Będąc młodą piekarką, czyli nudy, bo nic nie wybuchło

2e9ad9857dfe02a66971cafe1823401e

(z serdecznym pozdrowieniem dla naszych walecznych, oborowych dyskutantek. Nie udało mi się znaleźć autora – może ktoś kojarzy?)

A tymczasem u nas nudno i po staremu.

„Pssst!” – leżę sobie późnym wieczorem z klaptopem na łóżku, gdy w drzwiach pojawia się głowa małżonka. Głowa ma poważną minę i rozglądając się na boki mruga do mnie porozumiewawczo, niczym północnokoreański przemytnik ryżu, ale w oczach małżonka widać też błysk dziecięcej radości, jakby właśnie otrzymał fuchę dilera sardynek w gdańskim fokarium.

„Pssst!” – powtarza nagląco. – „Mogę wejść?”

„No pewnie, właź” – odpowiadam, bo gościnność i kurtuazja przede wszystkim.

Skulona postać w czarnym swetrze przemyka bezszelestnie w półmroku mojego pokoju, ostrożnie stąpając, by nie rozdeptać leżącego przy łóżku Atosa, po czym przysiada na krawędzi łóżka, i wtedy dostrzegam, że boss ryżowego podziemia kitra coś w zaciśniętej pięści schowanej pod swetrem.

„Mam coś dla ciebie” – oznajmia szeptem małżonek, wciąż rozglądając się na boki, „tylko ciii, żeby pieski się nie kapnęły!”.

„Coś do żarcia masz?” – pytam też szeptem i z oczywistym niedowierzaniem, bo zazwyczaj jest jednak na odwrót – małżonek przychodzi do mnie, żeby podprowadzić coś z mojej „Magicznej Szufladki”, w której trzymam małe, słodkie conieco na czarną godzinę („jak tak patrzę na zasoby twojej Magicznej Szufladki, Kanionek, to odnoszę wrażenie, że całe twoje życie to jedna wielka, czarna godzina”).

„Niee, mam coś lepszego, coś specjalnie dla ciebie. Długo nad tym myślałem” – i już widzę, jak drżą mu kąciki ust, a diler sardynek jest gotów uchylić wieczka swojego wiadra.

„No to dawaj” – prostuję się do pozycji siedzącej, żeby przyjąć ten niesamowity prezent z godnością, i wyciągam ku małżonkowi otwartą dłoń. Jeszcze tylko jedno spojrzenie w prawo, jedno w lewo, i zaciśnięta pięść wychodzi spod swetra, a na mojej dłoni ląduje TO:

gwozdz-romantyczny

Proszę nie regulować odbiorników – to JEST długi, zardzewiały gwóźdź. Widzicie, małżonek rzadko daje prezenty, ale jak już daje, to zawsze coś przemyślanego, wyszukanego i oryginalnego. Coś, czego żadna kobieta na świecie jeszcze nie dostała – stary, zepsuty transformator toroidalny o wadze około 5 kg, który miałam nosić na serdecznym palcu w charakterze pierścionka zaręczynowego (ale to dostałam już po ślubie, bo przed ślubem na zaręczyny zwyczajnie nie było czasu – pobraliśmy się jakoś pół roku po pierwszej wymianie maili, a jeśli policzyć tylko te dni, w które się osobiście widzieliśmy, to po miesiącu), wykopaną spod ziemi podkładkę sprężynową, albo Kształt Nieodgadniony wykoncypowany artystycznie z kawałka izolacji zdjętej z kabla oświetleniowego. Nie dość, że oryginalny, małżonek jest na dodatek romantyczny, bo te prezenty dostaję zupełnie bez okazji! Takie są, wiecie, spontaniczne, z odruchu serca, a to się według wszystkich podręczników podrywu liczy najbardziej.

A kilka dni temu – idziemy sobie przez las, zmierzając w kierunku dolinki, oddalonej od naszego domu o około kilometr, gdzie małżonek z Pusią odkryli niedawno istne tarninowe zagłębie, no i zabraliśmy ze sobą wszystkie mobilne pieski. Mająca trzeba przeprowadzić na smyczy przez cały odcinek drogi, przy której biegnie nasz pastuch, więc podaję małżonkowi pojemnik na tarninę, taki z fioletową pokrywką, żeby mi było wygodniej, i tak sobie idziemy, idziemy, minęliśmy strefę zagrożenia prądem, więc puszczam Mająca wolno, i dalej sobie idziemy, aż w końcu małżonek zirytowany rzecze: „No weź to już ode mnie Kanionek, bo jak ja z tym wyglądam?!”, i wciska mi ten pojemnik. No to ja mówię, że uuu, to słabo, małżonku, skoro głupi pojemnik jest w stanie odebrać ci całą męskość, a on mi na to, że kto powiedział, że zaraz całą? „Ja tylko mówię, że przez ten pojemnik doznałem uszczerbku na zajebistości, i to wystarczy!”. Do czego wystarczy to już nie pytam, bo co ja się tam znam na zajebistości, ale jak tak patrzę na małżonka ubłocone, wojskowe trepy (liczą sobie z pięćset lat, albo i lepiej), dziurawe i wyblakłe spodnie (niegdyś czarne dżinsy) oraz skórzaną płaszczokurtkę, z której spłowiały od słońca naskórek odchodzi całymi płatami, to fakt – ten elegancki pojemnik nijak do niego nie pasuje. Za to bryłka węgla, którą małżonek nosi w kieszeni już od trzech lat, i którą w razie nagłej potrzeby w tej kieszeni ściska i gładzi, to już bardziej.

No taki jest małżonek, i dla Waszego dobra długo tę jego zajebistość ukrywałam, ale nie wstydźcie się zazdrości – to naturalny, ludzki odruch, a w ramach pocieszenia mam dla Was fotki innego przystojniaka, o które tak bardzo prosiliście w komentarzach:

romeo-1 romeo-2 romeo-3

Mam nadzieję, że po tej publikacji ogień w Waszych alkowach zapłonie nowym, żywym płomieniem, i zupełnie nie przejmujcie się tym, że Bożena na zdjęciach nie wygląda na zachwyconą – ona po prostu jest już w tym wieku, gdy obowiązki małżeńskie traktuje się tak, jak sama nazwa wskazuje, i dlatego nie wdzięczy się i nie ślini do Pacanka jak inne kozy, tylko stoi cierpliwie, wbijając znudzone spojrzenie w ścianę, a pod nosem mruczy sobie różne takie, jak: „czy ja wyłączyłam żelazko?”, oraz: „jak mus to mus, tylko się streszczaj, bo widzę że łachudra idzie do nas z jabłkami”.

i-po-jablkach

andrzej aranka ela-i-czesio czesio-i-szczuroro jas takie-tam-nad-stawem w-drodze-na-druga-lake

stanowisko-do-czochrania-owiec

I na specjalne życzenie Małgosia:

malgosia-2 malgosia

Jabłek nie widać, bo zdążyły zeżreć zanim doleciałam z aparatem, a tu macie jeszcze wesołe kaczki i Pana Gąsia:

kupka-biegusow kupka-biegusow-2 kaczuszki pan-gas pan-gas-2 jalowiec

No dobra, a teraz żarty się skończyły, Kanionek piecze CHLEP. I od razu Wam zdradzę, jaka jestem wspaniałomyślna, bo historia o chlebie Kanionka to miała być istna chlebopeja, na dwieście stron minimum, z mnóstwem szczególików, niuansów i innych wynurzeń detalicznych, gdyż jeszcze dwa tygodnie temu wydawało mi się, że to bardzo, bardzo ważne (no bo przez kilka dni byłam dumnym z siebie człowiekiem-chlebem, a mąkę miałam wszędzie. WSZĘDZIE), ale dziś sama myśl o tej chlebopei powoduje u mnie śmierć z nudów i umączenia, więc będzie parę zdań i trochę zdjęć.

Po pierwsze więc, jeśli zastanawiacie się nad pieczeniem chleba w domu, to serdecznie nie polecam, bo to jest z pozoru taka męcząca robota, dodatkowy obowiązek, upierdliwość pilnowania czasów i przebiegów, a w rzeczywistości TO WCIĄGA. Jak heroina, od pierwszego razu. Ja już mam w domu co najmniej osiem kilogramów mąki różnego autoramentu (a że grubsza, a że cieńsza, a że z otrębami, a że białka 11g, to ja zaraz biorę, A MOŻE BY TAK UPIEC ORKISZOWY?) i musiałam z jedynej wiszącej w kuchni szafki wyciągnąć kilka kubków i innych klamotów, bo mi się mąka nie mieściła, i to wszystko wcale nie dlatego, że z powalającym na kolana sukcesem upiekłam już tysiąc chlebów, tylko ja mam wielkie plany, bo przepisów na chleb jest tysiąc pięćset, a przecież nie zapominajmy, że są jeszcze bułki!

Po drugie – jeśli chcecie sobie „zrobić chlep” i myśleliście o zakupie automatu do chleba, to nie idźcie tą drogą, bo ja wyczytałam, że w automatach można robić tylko chleb na drożdżach, a na drożdżach to przepraszam Was bardzo, ale można upiec drożdżówkę, albo pizzę, ale chleb to musi być na zakwasie, a automat jest na to za głupi – drożdże są przewidywalne i ciasto z nimi wyrabiane będzie się zachowywało tak, jak programista przewidział, a zakwas to jest dzikie zwierzę i jego się nie da wytresować jak byle małpę, więc za taką furę pieniędzy, co trzeba wydać na automat, to ja proponuję kupić kilka worków mąki i na nich siedzieć, przeglądając tysiąc pięćset przepisów na chleb (tylko nie zapomnijcie choć raz na dobę nakarmić zwierzaka, to jest zakwas, bo zdechnie i będzie Was po nocach straszył horrorami o chlebie tostowym na drożdżach i konserwantach).

Na temat zakwasu to sobie znajdziecie w sieci tyle porad i przepisów, co na chleb, i na początku dojdziecie do wniosku, że prędzej zrobicie doktorat z chemii, niż ożywicie mieszaninę wody i mąki, ale to nieprawda, bo doktorat się robi dużo dłużej, niż tydzień, i chyba potrzeba do tego czegoś więcej, niż mąki i wody (jakiejś wiedzy, czy coś, tak słyszałam), a do zakwasu to jeszcze tylko słoik i trochę ciepła. Ja miałam problem z tym ostatnim, ale nie takie doktoraty z survivalu się w życiu robiło:

akcelerator-dzikich-drozdzy

To jest, proszę Państwa, domowej roboty akcelerator dzikich drożdży, czyli inkubator do zakwasu. Składa się z plastikowego pojemnika, połamanego styropianu, trzech worków z wodą i folii aluminiowej. Styropianem wyłożyłam dno i ścianki pojemnika, na środku stał słoik z zakwasem, a wokół niego ciasno upchnięte worki z wodą podgrzaną do 30 stopni Celsjusza. Całość czule owijałam w folię, zabieg podgrzewania wody powtarzając dwa razy na dobę, bo przez dwanaście godzin inkubator dawał radę utrzymać temperaturę nie niższą, niż 24 stopnie. O, tak to wyglądało w środku:

wnetrze-akceleratora

Ale to tylko przez te pierwsze siedem dni, bo później mój zakwas był już na tyle mocny, że nawet pobyt w lodówce na czas mojego wyjazdu do Mamy nie zdołał go zabić. Z początku, czyli między trzecim a siódmym dniem, wyglądał tak:

mlody-zakwas

Był jasny, bo używałam zwykłej mąki żytniej typ 720, i chyba trochę za rzadki, ale bąbelki robił i ja się nie czepiałam. Za to gdy zaczęłam go karmić żytnią razową, to rozbujał się jak szympans na linie i zaczął robić małpie numery, czyli wychodzić ze słoika w środku nocy (zapewne szedł do kuchni po więcej żytniej, ale zbyt wysoka przyczepność do sztucznej wykładziny go powstrzymała). Dzisiaj umiem już przewidzieć jego zachowania, a tak wyglądają resztki zakwasu zeskrobane ze ścianek słoika w godzinę po dokarmieniu:

po-karmieniu po-karmieniu-2

I dzięki Wam, drogie piekarki, za podrzucenie linka do przepisu na tatterowiec (http://www.mojewypieki.com/przepis/tatterowiec—chleb-razowy-na-zakwasie), bo gdybym nie zaczęła od chleba foremkowego, tylko od formowania bochenków, to pewnie już byłoby po zawodach, o czym za chwilę, a teraz fotka zasłużonego bohatera:

tatterowiec tatterowiec-z-gruba-skorka kromki-tatterowca

Tak wygląda ciasto chlebowe pozostawione w foremce do wyrośnięcia:

przed-wyrastaniem

A tak po jednej, dwóch, lub trzech godzinach, w zależności od temperatury otoczenia i humoru zakwasu (i tego właśnie automat nie ogarnia, a Kanionek już prawie tak, i tylko raz mu się ciasto przykleiło do folii okrywającej formę):

wyrosniety-przed-pieczeniem

Nie wiem w czym rzecz, ale zamiast 150 g wody podanych w przepisie muszę dawać co najmniej 250 g, bo inaczej ciasto zamiast „dość luźne i klejące” mam o konsystencji zaprawy klejowej do glazury, PO WYSCHNIĘCIU. Palca wbić nie idzie, a co tu mówić o wyrabianiu. Inna sprawa, że daję mąkę żytnią razową, bo w przepisie jest do wyboru, a pszenną pół na pół zwykłej i razowej, więc może te otręby takie chciwe. Zamiast cukru demememe czy innej kurary, daję polski miód, i konia z rzędem temu, kto wyczuje jakąś różnicę. Swoją drogą – przejechałam się nieco na tak precyzyjnych określeniach, jak „dość rzadkie”, albo „luźne”, bo wybaczcie, ale dość rzadkie to są futra z szynszyli w mojej szafie, a luźny to był ząb Mająca, zanim wypadł, i prawda jest taka, że zanim nauczycie się subtelnej różnicy pomiędzy „dość rzadkie” a „rzadkie jak psie rzygi”, lub pomiędzy „luźne” a „luźne jak stolec po marchwiowym Gerberze”, to może Wam wyjść takie coś:

nie-mylic-z-mercedesem

To jest chleb pszenny na zakwasie (stąd: http://www.mojewypieki.com/przepis/chleb-wiejski-wg-zorry), który upiekłam dla siebie, a że stopniowanie trudności i mozolne zdobywanie doświadczenia jest dla ludzi słabych i małej wiary, albo takich, co mają całe życie przed sobą, a ja mam już tylko pół, no to ja od razu po upieczeniu najprostszego chleba na świecie (tatterowiec) wzięłam się za „mercedesa wśród chlebów”, i… upiekłam sobie całkiem funkcjonalną Multiplę. No i zgoda, powinien być trzy razy wyższy i mieć o połowę mniejszą średnicę, ale dobrze wiemy, że nie liczy się krzywy ryj, tylko bogate wnętrze, a wnętrze ten chleb miał jak milion dolców, a do tego wypełnił cały dom zapachem piekarni, i nic nie szkodzi, że zjadłam pięć kromek długości przeciętnego przejścia dla pieszych, gdy chleb był jeszcze ciepły, a później w środku nocy obudziła mnie zgaga. Jestem tego warta! A następnym razem dam mniej wody, więc może mi się bochenek nie rozleje po piekarniku, i zrobię ten chleb z połowy porcji, bo jednak prawie dwa kilogramy chleba to ja będę jadła przez dwa miesiące (pokroiłam w półkromki i zamroziłam).

multipla-w-kromkach

Są jeszcze takie utrudnienia, jak brak koszyczków do wyrastania chleba, brak łopaty, na której mógłby delikatnie wylądować wyrośnięty w koszyczku bochenek i brak blachy, na którą ze wspomnianej łopaty chleb mógłby się wdzięcznie i bez siniaków na delikatnej siateczce glutenowych powiązań zsunąć, ale w dupie – mnie nie powstrzymają takie drobiazgi. Mam plastikową miskę i ściereczki z bawełny, mam deskę do krojenia wszystkiego, a „blachę” robię tak, że owijam ruszt folią aluminiową (no ruszt, bo to taka blacha z podłużnymi dziurami. Dobra, nie wiem jak to się nazywa), i jak tylko opanuję kwestię konsystencji ciasta, to już nic mnie nie powstrzyma, chyba żeby robaki w mące, ale jeszcze nie miałam. Aha, no i piekarnika też musiałam się nauczyć, bo okazuje się, że chleb to nie murzynek, który upiecze się w dowolnie wybranej temperaturze pomiędzy 150 a 300 stopni, a że mój piekarnik pamięta jeszcze ten dzień, gdy Bóg stwarzał zwierzęta i powiedział: „a kozę to zrobimy człowiekowi na złość”, to do setki przyspiesza w pół godziny, ale tylko pod warunkiem, że w kuchni jest minimum 20 stopni na starcie.

I jeszcze przy okazji – ja nie rozumiem podstawowych rzeczy w tych przepisach! Jak jest napisane, że „nastawić temperaturę na 200 stopni i piec przez godzinę”, to znaczy, że godzinę od „nastawienia”, czy godzinę od osiągnięcia przez piekarnik pożądanej temperatury? Bo w przypadku mojego grata to robi dużą różnicę. Na razie radzę sobie wstępną oceną na oko, a jeszcze gdzieś doczytałam, że jak chleb ma w środku 90 stopni, to już jest upieczony, więc po ocenie „na oko” wtykam w bochenek sondę termometru serowarskiego i wiem więcej, no ale takie zabiegi szybko wychładzają piekarnik.

No i nauczyłam się, że dwa chleby naraz jestem w stanie upiec w czasie lekko poniżej czterech godzin, więc teraz piekę po jednym i zajmuje mi to tylko o pół godziny dłużej, niż mówi przepis. A tamte dwa chleby to już chciałam spisać na straty, czyli dla kurczaków, bo po tych czterech godzinach pieczenia przy próbie naciśnięcia przypominały do złudzenia te kamienie, których się używa na fundamenty pod co większe bazyliki, no ale wciąż byłam ciekawa, co mają w środku i już chciałam lecieć do warsztatu po piłkę do drewna, na co małżonek powiedział, żebym nie była mięczak, wziął długi nóż z ząbkami i przepiłował swojego tatterowca (ten drugi to był mój chleb, pszenno-żytni, ale nie razowy), i okazało się, że on w środku jest całkiem normalny, tylko ta skórka o grubości dwóch warstw geologicznych… Ale małżonek bohatersko powiedział, że to jest bardzo dobry chleb i on go będzie jadł, a gdy z niepokojem o jego szczękę zapytałam, co z tą skórką, i że może by ją sobie odkrawał z każdej kromki, to powiedział, że ja to mam zawsze jakieś problemy, a on nie – po prostu śniadanie będzie jadł trochę dłużej, niż zwykle (tak mniej więcej do obiadu).

To na razie tyle o chlebie, ale będę Was jeszcze straszyć co ciekawszymi bochenkami w miarę rozwoju moich eksperymentów (a tak, ktoś pytał w komciach o mleczne eksperymenty w słoikach – oczywiście, że nadal mają się doskonale. Jeden ze słoików został ostatnio potrącony przez kota i się przewrócił, zawartość się lekko wzburzyła, ale nic poza tym, więc przykro mi, ale to chyba nie wybuchnie i ostatnia nadzieja w wilczym gównie):

eksperyment-co-nie-chcial-wybuchac

…a teraz przejdźmy się trasą naszego nowego pastucha:

O, tu się łączą obie nitki:

tu-sie-lacza-dwa-pastuchy

I nowy pastuch biegnie na południe:

pierwszy-odcinek pierwszy-naroznik

I po skręcie na wschód:

pod-olszynowym-laskiem

Robi slalom między brzozami:

slalom-miedzy-brzozami

I dalej biegnie na wschód:

to-bylo-najwiecej-jezyn i-dalej-przez-las o-tu-nam-dziki-drut-zerwaly znowu-zakret

Aż do południowo-wschodniego narożnika, skąd skręca na północ:

naroznik-w-lesie-2 i-przez-las

Do narożnika północno-wschodniego, tuż przy leśnej drodze:

naroznik-w-lesie kolejny-naroznik

A stamtąd już na zachód, do domu:

przedostatni-odcinek

Śliwka od Tejpani została wykluczona z pastwiska:

sliwka-od-tejpani sliwka-od-tejpani-2

Wygląda elegancko, prawda? TERAZ wygląda, bo fotki robiłam, gdy już wsiąkła w ziemię nasza krew,  siódme poty, smarki i gorzkie łzy, i choć leśne echo nadal powtarza: „wamać… wamać… wamać….”, to tego nie słychać na zdjęciach. I to TERAZ tak wygląda, że pastuch biegnie sobie wygodną, gładką i szeroką ścieżką, którą musieliśmy sobie z lasem wynegocjować, kosami, siekierą, kilofem, i takim dużym sekatorem z teleskopowymi rączkami, który nazywamy „ciachaczką”. Na tej trasie było wszystko: pospolite chwasty, wiadomo, oset i pokrzywa po uszy, gąszcze dzikich jeżyn i innych zakrzaczeń, przerośnięte trawami stare pniaki i gałęzie po dawnych wycinkach, albo taki ogromny świerk, o którym nawet nie wiedzieliśmy, że pilarze go ścięli i zostawili na pastwę losu, a który leżał akurat w poprzek wyznaczonej przez nas trasy. Zasadniczo nitka pastucha biegnie zgodnie z granicą łąki, choć w niektórych miejscach musieliśmy ustąpić dorosłym już drzewom, rezygnując z kawałka pastwiska na rzecz jak najdłuższych odcinków prostych, ale i tak słupków drewnianych poszło chyba ze dwadzieścia pięć, czyli tyle samo dołków musiał wykopać małżonek, i nic dziwnego, że dębowy trzonek od łopaty pękł w ostatnim dniu roboty, a małżonek miał ochotę pęknąć razem z nim, no i wciąż mamy rozciągnięte na słupkach tylko cztery druty (nasze zmagania z Popierdolonym Zwojem opisałam w komentarzach do poprzedniego wpisu i nie każcie mi przywoływać tych wspomnień), ale okazuje się, że to w zupełności wystarczy, bo kozy i tak nie chcą się nawet zbliżać do ogrodzenia, co zresztą stanowiło problem przez pierwszych kilka dni, gdy próbowaliśmy je namówić do przejścia na tę drugą łąkę.

O, tędy teraz mogą przechodzić:

przejscie-na-druga-strone-teczy

I musieliśmy im to długo udowadniać, codziennie przeprowadzając po jednej, opierającej się ze wszystkich sił kozie na drugą stronę, a dzieciaki to łapaliśmy jak pchły w cyrku i nosiliśmy za matkami na rękach, bo wpadały w popłoch i zostawały w tyle, drąc się wniebogłosy, co powodowało rozbicie stada i próby powrotów na stare śmieci, więc rozumiecie, że trochę zamieszania z tym było, ale było warto, a kozy są zadowolone:

ziokolek-i-male-zlo ziokolek-bez-fify

(Po fifie Ziokołka nie ma już nawet śladu)

stado-na-nowym-pastwisku ofce male-zlo kawka-na-drzewie juz-korzystaja jeszcze-jest-co-jesc jas-i-malgosia

A w przyszłości będzie za koziarnią szeroka furtka, żebyśmy mogli wypasać stado raz na jednej, raz na drugiej łące. Małżonek zrobił też jedną furtkę dla nas, na drugim końcu ogrodzenia, żeby nie trzeba było latać pół kilometra w jedną i pół w drugą stronę przy przeglądach pastucha, czy wykaszaniu w sezonie. Furtka dla ludzi została zrobiona ze starej ramy okiennej zawieszonej na zawiasach z grubego, stalowego drutu:

furtka-dla-ludzi furtka-dla-ludzi-2 zawias

No i na tym na razie rozdział o pastuchu z ulgą możemy zamknąć, bo tylko raz dziki zerwały nam ten najniższy drut i więcej nie próbowały. One mają takie SPA, w lasku oddzielającym naszą łąkę od tej dużej, sąsiedniej, na którą często zabieramy psy, i w tym SPA są bajorka z leczniczym błotem:

pierwsze-bajorko drugie-bajorko

I dziki miały w zwyczaju najpierw ryć na naszej łące, doprowadzając nasze psy do szału, potem kąpać się w bajorkach, a potem lazły na łąkę sąsiada, żeby tam ryć dalej, a teraz muszą chodzić dookoła, jakimiś nowymi ścieżkami.

A małżonek w chwilach wolnych od pracy fizycznej pracował nad kolejnym wynalazkiem, który wymyślił, zaprojektował i złożył do kupy, a który ma nam nieco ułatwić życie od strony obsługi centralnego ogrzewania. Wynalazek wygląda tak:

ruskie-porno-czyli-gole-kable przylutowac-komus wiecej-golych-kabli wynalazek-w-obudowie

I będzie odpowiedzialny za: włączanie pompy, gdy temperatura na piecu osiągnie wartość 40 stopni, wyłączanie jej, gdy temperatura spadnie poniżej trzydziestu stopni (bo po co ma chodzić, gdy piec już nie grzeje), robienie straszliwego hałasu, gdy temperatura na piecu przekroczy 80 stopni, żebyśmy wiedzieli, że coś poszło nie tak i trzeba lecieć do pieca, zanim on odleci w kosmos, a z nim kupa pieniędzy, których nie mamy, a DO TEGO WSZYSTKIEGO będzie jeszcze dorabiał za mały upees, czyli w razie potrzeby załączał i odłączał zasilanie z akumulatora, który ma podtrzymywać pracę pompy w przypadku awarii zasilania z sieci. I coś jeszcze będzie robił, małżonek mi mówił, ale to było bardzo długie zdanie i nie zapamiętałam, i tylko jednego jeszcze w tym wynalazku brakuje: żeby sam chodził po węgiel i rąbał drewno, bo tak poza tym to nie można się przyczepić. Teraz małżonek siedzi nad delikatną kwestią kalibracji urządzenia, a spieszy się, bo z niedzieli na poniedziałek zapowiada się pierwszy tej jesieni Armagedon, czyli porywy wiatru o prędkości ponad 100 km/h, i na bank utnie nam dostawę prądu.

Na koniec chcę Wam bardzo, BARDZO podziękować za entuzjastyczne zakupy herbatki i piwnicznych serów, oraz różne wpłaty i mandaty a konto siana (pani Radosławo – dwieście razy dziękuję :)), dzięki czemu mogę na razie odsunąć w czasie wyprzedaż swoich książek, a siano wystąpi w następnym odcinku, bo baloty już są, ale kostki wciąż czekają – najpierw na przeszkodzie stała pogoda, a później transport zaniemógł, ale kazał do siebie dzwonić w przyszłym tygodniu. A na koniec końców jeszcze taka rozrywka intelektualna: znajdź jeden szczegół, którym różnią się te dwa obrazki:

kotek-na-haju kaczka-na-wysokosciach

PS. Przywiało do nas i niepokój, i grad, i śnieg z deszczem. Właśnie zrobiliśmy ostatnie poprawki przy balotach przykrytych folią, ale czarno to widzę przy tych porywach wiatru, kozy siedzą w koziarni i z braku innych rozrywek demolują lokal i tłuką się po łbach. Jeszcze ze dwa razy doniesiemy im siano i wodę, na wieczór wanna koziej surówki i ryglujemy drzwi, wchodzimy z pieskami pod łóżko i czekamy na lepsze jutro.

wichry-niespokojne czekamy

 

Przez twą otyłość gaśnie nasza miłość, czyli o Jasiu i Małgosi

A przez kalectwo Kanionka gaśnie wizja ukończenia pastucha przed nadejściem listopada, ale o tym później.

Po czym poznać, że samiec jest gotowy do rozpłodu? Po tym, że chodzi za człowiekiem i mówi: „A Kanionek też by mógł mieć takiego małego Kanionka. I by tak sobie z nim wszędzie chodził, i by sobie opowiadali te wszystkie dziwne historie, i łapką grzebuską by sobie robili tak o -”, i tu pokazuje gest do złudzenia przypominający grzebanie w śmietniku, co zresztą mnie nie dziwi, bo niby z czego ja bym miała utrzymać tego małego Kanionka, skoro do jednego to się nawet pięćset plus nie należy? Poza tym jestem za stara, a przecież planujemy jeszcze konika polskiego, i tu się już po prostu nikt więcej nie zmieści.

Bożena za to zdaje się nie mieć żadnych trosk materialnych i zupełnie nie bierze sobie do głowy, że przecież jest praktycznie W MOIM WIEKU, bo ledwie jej świeżo z betoniarki wypuszczone dzieci skończyły dwa tygodnie, a Bożena już suszy zęby do Pacanka, już merda zachęcająco ogonkiem, a nawet ryczy ochryple i nagląco. Już kilka razy dałam się nabrać, że coś się stało dzieciakom, i leciałam jak durna z trwogą w sercu, że może któreś się w drut pastucha zaplątało, albo do stawu niechcący wskoczyło, albo cokolwiek, a się okazało, że dzieci całe i zdrowe, tylko starej na umyśle coraz gorzej. A tak przy okazji – prawomocnym wyrokiem wydanym przez córkę Beci, najmłodsza córka Bożeny nazywa się Małgosia, a jej brat, naturalną rzeczy koleją, Jaś. Pokazałabym Wam, jak pulchne już mają odnóża, ale ciągle pada i nie robiłam zdjęć w plenerze.

A tymczasem… Z Dzienniczka Dzielnego Berfutera: „14 października 2016. Szron jest zły i gryzie w stopy. To znaczy – żebyśmy się źle nie zrozumieli – na początku jest bardzo fajnie, bo trawa chrupie pod nogami. Po kilku minutach jednak już nie wiadomo, czy chrupie, bo nic nie czuć. Oprócz potwornego zimna”. Tak więc pierwszy spacer po przymrozku minus cztery mamy za sobą, i bardzo jestem z siebie dumna, tym bardziej, że nawet naturalni berfuterzy wymiękli i izolowali się od podłoża studwudziestocentymetrową warstwą słomy:

mi-tez zimno

A okna brudne, bo szyby noszą ślady dramatycznych wydarzeń, to jest prób dostania się do środka przez pięć wkurzonych kotów (Szczurokocię spało w domu i przymrozek onego nie zaskoczył). Za to zakupy i załatwianie spraw w mieście przy trzech stopniach na plusie to pikuś – miejskie chodniki są dziwnie ciepłe, nawet o tej porze roku, a poza tym co chwilę się wchodzi do ogrzewanych biur i sklepów, a później do samochodu, więc naprawdę. Zmarzłam lekko jedynie na okoliczność kupowania kapusty i buraków, które musieliśmy sami pakować w worki, a pani je bardzo długo ważyła, na wadze po którą najpierw musiała gdzieś pójść, a my w tym czasie poznaliśmy Pusię, czyli pieska dwa razy mniejszego od naszej Pusi, czyli w sumie taką Półpusię. Półpusia też była bosa, goła i wesoła, i tak się razem trzęsłyśmy z zimna na tej betonowej posadzce warzywnego magazynu, w oczekiwaniu na elektroniczną wagę, która miała być bardziej dokładna, niż zwykła na odważniki. Po marchew pojedziemy innym razem, bo małżonek mówi, że więcej niż 150 kg plus nas dwoje to Gwiazdolot mógłby już nie zdzierżyć. No i tak sobie myślę, że do pierwszego śniegu spokojnie dojdę boso, a później to nie wiem – mokasyny sobie z Lucka uszyję, czy coś.

No i taka byłam super i ekstra, dumna z siebie jak polska szynka na eksporcie, a już dziewiętnastego piździernika, czyli w środę wieczorem, leżałam grzecznie i cierpiałam, opłakując moją lewą nogę, do której zdążyłam się w ciągu tych czterdziestu dwóch lat przyzwyczaić, a tu nagle ból z centrum lewego pośladka, promieniujący przez udo do kolana, i nieodparte wrażenie, że noga gnije i zaraz odpadnie, a za ścianą małżonek oglądał film o BOBRACH ZOMBIE, i też płakał, tyle że ze śmiechu, bo właśnie bóbr zombie urżnął komuś nogę w pachwinie. Taka znieczulica. No więc sprawdziłam, bo bez doświadczenia nie ma pewności, czy przypadkiem nalewka orzechowa od Moniki nie pomaga w przypadku utraty nogi, no i nie pomaga, ale za to świetnie leczy ból samotności po dwunastu latach małżeństwa (małżonek twierdzi, że bobry leczą lepiej, ale on zawsze miał dziwny gust, co najlepiej widać po jego certyfikacie małżeństwa). A jeszcze tego samego dnia, zaledwie kilka godzin wcześniej, było tak:


I może od razu powiem, że to nie jest prawidłowa technika koszenia, ale taką trzeba przyjąć, gdy się ma do czynienia z ugorem niekoszonym przez kilka lat, na którym krety i dziki urządziły sobie park rozrywki, a do tego jest późny piździernik, badyle suche i twarde, a najniższą warstwę poszycia stanowią mokre dywany traw poległych. No więc takie coś kosi się tak, jak pokazałam, czyli na dobrą sprawę się te zarośla szlachtuje, obowiązkowo z zaciętą miną rzeźnika-psychopaty. Zamordowaliśmy w ten sposób już 450 metrów bieżących pasa pod epastucha, o szerokości około dwóch metrów, a jadalny urobek woziliśmy taczką na tę drugą, już ogrodzoną łąkę, z której kozy już wyjadły co lepsze, a nawet i co gorsze, i każdą taczkę zielonego z zagranicy przyjmują z wdzięcznością godną obozu uchodźców, a zamiast smartfonów dostają dynię:

dynia-z-hydroforem

To brzydkie niebieskie obok dyni to nasz stary hydrofor, który wcale nie jest stary, bo ma dopiero trzy lata i już raz o nim pisałam, gdy mu puścił worek, no ale teraz jest stary, bo zastąpił go nowy, który nie sika wodą przez dziurkę w przerdzewiałym kołnierzu, a stary sikał i zdążył zalać połowę podłogi w piwnicy, zanim się zorientowaliśmy. O, jak się naprawdę dobrze przyjrzycie, to zobaczycie, jak sika:

neptun-naszej-piwnicy

Całkiem jak ten facet na gdańskiej starówce. Chociaż nie, Neptun chyba nie sika z kołnierza.

Nowy hydrofor jest tak ze trzy razy mniejszy, bo jak małżonek zaczął szukać części zamiennych do tego starego, to się okazało, że taniej wyjdzie kupić mniejszy hydrofor, a jeśli one mają się psuć co trzy lata, to z małym zawsze wygodniej wyjść z piwnicy, niż z taką beczką jak na zdjęciu.

No ale wróćmy do mojej nogi, bo wszystko wszystkim, ale wiadomo, że Was najbardziej interesuje CO ZE MNĄ. No więc ze środy na czwartek prawie wcale nie spałam, trochę z bólu, ale bardziej z tych nerwów, że co to będzie, jak ja rano w ogóle nie wstanę? I – na przykład – nie będę tak dalej wstawać, może nawet przez tydzień? Na szczęście się okazało, że wstać mogę, tylko siedzieć nie. No więc sobie na stojąco, przy kawie, oceniłam status quo i skupiłam się na pozytywach, bo tak podobno trzeba, żeby nie zwariować. No więc pozytyw pierwszy jest taki, że dobrze, że to noga, a nie ręka, bo przynajmniej kozy mogę doić i ser zrobić. I bardzo dobrze, że mogę stać, bo kozy wydoję, ser zrobię, i nawet coś do żarcia ugotuję (nie no, ja nie mówię, że małżonek źle gotuje. JEMU smakuje, a to już przecież cała połowa sukcesu). Trzeciego pozytywu nie znalazłam, i mam do Was jeszcze takie pytanie, bo może ktoś wie, jak z rwą kulszową skorzystać z toalety tak, żeby się nie spocić jak mysz w pułapce, i przekląć mniej, niż trzysta razy?

I wyczytałam jeszcze w poradnikach internetowych, że wcale nie jest dobrze za dużo leżeć z rwą kulszową, tylko trzeba spacerować, więc spacerowałam, lewą nogą ostrożnie powłócząc, z kuchni do łazienki, i do pokoju, i znowu do kuchni, a małżonek powiedział, że jak ja mam się tak włóczyć bez sensu, to może pojedziemy obejrzeć to siano, co nam w stadninie koni polecali. Rozumiecie, taki dłuższy spacer, samochodem. No to ułożyłam sobie poduszkę na fotelu pasażera, po czym dziesięć minut wsiadałam, no i pojechaliśmy. I ludzie kochani, to był błąd. Bo wszystko fajnie, wysiadałam już tylko pięć minut, ale najgorsze było dopiero przede mną! W ogromnej, drewnianej stodole młodego rolnika (no może przesadzam, w naszym wieku był), piętrzyły się od podłogi po sufit KOSTKI SIANA. Kostki. Wygodne w obsłudze, można przenieść w jednej ręce, można układać pod sufit bez użycia ciągnika z widelcem, ale to jeszcze nic. To były kostki zielonego siana. Pachnącego siana. SUCHEGO siana. To były kostki moich marzeń, jak złoto dla poszukiwaczy złota i robaki dla Beara Gryllsa. Nie, wcale nie płaczę, gdy o tym piszę, i powiem Wam tyle – to było siano, z którym poszłabym do łóżka, a ono śpiewałoby mi kołysanki na dobranoc i masowało moją rwę kulszową, takie było dobre.

No i tak się rozemocjonowałam, że już chciałam tego rolnika po gumowcach całować i krzyczeć, że oto moja Mekka, i że już szukać dalej nie muszę, i że deszcze niespokojne już nie będą szarpać pogmatwanych krzaków moich myśli, które to krzaki nie przynoszą żadnych owoców, i że w ogóle kocham pana, no i wtedy tak dla porządku zapytaliśmy o cenę, i ona się okazała rynkowa, czyli 5 złotych za kostkę, a jeśli wezmę co najmniej 500 kostek, to wtedy 4,50 zł. No to ja uradowana mówię, przeliczając szybko w głowie kostki na baloty, że nam to minimum 500 kostek potrzeba, a najlepiej 800, tylko transport by trzeba zorganizować, a małżonek mnie trąca w łokieć i mówi, że ty Krzysiek zaczekaj, bo 500 kostek to jest dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt wyrażone w złotych, a 800 to nawet trzy tysiące sześćset. No i właśnie wtedy umarłam, a z nosa pociekł mi smętny gil rozpaczy i rozczarowania. No bo tak, wszystko się zgadza, prócz pieniędzy. W balotach po prostu wychodzi taniej. Nawet jeśli balot waży tylko 250 kg, i niech tylko 200 kg się z niego nadaje do spożycia, to przy cenie 40 zł za balot, kostka wyszłaby po 2 złote.

Potrzebuję tony siana na jeden zimowy miesiąc, czyli nawet jeśli policzę zimę od grudnia, bo teraz jeszcze jest co jeść na pastwisku i siano dajemy kozom tylko na noc, to licząc od grudnia do końca kwietnia, wychodzi mi zapotrzebowanie na pięć ton siana. Czyli około 20 – 25 balotów, zależy od jakości, czyli maks. tysiąc złotych na całą zimę. No i jeszcze słoma, ale tę już teoretycznie mamy zaklepaną we wsi obok, i owies – pięć ton, żeby do następnych żniw wystarczyło, czyli razem 4000 zł, choć nie należy zapominać o warzywach okopowych w ilości około półtorej tony. No i z tych wszystkich rachunków mi wynika, że na siano w kostkach mnie nie stać. I nie mogę tego psychicznie wytrzymieć, bo to siano to jest pewnik (kupiłam dwie kostki na miejscu, kozy się o nie zabijały), a teraz znów będziemy szukać balotów, które grom wie co mają w środku, bo czasem z zewnątrz nie wyglądają najgorzej, a w środku taka zadyma, że nie wiadomo, czy lecieć po gaśnicę, czy koszyk na grzyby. O, na zdjęciach tego nie widać, ale nawet po kolorze się Państwo pokapują, że to nie jest to, co koziołki lubią najbardziej:

siano-grzybowe siano-grzybowe-4 siano-grzybowe-2 siano-grzybowe-3

Gdy już otarłam gile i wyryczałam panu rolnikowi w rękaw, że „to my jeszcze do pana zadzwonimy”, to pojechaliśmy dalej, do Młynar, po sto kilo owsa na bieżące potrzeby i worek pszenicy dla kurczaków, i natknęliśmy się na znajomego Świadka Jehowy, ale nie tego, co przyjechał do nas rowerem, bo po tamtym wszelki słuch zaginął, jako i po jego rowerze, tylko takiego innego znajomego, który mi dwa lata temu grzecznościowo przywiózł kaczki od znajomej mojej znajomej (no teraz już wiecie, o którego chodzi, prawda?), i który na wiosnę tego roku obiecał nam sprzedać balocik siana, ale potem się sianem wykręcił, no i w tych Młynarach się okazało, że on nie ma jak do domu wrócić, więc podszedł do nas, gdy małżonek ładował pszenicę do bagażnika, i zagaił, że czy my przypadkiem nie jedziemy w stronę jego wsi, bo tablica rejestracyjna miejscowa. Nie poznał nas! A ja go od razu poznałam, choć tyle czasu minęło, bo jak się pół godziny słucha o Jezusie Zbawicielu, gdy człowieka muchy po łydkach gryzą, a niespodziankowe kaczki śmierdzą w stojącym obok kartonie, to się takie rzeczy długo pamięta, i mówię mu, że on to on, a ja to ja, i że pewnie, że go podwieziemy, nawet pod sam dom, bo przecież mieszkamy od siebie o rzut dużym beretem, na co on się bardzo ucieszył, a małżonek jakby mniej, bo facet waży chyba ze sto kilo, a my już mieliśmy na pace kilogramów sto siedemdziesiąt, plus Kanionek i małżonek, co mi zupełnie nie przyszło do durnej głowy.

No i jak facet wsiadł z tyłu po prawej, bo z lewej upchnęłam te dwie kostki siana, to Gwiazdolot tak się gibnął na prawą burtę, że już prawie wody z kałuży nabrał do kajuty, i jęczał całą drogę, że na co mu przyszło, żeby tak tysiąc atletów i tysiąc kotletów z pszenicy wozić, i na znak protestu co chwilę szorował rurą wydechową po wybojach, no ale jakoś jechaliśmy. I sobie po drodze gadaliśmy, to znaczy głównie Pan Świadek gadał, u nich to chyba choroba zawodowa, małżonek zaciskał szczęki, a ja zrobiłam się pobożna, bo ktoś z nas musiał się modlić o zdrowie Gwiazdolota, a że Pan Świadek musiał lewym przedramieniem przytrzymywać te kostki siana, co chciały się na niego rzucić i pogrzebać żywcem, to zapytał co to i skąd to, a jak mu powiedziałam, że od tygodni szukamy dobrego siana i właśnie znaleźliśmy, ale strasznie drogo, to nagle ucichł na dobre trzy minuty. Widać przypomniał sobie, skąd nas zna. I po tych kilku minutach, gdy już byliśmy prawie u celu, wyrzekł te oto słowa: „Nooo… to się wam podrzuci balocik siana, jakoś nie wiem kiedy, pewnie na dniach, bo ja potem wyjeżdżam na miesiąc, no się pomyśli”. A my wtedy z małżonkiem, że to fajnie, a jeśli siano suche, to nawet jeszcze lepiej, i że dziękujemy, a w myślach to szło mniej więcej tak: „Tajasne. SPOKO. W grudniu po południu, na świętego Nigdy, trzy dni po końskiej zarazie, czekaj tatka latka i do zobaczenia o piątej, każdy tam gdzie chce”.

Facet wysiadł, my pojechaliśmy do siebie, a gdy wyciągałam siano z kabiny Gwiazdolota zauważyłam, że pasażer zostawił na podłodze jakąś reklamówkę. Nie wiem, co było w tej siatce, bałam się zaglądać, bo wiecie, te ich broszurki są bardzo przekonujące, i ani się człowiek obejrzy, jak jedną przeczyta, i nagle zaczyna chodzić od domu do domu i zadawać ludziom niewygodne pytania, więc po prostu zaniosłam ją do przybudówki i nazajutrz rano chciałam do faceta zadzwonić, ale się okazało, że nie wiem, który z numerów zapisanych w telefonie jako „siano” należy właśnie do niego, więc dałam sobie spokój uznając, że jak mu na siatce zależy, to sobie po nią przyjedzie, bo to tylko kilometr z kawałkiem. I co Państwo powiecie – nie wiem, czy to zasługa siatki, wdzięczności, czy może wyrzutów sumienia, ale za oknem już zmierzchało, gdy kończyłam szatkować kapustę do kiszenia, a na podwórko wtoczył się ciągnik marki Ciapek z balotem siana zatkniętym na długim, stalowym kolcu umocowanym do zadka. Pan Świadek wykręcił z fasonem, zrzucił balocik i wyszczerzył zęby do kuchennego okna, ja już się zdążyłam ubrać i wykuśtykałam na zewnątrz, chwyciwszy po drodze siatkę z przybudówki, i dokonaliśmy wymiany fantów. Mamy więc balot całkiem dobrego siana, który – sądząc po zwięzłości ciasno sprasowanego materiału – wystarczy nam na prawie dwa tygodnie, a przez ten czas musimy zorganizować kolejną dostawę.

A tu rzeczona kapusta:

kapusta-na-silowni

Machnęłam dziesięć kilo, ale pewnie trzeba będzie dorobić. Te czarne krążki w szklanej misce to ciężarki z hantli małżonka, i zarazem dowód na to, jak ważne w życiu człowieka są ćwiczenia fizyczne – nawet gdy ćwiczenia porzucamy zaraz po pierwszej próbie zrobienia czegoś tak niedorzecznego jak mostek, to przyrządy pozostają na całe życie, a takie ciężarki od hantli przydały się jeszcze przed kapustą, bo służyły również za obciążenie forem z serem dojrzewającym. Przy okazji – sery dojrzewające okazały się być smaczne już w dwa miesiące po zawoskowaniu, co sprawdziła bliżej mi nieznana mysz:

ser-z-mysia-dziura-1

A po odkrojeniu sporego kawałka z mysią dziurą trzy czwarte krążka zostało dla nas, i małżonek zawyrokował, że to jest właśnie jego ulubiony ser. No i w ten sposób jesteśmy już o trzy krążki biedniejsi, ale nie martwcie się, te z połowy sierpnia nadal dojrzewają i jeszcze będzie można sobie zamówić kawałek.

ser-z-mysia-dziura

Zakorkowałam też Jeżynowy Karambol, po roku od nastawienia wina, ale się okazuje, że to wcale nie jest za późno.

wino-po-roku

Wino jest świetne, nawet jeśli tylko ja tak mówię (małżonek wina nie lubi, więc jego nie pytajcie), a korki po namoczeniu w gorącej wodzie wciskałam o ścianę. A czego nie udało mi się wcisnąć przy wykorzystaniu naporu całego mojego ciała, to małżonek docisnął kciukiem. Tak, możecie przeczytać to zdanie jeszcze raz. Ja i napór mojego ciała (i żylaki na czole) versus małżonek i jego kciuk. Tak, można się śmiać. I najpierw butelki stały w normalnej pozycji, a po upływie doby trzeba je było położyć i znów odczekać kolejny dzień, żeby się upewnić, że korki dobrze trzymają:

wino-lezace

I już, już miałam wynosić to wino do piwnicy, gdy przypomniałam sobie, że przecież po schodach na rękach nie zejdę, więc poczytałam sobie o leżakowaniu wina czerwonego, i okazuje się, że ono wcale nie lubi za zimno! Lubi raczej tak pomiędzy 15 a 18 stopni, a w piwnicy teraz u mnie dziewięć, więc całe szczęście, że mnie ta rwa dopadła i dała chwilę na zastanowienie. W kuchni mam z rana 17 stopni, a do 20 dobija dopiero wieczorem, gdy małżonek napali w piecu, ale z dala od grzejnika to może osiemnastu nie przekroczy:

niegrzane-wino

Leżą więc sobie na piecokuchni, a do piwnicy wyniosę je latem.

I cały czas dręczy mnie to siano, i muszę jakoś dorobić brakujące na jego zakup denary, więc sobie wymyśliłam, że będę sprzedawać moją leśną herbatkę, po bardzo wygórowanej cenie, czyli wg kanonów chrześcijańskich: co łaska, ale nie mniej, niż 10 zł za porcję plus koszty wysyłki. Nie wiem jeszcze, co to będzie za porcja, bo muszę sprawdzić, ile mi w ogóle surowca zostało, ale na pewno wyjdzie o całe piekło drożej, niż w Herbapolu, no ale z drugiej strony – oni mają maszyny i zautomatyzowany proces produkcji, a do tego pewnie mielą surowiec razem z ziemią, rolnikiem i jego psem, a ja to wiadomo, najdelikatniejsze listki z samego czubka krzewu, suszone na ekologicznie czystym słońcu, wzbogacone najwyższą troską i niewykluczone, że nawet im śpiewałam. Założę się, że w Herbapolu nikt suszonym liściom nie śpiewa, a przecież jakość przede wszystkim.

Mam też taki plan, że jak już będę mogła chodzić po schodach, schylać się i kucać, to wyciągnę ze strychu i spod polowego łóżka w Różowym Pokoju te sterty książek po angielsku, co to je z nudów w delegacji czytałam, a teraz mogę je sprzedać po pińć złotych, bo i tak nie mam czasu czytać drugi raz. Zamawiałam średnio 15 na miesiąc, i nie mówię, że wszystkie są fajne, bo brałam je na chybił-trafił, wróżąc z tytułu i okładki, i w ogóle już nie pamiętam, która o czym jest, ale na bank nadają się na lekturę w autobusie, w poczekalni u dentysty lub w kolejce po lepsze jutro, czyli w te dni, gdy łóżko wytwarza tak silne pole grawitacyjne, że choćby nie wiem jak się chciało, to i tak nie da się wstać. Dziesięć książek to dziesięć kostek siana, pod warunkiem, że tych książek myszy nie zjadły, no ale to się okaże dopiero, gdy znów będę gibka i zwrotna jak Pusikonik.

PS. A na dwa dni przed atakiem rwy kulszowej byliśmy w lesie wyrabiać słupki do pastucha:

slupki

Udało nam się szybko załatwić asygnatę i jeszcze w tym samym tygodniu zwieźć drewno na podwórko, to znaczy małżonek sam zwoził, Gwiazdolotem, na cztery rundy, bo ja już leżałam. Gotowe, proste i okorowane słupki ze sklepu kosztowałyby nas 400 zł, a tak zapłaciliśmy złotych dwadzieścia plus kilka godzin pracy. I jeszcze kilka godzin pracy nas czeka, bo trzeba z drewna zedrzeć korę. I chyba się nie wyrobimy do końca października z tym drugim pastuchem, bo wszystko, w czym mogłabym małżonkowi pomagać, teraz musi robić sam, a do tego pomagać mi w tym, co do tej pory robiłam sama, i tak to się właśnie żyje na tej wsi, że zawsze co najmniej dwóch dodatkowych miesięcy w kalendarzu brakuje, żeby się ze wszystkim wyrobić.

PPS. A tak jeszcze w kwestii różnicy pomiędzy zielem suszonym z ogrodu, a tym z paczuszki oznaczonej logiem wiodącej marki, to mogę Wam ją pokazać na wielu przykładach, ale że na wielu mi się nie chce, to pokażę na przykładzie tymianku. Tu mamy tymianek z ogrodu, już ususzony:

tymianek-z-ogrodu

A tu tymianek ze sklepu, nie jakiś zleżały, czy wymieciony zza kuchenki gazowej, tylko prosto z paczki:

tymianek-ze-sklepu

I porównanie obu na tacy:

kupki-porownawcze

I w słoiczkach:

w-sloiczkach

Zdjęcia kiepskie, bo moje, ale i tak widać o co chodzi.

Psst. Nie wiem, co słychać u gąsiora Żozefin, bo Żozefin nabrała czarniny w usta i nie dzwoni, nie pisze, nie daje znaku życia, a ja się wolę nie wtrącać, ale NASZ pan Gąś chyba jest samcem, bo syczy na nas jak przekłuta dętka od Stara, a gdy Meliny zbudują kolejne gniazdo (tak, wciąż budują gniazda i w nich siedzą, w październiku!), to stoi przy nim dumny jak pomnik i pilnuje:

pan-gas

Wiem, że się gubicie w moich zeznaniach. Pan Gąś to ten, którego kupiliśmy z głupia frant po drodze, gdy wracaliśmy do domu po nieudanym zakupie tego gąsiora, którego Żozefin zamierza przerobić na zupę. Albo może lepiej już nic nie będę wyjaśniać.