2014 at 15:11

      Eli kochana, ja cały czas jadę po bandzie, ino iskry sypią. Zauważam już pierwsze symptomy demencji starczej, to znaczy że coraz trudniej jest mi przechodzić z jednego świata do drugiego. A to zapomnę się przebrać, a to pomylę rekwizyty… Ale to dopiero pierwsze objawy. A teraz patrz, jak gładko wskakuję w słoiki – ajwar zawsze do mnie przemawiał, kusił i nęcił. I gdy jeszcze sama niczego nie przetwarzałam, to nawet kupiłam w sklepie jeden słoiczek. I potem KOMPLETNIE nie wiedziałam, co z nim począć, więc smarowałam kanapki, jak sobie o nim przypomniałam. Tymczasem wiem, że ludzie robią/kupują tego tony. Napisz, proszę, CO ROBISZ z ajwarem? Ale tak serio. Bo wiem, że w necie znajdę tysiąc fikuśnych przepisów na okazję „czym podjąć angielską królową lub Prezesa Banku Polskiego”, a mi chodzi o takie codzienne żarcie :)

      • Eli 14/10/2014 at 11:05

        Ajwar do wszelakiego mięsa używam: pieczonego, grilowanego, pasztetów, można do wędlin (ja z wędlinami na bakier niestety, taki francuski piesek ze mnie, że jedynie, tylko, jak za czasów młodości sucha krakowska mnie wzywa do konsumpcji), no i tyle w temacie „Ajwar na stoły” :-) To taki w sumie dip paprykowy na ostro można powiedzieć. Dla nas to codzienne żarcie, tak samo jak używam chrzanu własnej załzawionej roboty (no nie żebym tak go wciąż i na okrągło robiła, ale sezonowo i owszem), tak też ten specyfik zżeramy bez żadnych specjalnych okazji. Przepis: na kilogram (łatwiej później mnożyć te ingrediencje przy większej ilości papryki) zmielonej bądź zmiksowanej papryki dodać: 2 ząbki czosnku (zmielonego, startego), 1/6 szkl. oliwy, 1/3 szkl. octu, 1/3 szkl. cukru, 1 płaska łyżeczka chili pieprz cayenne, 1 łyżka soli (pełna, nie płaska), wszystko zagotować, gotować przez 5 minut, gorące do słoików, stawiać do góry dnem do wystygnięcia. Czosnku daję więcej bo lubię.
        I tak się ostatnio bawię: jak nie węgierki to papryka :D

        • kanionek 14/10/2014 at 12:45

          A, teraz rozumiem. Dzięki za przepis, mam jeszcze trochę czerwonej papryki w szklarni, to sobie zrobię :) Niech tylko wstanę z tego łóżka, BO JUŻ MNIE SZLAG TRAFIA.

          • Eli 14/10/2014 at 14:25

            Powodzenia w zwalczaniu tego czegoś co dopada i zdrowie psuje, po prostu szybkiego powrotu do normalnego stanu życzę :-)

  2. jadowita 13/10/2014 at 09:36

    krowy są piękne :) mają mięciutkie ciepłe mordy i cudne oczy… pamiętam dziecięce wieczorne wyprawy z bańką po mleko i siorbanie świeżej pianki z przecedzonego ciepłego jeszcze mleka na wyścigi z kotami; osobliwą mieszaninę zapachów – słomy, mleka, i obory jako takiej… ech.

    • Ola 13/10/2014 at 14:04

      No właśnie. Z lat szczenięcych, z wakacji w Krościenku pamiętam krowę z niebieskimi oczami. Nie wiem czy krowy mają niebieskie oczy, ale ja ją tak pamiętam. Była wielka. I patrzyła tymi oczami. I zjadła bukiet polnych kwiatków, który jej dałam w prezencie :)
      A w ogóle – odbiegając trochę od tematu – bardziej pamiętam zapachy niż sytuacje. Na przykład zapach moknącego w deszczu orzecha włoskiego w babcinym ogrodzie…

      • kanionek 13/10/2014 at 15:47

        Też tak mam (i jest nas jeszcze więcej), że z wielu sytuacji pamiętam głównie zapachy. I jeśli zapach napatoczy się gdzieś w przyszłości, to wtedy taka dawna sytuacja jak żywa staje mi przed oczami. Czasem nie idzie przemóc tych zapachowych konotacji – jeśli zapach kojarzy mi się źle, to choćby w chwili obecnej reprezentował dobro wcielone, ze związku nici ;)

        • kanionek 13/10/2014 at 15:50

          I w nawiązaniu do tego bukietu zjedzonego przez krowę. Czy to nie jest piękne i fascynujące? Że dla nas kwiaty wyrażają często tak wiele, a krowa mówi: „daj, zmielę”. Zwierzęca praktyczność wielce mi imponuje.

    • kanionek 13/10/2014 at 15:19

      SĄ piękne i MAJĄ ciepłe i cudne, i żebyś wiedziała, jak ja chciałam pogłaskać choć jedną po nosie. Ale pomijając irracjonalny strach (że mi odgryzie rękę do kolan), myślałam sobie: „Kretynko. Dla ciebie to jakaś fanaberia, po nosku pogłaskać i do uszka pocmokać, a co tej krowie z tego? Ona zajęta jest, do tego życie ma nudne, ty sobie zaraz pójdziesz, a ona tylko w kółko żreć-doić-spać-żreć. Co jej po twoim macaniu??”.
      No i nie pomacałam, ze strachu, ale i z szacunku.

      Gdybym miała swoją krowę, najlepiej od maleńkości (choć krowy w sumie nigdy nie bywają maleńkie), to pewnie, że bym głaskała. Przytulała (się raczej do niej) i w ogóle. Trochę Tobie zazdroszczę wspomnień, choć teraz, późno bo późno, pracuję na własne. Z pianką :)

  3. Kachna 13/10/2014 at 13:15

    Aż trudno uwierzyć! Ale żeby tak jawnie krowa – błe?
    Krów się obawiasz, mówisz? Ze duże, mówisz?
    No to OK.
    Mam na imię Kachna i odkąd pamiętam boję się kur.
    Kogut mnie przewrócił we wczesnym dzieciństwie.
    W genie przejął lęk przed dziobami starszy synek (178 cm wzrostu, 75 kg itp) a piszczy jak panienka i umyka przed niezainteresowana nim kurą….
    Żeby nie było generalnie strachliwy nie jest, koniem jeździ wierzchem, kopyto wyczyści, pomieszczenia gospodarskie(z pewnym wstrętem węchowym) sprzątnie.
    A krowa jest fajna. Jeno ma ogon. I nim macha.
    :)
    P.S. Nie ma to jak na długie jesienne wieczory złamać stopę….

    • Ola 13/10/2014 at 14:04

      nie mów, że zrobiłaś sobie krzywdę? :O

      • Kachna 13/10/2014 at 14:29

        Ano. Spuściłam sobie na nogę dwunastopak mleka…Od krowy…
        Ha! Kanionek pisze o krowach – ja mlekiem pękam kość!!
        Wiedziałam że coś musi być na rzeczy….
        Strach się bać…;)

        • Ola 13/10/2014 at 14:32

          ło bosze! coś tu wisi w atmosferze! wiedźmiasto się robi?
          Tak czy inaczej kuruj nogę, do wesela się zagoi ;)

          • Kachna 13/10/2014 at 14:47

            Baaardzo śmieszne z tym weselem, no bardzo…
            Żebyś TY nie wykrakała !
            Jak już parę rzeczy tutaj wykrakanych zostało.
            serio, serio…

          • Ola 13/10/2014 at 14:57

            no co zaś! dobrze chciałam!

    • kanionek 13/10/2014 at 15:43

      To macie tam mały Klub Anonimowych Kurofobików :)
      WIERZCHEM popyla syn Twój rodzony?? Znaczy się rycerza dla przyszłej synowej hodujesz ;)

      Jeśli chodzi o zdanie kóz na temat krów, to to podobno odwieczna animozja jest. Kozy mają się za najmądrzejsze, potem są chyba krowy, a na samym końcu owce. No wiadomo, kury to już dno intelektualne ;) Pewnie gdyby zapytać krowę, kolejność ta malowałaby się zgoła inaczej.

      Miotająca wielopakami… Współczuję uziemienia i to całkiem żywo. Mnie bowiem dziś dopadły silne zawroty głowy z wymiotami, i też leżę. Mam tak dwa, trzy, cztery razy do roku. Czasem mija po tygodniu, innym razem buja mnie ponad miesiąc. Pierwsze dni są najgorsze, bo wodowstręt, wymioty i ogólny wku*w, a potem to już tylko raz na jakiś czas w drzwi nie trafię. Ale dół psychiczny murowany.
      Stopa w gipsie?

      • Kachna 13/10/2014 at 15:55

        Nie w gipsie.
        Szkoda….tak, tak. ONI powinni widzieć gips!
        But taki gustowny inaczej mam nosić paradoksalnie nie chodząc.
        To ja już nie wiem leżeć mam w nim?
        Oczywiście przemieszczam się po chałupie.
        ………
        T takich okolicznościach wychodzi natura bliźnich oraz ile dla nich znaczysz jak jesteś uziemiona. Gorzko mi.
        Wolałabym nie wiedzieć o pewnych rzeczach jednak chyba…:((

        • kanionek 13/10/2014 at 16:31

          Jak ja Cię w tej chwili rozumiem! I podaję rękę, nogę, w gipsie i bez. I nie rozwinę tematu, bo i bez tego mi niedobrze, choć jeśli chodzi o ostatnie zdanie, to mam inaczej. Perwersyjnie chcę wiedzieć. Na czym stoję, ale tak realnie, nie w deklaracjach, na co mogę liczyć i DLACZEGO (bo łaska lub przykry obowiązek nie robi mi dobrze) itd. I chcę WSZYSTKO wyjaśniać, drążyć i wyciągać wnioski. Jak już mnie całkowicie demencja zeżre, to wtedy mogę sobie nie wiedzieć i się wzruszająco uśmiechać do ściany i nadstawiać drugi policzek. Kurde, miałam nie rozwijać.
          Kachna, trzym się ortobuta i solidnej futryny! Ja próbuję utrzymać w sobie pół szklanki wody. Jak nie urok to psiakrew.

          • Kachna 13/10/2014 at 19:48

            Trzymaj się i Ty!
            Mnie dobrze robi zawsze okład z kota.
            Ewentualnie medykament i..okład z kota.
            Niesamowite, ze kot zawsze wie kiedy potrzebny jest jako okład.
            Od dwóch dni leży mi na stopie. Nawet nie wychodzi na dwór.
            Biorąc pod wagę zalecenia lekarskie o okładach lodowych, próbuję to jakoś pogodzić.
            (Nie , nie wkładam kota do zamrażarki.)
            Próbuję mu wmówić, ze druga noga też wymaga okładu kociego:)
            Nieprzekonanym jest.
            Zwierzęta są kochane. I kochają niezależnie.

          • kanionek 14/10/2014 at 18:46

            Hm… To by wyjaśniało, dlaczego moje koty upierają się spać na mojej głowie. I dziś w nocy Kotek był już naprawdę blisko widma zamrażarki ;)
            A bardzo dawno temu, gdy byłam nastolatką i mieszkałam w bloku, do mojej Mamy przychodziła taka jej dobra koleżanka, mieszkająca naprzeciwko. I miała kiedyś problem z wrastającym w paluch paznokciem. NIC jej nie pomagało, szarpała się już z myślami o operacji, aż kiedyś tym jej paluchem zainteresował się mój ówczesny pies. I codziennie, gdy siadała z Mamą w fotelu przy kawie, pies przypełzał wręcz proszalnie, żeby lizać ten chory kawałek ludzkiego ciała (z racji dolegliwości bólowych nosiła takie pielęgniarskie sandały). Na początku go przepędzały (nie sandały, tylko Mama i sąsiadka), ale w końcu sąsiadka mówi: „a dajmy mu spokój, niech sobie liże”. I CO? I po jakichś dwóch tygodniach codziennych zabiegów było po kłopocie. Sąsiadka do dziś o tym opowiada wszystkim krewnym i znajomym.

            Kachna, wierzę w Twojego kota :) A okłady z lodu zrobisz sobie później, jak już kot Cię wyleczy ;)

  4. bila 13/10/2014 at 15:50

    Krowy są ciekawe akustycznie. Wczoraj jechalismy z mężem na rowerach, posród gór. I nagle- niski, ciepły ton, jakby to takie trąby były ogromne. A to krowy muczały, echo niosło te niskie tony, no, mówię wam, bajecznie!!! Ja nie wypominam, ale kozy wydają takie wysokie tony, nawet echo by nie zmieniło tego, o!!! Jednakowoż pozdrawiam owsiane towarzystwo.

    • kanionek 13/10/2014 at 16:44

      Ale to niesprawiedliwe, bo w górach wszystko jest bardziej doniosłe (i donośne), dostojne, potężne, filozoficzne i mające naturę objawienia :D
      Poza tym, gdyby Wam w tej górskiej akustyce Bożenka zachrypiała swoim menelskim vibrato, to byście z rowerów pospadali :D
      Jeszcze mi tak trochę popiszcie o tych krowach, to zaraz jakąś do domu przytargam. I wtedy cyrk będzie kompletny, a ja nareszcie i z ulgą zwariuję w majestacie przysługującego mi prawa.

  5. Fredzia 13/10/2014 at 17:38

    Ajm prałd, jor grejt!
    Oczywiście nie zdążyłam odpisać, bo w tutejszym wymiarze czas ma turbodopalacze i jedzie na podtlenku azotu. Zanim z westchnieniem ulgi zasiądę celebrować kolejny odcinek koziej sagi, liczba komentarzy i wątków pobocznych namnaża się jak myszy na mazurskich wyspach i choć urocze, to jednak przyprawiają o mózgopląs. Znów będzie w punktach, bo wszelkie listingi zawsze dawały mi pozór panowania przynajmniej nad dniem bieżącym. A więc:
    1. Tytuły możesz Waćpanna konstruować dowolnej długości i złożoności. Ja Waćpanny w obowiązkach służbowych wpisanej nie mam i choć zdarza mi się tu zaglądać w godzinach pracy, nie mażę czerwonym pisakiem po ekranie ;)
    2. Krów się boję. Ćwierć dzieciństwa spędziłam na wsi i te cholery albo wsadzały łeb do mojego łóżeczka albo zaganiały mnie w pokrzywy. Może dlatego, że gromkim rykiem odmawiałam picia mleka, bo miało KOŻUCHY.
    3. W temacie smaków z przeszłości – kiedy ostatnio jedli Państwo kogel-mogel? Może zapytam inaczej – kiedy ostatnio jedli Państwo SUROWE jajko (Kanionek siedzi cicho, bo od własnej kury zjeść to żadne bohaterstwo :P)? No właśnie.
    4. Rosa pulchra est – tyle pamiętam z czterech lat licealnej łaciny. Plus refren „Lekcji historii klasycznej” Jacka Kaczmarskiego, ale to już zasługa płomiennych dysput w upalne letnie noce pod beskidzkimi gwiazdami.
    5. Za awatar dziękuję, jest dobrany idealnie. Bycie kosmitą to też – poza słowomurem – sposób na ocalenie.

    PS Dziękuję Kanionku za troskę :) Lubię jak się dzieje, taki mam zawód, że dzieje się ciągle, ale mogłoby się nie dziać NARAZ ;)

    PPS Bez wnikania w przyczyny i orzekania o winie – ZDROWIEJ! My, Twoje stado, trzymamy kciuki, pazury, kopytka, łapy i płetwy ;)

    • jadowita 14/10/2014 at 09:16

      różne bywają fobie, mnie na ten przykład w pokrzywy zapędzały gęsi… Kożuchy uwielbiam, a kogel mogel jadam. nieczęsto, bo kaloryczny jest wielce :)

      • kanionek 14/10/2014 at 18:16

        A jedno z moich traumatycznych wspomnień z dzieciństwa związane jest nie z krowami, nie z drobiem, a z koglem-moglem właśnie, i to nie tym, od którego dostałam salmonelli.
        Po prostu kiedyś moja kochana babcia (naprawdę kochana) chciała słabowite dziecko (mnie) wyręczyć w tym ucieraniu i postanowiła sama mi zrobić ten k-m. I – o zgrozo i klątwo zbuka – rozbełtała mi z cukrem CAŁE JAJKA, znaczy bez skorupek, ale wiecie, z BIAŁKIEM! To było coś obrzydliwego i niejadalnego. Nigdy nie próbujcie tego w domu. Tylko żółtka, utarte z cukrem do stanu puszystej lekkości. Kakao OK, białko jaja nie.

