Wielkie Perypetie Małego Żwacza, czyli koza na L4

Tradycja chce wykończyć albo mnie, albo siebie, albo nas obie. Wczoraj był dzień jak co dzień. Około osiemnastej kończyłam robotę w ogródku, koza włóczyła się wzdłuż ogrodzenia po drugiej stronie co chwilę sprawdzając, czy wciąż tam jestem, i skubała sobie to i owo. Zerwałam dla niej kilka owoców jeżyny bezkolcowej, bo nic nie zrobię z taką ilością, a ona jeżyny

Czytaj dalej

Wiadro do połowy pełne, czyli miarka optymizmu

No, to sześć dni i opakowanie paracetamolu później – jestem. I wiem, dlaczego tak mnie ciągle łeb boli – to NIE JEST normalne, żeby we wrześniu był czerwiec. I nie zrozumcie mnie źle, ja na ładną pogodę nigdy nie narzekam, ale wszelkie odstępstwa od jakiejkolwiek normy, w tym meteorologicznej, sprowadzają na mnie ból głowy. W dodatku nadal jest potwornie sucho.

Czytaj dalej

Keczup, grzyby, wilkołaki, czyli nadal o szajbie

Ludzie we wsi się ekscytują, że zima będzie długa i sroga, bo podobno radio u sołtysa powiedziało, że żubry już łączą się w większe stada i odlatują na południe. Też mi. Co roku jakaś sensacyjna historia z tanią przepowiednią w tle, a żadne, ŻADNE radio nawet nie wspomni, że gdzieś tam, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami oraz nieprzejezdnym

Czytaj dalej

Kluska w odpływie, czyli atak wrzodów egzystencjalnych

“Do dzikich borów idę, dzikich gór, między psy. Szukam żył źródlanej wody, czystej krwi.” (KAT, Niewinność) No i stało się. Nadszedł Wielki Kryzys i upadła madonna. Przegrzał mi się system, spaliły bezpieczniki, opadła dźwignia i straciłam połączenie. Mam też przebicia na obudowę i jedną rękę całkiem sztywną. Już nie chcę być kobietą. Patrzę tępo na dwa garnki na gazie, w

Czytaj dalej
1 2