Koza w przestworzach, czyli taka dama, jaka łasiczka

Podkład muzyczny do dzisiejszego wpisu stanowi piosenka:

“Tak bym chciała damą być
ach, damą być, ach damą być!”

Ale nie będę, bo jak? I nie chodzi mi nawet o kwestie typu wywożenie gnoju z kurnika, czy zawiązywanie kociego gówna w woreczek. Chodzi raczej o słowa, jakich użyłaby DAMA, po wyjściu na ganek ujrzawszy na tle nieba dokazującego PEGAZA, pozłacanego promieniami zachodzącego słońca. Taka dama mogłaby rzec, na ten przykład:

– Bądź tak dobry, drogi Protazy, i wynieś mi na taras szezlong jaki wygodny i dzban chłodnej lemoniady. A nie ociągaj się, bym zdążyła ócz mych szmaragdy nacieszyć tym widokiem, nielichym wszak zgoła.

Czy jakoś tak. A co powiedziałam JA?

– O ŻESZ KU…!

Prawda, jaka przepaść kulturowa i głębią żałosną ziejąca rozpadlina estetyczna dzielą te dwa rodzaje reakcji? Okolicznością łagodzącą dla mnie niech będzie jednak fakt, iż nie zobaczyłam pegaza na tle pozłacanego czegokolwiek. Ja zobaczyłam po pierwsze KOZĘ, po drugie NA DACHU, po trzecie szezlong to mnie w głowę dawno temu trafił, a po czwarte Protazy siedział akurat przed kompem, rozkminiając zawiłości jakiejś przystawki gitarowej.

koza na dachu

Mamy drewutnię i garaż, które łączy jeden dach. Od krańca północnego przylega do nich również nieużywana od lat sławojka (dwuizbowa, proszę ja Was). Garaż i drewutnia to konstrukcje drewniane, lekkie, których poszycie dachowe składa się ze starych płyt eternitowych opartych na lekkiej kratownicy stropu, a sławojkowe z papy, ceraty, cudów na kiju i innych rzeczy nietrwałych. Absolutnie nieprzystosowanych i niegotowych na 24 kilogramy futrzanej bonanzy, obutej w kowalskie młoty.

Tak przy okazji, jeśli nadal zastanawiacie się, czy operacja skracania kozich paznokci się powiodła, to już nie musicie. Najwyraźniej powiodła się na tyle, że koza poczuła się lekka jak szpryca bitej śmietany wystrzelona z puszki z atomizerem.

Dopóki nie wiedziała, że patrzę (usiłując przełknąć własne serce), skubała sobie beztrosko liście robinii akacjowej:

koza na dachu konsumująca robinię

koza na dachu3

Cyrk zagrał na katarynce i spuścił małpy z postronka dopiero wtedy, gdy zorientował się, że ma widownię…
Tego, co się wtedy dziać zaczęło, nie oddadzą zdjęcia, a przytomności umysłu mi zabrakło, by skorzystać z funkcji video dostępnej w aparacie. Jeśli jednak wiecie, czym jest Wielka Pardubicka, to wyobraźcie sobie, jak odbywa się na trzeszczącym złowieszczo dachu. Albo jeśli wiecie, jak wygląda kankan. Z przytupem. I iskrami z tyłka (choć mogły to być kozie bobki, pozłacane zachodzącym słońcem).

Patataj, patataj, patataj, BONANZAAAA! Jeszcze listek kasztanowca, dostępny dzięki uprzejmości sławojki. Łubudu, łubudu, łubudu, beeee! Tudum, tudum, tudum, mamo popatrz, jak ja skaczę! Aczę! Aczę! Jebut! Beeee!

koza na sławojce

Moje drżącym głosem nawoływania (kozulka, kozunia, kici kici) skwitowane zostały kanonadą beknięć i przytupów oraz zaciekawionym spojrzeniem skręconej o 90 stopni koziej łepetyny. Spojrzenie pytało: padniesz w końcu na ten zawał, czy co jeszcze muszę zrobić?

Kiedy koza z rosnącym zainteresowaniem jęła przyglądać się liściom lilaka zwanego bzem, od którego dzieliło ją tylko opierające się o dach drewutni, zmurszałe rusztowanie z lichych listewek (dawna pergola pod winorośl), nad moją głową zajaśniała wreszcie żarówka Dobromira. SŁOIK Z PŁATKAMI! Słoik z płatkami kukurydzianymi, które koza uwielbia i którego potrząsanie wydaje dźwięk działający na kozę jak fujarka na kobrę!

Biegnąc tedy po magiczną fujarkę, zastanawiałam się gorączkowo, z której strony, gdzie i w ogóle, tym słoikiem zacząć potrząsać. Bo wszędzie najmniej 2 metry do ziemi. Jak ona ma z dachu zejść, żeby sobie kulasów nie połamać? NO JAK TO JAK, kozia matko od siedmiu boleści, zaklinaczu ty kapuściany??! Tak, jak WLAZŁA! A jak wlazła? A po kupie drewna zwiezionego z lasu i rzuconego za drewutnią, celem go pocięcia na drobne.

drewno za drewutnią

Słoik spełnił swą powinność. Zwabione grzechotem chrupiących płatków bydlę zlazło z dachu, po drodze wykręcając w ósemkę plastikową rynnę, po czym zostało zamknięte w koziarni, w towarzystwie rzeczonych płatków, pokrojonej cukinii i bukietu nagietków. Nie za karę, tylko po to, by z koziej pamięci krótkotrwałej uleciały wspomnienia o superbohaterach w powiewających pelerynach. Innymi słowy, by w mrokach odosobnienia Tradycja zeszła na ziemię i zajęła się tym, co dla niej przewidzieli bogowie, czyli przyziemnym przeżuwaniem.

A TAK W OGÓLE, zapytacie, to jak tak można!? Miast kozę od zguby ratować, bezzwłocznie pomoc nieść, dmuchać koce i trampolinę rozwijać, to ja sobie jaja robię i foty pstrykam?! A ponieważ tylko winny się tłumaczy, wyjaśniam co następuje. Ja z tym aparatem szłam zdjęcia dojrzewających pomidorów robić, dyni wybujałej, buraczków soczystych, fasoli tłustej… I głowę już miałam pełną peanów wzniosłych na temat dobrodziejstw natury, przepychu lata, narożnika obfitości itp., którymi wypełniłabym następny wpis na niniejszym blogu, żeby nie było, że się tylko głupoty mnie trzymają. A tu masz babo placek, koza w przestworzach, któż przybieży i uwierzy? W dobie fejsbuka i erze kultu kotleta na instagramie zeznania bez dowodów obrazkowych są niewarte funta kozich paznokci. Poza tym, ona się tak dobrze bawiła :)

Wysnułam, na koniec, taki z moich wczorajszych przygód morał. Przez całe życie rozkminiam sobie różne filozofie, licząc na to, że któraś z nich rozjaśni mroki w mojej głowie, lub chociaż zapewni dobrnięcie do schyłku żywota w jako-takiej spokojności ducha, bez konieczności użycia kaftana z długimi rękawami i cyklicznych zastrzyków z hydroksyzyny. I jedna z nich, tych filozofii, hołduje bardzo użytecznej zasadzie: NICZEMU się nie dziwić. Najwyższy czas zrozumieć, że to dla mnie ostatnia deska ratunku i cienki włos dzielący mnie od postradania zmysłów. Brzytwa, której zamierzam się choćby zębami trzymać.

Myślicie więc, że ja się ZDZIWIĘ, jeśli któregoś dnia koza pożyczy rower i karnie się do wiejskiego sklepu po browar i fajki? O nie, nie zdziwię się. Jak już wróci, pobrzękując reklamówką pełną Harnasia, zapytam tylko, żując nonszalancko wetknięte między zęby źdźbło słomy: MATKA WIE, ŻE PALISZ?

koza na dachu2

koza na krawędzi

13 thoughts on “Koza w przestworzach, czyli taka dama, jaka łasiczka

  1. Anka 15/08/2014 at 18:47

    Piiiigs iiiin spaaaaace! :)))))))
    A mi mąż nie chce kupić kozy. Mówi, że ją ususzę.

    • kanionek 15/08/2014 at 19:29

      :D
      A z mężem i kozą, to u mnie było tak, że my wszystko wspólnie i razem, a w dodatku na pół. Ja chciałam kozę, on miał wątpliwości. No więc ja do niego, że trawy nie trzeba będzie kosić, bo koza. Że mleko i jaja i w ogóle. Ale przede wszystkim że nie kosić podwórka. I mój mąż teraz mówi, że został OSZUKANY. Nie dość bowiem, że koza woli drzewa i krzaki, to jeszcze na podwórko nie można jej luzem puścić, bo demolka jak w PKP po szturmie Prawdziwych Kibiców. Tak więc sobie teraz myślę, że koza ususzona mogłaby być odpowiedzią na moje potrzeby i jego obawy. Może ususzona koza daje mleko w proszku? Tak, czy owak, drąż temat, bo koza jest dobra na wszystko ;)

    • Mirena 15/08/2014 at 19:37

      Ale masz Aniu przynajmniej wesoły zwierzyniec. Przypomniała mi się podobna przygoda z kozą u mojej babci. Też artystka z niej była.

      • kanionek 15/08/2014 at 23:24

        Mireno droga, wesoły zwierzyniec to jest u pana Disneya. Ja tu mam zwierzęcy odpowiednik Gangu Olsena. Oni wszyscy dybią na moje życie, planując supremację nad całym gospodarstwem najdalej za 5 lat. Jak niosę kurom żarcie na tacy (NA TACY, rozumiesz, to już wiele wyjaśnia), to jedna trzyma mnie dziobem za nogawkę, druga już mi siedzi na głowie, bijąc skrzydłami i wrzeszcząc „szybciej, ludzki parobku”, a koguty wyłażą spod samochodu z miną pod tytułem „wcale nie sprawdzaliśmy, jak TO się uruchamia”. Dlatego tak lubię siedzieć w szklarni, albo w ogrodzie. Żaden pomidor się jeszcze na mnie nie rzucił, krzycząc: „dawaj wody, nędzna kreaturo!”, a ogórki grzecznie się kiszą w słoikach i będą po prostu ZASZCZYCONE mogąc mi towarzyszyć przy zimowym posiłku ;)

  2. pandeMonia 16/08/2014 at 10:25

    Wróciłam.
    Mnie zaciekawił fakt podawania hydroksyzyny dożylnie. Zaiste to możliwe?
    Do poprawy stanu nerwicy lękowej prócz hydroksyzyny proponowałabym jeszcze poniższy stosunek do życia: nie denerwować się tym, na co się nie ma wpływu. Stosuję od lat! Dlatego ciągle czekam na efekty!

  3. Depreche_Mode 16/08/2014 at 11:44

    Hydroxyzinum Teva roztwór do wstrzykiwań.
    A w internetach to sobie nawet marichuane wstrzykujom.

    • pandeMonia 16/08/2014 at 12:10

      łomaryjko! W tych internetach to same popaprańce siedzom!

      • kanionek 16/08/2014 at 14:42

        O tk, jesteśmy w dobrym towrystwie. Jk widć nów nie mm literek widomo jkich. Niech to slg, nwet wykryknik wysidł. Nie mogło mi się epsuć B i V? Nie mogło. Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.

    • kanionek 17/08/2014 at 23:08

      Ożesz! Najpierw oczyma wyobraźni ujrzałam Tradycję na akacji, a potem na swoje nieszczęście przeczytałam artykuł. Już nigdy nie kupię olejku arganowego! A zdjęcie, z którego ta czarna tak słodko spoziera… Ja znam to spojrzenie. Ono mówi: masz do wyboru – albo wskoczę ci na głowę, albo zjem twojego Nikona. I jak tu nie kochać kozy. Dzięki za link :)

  4. Fredzia 20/08/2014 at 12:33

    Genialny absolutnie opis, bardzo lubię Twój styl :) Pisałaś kiedyś? Redakcja tekstów? Dziennikarstwo?
    Przypominasz mi nieodżałowaną Joannę Chmielewską, która miała niesamowity dar opisywania codzienności w sposób barwny i humorystyczny :)

    Pozdrawiam,
    Anka vel Fredzia ;)

    • kanionek 20/08/2014 at 22:05

      FredziAnko, miło mi :) Kolejna Anka – my chyba wszystkie jesteśmy z jednego wyżu demograficznego. Pamiętam, że w mojej podstawówce przypadało co najmniej 5 Anek na jedną klasę :) Chmielewska była pierwszą autorką, przy której czytaniu śmiałam się na głos. Dzikie Białko czytałam trzy razy :)
      Nie, nie pisałam nigdy zawodowo, ani nawet w gazetce szkolnej. Moja polonistka z podstawówki powiedziała, że powinnam iść do szkoły gastronomicznej i lepić mielone, bo do niczego innego się nie nadaję. Moja Mama była ZDRUZGOTANA. Nie tymi mielonymi, bo każda praca jest potrzebna, tylko takim bezpardonowym podcinaniem skrzydeł komuś, kto ledwie od ziemi odrósł. Za to polonistka z liceum, sama będąc autorką kilku książek, widziała we mnie potencjał. Ale mnie bardziej ciągnęło do angielskiego i zostałam sobie tłumaczem. I później nie raz próbowałam się kopnąć w głowę, tłumacząc kolejną instrukcję obsługi pompy hamulcowej od jakiegoś Daewoo Tico, czy kartę wymagań dla betonu użytego do wykonania przyczółków mostowych. A mielone i tak muszę lepić :D

      • Fredzia 21/08/2014 at 11:23

        Jak tłumaczka, to i redaktorka, bo to zawsze w parze musi jednak iść, a biegłość w posługiwaniu się językiem czuć, oj czuć ;)
        Mnie polonistka w podstawówce – po tym, jak wygrałam olimpiadę polonistyczną – zgasiła, że na to nie zasłużyłam. Pewnie z troski, bym nie skończyła w rynsztoku ;) Druga z kolei – w liceum – radziła, bym zmieniła lektury i nie czytała MacLeana, bo zamiast rozprawki o Hamlecie napisałam kryminał ;) Na szczęście ich opinie nie wpłynęły na moją przyszłość ;) Tym bardziej, że nie umiem lepić mielonych :D

        Pozdrawiam,
        FredziAnka

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa