Kto miał romans w marcu i wpadł jak śliwka w cukier, czyli o Arance, Mariuszu i rozmowach z duchami

And I will pray for you
…Some day I may return
Don’t you cry for me
Beyond is where I learn
Living on a razor’s edge
Balancing on a ledge
Living on a razor’s edge you know… you know!
The evil that men do lives on and on!”

 

Fragment utworu „The Evil That Men Do”, z albumu „Seventh Son of a Seventh Son” grupy Iron Maiden, 1988 (https://www.youtube.com/watch?v=M6JpxDebokM)

Najpierw będzie o tych rozmowach, ale zanim się ucieszycie, że coś ciekawego się wydarzyło, to może od razu powiem: to nie była rozmowa, tylko monolog (w dodatku krótki; właściwie to jedno słowo było), i nie z duchami, tylko z jednym. Chyba. W sumie to nie wiem, ale Wam opowiem.

Jak wiecie, przed nami mieszkali tu Cebulaccy, a było ich dwoje plus Tapani. Tapani była teściową Cebulackiej, albo Cebulackiego, już nie pamiętam, ale ważne jest to, że Cebulacka za nią nie przepadała. Do tego stopnia nie przepadała, że zarządziła podział domu za pomocą muru i ulokowała Tępanią w Drugiej Części Domu, tej z Różowym Pokojem, za to bez łazienki i w ogóle dostępu do wody idącej z kranu. Tapani musiała się z tym jakoś pogodzić, a ułatwiał jej to fakt, iż umiała robić słynną w całej okolicy śliwowicę, której zażywała jako lekarstwa na swe troski, a i znajomych lubiła obdarować butelką lub dwunastoma. Z czego ta śliwowica? A ze śliwek Tejpani, które sama była sadziła, i na które miała piękny widok z kuchennego okna (gwoli ścisłości i ku pamięci: w dawnej kuchni Tejpani jest dzisiaj nasza kotłownia. No gdzieś musiała być). To chyba śliwki węgierki, ale małe, nie takie kobyły, jak teraz w warzywniakach sprzedają, za to w smaku wyborne i na śliwowicę doskonałe.

Kiedyśmy się wprowadzali, to Tapani nie żyła już od lat dwóch, a może pięciu, a śliwy na wschodzie schły. Kilka drzew było już martwych, reszta schła powoli, ale konsekwentnie, i po niespełna dwóch latach od naszego tu zamieszkania o śliwkach nie było już mowy. I ktoś mi mówił, albo pisał, gdy skarżyłam się, że szkoda tylu pięknych drzew owocowych, że czasem gdy ludzie umierają, to swoje drzewa zabierają ze sobą. I wtedy sobie pomyślałam, że trochę to złośliwe, tak samemu nie zjeść, a drugiemu nie dać, i że rozumiem, że Tapani Cebulackiej nie lubiła, no ale mnie przecież nie znała, i co ja jej niby takiego uczyniłam, że te drzewa dalej schną? No ale może to było tak z rozpędu, i duch Tejpani nic już nie mógł poradzić, bo klątwa została rzucona, a hasło odczyniające jej się zapomniało, bo to bardzo starsza pani była, no i trudno. Drzewa się ostatecznie nie zmarnują, bo odkąd wędzę kozie sery, mam zapotrzebowanie na drewno drzew owocowych, a w śliwkowym dymie wędzi się całkiem udanie. Ale ALE!

Śliwy, jak wiecie, lubią wyrastać z ziemi w promieniu nawet dziesiątek metrów od drzewa-matki, i na dobrą sprawę jak się raz miało śliwę, to ciężko się jej dzikich pomiotów pozbyć, no chyba że ma się kozy. Kozy drewno śliwkowe też bardzo lubią, a zwłaszcza takie młode, świeżutkie pędy, więc cokolwiek na łące wschodniej wyrastało, to szybko ginęło marnie. Oprócz jednego drzewka, które wyrosło w tym samym rzędzie, co tamte sławetne śliwy Tejpani. Owszem, oberwało mu się trochę po korze, ale ono mimo wszystko wyrosło na jakieś trzy metry, i… W tym roku zaowocowało! Wracałam sobie wczesnym wieczorem z lasu, gdzie na skraju rośnie jabłonka odkryta przez kozy (prawdopodobnie antonówka), z koszykiem jabłek, i wtedy te śliwki zauważyłam.

Zerwałam jedną, żeby spróbować, czy one co warte, te śliwki, bo w tym roku wszystko robaczywe – grzyby, orzechy, jabłka, śliwki… No i śliwka była słodka, węgierkowa, i nierobaczywa. I druga i trzecia też. No to odstawiłam koszyk z jabłkami i wzięłam się za zbiór śliwek, których za wiele to tam nie było, na oko kilogram, no ale jakie smaczne, i jakie nierobaczywe! I tak sobie zrywałam, ostrożnie naginając gałązki, śliwki nagrzane zachodzącym już słońcem, w plecy wiał mi delikatny wietrzyk od północy, zauważyłam, że niektóre listki już zaczynają jesiennie żółknąć, i nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, powiedziałam: „dziękuję”. NO WIECIE CO? Nie wiem, co mi kazało, ale kazało i powiedziałam. I tam nie marudźcie teraz, że „łee, takie zjawisko paranormalne to o kant dupy”, bo Kanionek jest religijnie sterylny jak probówka do przechowywania komórek jajowych, i skoro w jego bezbożnym życiu dzieją się takie rzeczy, żeby Kanionek do powietrza mówił „dziękuję”, to to wcale nie byle co.

No więc oficjalnie dziękuję Tejpani, że zechciała odpuścić z tą swoją zemstą i przydzieliła mi jedną, nowiutką śliwę na próbę. Z kilograma owoców śliwowicy nie zrobię, zresztą – nie śmiem nawet przypuszczać, że byłaby choć w połowie tak wspaniała, jak trunek sporządzany przez Tępanią, więc żeby miejscowej tradycji stało się choć po części zadość, zrobiłam z tych owoców śliwki kandyzowane w syropie alkoholizowanym.

sliwka-od-tejpani

O, tak wyglądają te uschnięte drzewa (było więcej, ale część już poszła do wędzenia):

suche-sliwy

A tak „moja” śliwka, w próbnej dzierżawie od Tejpani:

moja-sliwka-od-tejpani

Prawda, że zapowiada się obiecująco? A teraz dość tych świństw, odkopmy starego Kanionka.

grzybki-na-kozim-oborniku-2 grzybki-na-kozim-oborniku-3 grzybki-na-kozim-oborniku

Takie grzyby nam wyrosły na kupie koziego obornika. Urodziwe. BYŁY, bo potem przyszła Kaczka i wszystkie zadeptała w drodze na sam szczyt kupy. Odkąd nastała era elektrycznego pastucha i wszystkie kaczki i gęsi całe dnie spędzają na łące i nad stawem, Kaczka obejmuje coraz to nowsze trony, a Meliny składają jajka w koziarni (tak, coś im się pomyliło, znów uprawiają dziki seks i robią „dzieci” – to pewnie z tej wolności. Od wolności wszystkim się tylko we łbach przewraca).

No i zgadłaś, Zeroerha, że chodzi o koziołki, a na pytanie „co się rozmnożyło” odpowiedź brzmi: Krówko! Jak być może pamiętacie, Krówko pierwszy raz rodziła w grudniu ubiegłego roku, i w tym również postanowiła wyprzedzić wszystkie pozostałe kozy. W sumie nic dziwnego i bardzo sprytne posunięcie – porodówka wolna, pokój dziecięcy z wygodami tylko dla matki z przychówkiem, a nie, że później tłok jak w polskim szpitalu i polegiwanie w bólach na korytarzu. Tak więc 31 sierpnia, w dzień pogodny i wesoły, zaprowadziłam Krówko na porodówkę, i ani się obejrzałam, jak na świat przyszli Mariusz i Aranka. Serio, poszło tak szybko i gładko, że Krówko nawet nie pisnęła, a ja nie zdążyłam się zdenerwować. Aranka jest większa i bardziej odważna od brata, choć urodziła się druga. Ma zadatki na trudny charakterek. Na drugi dzień wszyscy wyglądali tak:

dwudniowe-krasnale dwudniowe-krasnale-2 aranka-dwudniowa a-czo-to a-czo-to-2 mariusz-dwudniowy mariusz-2 dzie-mi-tu-z-tymi-dziecmi

Mniej więcej po tygodniu nadopiekuńcza matka pozwoliła dzieciom pójść nieco dalej:

z-mama-na-dojalnicy mariusz krowko-i-krasnale-4 krowko-i-krasnale-3 aranka-5 aranka aranka-4 aranka-3 aranka-2

A teraz krasnale mają już dwa tygodnie i są prawdziwymi członkami stada, choć na noc wciąż jeszcze zamykam ich z mamusią w pokoju dziecięcym:

krowko-i-krasnale-2 krowko-i-krasnale krasnale-krowko krasnale-krowko-2 krasnale-krowko-4 krasnale-krowko-3 na-wypasie-2 na-wypasie-3 na-wypasie nad-stawem po-calym-dniu-biegania