        • Grace 14/10/2014 at 21:59

          Bo białko do kogla mogla dodaje się w stanie ubitym na leciutką piankę. I wtedy można albo spożyć na surowo, albo na maśle omlet usmażyć – pycha!!!

          • kanionek 14/10/2014 at 23:40

            No to jestem sobie w stanie wyobrazić, ale babcia tak na żywca, wszystko naraz wybełtała :)

    • ciociasamozło 14/10/2014 at 14:24

      ad.2. krowich lęków nie mam, ale z szacuneczkiem do szanownych pań; cielak ssał mi kiedyś palce – fajne uczucie (pewnie jakbym dojarke podłączyła do palców ino bardziej ciamkało):); jednak nic nie pokona doznań przy macaniu krowy od środka (tak, tak z łapą po pachę w krowiej d.) :)
      ad.3.eeee… znaczy wyrodna matka jestem bo synu nieletniemu pozwalam jeść? sam se robi i eksperymentuje (nie zdziwię się jak kiedyś oliwki do kogla wrzuci, bo też lubi)
      ad.PPS dołączam swoje nietoperze skrzydełka

      • kanionek 14/10/2014 at 18:07

        @ciociasamozło

        Odbierałaś poród u krowy?! Czy krowa rodzi na leżąco? Zresztą, co za różnica, kopnąć zawsze może. Ja mam tylko nadzieję, że Bożenka mi takiego numeru nie zrobi i sama da radę, bo przy jej niewielkim zadku moje dłonie wydają się być jak blachy do pieczenia ciasta :-/

        Co do synowego kogla-mogla to ja Ciebie absolutnie nie chcę straszyć, ale niech on te jajka chociaż najpierw wrzątkiem polewa, albo zanurza na kilka sekund. Bo ten. Ja w podstawówce zapadłam na salmonellę i omal nie nie zeszłam z tego świata. Inna sprawa, że zbyt późno lekarze zrobili mi test na pałeczki, przez kilka dni podając leki na… nerki. Naprawdę słabe to było, a dopiero jak mnie postawili na nogi (spędziłam trzy tygodnie w szpitalu), to pielęgniarka powiedziała mojej Mamie, że Pani Śmierć już kosę trzymała w kącie za moim łóżkiem, żeby mieć na podorędziu ;)
        Ale ja wtedy byłam ogólnie rzecz ujmując anemiczna i jakaś niedorobiona, więc łatwo mnie było zdmuchnąć.

        Faktycznie, masz nietoperkowy awatar :) Dzięki za skrzydełka :)

        • ciociasamozło 15/10/2014 at 15:10

          Nie odbierałam (nawet nie byłam przy :( ). Macałam tylko cielaka w krowie.
          Chyba na stojąco (może pandeMonia bardziej obeznana w temacie bo ja z krowami miałam do czynienia gdzieś za Mieszka I).
          Kozy na leżąco. I nie bój nic – Twoja ręka i tak mniejsza od koźlątka, a małe szanse, że bedziesz musiala kozie pomagać ;)
          Poglądowo poród kozy Lizy: http://www.youtube.com/watch?v=MpS-iULgZGo
          (czego to nie ma w tych internetach!?)
          Salmonelli trochę się boję (choć synu chyba ma baaardzo bujną własna florę bakteryjną i S. by się już nie zmieściła ;)). Młody ma te jaja szorować przed rozbiciem, ale wrzątkiem musiałabym sama, bo to dziecko ma kłopot z nalaniem sobie soku do kubka (w międzyczasie przecież trzeba coś powiedzieć, pokazać, podrażnić psa, złapać kota….). A robi sobie te kogle najczęsciej jak mnie nie ma.

          • kanionek 15/10/2014 at 22:18

            A, to spoko :)
            Ja już nie wiem, co z tą Bożeną. Teraz zaczęła sobie wymię zasuszać, normalnie z dwóch pomarańczy przeszła na dwie śliwki węgierki.
            Czyli jeśli w ogóle dojdzie do porodu, to chyba nie jutro. Może za miesiąc, za dwa? Małżonek zaczyna podejrzewać, że Bożena jest starsza niż węgiel i ten brzuch to ma rozdęty po pięciuset wcześniejszych porodach. Ale domniemane „rozdęcie” nie przekłada się chyba na masę, a Bożena obecnie waży więcej, niż Tradycja, czego – nie licząc brzucha – po niej nie widać. Jest niższa, gnaty jej nadal sterczą, ma drobniejszą budowę kończyn (to już cecha rasy), no a żre za trzech. Janosiku złoty, co ja tu Ciotce przynudzam :D

    • kanionek 14/10/2014 at 17:49

      @Fredzia
      (chyba będę teraz adresować komentarze, bo demoni wiedzą gdzie je wtyczka wyśle)

      Ad 1. Ja wiem, ale chciałam Tobie jakoś ulżyć, żebyś nie musiała jeszcze u mnie brnąć przez tytułową ścieżkę zdrowia. Naprawdę jeździsz ludziom czerwonym mazakiem?? Trochę Ci zazdroszczę władzy :D
      Ad 2. Ja ze względu na kożuch cedziłam przez sitko mleko gotowane. Do blokowisk dostarczano onegdaj takie pomyje w butelkach z kapslem z alufolii. A co? Też jestem stara i pamiętam TAKIE czasy!
      Ad 3. Dziękuję, Fredziu, za przypomnienie mi o koglu-moglu w chwili, gdy mdli mnie na myśl o gorzkiej herbacie :) Ale jak mi przejdzie, to ukręcę sobie z czterech żółtek i jeszcze dodam kakao.
      Ad PPS. O winie zaraz… Żadnego wina nie było! To COŚ dopada mnie zawsze bez uprzedzenia i namacalnych związków z czymkolwiek. Rezonans magnetyczny mam zakazany przez lekarza, tomograf tu chyba nic nie wykaże, a do laryngologa na testy błędnika wybieram się od dwóch lat. I dziękuję za życzenia – szczególnie te płetwy mnie urzekły :) I dodam, że dziś jest o niebo lepiej niż wczoraj. Od wczoraj do dziś przespałam chyba 16 godzin.

      • pandeMonia 14/10/2014 at 20:43

        Ja byłam na TK, ale na testy błędnika się nie odważyłam. Zapisałam się bohatersko, po czym przeczytałam, na czym ów test polega. Dziękuję.
        Spróbuj na wiry we łbie jeść Vertigoheel.
        A krowi nos nazywa się śluzawica ;)
        Zdrowiej, nie daj się, jesteśmy z Tobą! Stoimy u wezgłowia!

        • kanionek 14/10/2014 at 21:28

          No właśnie ja też przeczytałam i dlatego tak długo idę :D
          ŚLUZAWICA, no wiesz co! Musiałaś?
          Nie, spoko, już mi dużo lepiej, tylko nie mogę za szybko się ruszać i patrzenie w górę jest karane falą. Jutro będzie lepi :)

          • pandeMonia 14/10/2014 at 21:57

            Sama prosiłaś, żeby Ci jakoś obrzydzić chęć posiadania krowy. :P
            Te Vertigo możesz jeść profilaktycznie, to homeopatia, ale działa! W razie ataków kręciołów zwiększa się dawkę wg ulotki.
            Moją ulubioną rasą są jersey’ki. Malutkie, mają słodkie pycha i dają najwięcej i najlepszej jakości mleko.
            Z tym kogle-moglem to sobie smaka narobiłam. W przeciwieństwie do obecnych, miałam kurę W DOMU. Co więcej, W BLOKU, w sercu stolicy Wielkopolski. Miała na imię Eulalia, poświęciłam jej pamięci post swojego czasu :)
            Cieszę się, że Ci już lepiej :*

          • kanionek 14/10/2014 at 23:47

            MOJA MAMA MA NA IMIĘ EULALIA :D I nadal mieszka w bloku.
            „Malutkie krówki” to dla mnie oksymoron, no chyba że mowa o cukierkach ;)
            Ale sprawdzę te Jerseye, a niech Cię.

          • pandeMonia 15/10/2014 at 08:33

            Człowiek o imieniu Eulalia?! Żywy?! Jestem w szoku!!!
            A Tata nie Euzebiusz? Bo miałam pływaka żółtobrzeżka w kolbie Ellenmeyera, tez opisałam.

          • kanionek 15/10/2014 at 12:42

            Jasne, matka Eulalia, ojciec Euzebiusz, a syn ich się wabił Eternit. A mi dali na imię „E tam”, tylko później sobie zmieniłam w urzędzie :D
            Mojemu ojcu było Leszek, ale to w ogóle Zła Historia była, i dajmy pokój umarłym.
            O żółtobrzeżkach i klatkowej hodowli drobiu poczytam, jak obiecałam :)

          • pandeMonia 15/10/2014 at 08:37

            Ach, i moje oko ma jedną źrenicę! Ty patrzysz na te dwa białe punkty? To trzeba odwrotnie patrzeć! Jest jedna, czarna źrenica. I tak to każdy inaczej nas widzi :D

          • kanionek 15/10/2014 at 12:44

            Odwrotnie to ja przez dwa dni patrzyłam – co spojrzałam w lewo, to mi się wszystko na prawo obracało. Już dziękuję :)
            Można też dojrzeć u Ciebie czarną przepaskę Ninja, a w niej dwa otworki na oczy. Ale skoro upierasz się mieć jedno ;-P

          • pandeMonia 15/10/2014 at 13:58

            Klatkowej?! W łóżku spała ze mną ♥

            Tak, spójrzmy prawdzie w oko. Jedno widzę. :P

          • kanionek 15/10/2014 at 22:33

            No bo w blokach są klatki. To co, że schodowe ;)
            Co tam oko, SKĄD wzięłaś to serduszko?? Czy tylko ze mnie taki leśny zabytek, że nie wiem?

          • pandeMonia 16/10/2014 at 09:30

            Uwaga! Lepimy serca.
            Lewą łapką naciskasz shift+alt jedniczesnie, a prawą na klawiaturce numerycznej 3. Puszczasz równocześnie :)
            Sprawdź, co kryje się pod innymi cyframi! ♣ ♠

          • kanionek 17/10/2014 at 02:01

            Uwaga, naku*wiam serca :D
            ☺ ☻ ♥ ♦ ♣ ♠ • ◘ ○
            Faktycznie, trzeba puścić wszystkie klawisze jednocześnie, inaczej lipa. Dobrze, że drugi raz przeczytałam ze zrozumieniem :D

  6. Ola 13/10/2014 at 19:57

    Zaczęłam sobie notować cytaty z Kanionka. Nie wyrabiam! „Tak mi dopomóż bób i fasolka” jest na honorowym miejscu.
    Kanionek nie daj się i wyłaź sobie powolutku, w swoim tempie. Trzymaj się.

    • kanionek 14/10/2014 at 17:54

      Dziękuję, Olu, i trzymam się – literalnie – czego się da. Bo mój dom zamienił się w kuter na sztormowym Bałtyku i żeby przejść z kajuty do kajuty muszę się chwytać stabilnych przedmiotów ;)

  7. kanionek 14/10/2014 at 18:58

    I ZNOWU mi wcięło mój seler z tła. Tło z selera. Nieważne. Samo znika co jakiś czas i muszę ładować od nowa. Nie, to nie. I tak miałam zmienić na jesienne. Jutro wychodzę z domu, choćby na czterech łapach. Mamy w głębi lasu taki brzozowy spłachetek, może ze dwa hektary, brzozowego raju. Tylko brzozy, aż w oczach biało. Bardzo nastrojowe, a w razie mgły to nawet niezły horror można tam nakręcić. I jeśli będzie dobre oświetlenie, to się doczołgam i pstryknę nowe tło.

    • pandeMonia 14/10/2014 at 21:59

      Może Twój seler zżera coś pikselożernego? I wyrasta nowy?

      • pandeMonia 14/10/2014 at 22:00

        Wszędzie te szkodniki!!!

      • kanionek 14/10/2014 at 23:43

        No właśnie nie wyrasta, muszę od nowa sadzić, tfu, na serwer ładować, choć oczywiście oryginalne zdjęcie nadal tam jest. Ja się już poddałam z tą zagadką, ale niech będzie – to pewnie te dziwne awatary zżerają. Dam im brzozę, to sobie zęby połamią.

  8. Lena 14/10/2014 at 22:48

    Ja miałam atak będnika po tym, jak się zmoim ukochanym kochałam w łóżku małżeńskim i się modliłam, żeby, kal u Remargu’a ziemia poruszyła… I się ruszała, do rana leżałam w tym łóżku na baczność, bojąc się nawet spojrzeć na boki. Rano mój mąż mnie zaprowadził do lekarza,/ a miałam 23 lata / krok po kroczku, jak ślepą jakąś lebiegę. Dostałam cinnarizinum , pani doktor się na mnie podejrzliwie patrzyła / oczywiście pikantnych szczegółów nie podałam/, myślała, że symuluję…Od tej chwili raczej jestem ostrożna w proszeniu Boga o cokolwiek:)A jak proszę, to już dokładnie wyłuszczam, o co mi chodzi. Uczucie paskudne, trzymam kciuki.

    • kanionek 14/10/2014 at 23:36

      Tak, jak się ma lat 15 to mówią, że to wszystko przez dojrzewanie, jak 20 to mówią, że symulujesz, a jak masz lat 40, to że to przed menopauzą.
      W jakim wieku wolno nam naprawdę zachorować? ;) I jesteś drugą osobą, która zwraca uwagę na konieczność jasnego precyzowania żądań. Wychodzi na to, że do stosownego sporządzenia życzenia trzeba zatrudnić prawnika, bo oni mają w małym palcu te wszystkie tajne klauzule, gwiazdki i inne kruczki.
      A ja mam te ataki całkiem za nic, za darmo. Ot tak, spod ziemi lub zza węgła. I albo jest ciąg od tygodnia do kilku, bez chwili przerwy, albo nie ma ich wcale. Grunt, że zawsze mija i przez kilka miesięcy mam spokój :)

    • bila 15/10/2014 at 19:41

      Haha, a nie mówiłam? Trzeba BARDZO uważać, o co się prosi, czego się życzy. Lena, pozdrawiam cieplutko!!!!

  9. blabla 15/10/2014 at 13:36

    123456789123456

    • kanionek 15/10/2014 at 22:34

      qwertyuioqwerty

  10. Ynk 15/10/2014 at 14:31

    Ależ rajska brzezina :-) Gdyby tak co rano w niej się zanurzyć, uleczać powinna.
    A wieczorem pogawędki-kozimiętki.
    I czułki, czułki też trzymamy potrząsając palemką na czubku zielonej głowy (awatar).

    • kanionek 15/10/2014 at 22:30

      Dziękuję za czułki czule trzymane :)
      Brzezina jest nieziemska. Cały ten obszar porośnięty brzozą to jakieś dawne bagna, czego miejscami widać nawet ślady – odsłonięte korzenie, dziwne mchy, jagody jakieś i minibagienka w centrum. I ma owa brzezina jeszcze jeden słodki sekret, o którym okoliczni wieśniacy wiedzą od ho-ho-ho, Święty Mikołaj wie kiedy, a my go odkryliśmy dopiero w tym roku. Późnym latem mianowicie las rodzi takie ilości koźlaków, że wiadro można uzbierać w pół godziny. Koźlaki mają nietypową barwę kapelusza, prawie śnieżnobiały miąższ, i są w znakomitej większości nierobaczywe. Praktycznie zero odpadów. W smaku doskonałe – i smażone, i w occie, i suszone. Jest połowa października i „bagna” przeczesane przez grzybiarzy, a my i tak znaleźliśmy jeszcze 10 sztuk.
      Muszę w końcu nowy wpis zrobić, bo obecnie treść komentarzy stanowi lekturę obszerniejszą, niż część zasadnicza bloga :)

  11. zeroerhaplus 16/10/2014 at 20:00

    .. a póki jeszcze nie ma nowego wpisu, dołączam się do życzących zdrowia, zdrowia życząc!!!

    • kanionek 17/10/2014 at 01:55

      Dziękuję :) To chyba dzięki Waszym życzeniom tak szybko (jak nigdy dotąd!) mi się poprawiło.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa