Umarł pomidor, niech żyje ogórek, czyli kozy na pięciolinii i życie pod prąd

Nie pomogły zastrzyki,

recenzje i pomniki

ni kwaśne mleko…”

(Fragment utworu „Śmierć poety” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego)

Ani nawet serwatka z koziego sera. No nic nie pomogło, choć ja akurat nawet nie próbowałam ratować tych pomidorów, a Żozefin spryskała szklarnię całą tablicą Mendelejewa i pomyjami z elektrowni w Czernobylu, i też nic jej z tego nie przyszło. O czym ja mówię? A o zarazie, co padła na pomidory, podobno nie tylko moje i Żozefinowe, ale wszystkie pomidory w całej okolicy. Żozefin uparła się, że to szara pleśń, a mnie to raczej wygląda na zarazę ziemniaczaną:

zaraza ziemniaczana zaraza ziemniaczana 2

No więc ona spryskała („Pani Aniu! Kupi mi pani taki środek na szarą pleśń!”, „No dobra, a on się jakoś konkretnie nazywa, czy wszystko jedno?”. „Szara pleśń się nazywa!), a ja nie, bo z zasady niczym swoich upraw nie pryskam, i stawiam na proste, a przez miliony lat sprawdzone mechanizmy ewolucji: przeżyją osobniki najsilniejsze i najlepiej przystosowane. Nie wyrwałam krzaków, choć żal patrzeć na ten pomór, bo moje pomidory jeszcze walczą, wypuszczają nowe liście i pędy, więc trzeba dać im szansę. Najlepiej, jak na razie, bronią się odmiany „Black Cherry” i „Tigerella”, z nasionek od Zeroerhaplus (a właśnie – gdzie jest Zeroerha?):

tigerella od Zeroerha 1 tigerella od Zeroerha tigerella od Zeroerha 2 black cherry od Zeroerha 1 black cherry od Zeroerha

No i oczywiście kiełbasa, która występuje poza konkursem, i podejrzewam, że żadna zaraza nie dałaby jej rady:

wychodzimy pies pod kielbasa

O, a tu JEDNA sadzonka, co położyła podporę w ogródku, ale sobie dopełzła do ogrodzenia i jedzie dalej:

kielbasiany najezdzca

Piękna roślina, zaradna, uparta, silna i delikatna zarazem, imponuje szybkim przyrostem masy i ma dobrze rozwinięte cechy kobiece – wszystkiego się czepia i idzie po trupach do celu, tylko nie nadaje się do szklarni, gdyż osiągnąwszy pułap sufitu zabudowuje go liśćmi i ze szklarni robi się ciemna piwnica.

Kapusta pod firanką poległa, bo firankę porwał wiatr, na co te wściekłe motyle tylko czekały, a ziemniaki zeżarła mi stonka. STONKA! Poletko ziemniaków miało kilka metrów kwadratowych, ot tyle, żeby na kilka jesiennych obiadów starczyło, a menda w paski i tak je wypatrzyła, sobie siadła i zjadła. Małżonek mówi, że to koniec świata, no ale szarańczy jeszcze nie było. Za to w tym roku po raz pierwszy od lat mogę powiedzieć, że mam ogórki:

ogory

Kilka takich wiader zebrałam i już się kiszą w piwnicy. O, a kolejną taczkę cukinii postanowiłam ususzyć w plasterkach, dla zwierzaków na zimę, a że się zrobiło słonecznie, to wyłożyłam je na tej wolierce, która służyła za odchowalnik dla małych kurczaków i gęsi:

suszenie cukinii

Ale długo nie posuszyłam, bo plasterki zwąchał Rosół i natychmiast zawołał wszystkie swoje małżonki:

kury i zlodzieje

A przecież dostają tej cukinii codziennie po dziesięć sztuk, wielkich jak maczugi, no ale to są kurczaki, i może Pimpacy ma rację, że tak ich nie cierpi, bo to wredny naród złodziejski i szkodnik i morderca. Kurczaki, nie Pimpacy. Chociaż Pimpacy czasem też. No w każdym razie nie ma suszonej cukinii, i zobaczymy, co naród dziadowski będzie zimą jadł, za to nareszcie mogę się pochwalić, że mamy już ogrodzenie elektryczne, które działa. Na razie ogrodzona została łąka północna, ta ze stawem:

e-pastuszek 5 e-pastuszek 4 e-pastuszek 3 e-pastuszek 2 e-pastuszek

I na początku drutów było cztery, bo mieliśmy niczym nieuzasadniony przypływ optymizmu, ale się okazało, że Kredens jest w stanie przeskoczyć pomiędzy drugim a trzecim drutem od ziemi (i jeszcze się okazało, że umie ryczeć basem), a Ziokołek to nawet nie skakała, tylko zwyczajnie przelazła, i nawet słowem nie pisnęła, gdy zahaczyła cyckiem o drut. Twarda z niej sztuka – Pacanek tylko nosem dotknął i odrzuciło go na pięć metrów do tyłu (ale musiał dotknąć jeszcze z siedem razy, żeby się przekonać, że nie lubi prądu i nie chce mieć z nim więcej do czynienia). Próba generalna była późnym popołudniem i nikomu już się nie chciało lecieć z rolką drutu, żeby dorzucić brakującą kreskę na pięciolinii, a następnego dnia rano przestał działać śliczniutki, nowiutki elektryzator, i główny dyrygent był bliski podcięcia sobie gardła smyczkiem.

Kupiliśmy drugi elektryzator, pociągnęliśmy ten piąty drut, i kozy odzyskały wolność:

kozy wolne owce tez wolne

Małżonek zrobił dla elektryzatora taką budkę:

budka

Od której idzie sobie kabelek zasilający, początkowo w rurce pcv:

kabel w rurce

A później po ścianie komórki na siano:

do komorki

A później wchodzi do komórki, gdzie znajduje się normalny, kulturalny włącznik. A gdybyście kiedyś potrzebowali gniazdka naściennego, a dysponowali tylko takim zwykłym, podtynkowym, to naścienne z podtynkowego można zrobić tak:

gniazdko natynkowe typu homemade

Pudełko po tym pilingu cukrowym trzymałam chyba ze cztery lata i jestem niemożliwie wręcz dumna z tego, że wcale nie trzymam po kątach zbędnych rupieci, tylko kluczowe podzespoły do instalacji elektrycznych. A małżonek już kończy budować swój własny elektryzator, na wypadek, gdyby sklepowy znów zawiódł:

elektryczne pomidory

To po lewej to cewka zapłonowa od starego BMW, a po prawej układ, o którym nie mam bladego pojęcia. W tle widać próbę przekucia porażki w sukces, czyli ocalałe z ziemniaczanej zagłady pomidory „Black Cherry” w zalewie słodko-kwaśnej, na zimę (nie pasteryzuję! Ogórków też nie). To wszystko będzie jakoś ze sobą połączone (oprócz pomidorów), tylko nie mam aż tak dużych pudełek po pilingu, więc cewka jest na razie bezdomna, za to firmowa etykieta na elektryzator już jest:

DSC05015

Tak wygląda oscyloskop:

oscyloskop

A tak krajobraz po zerwanej podłodze (tę właśnie robotę małżonek musiał rzucić, by zająć się elektrycznym pastuszkiem):

moj jest ten kawalek braku podlogi

A tak wygląda Kanionek, do którego nie przyjechał rycerz na spalinowej wykaszarce:

Kanionek z wykaszara

A pamiętacie ten dowcip o kobiecie, co jedzie autostradą, a w radiu mówią, że po autostradzie jakiś wariat jedzie pod prąd, a ta kobieta mruczy pod nosem: „żeby jeden! Ja tu już kilkunastu minęłam!”? No to ja też się kiedyś z niego śmiałam…

Pojechaliśmy w miniony piątek do Elbląga, załatwić jedną sprawę i pomacać węgiel. Może nie wiecie, ale dobry gospodarz zawsze maca węgiel przed zakupem, oraz indaguje wystraszone panienki z biura składu węglowego o zawartość siarki, popiołu, wilgotność, kaloryczność, i inne takie kwestie kluczowe. A przynajmniej małżonek tak robi. No więc pojechaliśmy organoleptycznie ocenić jakość naszego zimowego opału przed zakupem, a że nie do końca wiedzieliśmy, gdzie ten węgiel się znajduje, tośmy jechali tak trochę na „wydaje mi się, że”. No i po drodze trafił się Metalzbyt, to jeszcze zajechaliśmy pomacać zasuwki (do koziarni), siatki stalowe o drobnych oczkach (przyszłościowa szafka do dojrzewania serów w piwnicy), i przy okazji zapytaliśmy sprzedawcę gdzie ten węgiel, no i on nam powiedział, że trzeba pojechać mostem Unijnym, z mostu w lewo i zaraz w prawo, no i poszliśmy do samochodu roztrząsać kwestię, czy ten most tośmy już minęli i trzeba jechać w lewo, czy może jest jeszcze przed nami i z Metalzbytu trzeba skręcić w prawo. Po namyśle i trzech rzutach monetą wyszło nam, że jednak należy zawrócić, czyli w lewo.

No i tu dochodzimy do tego, co Kanionek odwalił za numer. Otóż dojeżdżając do drogi głównej, wziął i skręcił w lewo. I przez chwilę tylko się zastanawiał (ułamek sekundy króciutki), dlaczego u diabła musi przekroczyć linię ciągłą, ale gdy już ją przeciął, wszystkie troski poszły precz (słowo daję – miliony lat ewolucji, a mój mózg potrafi jedynie stwierdzić: “hej, coś tu jest nie tak, ale SPOKO, jedź dalej”), a małżonek to w ogóle niczego niezwykłego nie zauważył, bo w głowie już sobie ten węgiel przesypywał i torturował niewinne panienki, i tak sobie ujechaliśmy ze sto metrów, gdy jadący z naprzeciwka samochód (prawym pasem jechał) dał mi nerwowy sygnał długimi światłami. Spojrzałam na pokrętło od świateł Gwiazdolota – światła mijania włączone, spojrzałam w lusterka – nic nam się nie dymi, ani za nami nie ciągnie, więc o co mu cho… I nagle natenczas, a nawet na horyzoncie, nie tak bardzo znów daleko, oczom mym ukazały się samochody. Jadące po tej samej jezdni, lewym pasem, prawym pasem, a wszystkie w kierunku dokładnie przeciwnym do naszego, całkiem jakby nam na spotkanie. Noż urwał nać!

Udało mi się w czasie poniżej dziesięciu sekund wyhamować, wykonać manewr zawracania na trzy, i ruszyć w odpowiednim kierunku, z miną „jak gdyby nigdy nic”, zanim te samochody nas dopadły. A małżonek tylko stwierdził, że o jasny szlag, gdybyśmy się nadziali na gliny, to pierwsza tona węgla kosztowałaby nas ponad tysiąc złotych. Ja tu pod prąd, jak blondynka z dowcipu zaiwaniam, jak ten beton bezkomórkowy jednokierunkową w złym kierunku gnam, a ten mi o węglu! Ja tego do końca dnia nie mogłam przełknąć. Taki śliczny Kanionek, taki mądry, taki zdolny, takie ma ładne prawo jazdy od lat dwudziestu będzie z okładem, i jedyne dwa mandaty co w życiu dostał, to za się spieszenie do pracy, a tu taki… taki… no jak to będzie w moim CV wyglądało!? No jak dupa w elbląskim kanale maczana.

I taka już byłam do końca dnia zdenerwowana, że nawet nie pamiętam, jak żeśmy do tego węgla dojechali, i tylko taka scenka, co się pośród czarnych hałd rozegrała, mi w pamięci została, którą Wam pokrótce przedstawię.

Po zwyczajowym przesłuchaniu w biurze składu opałowego (popiół, siarka, klasa, badania, a czy węgiel w hali, czy pod gołym niebem), w wyniku którego Pani Obsługująca wpada w bełkotliwy słowotok (moja taktyka! Dużo mówić, żeby zmylić i zmęczyć przeciwnika), małżonek życzy sobie wizji lokalnej i macania trupa. Znaczy się surowca. Pani prowadzi nas czarnym szlakiem płyt betonowych pokrytych warstwą węglowego miału, wprost do takich eleganckich, murowanych z gazobetonu boksów („jak dla zwierzątek”, myślę od razu), a w każdym boksie mniejsza lub większa kupka węgla innego sortymentu. Nas interesuje groszek, czyli rozmiar 25-50. Bardzo nas interesuje. Wciąga i pasjonuje. Pani cofa się o trzy kroki i patrzy na nas jak na dwa zdziczałe lemury, co się urwały z rezerwatu: jeden lemur jest bosy i właśnie dokonuje inspekcji czarnych od węglowego pyłu podeszew, stojąc na jednej nodze i zaglądając sobie pod spód drugiej, a drugi lemur, ubrany jak na pogrzeb samego Lucyfera, kuca przy kupce węgla i rzuca wybranymi bryłkami o ziemię.

„To musi pan mocniej cisnąć, żeby się ten węgiel rozpadł” – podpowiada pani. „A to niedobrze” – ciska kolejną bryłką pogrzebowy lemur. „… i w ten sposób otrzymujemy stop stopy z węglem…” – mruczy do siebie bosy lemur, na co pani już nie wie, co powiedzieć, więc zaczyna dyskretnie stukać w swojego smartfona („Ale kogo tu wezwać – Policję, czy pogotowie?”).

A w poniedziałek rano…

Pakuję Wasze sery, zwyczajowo szastając taśmą, będzie już półtorej godziny, gdy do kuchni wchodzi małżonek (zajęty uprzednio montażem domku dla elektryzatora – żeby mu deszcz ze śniegiem na głowę nie padał, i w ogóle żeby mu się długo i dobrze u nas żyło), i mówi: „Kanionku, kozy to już by chyba chciały być wydojone, wiesz?”. „Tak?” – odwijam z trzaskiem kolejny metr taśmy – „A co powiedziały?”. „Yyy, ekhem…” – tu małżonek odchrząkuje dyskretnie, dla lepszej emisji głosu, „powiedziały: BEEEE!”. „Aha, no to faktycznie. Powiedz im, że zaraz kończę i do nich idę”. „Oczywiście, Kanionku, POWIEM IM” – mówi małżonek z miną troskliwego ordynatora oddziału psychiatrii dziecięcej. „A nie wiem, czy słyszałaś…” – tu przerwało mu kolejne „srututut” taśmy klejącej, „że ma być podobno tutaj w okolicy organizowany jakiś kurs sensownego pakowania paczek. Pojedziesz?”. „Ale że co – POPROWADZIĆ?”

kotki dwa

PS. A propos konia. Tu macie kilka fotek Kanionka na koniu, sprzed jakichś dziesięciu lat (robione takim aparatem, co lubił wszystko na zielono). Możliwe, że już je pokazywałam, ale nie pamiętam, więc się nie liczy:

My beautiful picture

My beautiful picture

My beautiful picture

I niech Was nie zwiedzie pozorny, sielski urok tych obrazków, że niby Kanionek taki śliczny, tak sobie ładnie siedzi na tym koniu, głową do przodu nawet, taki prawie jakby się na koniu urodził i konia z rzędem zjadł i beczką soli poprawił, a siodła, lonże i popręgi to mu z ręki jadły. Nie-nie-nie-nie. Kanionek na tym koniu był tak sztywny ze strachu (to był najwyższy koń w całej okolicy!), że po półgodzinnej lekcji trzeba go było kijem strącać, bo sam by nie zszedł. Małżonek mi kupił trzy lekcje (na urlopie na Kaszubach byliśmy, i to była znienackowa niespodzianka), i wierzcie – przez te trzy dni paczka Solpadeiny poszła. I nie myślcie sobie, że ja się tak z przyjemności uśmiecham – ten uśmiech miałam przyklejony na stałe, bo wyczytałam gdzieś, że koń WIE, kiedy jeździec jest niepewny siebie, a bardzo mi zależało na tym, żeby ten akurat koń nie wiedział, więc uśmiechałam się jak ta łagodna łania do mglistego wrzosowiska, ale wszystko na nic, bo koń i tak WIEDZIAŁ (to jakaś cwana klacz była), i wbrew instrukcjom tej pani na drugim końcu lonży próbował przechodzić w kłus (a moje serce w galop), albo stawać na tylnych nogach (a moje serce po prostu stawać), albo odwracał łeb, by popatrzeć na mnie kpiąco, i co ja mogłam? Się tylko uśmiechać, a w duchu powtarzać: „wszyscy zginiemy”. No więc ja się koni boję, ale podobno każdy strach można przezwyciężyć, a Bożeny też się przecież bałam, a teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. No więc ja nie mówię, że zaraz sobie kupię konia, ja tylko mówię, że bym chciała.

PPS. A z tą jazdą pod prąd, to nie żebym się tłumaczyła, ale akurat bardzo gorąco było, a w Gwiazdolocie na tylnym podszybiu suszył się cząber, a cząber ma zapach wprost OSZAŁAMIAJĄCY, i cała kabina Gwiazdolota była pełna tej atmosfery oszołomienia i pośpiechu, A W DODATKU był to dzień zaraz po niżu znad Morza Czarnego, a ja jestem psychobiometeopatką.

A wiecie, że dżem z jarzębiny leczy hemoroidy? To znaczy DOUSTNIE się go stosuje, a i tak leczy. Tak tylko pytam, dla odwrócenia uwagi.

ja tez sie susze

Terapia kozą, czyli sardoniczny uśmiech Bożeny, oraz kto nie ma ani cycków, ani wina, ani w ogóle na nic czasu

“O szyby deszcz dzwoni

deszcz dzwoni szerszenny

(i brzęczy jednaki, miarowy, niezmienny)”

Pozwoliłam sobie sparafrazować znany kawałek pana Leopolda, by oddać romantyczny klimat wiejsko-leśnych wieczorów. Szerszenie – znów jest ich wszędzie pełno, wieczorem walą w okna każdego oświetlonego pomieszczenia i wędrują po szybie w górę, bucząc i brzęcząc, po to by zaraz spaść na parapet i wędrówkę szaleńca rozpocząć na nowo. I tak w kółko, dopóki nie zgasi się światła. To tyle z wydarzeń mrożących krew w żyłach, a teraz wracamy do normalności.

Pamiętacie, jak wbiłam sobie nóż w mały palec u stopy? No to znowu sobie wbiłam, i był to ten sam nóż, i ten sam palec. Słowo daję, dwa razy wejść do tej samej rzeki nie można, ale zaszlachtować sobie mały palec na śmierć to już proszę bardzo, cztery razy po dwa razy i kiedy pani pasuje. (Jak ja to robię? Ciężko powiedzieć. Wycierałam naczynia i sztućce z ociekacza, zahaczyłam ręcznikiem o rękojeść noża, nóż zrobił salto w powietrzu i spadł, jak ta kromka chleba, co to zawsze masłem do dołu, czubkiem klingi w sam środek Pinkiego. Po prostu tak umiem i nie ma co zazdrościć).

Tymczasem około dwóch tygodni temu…

Jakiś tam dzień, być może poniedziałek, wczesny wieczór, targam z ogrodu wielki tobół zrobiony z prześcieradła, a w nim pół tony buraczanych liści. Oczywiście, że dla małp. Wchodzę do koziarni, a tam pusto. Wychodzę tylnymi drzwiami, na północno-zachodni róg obory, a tam, jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, są. Stoją wszystkie pod starą, ogromną jabłonią, i gapią się w górę jakby im się Kozia Matka Od Siedmiu Boleści objawiła.

–  Japka! Japka! Gdzie te japka! Japka! Gdzieeee!?  –  beczy rozdzierająco Kredens.
–  No nie wiem…  –  mruczy niezadowolona Irena  –  Zawsze tu były.
–  Obiecaaałaaaś! Mówiłaś, że tu będzie tyle japków, że się wszyscy obeżremy jak świńskie dynie!
–  Jak DZIKIE ŚWINIE  –  patrzy na nią pogardliwie Irena, a wskutek szoku i niedowierzania, że jabłek w tym roku nie ma, zapomina obsztorcować Kredensa za te “japka”.
–  Czyli nas okłamałaś?! Okłamałaś?! Okłamałaś?!  –  Kredens jest jak córka kataryniarza – nie dość, że wszystko powtarza po kilka razy, to jeszcze głos ma jazgotliwy i donośny.  – U naszego poprzedniego właściciela miałyśmy i japka, i marchew, i sianko, i KROMILK!
–  Słodki Jeżu, z jabłkiem w pysku zapiekany, a co to jest ten kromilk?  –  wytrzeszcza oczy Irena.
–  Phiii!  –  teraz Kredens usiłuje spojrzeć na Irenę z pogardą, ale słabo jej to wychodzi, bo jest śmiesznym konusem z absurdalnie długimi uszami  –  to ty nie wiesz, co to kromilk? To taka mieszanka paszowa, z kukurydzą i lucerną! PYSZNA! Wszyscy dostawaliśmy! Wszystkiego! Pełno! Ja chcę japkaaa…  –  Kredens znienacka uderza w szloch, i mogłabym przysiąc, choć z tej odległości słabo widzę, że z oczu jej płyną łzy wielkie jak ziarna kukurydzy.
–  To widać  –  wtrąca się Kawka  –  żeś na mieszance chowana. Całkiem ci się od niej we łbie pomieszało. I zamknij wreszcie japkę!
–  Właśnie, zamknij japkę!  –  Irena patrzy na Kawkę z uznaniem i zazdrością, że sama na ten dowcip z mieszanką i japką nie wpadła. No ale Kawka to koza miastowa, w dodatku chowana w nędzy i patologii, a to, jak uważa Irena, sprzyja rozwojowi intelektualnemu, a już na pewno wyostrza język i ciętą ripostę.
–  Ciooo?  –  łka żałośnie Kredens, która jest jeszcze dzieckiem. Rozwydrzonym, bezczelnym, roszczeniowym i irytującym, ale dzieckiem.
–  Pśtrooo  –  przedrzeźnia ją Irena, wywalając język zwinięty w trąbkę.
–  Ej, czekajcie  –  Ziokołek zezuje w moją stronę, zauważając tobół u mych stóp.  – Łachudra chyba coś nam przyniosła!  –  i już całe stado rusza z kopyta, by napaść na bezbronną kobietę po czterdziestce. I weźcie – “łachudra”? Nie tak Ziokołka wychowałam…

buraczane party 2 buraczane party 3 buraczane party buraczane party 4

Roman i Kawka Herbatka

–  Ty  –  trąca mnie rogiem Bożena, po tym jak wciągnęła przynajmniej połowę wszystkich liści.  –  A właściwie to dlaczego tu nie ma jabłek? W tamtym roku to pamiętam…
–  No w tamtym roku to ja też pamiętam  –  przerywam niegrzecznie Bożenie  –  żeście prawie zamieszkały pod tą jabłonią. Bałam się, że wam te jabłka zaszkodzą w takiej ilości. I przecież one takie małe i kwaśne…
–  I właśnie dlatego nam smakowały  –  tym razem Bożena wcina mi się w zdanie.  – To dlaczego teraz ich nie ma?
–  A bo jabłonki już tak mają, że jednego roku trzy jabłka na krzyż, a w następnym oberwanie korony.
–  Aha  –  kiwa głową Bożena  –  a w ogrodzie jakieś jabłka masz?
–  No też słabo. Ale nic się nie martw, przecież wam załatwię, choćbym do Gdańska miała po te jabłka jechać.
–  A ten, jak mu tam… Co o nim ta mała wydra beczała – kromilk?  –  wyłupiaste oko Bożeny łypie na mnie z nadzieją.
–  A na kromilk to mnie nie stać, ale nie żałuj. Tam nie ma kukurydzy, tylko skrobia jakaś, a poza tym to wszystko zmielone jest na proch i potem posklejane w takie peletki, jak jakaś płyta paździerzowa. Tak naprawdę to nie wiem, czy to dla was dobre.
–  Miałam kiedyś okazję zjeść kawałek płyty paździerzowej  –  Bożena przymyka oczy, jakby w ten sposób łatwiej jej było przywołać tamto wspomnienie.  – Ciekawy bukiet, choć faktycznie trochę za sucha była.
–  Jak rany cięte, kłute i szarpane, Bożena, ty mnie kiedyś wykończysz  –  parskam śmiechem.  – A jest coś, czego ty w życiu nie jadłaś?
–  No  –  odpowiada stara cwaniara  –  kromilka to ani jednego!

Siadam na wygrzanym w słońcu kamieniu, odruchowo drapię Bożenę po grzbiecie, i przypominam sobie, o co ją miałam jeszcze zapytać.

–  A weź mi powiedz, Bożena, jak wyście sobie z Ireną te uszy rozszarpały?
–  A weź…  –  w głosie Bożeny słychać skruchę i zawstydzenie.  – To ta wariatka mnie wkręciła!
–  Irena? Ale jak wkręciła?
–  A tak, że cały dzień łaziła za mną i brzęczała mi do ucha jak przenośny tranzystor, że po waszej stronie ogrodzenia rośnie O WIELE lepszy oset i O NIEBO smaczniejsza pokrzywa, bo WIADOMO, że co lepsze to dla siebie trzymacie, a nam to jakieś ochłapy jak psu, i że jak przeciśniemy łeb przez oczko siatki, to dosięgniemy tego waszego ostu, który jest taki kwitnący i w ogóle… A potem to już się chyba domyślasz, co było.
–  No domyślam się. A wasz oset nie kwitnie, boście mu czubki pędów poobgryzały, kozo niemądra. I że ty się dałaś Irenie namówić na taką głupotę!
–  No wiem  –  wzdycha Bożena  –  ale dla świętego spokoju musiałam spróbować. A słuchaj, to prawda, że sami to się obżeracie bób wie czym, a nam to jakieś ochłapy…?
–  Tajasne!  –  prycham rozeźlona.  –  Jest dokładnie na odwrót! Pół ogrodu obsiewam jakimś badziewiem DLA WAS, wszystkie kwiatki dla was, dynie, cukinie, większość mięty i melisy, buraczki liściowe, słoneczniki, i co tam jeszcze. O, kojarzysz ten olej kokosowy, którym codziennie nacieram wam cycki?
–  No pewnie. Milusi taki, aksamitny…  –  Bożena przymyka oczy.
–  No właśnie. TAKI FAJNY. Sobie kupiłam, raz na własnym pysku przetestowałam, i od razu pomyślałam, że byłby idealny do waszych cycków. I co? I teraz wy go używacie, a ja nie.
–  O, serio? A to czym ty sobie cycki smarujesz?
–  Ja?  –  teraz to mnie Bożena zbiła z pantałyku.  – Yyy, niczym.
–  Aha. No to trochę mi ciebie szkoda,  –  kiwa głową Bożena  –  no ale ty w sumie nie masz tam czego smarować.
–  A w łeb chcesz?
–  Nie, dzięki, ale chciałam ci jeszcze powiedzieć, bo nie wytrzymam, że strasznie masz dziwne kopytka!
–  Ech, Bożena  –  patrzę na swoje stopy z paznokciami pomalowanymi na “głęboką śliwkę”  –  żebyś ty wiedziała, jacy ludzie W OGÓLE są dziwni…
Bożena patrzy mi w oczy, przestaje na chwilę przeżuwać i twarz jej zastyga w krzywym grymasie.  – Chcesz o tym porozmawiać?

No ale ja nie mam zbyt wiele czasu, by latem z Bożeną rozmawiać, bo ciągle coś zbieram, zrywam, siekam, kroję, albo wiążę w pęczki i suszę. I rozwieszam te pęczki na płocie, bo nigdzie już nie ma miejsca – w garażu pęczki, w komórce pęczki, na strychu pęczki, a w garażu się jeszcze suszy cebula, a w komórce czosnek, a jak mi się miejsce na płotach kończy, to rozkładam wiechcie wrotyczu i bylicy na dachach Gwiazdolotów (bo wewnątrz Gwiazdolotów suszy się mięta, cząber, liście malin i porzeczki, kwiaty nagietka i krwawnik), a potem widzę, że zanosi się na deszcz, więc lecę w te pędy odwiązywać te wszystkie pęczki i hurtem rzucać je na baloty w garażu i na rowery w komórce, i wracam po wiechcie z Gwiazdolotów, a burza już ostrzy sobie na mnie zęby, i lecę boso przez trawnik, na którym Mając właśnie rozpracował gałąź dzikiej śliwki przeznaczonej na drewno wędzarnicze, i kolec z tej śliwki wbija mi się w stopę, po czym klnąc na czym świat stoi wpadam na małżonka (nic nie widzę przez te wiechcie!), który pyta: “Kanionek, a ta woda w kuchni to ma się tak gotować, i gotować, i gotować…?”, więc krzyczę: “psia krew i kolec w stopie, woda na kapustę do gołąbków z piekarnika! Ma się rozumieć, że nie ma się tak gotować, ale ja z wiechciem lecę, bo burza!”. A małżonek na to, że z tej burzy nic nie będzie, no ale ja mam już wszystko hurtem wrzucone do garażu i komórki, więc macham ręką i wracam do liści na gołąbki, i burza faktycznie przechodzi bokiem i znów słońce jak talala, więc ja lecę te pęczki rozwieszać na powrót, a raczej na płocie, i na Gwiazdolotach zielsko luzem układam, na co przychodzi małżonek i mówi, że on musi gdzieś teraz jechać, więc zabieram miętę, porzeczki, cząber i wiechcie i kombinuję, gdzie by tu je upchać, a za dziesięć minut przychodzi kolejna burza, i ta burza to już w konkretnym interesie, i mnie wtedy trafia jasny, niepowetowany szlag.

bazylia buraczki lisciowe suszenie w komorce 2 suszone nagietki suszone kwiecie krwawnika suszenie w komorce wrotycz i bylica wrotycz czaber suszony

suszenie prania i pokrzywy taczka cukinii czosnek borowiki rydze kurki podgrzybki kozlaki

Przy okazji: tu pokrzywa suszona w garażu, czyli miejscu ciemnym, ciepłym, suchym i przewiewnym:

pokrzywa suszona w ciemnym garazu

A tu pokrzywa suszona na słońcu (i na deszczu):

pokrzywa suszona na sloncu

I jeszcze wodę noszę, wiadrami, kaczkom i gęsiom, i powiem Wam szczerze – jeśli dojdzie kiedyś do globalnego kryzysu wody pitnej na świecie, to będzie wina moich kaczek i gęsi. Ile one wody marnują! A że dzióbek wypłukać po każdym posiłku, a że nogi zamoczyć, bo brudne, a że wleźć w miskę w całości, bo tak, a że wychlapać połowę, bo kto nam zabroni. No więc ja tę wodę noszę, po osiem wiader dziennie, jak ten żuraw z przysłowia – “póty żuraw wodę nosi, póki mu dupy nie urwie”, czy coś. Jeszcze mi nie urwało, ale czuję, że mam wszędzie luzy i niedługo się rozpadnę, a jak wiecie zwierzęta nie znają litości, i na pochyłe drzewo będą skakać tak długo, aż je zadepczą na śmierć i kupę wiórów. O, taki Andrzej na przykład. Ja mu z dobrego serca tylne kopyta nożykiem skrawam, on niby sobie żre grzecznie ziarenka, aż tu nagle jak mi nie sprzeda kopniaka pod oko! I sobie dalej ziarenka je, niby nigdy nic, a ja tam skulona zęby na nadgarstku zaciskam i CZUJĘ, po prostu czuję, że dupa mi się znów poluzowała o jeden obrót śrubki.

male kaczuszki sa juz duze

I tak jest zresztą ciągle i ze wszystkim. Co sobie zaplanujemy, że jakąś robotę wykonamy w godzinę, to wychodzi nam osiem. Małżonek na przykład, z czystej dobroci, zrobił koziołkom takie przewiewne drzwi na lato, montowane od strony podwórka, więc bezpieczne i nawet na noc można je tak zostawić:

przewiewna furtka antykurczak zasuwka od wewnątrz

Żeby atmosfera w koziarni była, że tak powiem, lżejsza, bo okienka są niby cały czas otwarte, ale to za mało. No i wszystko zrobił sam, ale montaż do futryny wymagał drugiej osoby do pomocy, więc stoimy sobie od wewnątrz koziarni, ja trzymam skrzydło, małżonek wierci otwory i przykręca zawiasy, a ja zezuję na wędzarnię, kontrolując ilość wydobywającego się z niej dymu (jak dymu nagle za mało, to może oznaczać, że sery już się nie wędzą, tylko smażą), i widzę, że gęsi wyciągają szyję w kierunku ogrodzenia północnego i czemuś się przypatrują, przekrzywiając łby o 45 stopni. “Małżonek, zdaje się, że kozy nam się pakują na podwórko” – powiadam, trzymając skrzydło. “Co? Niby jakim cudem?” – małżonek przykręca kolejną śrubkę, czy tam wkręt jakiś. “Nie wiem jakim cudem, ale widzę już Tereskę i Pacanka PO NASZEJ stronie ogrodzenia”. “No to trudno, zaraz się sprawdzi, ale ja bym chciał już skończyć z tą piekielną furtką” – małżonek chwyta wiertarkę, bo trzeba jeszcze zasuwkę przymocować. Ja zezuję na wędzarnię oraz na kozy, bo przecież i jedno i drugie jest nieobliczalne, i podziwiam spokój małżonka. Mija 30 sekund. Kóz na podwórku jest już siedem. “Małżonek, one wpierniczają orzecha” – mówię lekko zaniepokojona, ale wciąż trzymam piekielne skrzydło. “COOO!?” – małżonek puszcza wiertarkę, opuszcza mnie i skrzydło, i leci palić, gwałcić i mordować, bo to JEGO orzech, kilka lat temu posadzony, którego małżonek ogląda wiosną, latem i zimą, gałązka po gałązce i pączek po pączku, czy aby coś się nie odmroziło temu orzeszku, albo zaraza go jakaś nie wzięła.

No i co się okazało. Kozy tak zmęczyły siatkę leśną, opierając się o nią kopytami (wiecie, żeby dosięgnąć tego naszego, lepszego ostu), że siatce puściły nerwy i oczka, i zrobiła się w niej dziura zdolna przepuścić Bożenę z Małąbożenką jednocześnie. Nawet Pacanek przelazł bez trudu, a za nim Tereska, Irena, Kredens, Kawka… No i moim zadaniem było wyłapać rozbawione towarzystwo (“Ty zobacz, Bożena, lipy mają!”, “Wiem, już jadłam, a tego próbowałaś?”, “Nie, a co to?”, “Bez. Po smaku liści wnoszę, że biały”. MÓJ, KURDE, BIAŁY BEZ!), a małżonek wziął kłąb ocynkowanego drutu i zabrał za łatanie rozprutego ogrodzenia. I tak z finalnych trzydziestu minut montażu nowych drzwiczek w koziarni zrobiło się dobre półtorej godziny, i niewiele brakowało, a przegapiłabym moment, w którym sery już się nie wędzą, tylko smażą, i trzeba dorzucić drewna do paleniska.

Albo o – odbiór Gwiazdolota od mechanika. W teorii 20 minut, włączając pogawędkę towarzyską z mistrzem. W praktyce – Gwiazdolot wraca, prując przestrzeń opływającą jego nowiuśkie, gładziuśkie błotniki, oraz… powiewając na wietrze kierunkowskazami, tudzież postukując niedokręconymi kołami. Tak, pisałam już o tym. A o tym, że trzy godziny małżonkowi zeszło na poprawkach po mechaniku?

Albo o tym, jak pojechaliśmy po tonę owsa, obliczając sobie, że dojazd 10 minut, ładowanie zboża do worków godzinka, powrót 10 minut, a worki to już rolnik miał podrzucić ciągnikiem?

No i prawie wszystko się zgadzało, dojazd 10 minut… Zanim jednak dostąpiliśmy łaski ładowania zboża szuflą do worków, musieliśmy wysłuchać tysiąca i jednej opowieści o krowach, świniach, pracy w Niemczech, ciągnikach, żonach, synach, wnukach, czyli: “Zaraz, zaraz, gdzie już do roboty? Myśmy dopiero śniadanie zjedli, teraz herbatę pijem, to usiądziem, zapalym…”. Siedziely my i palyly około godziny, upał robił się coraz większy, po czym gospodarz uznał, że jesteśmy tacy fajni, że nam pomoże ładować ten owies do worków. O ZGROZO NIEPOJĘTA. I nie chodzi nawet o to, że facet ma siedemdziesiątkę na karku, bo ludzie na wsi urodzeni starzeją się inaczej, tylko po prostu WIEDZIELIŚMY, jak to będzie. I było. Przerwa na fajkę i opowieści o wożeniu kartofli na rynek za czasów komuny, średnio co półtora worka. Połowa worków już związana sznurkiem? No to czas na historię życia znajomego szwagra, co to naciągał firmy ubezpieczeniowe “na kradzież samochodu”, trochę posiedział w więzieniu, ale teraz sobie dobrze żyje. Czas załadować worki na przyczepkę? A o wnuczku, co studiuje nauki humanistyczne już państwu opowiadałem?…

Nie zrozumcie mnie źle – fajnie się słucha takich opowieści, zwłaszcza o zwierzętach, ale my mieliśmy robotę zaplanowaną, a tu maraton gawędziarski, muchy wszędzie, upał nieznośny i nic, tylko wypatrywać księżyca na niebie i sznura na gałęzi.

W końcu worki zostały załadowane, jeden balot siana dopchnięty kolanem, i ruszyliśmy w drogę powrotną, a Pan Gaduła z całym ładunkiem miał do nas dojechać tajnym skrótem przez las (“Oooj, kiedy to ja ostatni raz tamtędy jechał? Będzie lat ze dwadzieścia, albo i lepi. Pamiętam, jak….” NIECH MNIE KTOŚ ZASTRZELI I ZAKOPIE GŁĘBOKO). Dojechał jakieś pół godziny po nas, pomógł zrzucić worki do warsztatu, i – nie zgadniecie – usiadł na wiadrze, zapalił, i opowiedział nam kolejny tysiączek historyjek, taki z niego towarzyski dziadunio! I na koniec orzekł jeszcze, rozglądając się wokół i kiwając głową na potwierdzenie prawdziwości słów swoich, że on by tu mieszkać nie chciał. Bałam się zapytać dlaczego, ale nie było takiej potrzeby, bo oczywiście sam zaraz dodał, że “CO TU ROBIĆ NA TAKIM ODLUDZIU”? Już mu miałam wyłuszczyć dokładnie, co ja bym zrobiła przez ten cały czas, gdy on gadał i nie mógł przestać, ale ugryzłam się w język, bo po co dziadunia prowokować do dyskusji, prawda. Gdy zamknęliśmy bramę za jego ciągnikiem, była godzina czternasta. A pojechaliśmy po ten owies dokładnie o ósmej rano. Z półtorej godziny (wg naszego planu) zrobiło się sześć.

O, albo na przykład taka jedna sobota. Małżonek od rana siedzi w zamrażarce z suszarką do włosów, by przyspieszyć topnienie lodu, którego tam w ogóle być nie powinno, bo to jest urządzenie typu “no frost”, ale coś się zepsuło i jest nie tylko frost, ale lodu cała kupa. No więc ja najpierw wyniosłam całą zawartość tej zamrażarki do drugiej zamrażarki, co to stoi w Różowym Pokoju, czyli trzeba było z tym wszystkim lecieć dookoła domu, a potem zabrałam się za robienie sera. Mieszam w garze, małżonek suszy i mamrocze coś o wietrze, co to biednemu zawsze w oczy, i dobrze że chociaż ciepły, gdy nagle dzwoni mój telefon. “Czy ja mógłbym dzisiaj przywieźć Pani to siano, bo jest ładna pogoda, a później to nie wiadomo, a zresztą później to ja nie będę mógł?” – pyta facet, z którym na siano umawialiśmy się, że je przywiezie w następnym tygodniu. “Teraz?” – pytam, i w myślach kalkuluję czas, jaki mi został do dodania podpuszczki do mleka. “No dobra, przyjeżdżaj pan”. Pan przyjeżdża za godzinę, gdy małżonek ma już pół zamrażarki porozkładane wokół siebie, i pół siebie z latarką w zębach w czeluściach zamrażarki, a ja mam jakieś 40 minut do cięcia skrzepu. Wypychamy baloty z przyczepy na trawnik pod garażem, bo przecież słońce, ładna pogoda, nic im nie będzie, a w garażu trzeba na nie zrobić miejsce, bo teraz to tam stoją różne graty małżonka, które trzeba było gdzieś upchnąć, bo małżonek będzie zrywał podłogę celem jej ocieplenia, a baloty miały być najwcześniej za tydzień.

Chwilę z panem pogadaliśmy, a gdy chował pieniądze do kieszeni, spadła pierwsza kropla deszczu. I bardzo szybko druga. Gdy zamykaliśmy za panem bramę, padało już bardzo ładnie, a gdy rzuciliśmy się szukać odpowiednio dużych kawałków folii szklarniowej do okrycia balotów, lunęła z nieba tak zwana ściana wody.

sciana wody i jezioro labedzie

Dwa baloty udało nam się jakoś upchnąć w garażu (czy ja wspominałam, że one ważą od dwustu do trzystu kilogramów?), dwa musieliśmy nakryć prowizorycznymi namiotami z folii (śledzie z patyków po zabawach Mająca, sznurek z poprzednich balotów), i przemoczeni do szpiku kości i plomby w ósemce wróciliśmy do domu, do sera i zamrażarki. I oczywiście za niespełna godzinę znów było słonecznie, jakby nigdy nic, i słowo daję, biednemu to zawsze wichura z gradobiciem, w oczy i resztę pyska.

balot pod namiotem

I to wszystko jest częścią odpowiedzi na pytanie “dlaczego nigdy nie będziemy jak kotlet.tv”, a mydło stoi pod wielkim znakiem zapytania. Owszem, przeczytałam wywiad z kotletami, znam ten kanał na jutubie, sama kilka razy skorzystałam. Nie wiem, czy zauważyliście, że twórcy kotleta mówią wyraźnie, iż to co robią, to jest praca, a każda praca to czas i wysiłek fizyczny lub intelektualny, a czasem oba. Owszem, rzucili korpo na rzecz pracy w domu, ale założę się, że nie jest to stutrzydziestoletni dom w lesie, z hordą zwierząt i workiem problemów (worek nie ma dna, ale to już pewnie zauważyliście), oni są przed trzydziestką, my po czterdziestce (no dobra, małżonek jeszcze chwilę przed), a do tego łącze internetowe zapewne mają normalne, a nie popimpaczone, jak my. Do tego dochodzi kwestia jakości audio-video materiałów filmowych i ciekawy pomysł, bo przecież drugiego kotleta nie zrobię.

Mydło. Nie myślcie, że nie chcę. Już w ubiegłym roku zaczęłam zgłębiać zagadnienie wyrobu mydła i opowiadałam małżonkowi, jak to będę robić śliczne mydełka z kozim mlekiem, kwiatkami nagietków, czy inną jarzębiną (właśnie! Chcę w tym roku ususzyć jarzębinę dla koziołków, tylko u mnie jest jej jak na lekarstwo. Czy jarzębina jest pod ochroną?), i miałam to właśnie robić w tym roku. Zapomnijcie. Nie mam już na to czasu. Wiecie, jak się robi mydło? Że ono też musi “dojrzewać”, prawie jak ser? Że nie lubi wilgoci, że jest sto przepisów na mydło, że inaczej się robi te śliczne, przezroczyste, glicerynowe, a inaczej te zwykłe? Że częścią składową tych drugich są silnie żrące substancje, które przestają być żrące dopiero po zmieszaniu z resztą ingrediencji? Że wyrób mydła jest czasochłonny, wymaga pracy i doskonalenia w drodze doświadczeń, i tak dalej? Kto nigdy w życiu nie zrobił kostki mydła, może wrzucić złotówkę do koziego koszyczka. Uczciwie uprzedzam, że to nie jest żaden konkurs, i tylko kozy na tym coś ugrają.

Ale nie, nie mówię że nie. Mydło jest ciekawym zjawiskiem i nadal czeka na taki moment w moim życiu, kiedy będę mogła się na tym skupić i poeksperymentować. Do mydła potrzebne są nie tylko składniki chemiczne, ale i odpowiednie formy (podobno najlepsze są silikonowe) w ciekawych kształtach, no i wyobrażam sobie, że również kolejne gary, bo nie będę robić mydła w tych samych garnkach, co ser. Potrzebne jest też pomieszczenie, w którym będą leżakować. Aha, a żeby żyć z mydła, to musiałabym zaprzestać wyrobu sera, a najlepiej i kozy sprzedać, bo niby kiedy miałabym zrobić około tysiąca kostek mydła miesięcznie w obecnym stanie rzeczy? A z kolei żeby sprzedać tysiąc, a nawet głupie pińcet mydełek miesięcznie, to już przydałaby się reklama i marketing, opakowania, naklejki, że nie wspomnę o firmie i kasie fiskalnej. No więc może kiedyś zacznę robić mydło, i może nawet kilka co ładniejszych sztuk komuś sprzedam, ale to wszystko, bo albo rybki, albo akwarium. Na kozy w akwarium pełnym mydła chwilowo mnie nie stać.

Obiecałam, że jeszcze o sianie wspomnę, choć chyba nikt nie pytał, ale może się zastanawiacie, dlaczego nie robimy własnego. Otóż z naszego rozeznania w cenach usług (zaoranie łąk na równo, bo w ich obecnym stanie nikt nie chce się podjąć koszenia, zasiew mieszanki traw z koniczyną, skoszenie, przerzucanie i balotowanie) wynika jasno, że bardziej nam się opłaca siano kupić. Moglibyśmy, zapewne sławetnym “nadludzkim wysiłkiem woli”, spróbować skosić hektar łąki kosami pradziadka, przerzucić widłami, zagrabić grabiami, i… No właśnie, i co dalej? Siano luzem wymaga stodoły do przechowywania, a my potrzebujemy teraz kilku ton siana na zimę. Siano w balotach jest tak sprasowane, że balot siana rozrzucony luzem zająłby, tak na oko, powierzchnię całej koziarni, sięgając nam do kolan. Możecie więc sobie wyobrazić o jakich ilościach siana mówię, skoro jeden balot kozy zeżrą w dwa, góra trzy tygodnie. Siano w balotach, oprócz łatwego przechowywania, ma jeszcze tę zaletę, że nie chłonie wilgoci z powietrza, a nawet jeśli gdzieś podmoknie, to tylko pierwsza, zewnętrzna warstwa.

No i pozostaje pytanie, co nasze kozy żarłyby przez te dwa tygodnie latem, gdybyśmy im łąkę skosili, oraz jak im wytłumaczyć, że mają nie deptać i nie paskudzić wysychającego sianka, bo to na zimę. I może uprzedzę czyjeś pytanie: tak, moglibyśmy skosić tylko pół łąki kosami pradziadka i zlecić komuś balotowanie, ale nikt, serio NIKT nie będzie się fatygował na nasze zadupie z ciężkim sprzętem tylko po to, by zwinąć kilka balocików siana. To się zwyczajnie nie opłaca i zapomnijcie, bo tu są tacy ludzie, co wolą trzymać ciągnik cały rok w garażu, niż zwieźć nam drewno z lasu za opłatą wg obowiązujących stawek.

Bla, bla, bla…

A dziesięć dni temu, jak już wiecie, przyjechał leśniczy i sprawa ogrodzenia stanęła na ostrzu noża, i nagle się skończyło babci Bożeny gdzie-się-chce chodzenie, trzeba było szybko skończyć zagrodę dla kozłów, uwięzić całe kozie towarzystwo, i zająć się elektrycznym pastuchem. O zagrodzie i pastuchu napiszę Wam w następnym odcinku, a teraz tylko kilka fotek poglądowych, bo znów piszę po nocy, a jutro witaj wykaszarko (dzisiaj nie skończyłam, bo ubiegła mnie benzyna. Znaczy się skończyła, więc ja już nie mogłam. Jutro się skoczy na stację i dokupi):

zagroda pod szescioma wierzbami zagroda pod szescioma wierzbami 2

Furtę małżonek zrobił ze starych ram okiennych i desek z upadłej sławojki (konserwowane drewnochronem – wciągały go te deski, jakby w życiu nic smaczniejszego nie piły, a mnie po drewnochronie łeb boli tak, jakbym piła przez tydzień bez przerwy), i ma ona masę dwóch fiatów 126p, a jeśli przyjadą tu kiedyś ruskie czołgi to powiadam Wam, że kamień na kamieniu się nie ostanie, a furtka i owszem – będzie wisieć po wsze czasy i opowiadać różne historie. Nie wiem komu, bo po ruskich podobno nic żywego nie zostaje, ale chrzanić takie drobiazgi, niech se gwiazdom opowiada. A skoro zagroda, to i rzucik poglądowy na teren już wykoszony pod pastucha Wam pokażę:

pas podpastuszy pas podpastuszy 2

A tu dołek w gruzie rzeźbiony:

dolek gruzu

kopczyk gruzu

Fabryczny trzonek od łopaty wymiękł i małżonek musiał sobie wystrugać lepszy:

lopata z nowym trzonkiem

I tak powoli, bo wiecznie się potykając, brniemy ze wszystkim do przodu, na koniec zaś tego odcinka pozwolę sobie podać przepis na kanapki à la Kanionek:

Należy wziąć trzy kromki chleba i posmarować masłem, po czym ułożyć na kromkach młode listki bazylii z ogrodu Kanionka. Na to wyłożyć plasterki jajka od dzikiej kury i pochlapać wszystko sosem majonezowo-śmietanowym, z czosnkiem i koperkiem z ogrodu Kanionka:

kanapki Kanionka czesc 1

Na to wszystko położyć plasterki sera wędzonego z cząbrem i tymiankiem, oczywiście od Kanionka:

kanapki Kanionka czesc 2

A na ser – plasterki szynki wędzonej Kanionka, plasterki pomidora ze szklarni Kanionka i – w wersji dla tych, co się nie boją wielu grzybów w barszczu – kilka plasterków soczystej, białej cebulki z ogrodu Kanionka:

kanapki Kanionka czesc 3 kanapki Kanionka czesc 4 kanapki Kanionka czesc 5

Wystarczy zjeść takie śniadanie o godzinie dwudziestej, by nie być głodnym do godziny dwudziestej dnia następnego. Przy okazji – w najbliższą niedzielę będę wędzić sery, a we wtorek wysyłać. Jeśli ktoś chętny, niechaj pisze; planuję zrobić tych serów sześć, a może dziesięć, właśnie z cząbrem i tymiankiem, bo są po prostu doskonałe. Najlepiej smakują po dwóch tygodniach w lodówce, znosząc nawet leżakowanie w woreczku (wędzenie konserwuje), bo wtedy i sól, i aromat dymu zdążą już przeniknąć do wszystkich warstw sera, a jego konsystencja jest jeszcze bardziej zwarta i “serowa”. Nadają się do grillowania i zapiekania, a ja dodaję ten ser do wszystkiego, ostatnio nawet do leczo (zabijcie mnie, ale lubię leczo z makaronem. I to nie jakimś penne, czy czymś z glonami, tylko wiecie, o takie zwykłe świderki chodzi. Z serem wędzonym było jeszcze lepsze, i nic mnie nie obchodzi, że przeginam).

leczo prostacze

I jeszcze się pochwalę, bo pękam z dumy, jakbym co najmniej figurkę Margaret Thatcher w skali 1:1 z wosku ulepiła – zawoskowałam sery dojrzewające i obyło się bez ofiar! Się nie śmiejcie. Ja myślałam, że trzy sery w godzinę zawoskuję, a zeszło mi trzy razy tyle. A bo to sery na odpowiednim etapie dojrzewania trzeba wynieść z piwnicy, wyszorować w solance specjalnie do tego przeznaczoną szczoteczką (u mnie – fabrycznie nowa szczoteczka do rąk, a solanka ma zamordować ewentualne zarodniki pleśni niewidoczne gołym okiem), osuszyć, bo mokrego wosk się nie będzie trzymał, wosk rozgrzać w garnku zanurzonym w innym garnku, a w tym innym garnku ma wrzeć woda (poradniki mówią, że rozgrzewanie wosku w garnku ustawionym bezpośrednio na palniku jest niebezpieczne, bo wosk jest niezwykle łatwopalny, a im gorętszy, tym bardziej niezwykle), zabezpieczyć kuchenkę przed upapraniem w wosku (i tak upaprałam), uważać na ręce, nogi i oczy, nie pić wódki, nie łajdaczyć się i nie palić podczas wykonywania czynności, i takie tam inne behape.

No a później nakładanie wosku pędzlem, warstwa po warstwie. Lepiej, żeby nie spływał, bo przy próbie odklejenia krążka od tego, na czym leżał, odrywamy sobie ładnie całe płaty wosku i wszystko robimy od nowa. I w ogóle najlepiej się sprawdza metoda zanurzeniowa (no nie cały krążek z łapami do gara, tylko pół krążka, ostygnąć, drugie pół krążka, ostygnąć, powtórzyć trzy razy z każdym krążkiem), ale jak sobie Kanionek jeden krążek zrobił dwukilogramowy i w kształcie kosmicznego spodka, to musiałby go w wannie z woskiem maczać, więc mazał pędzlem i tak mu wychodziło:

ser z kosmosu

wosk pierwsza warstwa wosku po woskowaniu

A mniejsze krążki maczał w garnku i wyszły ładniejsze, choć na zdjęciach prawie nie widać różnicy, bo mój aparat się nie bawi w jakieś detale:

male krazki

A potem sery spoczęły w piwnicy, w towarzystwie tegorocznych buraczków:

sery w piwnicy sery w piwnicy 2

Dzisiaj zawoskowałam kolejny krążek, trochę ponad kilogram sera. Na woskowanie czeka jeszcze pięć sztuk, które na razie są na etapie codziennego solenia i odwracania, i tak się zaczynam zastanawiać, kto to niby wszystko zje? Prawie dziesięć kilogramów sera w dwa miesiące? Bo zakładam, że ser będzie dojrzewał dwa do czterech miesięcy, choć oczywiście może dłużej, ale ja nie należę do tych odważnych, co to lubią ser o smaku koncentratu z wyciągu ze starych skarpetek, który swoim zapachem zwiastuje koniec świata i zagładę wszystkich ekosystemów. Ja jestem człowiek prosty, o niewyrafinowanym podniebieniu, co zresztą widać po moich kanapkach i leczo, które są jak jarmark w Sieradzu – jest w nich wszystkiego dużo i naraz. A wino nadal trzymam w słoiku.

PS. Boso chodzić po Pasłęku – fajnie, wszyscy to jakoś przeżyli. Boso nadepnąć na ropuchę w piwnicy – niefajnie i nie wszyscy to przeżyli. Na swoje usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, że nie widziałam tej ropuchy, bo schodziłam po stromych schodach (schody – deski umocowane pomiędzy dwoma grubymi, drewnianymi palami) z tacą pełną serów do dojrzewania. Gdybym szła po płaskim, wyczułabym zwierzątko i cofnęła stopę (sprawdza się świetnie na kocich i psich ogonach – odkąd chodzę boso nie było jeszcze ani jednej tragedii z przeraźliwym MIAUU!), ale gdy człowiek daje krok w dół z ostatniego stopnia schodów, to już nie takie proste.

PPS. I to już koniec, ale nie smutkujcie, niedługo będzie nowy wpis. “Niedługo”, czyli jakoś niebawem, wkrótce, może w przyszłym tygodniu, wieczorem lub po południu, niewykluczone, że w środę, a nawet we wrześniu. I będzie o tym, o czym miał być, albo i nie. Na wsi nie respektuje się umów, obietnic, terminów, zegarków ani kalendarzy – ja się musiałam z tym pogodzić, teraz Wasza kolej.

“Chłopak z wykaszarą

byłby dla mnie parą

ale nie przyjechał

pies mu w mordę i piorun w radio samochodowe”

(Musicie przyznać, że jestem miszczem parafrazy, i odświeżam stare przeboje jak nikt na świecie, nadając im nową głębię i sznyt nietuzinkowej elegancji). I jeszcze chciałam powiedzieć, że pod koniec tworzenia tego wpisu program mi się zbiesił i kilka razy wyrzucał mnie za drzwi od internetu, i czasem mam tak wszystkiego dość, że pragnę tak zwyczajnie i po prostu być jak Grzesiu:

byc jak Grzesiu