Prawda, że fajna niespodzianka? A miał być jeszcze filmik z koziarni, ale już nie mam siły czekać, aż się na serwer załaduje. To w zamian – fotki z pobielonej koziarni. Świeżutko malowane, śliczne, białe ściany, aż blask w oczy bije… Bił. Tak wyglądało „dzień po”:

wybielone wybielone-2 no-jak

A tak dwa dni później:

wybielone-2-dni-pozniej wybielone-2-dni-pozniej-2

Małpy ostrzą sobie rogi o ścianę, a i ocierają się często, i co im pan możesz zrobić. A tak poza tym – wszystko po staremu. Kiełbasa korzysta z uprzejmości słonecznej pogody i podbija nowe terytoria:

kielbasa-wszedzie kielbasa-wszedzie-3 kielbasa-w-ogrodzie

O, tu sobie wyszła tylnym, górnym narożnikiem szklarni (pewnie dziura w siatce była):

wylazi-naroznikiem

A w samej szklarni to już jeden wielki sklep mięsny, ze skromnym akcentem pomidorowym:

kielbasa-w-szklarni-3 kielbasa-w-szklarni kielbasa-wszedzie-2 kielbasa-w-szklarni-2

A tu się do Państwa wdzięczy dynia, też z nasionek od Zeroerha:

dynia-od-zeroerha-2 dynia-od-zeroerha

A w związku z nadejściem jesieni i z uwagi na zmniejszony pastuchem obszar wypasu, okazało się, że cukinia jest jednak PRZEPYSZNA:

pyszna-ta-cukinia pyszna-ta-cukinia-2 pyszna-ta-cukinia-3 pyszna-ta-cukinia-4

I chciałam jeszcze donieść, że owszem, moje kozy buszowały po lesie, ale nie tylko one uprawiały ten karygodny proceder:

nie-tylko-kozy-szabruja-w-lesie

Oraz zapytać Was – JAK?! Jakim cudem Pacanek wyłazi z porodówki, przy takich zabezpieczeniach?

ktoredy-wylazl-pacanek no-jak

Nie ma możliwości, żeby przeskoczył przez dwumetrową przeszkodę, zwłaszcza, że rozbiegu miałby ledwie trzy i pół metra. Zresztą, furta od zagrody, w której kozły siedzą za dnia, jest dużo niższa, a miejsca na rozbieg z pięć razy więcej, niż w porodówce, i stamtąd jakoś nie ucieka, więc w koziarni to nie wiem – albo fruwa, albo przenika przez ściany. Ale chyba też nie, bo z izolatki jakoś nie przenika… To jest jedna z tych zagadek paranormalnych, które rozwiązuje się przy pomocy monitoringu video, i po obejrzeniu materiału do końca życia się nie śpi, więc może lepiej nie wiedzieć. Za to tutaj mam dla Was zagadkę nieszkodliwą dla zdrowia – proszę pokazać, gdzie jest czapla?

gdzie-jest-czpla

Już?

No to dla tych, co nie zgadli – o tutaj siedzi, na samym czubku świerka:

czapla-na-czubku

Nie wiem ile waży czapla, ale wygląda na to, że mniej niż przeciętny kurczak. A tu zrobiłam jej fotkę z okna w kuchni, jak sobie stoi nad stawem i zastanawia się, czy psy przenikają przez siatkę leśną:

czapla-siwa-nad-stawem

A teraz ostatnia zagadka tego odcinka i jednocześnie konkurs z nagrodami (Mitenki jest wyłączona z konkursu, ponieważ zna odpowiedź):

co-robi-kanionek

Na kogo czyha Kanionek?

Wygrywająca odpowiedź musi być jednoznaczna – nie, że „na jakieś zwierzątko”. Z imienia i nazwiska ma być, a nagrodą jest porcja tej oto Herbatki Leśnego Dziadka, skomponowanej przez samego Kanionka, ze składników najwyższej jakości, zebranych z najwyższą starannością i ususzonych w oparach miłości (i trochę na suszarce do grzybów):

herbatka-lesnego-dziadka

Podaję skład, bo może są wśród nas alergicy: liście malin i czarnej porzeczki, owoc czarnej porzeczki, leśne jabłko (Mama mówi, że to jednak nie antonówka; nie jest w ogóle kwaśne), kwiat nagietka, kwiat lipy, odrobina mięty i szczypta melisy.

A czyhałam, bo się okazało, że ONO tam mieszka i wcale nie chce się wyprowadzać, a musieliśmy dokończyć ocieplanie podłogi. Ocieplona podłoga, jeszcze przed położeniem desek, wygląda tak:

welna-polozona

I powiem Wam, że gdyby nie legary i tona gruzu z żużlem, to taką robotę można by zrobić w jeden dzień, góra dwa. No i gdyby nie fakt, że Cebulacki przybił deski do legarów jakimś tysiącem długich i grubych gwoździ. Nie przesadzam, małżonek policzył. W razie trąby powietrznej odleciałoby wszystko prócz podłogi; aż dziw, że sam się nie przybił, skoro przewidywał taką katastrofę. Małżonek wszystko robił sam, ja tylko podawałam deski przez okno i trochę pomagałam przy ostatniej warstwie wełny („Nie gnieć wełny, Kanionek! No jak to jak masz przejść – skacz po legarach!”), a wyniesionym spod podłogi materiałem udało się zasypać wszystkie dziury wykopane na podwórku przez Mająca, więc koniec końców nie wyszło tak źle, choć małżonek mówi, że jak ktoś w jego obecności powie „gwóźdź”, to zginie. Ocieplenie podłogi w kuchni chyba dopiero w październiku, albo listopadzie, gdy już nie będę robić tylu serów, więc może do tego czasu trauma mu przejdzie.

cysorz-to-ma-klawe-zycie

Aha, dżem na hemoroidy wygląda tak:

dzemor-z-jarzebiny

Jest świetny. Gorzki i dziwny. Trochę jak Kanionek. Na razie mam tylko cztery słoiczki po przecierze pomidorowym, ale dozbierałyśmy z Mamą jeszcze kilogram jarzębiny i trochę leśnych jabłek, więc jak się jarzębina przemrozi, to się dorobi. Przy okazji, może Wy wiecie, co to za jabłka – są słodkie, z delikatnym posmakiem gruszki, dość twarde, dojrzewają pod koniec sierpnia i we wrześniu. Skórka gładka i połyskliwa. Ta jabłoń rośnie na skraju lasu i nie sądzę, żeby ktoś ją tam posadził, wśród dębów i świerków, a jest na tyle młoda, że nie mogło jej tam być zanim wyrósł las. Najprawdopodobniej sama się wysiała, na przykład z ogryzka, choć ludzie mówią, że takie samosiejki dają małe, dzikie i kwaśne owoce, a ta jabłonka owoce rodzi deserowe:

jablka-lesne

Odrębną zagadką pozostaje, kto jest ojcem Mariusza i Aranki. Może on:

am-i-the-father

A może nie. Irena w każdym razie nie gada z Krówko, i na jej widok cała się jeży i prycha z oburzeniem, że jak to – dzieci nie w łatki? Nawet nie w ciapki? Tylko jakieś takie z paskiem? A gdzie tradycje rodzinne?!

A mnie się krasnale Krówko podobają. I BYŁABYM ZAPOMNIAŁA! Oto Szczurokot:

szczurokot-2 szczurokot szczurokot-4 szczurokot-3

Tu z matką, w Różowym Pokoju:

mama-nie-wachaj-mi-dupy-bo-obciach

Która jakoś nie robi mu wyrzutów, że nie jest czarny jak diabeł, i że bardziej przypomina tę wredną bicz Pumę, niż matkę rodzoną. Aha, ja tak naprawdę nie wiem, czy Szczurokot jest facetem. Wydaje mi się, że cała trójka Jałowców to chłopaki, ale małżonek zajrzał Szczurokotowi pod podwozie i ma wątpliwości. Jednak u koziołków to łatwiej stwierdzić, a ze mnie kocia matka jak z koziej dupy telefon. A propos telefonu – Ziokołek gada ze ścianą, a ściana jej odpowiada!

gdy-sie-gada-do-sciany

I to chyba jakieś komplementy są, bo Ziokołek cała zadowolona:

to-sciana-odpowiada

Doktor Ekspert zdiagnozowała Ziokołka i właśnie mówi Baśce na ucho, że to może być zaraźliwe:

powiem-ci-cos-na-ucho

A gęś na to, że „ojapie*dolę, trzeba stąd wiać”:

what

Tak jak mówiłam – wszystko po staremu.

PS. Jakiś czas temu dostaliśmy od Żozefin trzy wielkie leszcze, które małżonek zaproponował, żeby uwędzić, bo skoro i tak wędzę sery, to co mi szkodzi trzy rybki dorzucić. No i nieważne już, że skończyłam wędzenie w nocy i niosłam te leszcze z jednym okiem już śpiącym i z latarką w zębach, bo w ciągu dnia wędzarnia zaliczyła awarię i wszystko się opóźniło. Pozostało pytanie, co z nimi do diabła zrobić, skoro są gorące jak leszcze z piekła rodem, a lodówka i tak zajęta przez sery. No to wręczyłam małżonkowi trzy dymiące leszcze na hakach i rzekłam, że trzeba je powiesić w łazience, bo tam jest zimno i drzwi można zamknąć, żeby się psy i koty do żarcia nie dorwały. No i wziął małżonek te leszcze i poszedł do łazienki, a za chwilę słyszę, że rży jak koń do kostki cukru. Wchodzę do łazienki, małżonek w kucki na podłodze, łzy radości rękawem ociera, pokazuje mi te ryby i pyta: „Weź mi powiedz, Kanionek – na te trzydzieści kilka milionów ludzi w Polsce, jak myślisz, ilu ma dziś w łazience taki widok?”:

leszcze-trzy

Sama nie wiem, może to i straszniejsze, niż te Lidki grające pozytywki na strychu, ale rano wydawały się już całkiem normalne, te leszcze, a i w smaku wyszły nienajgorsze.

wedzone-leszcze leszcz-wedzony

Jednego zjedliśmy, drugiego dałam takiej pani, od której dostałam skrzynkę malutkich ziemniaczków (bo sobie przypomniała, że ja mam kozy, a ona by te mikroziemniaczki na kompost wyrzuciła), a trzeci został zamrożony na czarną godzinę. A w następnym odcinku opowiem Wam, jak zostać pakowarką próżniową.

panter-za-stawem

Umarł pomidor, niech żyje ogórek, czyli kozy na pięciolinii i życie pod prąd

Nie pomogły zastrzyki,

recenzje i pomniki

ni kwaśne mleko…”

(Fragment utworu „Śmierć poety” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego)

Ani nawet serwatka z koziego sera. No nic nie pomogło, choć ja akurat nawet nie próbowałam ratować tych pomidorów, a Żozefin spryskała szklarnię całą tablicą Mendelejewa i pomyjami z elektrowni w Czernobylu, i też nic jej z tego nie przyszło. O czym ja mówię? A o zarazie, co padła na pomidory, podobno nie tylko moje i Żozefinowe, ale wszystkie pomidory w całej okolicy. Żozefin uparła się, że to szara pleśń, a mnie to raczej wygląda na zarazę ziemniaczaną:

zaraza ziemniaczana zaraza ziemniaczana 2

No więc ona spryskała („Pani Aniu! Kupi mi pani taki środek na szarą pleśń!”, „No dobra, a on się jakoś konkretnie nazywa, czy wszystko jedno?”. „Szara pleśń się nazywa!), a ja nie, bo z zasady niczym swoich upraw nie pryskam, i stawiam na proste, a przez miliony lat sprawdzone mechanizmy ewolucji: przeżyją osobniki najsilniejsze i najlepiej przystosowane. Nie wyrwałam krzaków, choć żal patrzeć na ten pomór, bo moje pomidory jeszcze walczą, wypuszczają nowe liście i pędy, więc trzeba dać im szansę. Najlepiej, jak na razie, bronią się odmiany „Black Cherry” i „Tigerella”, z nasionek od Zeroerhaplus (a właśnie – gdzie jest Zeroerha?):

tigerella od Zeroerha 1 tigerella od Zeroerha tigerella od Zeroerha 2 black cherry od Zeroerha 1 black cherry od Zeroerha

No i oczywiście kiełbasa, która występuje poza konkursem, i podejrzewam, że żadna zaraza nie dałaby jej rady:

wychodzimy pies pod kielbasa

O, a tu JEDNA sadzonka, co położyła podporę w ogródku, ale sobie dopełzła do ogrodzenia i jedzie dalej:

kielbasiany najezdzca

Piękna roślina, zaradna, uparta, silna i delikatna zarazem, imponuje szybkim przyrostem masy i ma dobrze rozwinięte cechy kobiece – wszystkiego się czepia i idzie po trupach do celu, tylko nie nadaje się do szklarni, gdyż osiągnąwszy pułap sufitu zabudowuje go liśćmi i ze szklarni robi się ciemna piwnica.

Kapusta pod firanką poległa, bo firankę porwał wiatr, na co te wściekłe motyle tylko czekały, a ziemniaki zeżarła mi stonka. STONKA! Poletko ziemniaków miało kilka metrów kwadratowych, ot tyle, żeby na kilka jesiennych obiadów starczyło, a menda w paski i tak je wypatrzyła, sobie siadła i zjadła. Małżonek mówi, że to koniec świata, no ale szarańczy jeszcze nie było. Za to w tym roku po raz pierwszy od lat mogę powiedzieć, że mam ogórki:

ogory

Kilka takich wiader zebrałam i już się kiszą w piwnicy. O, a kolejną taczkę cukinii postanowiłam ususzyć w plasterkach, dla zwierzaków na zimę, a że się zrobiło słonecznie, to wyłożyłam je na tej wolierce, która służyła za odchowalnik dla małych kurczaków i gęsi:

suszenie cukinii

Ale długo nie posuszyłam, bo plasterki zwąchał Rosół i natychmiast zawołał wszystkie swoje małżonki:

kury i zlodzieje

A przecież dostają tej cukinii codziennie po dziesięć sztuk, wielkich jak maczugi, no ale to są kurczaki, i może Pimpacy ma rację, że tak ich nie cierpi, bo to wredny naród złodziejski i szkodnik i morderca. Kurczaki, nie Pimpacy. Chociaż Pimpacy czasem też. No w każdym razie nie ma suszonej cukinii, i zobaczymy, co naród dziadowski będzie zimą jadł, za to nareszcie mogę się pochwalić, że mamy już ogrodzenie elektryczne, które działa. Na razie ogrodzona została łąka północna, ta ze stawem:

e-pastuszek 5 e-pastuszek 4 e-pastuszek 3 e-pastuszek 2 e-pastuszek

I na początku drutów było cztery, bo mieliśmy niczym nieuzasadniony przypływ optymizmu, ale się okazało, że Kredens jest w stanie przeskoczyć pomiędzy drugim a trzecim drutem od ziemi (i jeszcze się okazało, że umie ryczeć basem), a Ziokołek to nawet nie skakała, tylko zwyczajnie przelazła, i nawet słowem nie pisnęła, gdy zahaczyła cyckiem o drut. Twarda z niej sztuka – Pacanek tylko nosem dotknął i odrzuciło go na pięć metrów do tyłu (ale musiał dotknąć jeszcze z siedem razy, żeby się przekonać, że nie lubi prądu i nie chce mieć z nim więcej do czynienia). Próba generalna była późnym popołudniem i nikomu już się nie chciało lecieć z rolką drutu, żeby dorzucić brakującą kreskę na pięciolinii, a następnego dnia rano przestał działać śliczniutki, nowiutki elektryzator, i główny dyrygent był bliski podcięcia sobie gardła smyczkiem.

Kupiliśmy drugi elektryzator, pociągnęliśmy ten piąty drut, i kozy odzyskały wolność:

kozy wolne owce tez wolne

Małżonek zrobił dla elektryzatora taką budkę:

budka

Od której idzie sobie kabelek zasilający, początkowo w rurce pcv:

kabel w rurce

A później po ścianie komórki na siano:

do komorki

A później wchodzi do komórki, gdzie znajduje się normalny, kulturalny włącznik. A gdybyście kiedyś potrzebowali gniazdka naściennego, a dysponowali tylko takim zwykłym, podtynkowym, to naścienne z podtynkowego można zrobić tak:

gniazdko natynkowe typu homemade

Pudełko po tym pilingu cukrowym trzymałam chyba ze cztery lata i jestem niemożliwie wręcz dumna z tego, że wcale nie trzymam po kątach zbędnych rupieci, tylko kluczowe podzespoły do instalacji elektrycznych. A małżonek już kończy budować swój własny elektryzator, na wypadek, gdyby sklepowy znów zawiódł:

elektryczne pomidory

To po lewej to cewka zapłonowa od starego BMW, a po prawej układ, o którym nie mam bladego pojęcia. W tle widać próbę przekucia porażki w sukces, czyli ocalałe z ziemniaczanej zagłady pomidory „Black Cherry” w zalewie słodko-kwaśnej, na zimę (nie pasteryzuję! Ogórków też nie). To wszystko będzie jakoś ze sobą połączone (oprócz pomidorów), tylko nie mam aż tak dużych pudełek po pilingu, więc cewka jest na razie bezdomna, za to firmowa etykieta na elektryzator już jest:

DSC05015

Tak wygląda oscyloskop:

oscyloskop

A tak krajobraz po zerwanej podłodze (tę właśnie robotę małżonek musiał rzucić, by zająć się elektrycznym pastuszkiem):

moj jest ten kawalek braku podlogi

A tak wygląda Kanionek, do którego nie przyjechał rycerz na spalinowej wykaszarce:

Kanionek z wykaszara

A pamiętacie ten dowcip o kobiecie, co jedzie autostradą, a w radiu mówią, że po autostradzie jakiś wariat jedzie pod prąd, a ta kobieta mruczy pod nosem: „żeby jeden! Ja tu już kilkunastu minęłam!”? No to ja też się kiedyś z niego śmiałam…

Pojechaliśmy w miniony piątek do Elbląga, załatwić jedną sprawę i pomacać węgiel. Może nie wiecie, ale dobry gospodarz zawsze maca węgiel przed zakupem, oraz indaguje wystraszone panienki z biura składu węglowego o zawartość siarki, popiołu, wilgotność, kaloryczność, i inne takie kwestie kluczowe. A przynajmniej małżonek tak robi. No więc pojechaliśmy organoleptycznie ocenić jakość naszego zimowego opału przed zakupem, a że nie do końca wiedzieliśmy, gdzie ten węgiel się znajduje, tośmy jechali tak trochę na „wydaje mi się, że”. No i po drodze trafił się Metalzbyt, to jeszcze zajechaliśmy pomacać zasuwki (do koziarni), siatki stalowe o drobnych oczkach (przyszłościowa szafka do dojrzewania serów w piwnicy), i przy okazji zapytaliśmy sprzedawcę gdzie ten węgiel, no i on nam powiedział, że trzeba pojechać mostem Unijnym, z mostu w lewo i zaraz w prawo, no i poszliśmy do samochodu roztrząsać kwestię, czy ten most tośmy już minęli i trzeba jechać w lewo, czy może jest jeszcze przed nami i z Metalzbytu trzeba skręcić w prawo. Po namyśle i trzech rzutach monetą wyszło nam, że jednak należy zawrócić, czyli w lewo.

No i tu dochodzimy do tego, co Kanionek odwalił za numer. Otóż dojeżdżając do drogi głównej, wziął i skręcił w lewo. I przez chwilę tylko się zastanawiał (ułamek sekundy króciutki), dlaczego u diabła musi przekroczyć linię ciągłą, ale gdy już ją przeciął, wszystkie troski poszły precz (słowo daję – miliony lat ewolucji, a mój mózg potrafi jedynie stwierdzić: “hej, coś tu jest nie tak, ale SPOKO, jedź dalej”), a małżonek to w ogóle niczego niezwykłego nie zauważył, bo w głowie już sobie ten węgiel przesypywał i torturował niewinne panienki, i tak sobie ujechaliśmy ze sto metrów, gdy jadący z naprzeciwka samochód (prawym pasem jechał) dał mi nerwowy sygnał długimi światłami. Spojrzałam na pokrętło od świateł Gwiazdolota – światła mijania włączone, spojrzałam w lusterka – nic nam się nie dymi, ani za nami nie ciągnie, więc o co mu cho… I nagle natenczas, a nawet na horyzoncie, nie tak bardzo znów daleko, oczom mym ukazały się samochody. Jadące po tej samej jezdni, lewym pasem, prawym pasem, a wszystkie w kierunku dokładnie przeciwnym do naszego, całkiem jakby nam na spotkanie. Noż urwał nać!

Udało mi się w czasie poniżej dziesięciu sekund wyhamować, wykonać manewr zawracania na trzy, i ruszyć w odpowiednim kierunku, z miną „jak gdyby nigdy nic”, zanim te samochody nas dopadły. A małżonek tylko stwierdził, że o jasny szlag, gdybyśmy się nadziali na gliny, to pierwsza tona węgla kosztowałaby nas ponad tysiąc złotych. Ja tu pod prąd, jak blondynka z dowcipu zaiwaniam, jak ten beton bezkomórkowy jednokierunkową w złym kierunku gnam, a ten mi o węglu! Ja tego do końca dnia nie mogłam przełknąć. Taki śliczny Kanionek, taki mądry, taki zdolny, takie ma ładne prawo jazdy od lat dwudziestu będzie z okładem, i jedyne dwa mandaty co w życiu dostał, to za się spieszenie do pracy, a tu taki… taki… no jak to będzie w moim CV wyglądało!? No jak dupa w elbląskim kanale maczana.

I taka już byłam do końca dnia zdenerwowana, że nawet nie pamiętam, jak żeśmy do tego węgla dojechali, i tylko taka scenka, co się pośród czarnych hałd rozegrała, mi w pamięci została, którą Wam pokrótce przedstawię.

Po zwyczajowym przesłuchaniu w biurze składu opałowego (popiół, siarka, klasa, badania, a czy węgiel w hali, czy pod gołym niebem), w wyniku którego Pani Obsługująca wpada w bełkotliwy słowotok (moja taktyka! Dużo mówić, żeby zmylić i zmęczyć przeciwnika), małżonek życzy sobie wizji lokalnej i macania trupa. Znaczy się surowca. Pani prowadzi nas czarnym szlakiem płyt betonowych pokrytych warstwą węglowego miału, wprost do takich eleganckich, murowanych z gazobetonu boksów („jak dla zwierzątek”, myślę od razu), a w każdym boksie mniejsza lub większa kupka węgla innego sortymentu. Nas interesuje groszek, czyli rozmiar 25-50. Bardzo nas interesuje. Wciąga i pasjonuje. Pani cofa się o trzy kroki i patrzy na nas jak na dwa zdziczałe lemury, co się urwały z rezerwatu: jeden lemur jest bosy i właśnie dokonuje inspekcji czarnych od węglowego pyłu podeszew, stojąc na jednej nodze i zaglądając sobie pod spód drugiej, a drugi lemur, ubrany jak na pogrzeb samego Lucyfera, kuca przy kupce węgla i rzuca wybranymi bryłkami o ziemię.

„To musi pan mocniej cisnąć, żeby się ten węgiel rozpadł” – podpowiada pani. „A to niedobrze” – ciska kolejną bryłką pogrzebowy lemur. „… i w ten sposób otrzymujemy stop stopy z węglem…” – mruczy do siebie bosy lemur, na co pani już nie wie, co powiedzieć, więc zaczyna dyskretnie stukać w swojego smartfona („Ale kogo tu wezwać – Policję, czy pogotowie?”).

A w poniedziałek rano…

Pakuję Wasze sery, zwyczajowo szastając taśmą, będzie już półtorej godziny, gdy do kuchni wchodzi małżonek (zajęty uprzednio montażem domku dla elektryzatora – żeby mu deszcz ze śniegiem na głowę nie padał, i w ogóle żeby mu się długo i dobrze u nas żyło), i mówi: „Kanionku, kozy to już by chyba chciały być wydojone, wiesz?”. „Tak?” – odwijam z trzaskiem kolejny metr taśmy – „A co powiedziały?”. „Yyy, ekhem…” – tu małżonek odchrząkuje dyskretnie, dla lepszej emisji głosu, „powiedziały: BEEEE!”. „Aha, no to faktycznie. Powiedz im, że zaraz kończę i do nich idę”. „Oczywiście, Kanionku, POWIEM IM” – mówi małżonek z miną troskliwego ordynatora oddziału psychiatrii dziecięcej. „A nie wiem, czy słyszałaś…” – tu przerwało mu kolejne „srututut” taśmy klejącej, „że ma być podobno tutaj w okolicy organizowany jakiś kurs sensownego pakowania paczek. Pojedziesz?”. „Ale że co – POPROWADZIĆ?”

kotki dwa

PS. A propos konia. Tu macie kilka fotek Kanionka na koniu, sprzed jakichś dziesięciu lat (robione takim aparatem, co lubił wszystko na zielono). Możliwe, że już je pokazywałam, ale nie pamiętam, więc się nie liczy:

My beautiful picture

My beautiful picture

My beautiful picture

I niech Was nie zwiedzie pozorny, sielski urok tych obrazków, że niby Kanionek taki śliczny, tak sobie ładnie siedzi na tym koniu, głową do przodu nawet, taki prawie jakby się na koniu urodził i konia z rzędem zjadł i beczką soli poprawił, a siodła, lonże i popręgi to mu z ręki jadły. Nie-nie-nie-nie. Kanionek na tym koniu był tak sztywny ze strachu (to był najwyższy koń w całej okolicy!), że po półgodzinnej lekcji trzeba go było kijem strącać, bo sam by nie zszedł. Małżonek mi kupił trzy lekcje (na urlopie na Kaszubach byliśmy, i to była znienackowa niespodzianka), i wierzcie – przez te trzy dni paczka Solpadeiny poszła. I nie myślcie sobie, że ja się tak z przyjemności uśmiecham – ten uśmiech miałam przyklejony na stałe, bo wyczytałam gdzieś, że koń WIE, kiedy jeździec jest niepewny siebie, a bardzo mi zależało na tym, żeby ten akurat koń nie wiedział, więc uśmiechałam się jak ta łagodna łania do mglistego wrzosowiska, ale wszystko na nic, bo koń i tak WIEDZIAŁ (to jakaś cwana klacz była), i wbrew instrukcjom tej pani na drugim końcu lonży próbował przechodzić w kłus (a moje serce w galop), albo stawać na tylnych nogach (a moje serce po prostu stawać), albo odwracał łeb, by popatrzeć na mnie kpiąco, i co ja mogłam? Się tylko uśmiechać, a w duchu powtarzać: „wszyscy zginiemy”. No więc ja się koni boję, ale podobno każdy strach można przezwyciężyć, a Bożeny też się przecież bałam, a teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. No więc ja nie mówię, że zaraz sobie kupię konia, ja tylko mówię, że bym chciała.

PPS. A z tą jazdą pod prąd, to nie żebym się tłumaczyła, ale akurat bardzo gorąco było, a w Gwiazdolocie na tylnym podszybiu suszył się cząber, a cząber ma zapach wprost OSZAŁAMIAJĄCY, i cała kabina Gwiazdolota była pełna tej atmosfery oszołomienia i pośpiechu, A W DODATKU był to dzień zaraz po niżu znad Morza Czarnego, a ja jestem psychobiometeopatką.

A wiecie, że dżem z jarzębiny leczy hemoroidy? To znaczy DOUSTNIE się go stosuje, a i tak leczy. Tak tylko pytam, dla odwrócenia uwagi.

ja tez sie susze